niedziela, 11 czerwca 2017

Miłosierny Syn

"A blisko krzyża Jezusa stały: Jego matka i siostra Jego matki, Maria, żona Kleopasa, i Maria Magdalena. Gdy Jezus zobaczył swoją matkę i stojącego przy niej ukochanego ucznia, zwrócił się do matki: Kobieto, oto twój syn! Następnie powiedział do ucznia: Oto twoja matka! I od tej pory uczeń wziął ją do siebie" (Ewangelia Jana 19, 25 - 27, tłum. EIB).
Chociaż to ledwie trzy wersy tekstu, to jednak jest to dla mnie jedna z najbardziej niezwykłych scen z Ewangelii. Jest to ostatni akt miłości i synowskiej troski Pana Jezusa wobec tej, która, wybrana przez Boga, kilkadziesiąt lat wcześniej powiedziała: "Tak! Niech się tak stanie!" i podjęła się być dla niego na ziemi matką.

Jezus konał w męczarniach i zaraz miał wydać ostatnie tchnienie. Każde słowo Chrystusa, jakie pada z krzyża, wypowiadane jest z niewyobrażalnym trudem i bólem. Najczęściej zupełnie nie wyobrażamy sobie, czym była śmierć krzyżowa. Zwykle mocno akcentujemy "ofiarę krwi" Chrystusa, lecz na krzyżu umierano nie z wykrwawienia, lecz z powodu uduszenia. Wiszący na krzyżu człowiek nie mógł oddychać. Oddech mógł złapać tylko wtedy, gdy się podciągnął do góry, podpierając się nogami  - co z kolei, oczywiście, powodowało ogromny ból. Męka taka mogła trwać nawet kilka dni! Dlatego często skazańcom pod koniec męki łamano nogi, by już się nie mogli podciągnąć, by zgon nastąpił już szybko. Ta wiedza pozwala nam zrozumieć, jak wiele Chrystusa kosztowało każde słowo wypowiedziane z krzyża.

Kościół katolicki naucza, że w tym momencie Jezus powołał Marię na "Matkę Kościoła", powierzając jej opiece Kościół, a Kościołowi poddanie się jej "matczynej opiece" i przewodnictwu. Franciszek Kucharczak, felietonista "Gościa Niedzielnego", napisał ostatnio w swoim artykule "Nie czcisz Maryi? Nie jesteś wierny Biblii", w którym atakuje otwarcie protestantów i ewangelicznych katolików (bowiem są i tacy, którzy świadomie i otwarcie odrzucają kult Maryi i świętych): "'Oto Matka twoja' - te słowa wypowiedziane z krzyża (więc to Objawienie jak najbardziej oficjalne) to przecież nie była dyspozycja tylko dla Jana. Jezus nie mówiłby takich rzeczy, zwłaszcza w tak doniosłej chwili, tylko na użytek jednego człowieka. Każde słowo Jezusa wypowiedziane z krzyża ma ogromną wagę - wagę testamentu. Maryja jest więc Matką wierzących w Jezusa z woli samego Jezusa". Wyraźnie zupełnie inaczej te słowa zrozumiał Jan, który wziął od tej pory Marię do siebie, a także sama Maria, która przyjęła tą opiekę. zauważmy: to Jan wziął ją do siebie, nie zaś cały Kościół! Maria nie pomieszkiwała to u tego, to u tamtego z uczniów - ona zamieszkała z Janem, a Jan z nią.

Kościół katolicki zmanipulował ten (i nie tylko ten) fragment Ewangelii do własnych celów dogmatycznych i po dziś dzień okłamuje ludzi co do słów Jezusa! Kościół katolicki nakazuje wierzyć w coś, czego Jezus tak naprawdę nigdy nie powiedział w takim sensie! Kościół katolicki wyznaczył Marii funkcję, która nigdy nie została jej powierzona przez Boga! Jak bardzo jest to absurdalne świadczy nawet fakt, że Kościół katolicki nie praktykuje kapłaństwa kobiet (i słusznie!), a jednocześnie kobiecie właśnie przyznał "pierwsze miejsce" w Kościele, i nawet każdy papież nazywa ją "swą matką"! Przeglądałem ostatnio obrazy związane tematycznie z zesłaniem Ducha Świętego i... kogóż widzimy na nich na pierwszym miejscu w Kościele?




Czyż Maria nie jest na tych obrazach ukazywana jako nauczycielka i arcykapłanka? Trudno tam nawet znaleźć apostoła Piotra, rzekomo wyznaczonego przez Chrystusa na "pierwszego papieża" Kościoła! Na powyższych ikonach widzimy go wyraźnie tylko na drugiej, gdzie trzyma atrybut swej "władzy" - klucze do bram Królestwa Niebieskiego. Jednak i na tym obrazie ma on wyraźnie niższą pozycję w Kościele od Marii, która wręcz stoi na jakby ołtarzu! Przyznanie Marii przewodniej, "matczynej" i w pewnym sensie "arcykapłańskiej" roli w Kościele przez Kościół katolicki, a jednoczeście odmawianie kobietom święceń, jest jakby "rozdwojeniem jaźni".

Przy tym całym nadęciu tej sceny do rozmiarów katolickich wierzeń, gubi się zupełnie jej prawdziwy sens, jej piękny przekaz. W dziwacznych interpretacjach zupełnie rozmyto obraz wielkiego Boga, który potrafił być także miłującym, wiernym i troskliwym Synem względem Marii! Cierpiący Jezus - niemal z ostatnim swym tchnieniem - troszczy się o przyszłość tej, która tu na ziemi podjęła się być Mu matką. w chwili, gdy każde wypowiadane słowo wiązało się dla niego z wprost niewyobrażalnym bólem, On wypowiada ich tak wiele, związując tych dwoje bliskich sobie ludzi bardzo szczególnymi więzami.

Śmierć Chrystusa na krzyżu była dla Marii wielką traumą. Jeszcze nie wiedziała i nie pojmowała wszystkiego. Jeszcze widziała w tym, czego doświadczał jej Syn, koniec jego życia. Jeszcze nie pojmowała zapowiedzi zmartwychwstania i późniejszej wieczystej obecności. Stojąc  pod krzyżem, czuła przeszywający ból, ale też zagubienie i początek wielkiej samotności, pustki. Zapewne owdowiała już znacznie wcześniej - Józefa nie ma bowiem przy niej w tym czasie, gdy Jezus pełni swą misję na ziemi, ani też pod krzyżem - a kwestia innych dzieci zrodzonych ze związku Marii i Józefa jest dyskusyjna. Jezus podejmuje ten wysiłek, by - jeśli nie może ulżyć jej w cierpieniu spowodowanym jego męką - zdjąć z niej przynajmniej lęk o jej własny los, przeczucie rodzącej się bolesnej samotności. Słowa Jezusa nie były żadną nominacją dla Marii, "ustawieniem" jej w Kościele. Powierzając Marię Janowi - a także Jana Marii - Jezus zdaje się mówić jej: "Nie lękaj się - nigdy nie zostaniesz sama! Ja troszczę się o ciebie i twoją przyszłość!"

Jezus nie musiał tego mówić z krzyża! On tak pokierował swoimi uczniami, tak ukierunkował Kościół swój, by wzajemne miłość i troska - zwłaszcza wobec samotnych, chorych i ubogich - były regułą życia w Kościele na co dzień. Maria i bez tego polecenia z pewnością nie zostałaby sama i bez środków do życia. Nie było jeszcze zborów, ale był już zalążek Kościoła - Maria była wśród apostołów i uczniów, otoczona ich miłością i opieką... Każdy z nich - jestem tego absolutnie pewien - miłował ją nie mniej i nie bardziej, niż Jan. Nikt z nich nie zostawiłby jej samej sobie, bowiem miłość i troska leżą głęboko w chrześcijańskiej naturze, w naturze Kościoła Chrystusowego, zaszczepione w nim przez Pana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz