wtorek, 20 czerwca 2017

Jak być dobrym sędzią?

"Przestańcie osądzać, abyście nie zostali osądzeni. Bo normy, według których sądzicie, odniosą i do was, a miarą, którą stosujecie, odmierzą i wam" (Ewangelia Mateusza 7, 1 - 2, tłum. EIB) "Przestańcie sądzić kierując się pozorami; w swoich ocenach bądźcie sprawiedliwi" (Ewangelia Jana 7, 24, tłum. EIB).
Każdego dnia stajemy się sędziami spraw i osób. Dzieje się tak, czy tego chcemy, czy też nie. Osądzanie tak naprawdę jest nie do uniknięcia i jest najzupełniej naturalne. Gdy dostrzegamy zło, które ktoś czyni, gdy nazywamy zło złem. Często z powodu wielu złych uczynków, kogoś postrzegamy jako złego człowieka - takiego, którego bezpieczniej unikać. Osądzanie jest też, jak się zdaje, zwykłą częścią "mechanizmów obronnych" w naszej psychice - oceniamy czyny i chronimy się przed złoczyńcami. Gdy patrzymy ze zgorszeniem na to, co ktoś robi i gdy mówimy o tym z przyganą - także napominając bliźniego - również dokonujemy osądu. Bóg nie zabrania nam osądzania, lecz jeśli się tego podejmujemy, musimy przestrzegać reguł.

Fot. Sarah Hina / Flickr (CC BY-NC 2.0)




Pierwszą i najważniejszą sprawą jest: potrafić sądzić przede wszystkim siebie samego, własne uczynki. Trzeba pamiętać, że sami jesteśmy grzesznikami i dopuszczamy się wiele zła. Ten, kto potrafi surowo osądzać siebie samego, jest przy tym zdecydowanie łagodniejszym sędzią wobec bliźnich. Gdy Chrystus wspomina o "miarach" w osądzie, jest w tym gdzieś także pytanie: czy potrafisz być równie surowy i wymagający względem siebie samego? Czy gotów jesteś być osądzony tak surowo, jak sam osądzasz innych? Mamy sądzić uczynki, grzech - będąc miłosiernym wobec sprawcy, grzesznika. Mamy być skorzy do miłości i łaskawości, gotowi służyć - nie wymierzać sprawiedliwość, by bliźni nasz zobaczył, co złego się zdarzyło,  by żałował za grzechy i by jego życie mogło być przemienione przez Boga. Bóg chce działać w sercu grzesznika  - a nasze złe sądy mogą być do tego poważną przeszkodą.

Powinniśmy zawsze pamiętać, że naszą rolą nie jest rola sędziego, który stoi na straży prawa i jest powołany do obnażania wszelkich win i wymierzania z całą surowością przewidzianej przez prawo kary. To kiedyś uczyni z grzesznikami Bóg. Naszym powołaniem jest być bliźnim dla każdego innego człowieka - także tego, który uczynił lub czyni (i choćby nadal potem czynił) wiele zła. W jednym swych rozważań nt. miłości Jan Twardowski - odwołując się do przypowieści pana Jezusa o Miłosiernym Samarytaninie - zwraca uwagę, że zamiast zastanawiać się: "ale kto jest moim bliźnim?", raczej powinniśmy rozważyć kwestię jak my sami wywiązujemy się z własnego powołania na bliźniego, z naszych obowiązków - z których pierwszym i najważniejszym jest miłość, jakimi bliźnimi jesteśmy dla ludzi z naszego otoczenia.

Nim cokolwiek uczynimy lub powiemy, powinniśmy zastanowić się: co chcemy osiągnąć i czemu ma to służyć. Ludzki osąd to zbyt często zwykłe tworzenie listy tego, co można wytknąć drugiemu człowiekowi, by "udowodnić", jak bardzo jest zły, pełen kłamstw i wszelkiej ohydy. Obserwuję od wielu lat takie "rozprawy" - także robione przez ludzi uważających się za "chrześcijan", nawet "ewangelicznie wierzących - i... nieodmiennie mam wrażenie, że osądzający tak brutalnie, próbują w ten sposób "leczyć" jakieś własne kompleksy i maskować własną nieprawość iście "faryzejską świętością". Być może sami czują się lepsi, gdy "udowodnią", że ktoś inny jest gorszy ?

Jeśli mamy osądzać, to na pewno nie w taki sposób! Osąd nie może polegać na pogrążaniu, lecz służyć ratunkowi! "Nie posłał Bóg Syna na świat, aby świat sądził, lecz aby świat był przez niego zbawiony" (Ewangelia Jana 3, 17). I my jesteśmy powołani, by w tej zbawczej misji uczestniczyć. Jesteśmy powołani do "prac naprawczych" na tym świecie, nie zaś do równania z ziemią tego, co znajdujemy! Osądzać czyny, by człowieka podźwignąć z upadku.

Osąd nasz zawsze powinien być oparty na Słowie Bożym i jego dobra znajomość musi być dla nas priorytetem. "Ty (...) trwaj w tym, czego się nauczyłeś i o czym jesteś przekonany, wiedząc od kogo się tego  nauczyłeś, zwłaszcza, że od dziecka znasz Pisma święte, które mogą cię obdarzyć mądrością - dla zbawienia przez wiarę w Chrystusa Jezusa. Całe Pismo natchnione jest przez Boga i pożyteczne do nauki, do wykazywania błędu, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był w pełni gotowy, wyposażony do wszelkiego dobrego dzieła" (2. List do Tymoteusza 2, 14 - 17, tłum. EIB). Tym, co możemy robić, jest konfrontacja uczynków ludzkich - a także słów nauczania - ze Słowem Bożym. W ten sposób raczej uczestniczymy w osądzie, niż sami go dokonujemy - bo tylko przekazujemy osąd, którego już dokonał Bóg.

Tym, co często sprawia problemy przy właściwym osądzie, są nasze emocje - zwłaszcza, gdy sami doświadczamy skutków czyichś złych uczynków. Zbyt często dajemy im upust! Te chwasty w sercu łatwo się rozrastają. U tego samego ks. Twardowskiego znajduję myśl, że łatwo kochać Boga, ale dużo trudniej drugiego człowieka, bo Bóg jest dobry, a ludzie często są wredni. Jeśli nie potrafimy zapanować nad własnymi emocjami - żalem i złością - lepiej wcale nie sądzić uczynków tego, który nas skrzywdził, a po prostu "przykryć" to przebaczeniem i je pielęgnować. Najlepiej być może nie tylko nie osądzać, ale wcale nie wracać do tego, co złego doświadczyliśmy od innych. Jeśli nie potrafimy "na chłodno" ocenić sytuacji i czyjegoś postępowania, a także dociec jego przyczyn, lepiej to zostawić Bogu.

Bardzo często nasze sądy obciążone są tym, co my "wiemy", naszymi poglądami, a nawet naszymi własnymi doświadczeniami. Te ostatnie wcale nie muszą być tak "uniwersalnym narzędziem" do poznania prawdy, jak nam się zdaje. Zbyt często, dokonując osądu, zatrzymujemy się na tym, co "wiem na pewno" - własną (często dramatycznie ograniczoną!) "wiedzę" traktując jak dogmat, "prawdę objawioną i uniwersalną" - zapominając, jak bardzo jesteśmy ograniczeni, jak wielu spraw nie jesteśmy świadomi, w jak wielu kwestiach jesteśmy po prostu ignorantami, jak łatwo popadamy  pychę - "wiem swoje, a kto myśli inaczej, ten jest paskudnie zwiedziony!" Dość często spotykam ludzi, którzy wcale nie chcą dowiedzieć się o tym, co starają się osądzać, więcej, nie są zainteresowani faktami i dowodami, z oburzeniem odrzucają każdą próbę skorygowania ich poglądów w danej kwestii - to, co nie zgadza się z ich "wiedzą" i "poznaniem", to dla nich "herezje". Ich sądy nad innymi ludźmi są bardzo surowe, wręcz oszczercze i brutalne. Słowo Boże nie pozostawia wątpliwości - surowemu sądowi sami zostaną poddani. Tyle, że Sędzia będzie sprawiedliwy i o kompletnej wiedzy i poznaniu - nie tak, jak oni sami.

Gdy pewnego dnia faryzeusze przyprowadzili do Jezusa prostytutkę, by wydał na nią wyrok zgodny z Prawem, On... nie wydał żadnego wyroku, choć ona była winna. Faryzeusze pragnęli jej osądzenia i skazania na surową karę (chociaż Żydom wówczas nie wolno było skazywać na śmierć, a więc w pełni stosować surowego, starotestamentowego Prawa) - Jezus zaś jej nawrócenia, by zerwała z grzechem i wróciła do Boga. Bóg wcale nie jest skory do gniewu, do karania, do wymierzania sprawiedliwości - Bóg jest łagodny i pełen miłosierdzia! Miłosierdzie często jest ważniejsze, niż sprawiedliwość.

Czasem słyszę, jak ktoś mówi: Bóg jest surowy, wymagający (wręcz "tyran") i bezwzględny! Tymczasem prawda jest inna: ludziom znacznie łatwiej jest być surowym, wymagającym i bezwzględnym, niż miłosiernym i łaskawym. Bóg zaś z natury swej jest miłosierny i łaskawy, a surowość i "bezwzględność" (fakt, że nie "przymyka oka" na nic i jest bardzo "zasadniczy") przychodzi mu z trudem. Wcale nie jest chętny do tego, by nas sądzić i karać - to dla Niego smutna konieczność.

Nim wydamy jakikolwiek sąd - nawet gdy wina jest ewidentna, gdy jasne jest, że bliźni nasz uległ złu i popełnił grzech, może nawet zbrodnię - powinniśmy zawsze najpierw poznać wszystkie fakty i modlić się, pytając Boga, co On o tej sprawie myśli i co my w tej sprawie powinniśmy uczynić. Warunkiem dokonania dobrego i sprawiedliwego sądu jest szukanie mądrości i werdyktu u Boga.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz