piątek, 30 czerwca 2017

Prawda

"Niechaj więc mowa wasza będzie: Tak - tak, nie - nie, bo co ponadto jest, to jest od złego" (Ewangelia Mateusza 5, 37)
Prawda - Bóg jest Prawdą. Prawda więc musi być głęboko wpisana w życie każdego chrześcijanina. Prawda musi być w naszym sercu i musi z niego wypływać - musi być we wszystkim, co piszemy, mówimy i czynimy. Prawda jest jednym z najpiękniejszych darów, jakie możemy ofiarować drugiemu człowiekowi - nawet jeśli jest dla niego "gorzka". Z "gorzkiej" prawdy zawsze jest jakiś pożytek - ze "słodkich" kłamstw nie ma żadnego, każde kłamstwo jest głeboko nasączone jadem. Prawda jest cudownym klejnotem, który wnosimy na ten świat. 

Każde słowo, które wypowiadamy lub piszemy, wypowiadamy i piszemy nie tylko przed ludźmi czy dla ludzi, lecz przede wszystkim przed Bogiem. Jezus mówi: "A powiadam wam, że z każdego nieużytecznego słowa, które ludzie wyrzekną, zdadzą sprawę w dzień sądu" (Ewangelia Mateusza 12, 36). Nieużyteczne słowa to wszystkie te, ktore nie służą dobru, które są nośnikiem dla kłamstwa, obelg, pogardy. Wypowiadając je, ściągaamy na siebie gniew Boga i Boży sąd. Gdy zaś mówimy prawdę, jest nad nami Boży uśmiech i błogosławieństwo.

Nie powinniśmy przysięgać. Nasze wyznanie wiary i to, jak żyjemy - nie słowa, ale czyny! - powinno być naszą przysięgą po wsze czasy. Proste wyznanie: "Jestem chrześcijaninem, dzieckiem Boga" powinno być równoważne przysiędze, że to, co mówię, jest prawdą.

wtorek, 20 czerwca 2017

Jak być dobrym sędzią?

"Przestańcie osądzać, abyście nie zostali osądzeni. Bo normy, według których sądzicie, odniosą i do was, a miarą, którą stosujecie, odmierzą i wam" (Ewangelia Mateusza 7, 1 - 2, tłum. EIB) "Przestańcie sądzić kierując się pozorami; w swoich ocenach bądźcie sprawiedliwi" (Ewangelia Jana 7, 24, tłum. EIB).
Każdego dnia stajemy się sędziami spraw i osób. Dzieje się tak, czy tego chcemy, czy też nie. Osądzanie tak naprawdę jest nie do uniknięcia i jest najzupełniej naturalne. Gdy dostrzegamy zło, które ktoś czyni, gdy nazywamy zło złem. Często z powodu wielu złych uczynków, kogoś postrzegamy jako złego człowieka - takiego, którego bezpieczniej unikać. Osądzanie jest też, jak się zdaje, zwykłą częścią "mechanizmów obronnych" w naszej psychice - oceniamy czyny i chronimy się przed złoczyńcami. Gdy patrzymy ze zgorszeniem na to, co ktoś robi i gdy mówimy o tym z przyganą - także napominając bliźniego - również dokonujemy osądu. Bóg nie zabrania nam osądzania, lecz jeśli się tego podejmujemy, musimy przestrzegać reguł.

Fot. Sarah Hina / Flickr (CC BY-NC 2.0)




Pierwszą i najważniejszą sprawą jest: potrafić sądzić przede wszystkim siebie samego, własne uczynki. Trzeba pamiętać, że sami jesteśmy grzesznikami i dopuszczamy się wiele zła. Ten, kto potrafi surowo osądzać siebie samego, jest przy tym zdecydowanie łagodniejszym sędzią wobec bliźnich. Gdy Chrystus wspomina o "miarach" w osądzie, jest w tym gdzieś także pytanie: czy potrafisz być równie surowy i wymagający względem siebie samego? Czy gotów jesteś być osądzony tak surowo, jak sam osądzasz innych? Mamy sądzić uczynki, grzech - będąc miłosiernym wobec sprawcy, grzesznika. Mamy być skorzy do miłości i łaskawości, gotowi służyć - nie wymierzać sprawiedliwość, by bliźni nasz zobaczył, co złego się zdarzyło,  by żałował za grzechy i by jego życie mogło być przemienione przez Boga. Bóg chce działać w sercu grzesznika  - a nasze złe sądy mogą być do tego poważną przeszkodą.

Powinniśmy zawsze pamiętać, że naszą rolą nie jest rola sędziego, który stoi na straży prawa i jest powołany do obnażania wszelkich win i wymierzania z całą surowością przewidzianej przez prawo kary. To kiedyś uczyni z grzesznikami Bóg. Naszym powołaniem jest być bliźnim dla każdego innego człowieka - także tego, który uczynił lub czyni (i choćby nadal potem czynił) wiele zła. W jednym swych rozważań nt. miłości Jan Twardowski - odwołując się do przypowieści pana Jezusa o Miłosiernym Samarytaninie - zwraca uwagę, że zamiast zastanawiać się: "ale kto jest moim bliźnim?", raczej powinniśmy rozważyć kwestię jak my sami wywiązujemy się z własnego powołania na bliźniego, z naszych obowiązków - z których pierwszym i najważniejszym jest miłość, jakimi bliźnimi jesteśmy dla ludzi z naszego otoczenia.

Nim cokolwiek uczynimy lub powiemy, powinniśmy zastanowić się: co chcemy osiągnąć i czemu ma to służyć. Ludzki osąd to zbyt często zwykłe tworzenie listy tego, co można wytknąć drugiemu człowiekowi, by "udowodnić", jak bardzo jest zły, pełen kłamstw i wszelkiej ohydy. Obserwuję od wielu lat takie "rozprawy" - także robione przez ludzi uważających się za "chrześcijan", nawet "ewangelicznie wierzących - i... nieodmiennie mam wrażenie, że osądzający tak brutalnie, próbują w ten sposób "leczyć" jakieś własne kompleksy i maskować własną nieprawość iście "faryzejską świętością". Być może sami czują się lepsi, gdy "udowodnią", że ktoś inny jest gorszy ?

Jeśli mamy osądzać, to na pewno nie w taki sposób! Osąd nie może polegać na pogrążaniu, lecz służyć ratunkowi! "Nie posłał Bóg Syna na świat, aby świat sądził, lecz aby świat był przez niego zbawiony" (Ewangelia Jana 3, 17). I my jesteśmy powołani, by w tej zbawczej misji uczestniczyć. Jesteśmy powołani do "prac naprawczych" na tym świecie, nie zaś do równania z ziemią tego, co znajdujemy! Osądzać czyny, by człowieka podźwignąć z upadku.

Osąd nasz zawsze powinien być oparty na Słowie Bożym i jego dobra znajomość musi być dla nas priorytetem. "Ty (...) trwaj w tym, czego się nauczyłeś i o czym jesteś przekonany, wiedząc od kogo się tego  nauczyłeś, zwłaszcza, że od dziecka znasz Pisma święte, które mogą cię obdarzyć mądrością - dla zbawienia przez wiarę w Chrystusa Jezusa. Całe Pismo natchnione jest przez Boga i pożyteczne do nauki, do wykazywania błędu, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był w pełni gotowy, wyposażony do wszelkiego dobrego dzieła" (2. List do Tymoteusza 2, 14 - 17, tłum. EIB). Tym, co możemy robić, jest konfrontacja uczynków ludzkich - a także słów nauczania - ze Słowem Bożym. W ten sposób raczej uczestniczymy w osądzie, niż sami go dokonujemy - bo tylko przekazujemy osąd, którego już dokonał Bóg.

Tym, co często sprawia problemy przy właściwym osądzie, są nasze emocje - zwłaszcza, gdy sami doświadczamy skutków czyichś złych uczynków. Zbyt często dajemy im upust! Te chwasty w sercu łatwo się rozrastają. U tego samego ks. Twardowskiego znajduję myśl, że łatwo kochać Boga, ale dużo trudniej drugiego człowieka, bo Bóg jest dobry, a ludzie często są wredni. Jeśli nie potrafimy zapanować nad własnymi emocjami - żalem i złością - lepiej wcale nie sądzić uczynków tego, który nas skrzywdził, a po prostu "przykryć" to przebaczeniem i je pielęgnować. Najlepiej być może nie tylko nie osądzać, ale wcale nie wracać do tego, co złego doświadczyliśmy od innych. Jeśli nie potrafimy "na chłodno" ocenić sytuacji i czyjegoś postępowania, a także dociec jego przyczyn, lepiej to zostawić Bogu.

Bardzo często nasze sądy obciążone są tym, co my "wiemy", naszymi poglądami, a nawet naszymi własnymi doświadczeniami. Te ostatnie wcale nie muszą być tak "uniwersalnym narzędziem" do poznania prawdy, jak nam się zdaje. Zbyt często, dokonując osądu, zatrzymujemy się na tym, co "wiem na pewno" - własną (często dramatycznie ograniczoną!) "wiedzę" traktując jak dogmat, "prawdę objawioną i uniwersalną" - zapominając, jak bardzo jesteśmy ograniczeni, jak wielu spraw nie jesteśmy świadomi, w jak wielu kwestiach jesteśmy po prostu ignorantami, jak łatwo popadamy  pychę - "wiem swoje, a kto myśli inaczej, ten jest paskudnie zwiedziony!" Dość często spotykam ludzi, którzy wcale nie chcą dowiedzieć się o tym, co starają się osądzać, więcej, nie są zainteresowani faktami i dowodami, z oburzeniem odrzucają każdą próbę skorygowania ich poglądów w danej kwestii - to, co nie zgadza się z ich "wiedzą" i "poznaniem", to dla nich "herezje". Ich sądy nad innymi ludźmi są bardzo surowe, wręcz oszczercze i brutalne. Słowo Boże nie pozostawia wątpliwości - surowemu sądowi sami zostaną poddani. Tyle, że Sędzia będzie sprawiedliwy i o kompletnej wiedzy i poznaniu - nie tak, jak oni sami.

Gdy pewnego dnia faryzeusze przyprowadzili do Jezusa prostytutkę, by wydał na nią wyrok zgodny z Prawem, On... nie wydał żadnego wyroku, choć ona była winna. Faryzeusze pragnęli jej osądzenia i skazania na surową karę (chociaż Żydom wówczas nie wolno było skazywać na śmierć, a więc w pełni stosować surowego, starotestamentowego Prawa) - Jezus zaś jej nawrócenia, by zerwała z grzechem i wróciła do Boga. Bóg wcale nie jest skory do gniewu, do karania, do wymierzania sprawiedliwości - Bóg jest łagodny i pełen miłosierdzia! Miłosierdzie często jest ważniejsze, niż sprawiedliwość.

Czasem słyszę, jak ktoś mówi: Bóg jest surowy, wymagający (wręcz "tyran") i bezwzględny! Tymczasem prawda jest inna: ludziom znacznie łatwiej jest być surowym, wymagającym i bezwzględnym, niż miłosiernym i łaskawym. Bóg zaś z natury swej jest miłosierny i łaskawy, a surowość i "bezwzględność" (fakt, że nie "przymyka oka" na nic i jest bardzo "zasadniczy") przychodzi mu z trudem. Wcale nie jest chętny do tego, by nas sądzić i karać - to dla Niego smutna konieczność.

Nim wydamy jakikolwiek sąd - nawet gdy wina jest ewidentna, gdy jasne jest, że bliźni nasz uległ złu i popełnił grzech, może nawet zbrodnię - powinniśmy zawsze najpierw poznać wszystkie fakty i modlić się, pytając Boga, co On o tej sprawie myśli i co my w tej sprawie powinniśmy uczynić. Warunkiem dokonania dobrego i sprawiedliwego sądu jest szukanie mądrości i werdyktu u Boga.

niedziela, 11 czerwca 2017

Miłosierny Syn

"A blisko krzyża Jezusa stały: Jego matka i siostra Jego matki, Maria, żona Kleopasa, i Maria Magdalena. Gdy Jezus zobaczył swoją matkę i stojącego przy niej ukochanego ucznia, zwrócił się do matki: Kobieto, oto twój syn! Następnie powiedział do ucznia: Oto twoja matka! I od tej pory uczeń wziął ją do siebie" (Ewangelia Jana 19, 25 - 27, tłum. EIB).
Chociaż to ledwie trzy wersy tekstu, to jednak jest to dla mnie jedna z najbardziej niezwykłych scen z Ewangelii. Jest to ostatni akt miłości i synowskiej troski Pana Jezusa wobec tej, która, wybrana przez Boga, kilkadziesiąt lat wcześniej powiedziała: "Tak! Niech się tak stanie!" i podjęła się być dla niego na ziemi matką.

Jezus konał w męczarniach i zaraz miał wydać ostatnie tchnienie. Każde słowo Chrystusa, jakie pada z krzyża, wypowiadane jest z niewyobrażalnym trudem i bólem. Najczęściej zupełnie nie wyobrażamy sobie, czym była śmierć krzyżowa. Zwykle mocno akcentujemy "ofiarę krwi" Chrystusa, lecz na krzyżu umierano nie z wykrwawienia, lecz z powodu uduszenia. Wiszący na krzyżu człowiek nie mógł oddychać. Oddech mógł złapać tylko wtedy, gdy się podciągnął do góry, podpierając się nogami  - co z kolei, oczywiście, powodowało ogromny ból. Męka taka mogła trwać nawet kilka dni! Dlatego często skazańcom pod koniec męki łamano nogi, by już się nie mogli podciągnąć, by zgon nastąpił już szybko. Ta wiedza pozwala nam zrozumieć, jak wiele Chrystusa kosztowało każde słowo wypowiedziane z krzyża.

Kościół katolicki naucza, że w tym momencie Jezus powołał Marię na "Matkę Kościoła", powierzając jej opiece Kościół, a Kościołowi poddanie się jej "matczynej opiece" i przewodnictwu. Franciszek Kucharczak, felietonista "Gościa Niedzielnego", napisał ostatnio w swoim artykule "Nie czcisz Maryi? Nie jesteś wierny Biblii", w którym atakuje otwarcie protestantów i ewangelicznych katolików (bowiem są i tacy, którzy świadomie i otwarcie odrzucają kult Maryi i świętych): "'Oto Matka twoja' - te słowa wypowiedziane z krzyża (więc to Objawienie jak najbardziej oficjalne) to przecież nie była dyspozycja tylko dla Jana. Jezus nie mówiłby takich rzeczy, zwłaszcza w tak doniosłej chwili, tylko na użytek jednego człowieka. Każde słowo Jezusa wypowiedziane z krzyża ma ogromną wagę - wagę testamentu. Maryja jest więc Matką wierzących w Jezusa z woli samego Jezusa". Wyraźnie zupełnie inaczej te słowa zrozumiał Jan, który wziął od tej pory Marię do siebie, a także sama Maria, która przyjęła tą opiekę. zauważmy: to Jan wziął ją do siebie, nie zaś cały Kościół! Maria nie pomieszkiwała to u tego, to u tamtego z uczniów - ona zamieszkała z Janem, a Jan z nią.

Kościół katolicki zmanipulował ten (i nie tylko ten) fragment Ewangelii do własnych celów dogmatycznych i po dziś dzień okłamuje ludzi co do słów Jezusa! Kościół katolicki nakazuje wierzyć w coś, czego Jezus tak naprawdę nigdy nie powiedział w takim sensie! Kościół katolicki wyznaczył Marii funkcję, która nigdy nie została jej powierzona przez Boga! Jak bardzo jest to absurdalne świadczy nawet fakt, że Kościół katolicki nie praktykuje kapłaństwa kobiet (i słusznie!), a jednocześnie kobiecie właśnie przyznał "pierwsze miejsce" w Kościele, i nawet każdy papież nazywa ją "swą matką"! Przeglądałem ostatnio obrazy związane tematycznie z zesłaniem Ducha Świętego i... kogóż widzimy na nich na pierwszym miejscu w Kościele?




Czyż Maria nie jest na tych obrazach ukazywana jako nauczycielka i arcykapłanka? Trudno tam nawet znaleźć apostoła Piotra, rzekomo wyznaczonego przez Chrystusa na "pierwszego papieża" Kościoła! Na powyższych ikonach widzimy go wyraźnie tylko na drugiej, gdzie trzyma atrybut swej "władzy" - klucze do bram Królestwa Niebieskiego. Jednak i na tym obrazie ma on wyraźnie niższą pozycję w Kościele od Marii, która wręcz stoi na jakby ołtarzu! Przyznanie Marii przewodniej, "matczynej" i w pewnym sensie "arcykapłańskiej" roli w Kościele przez Kościół katolicki, a jednoczeście odmawianie kobietom święceń, jest jakby "rozdwojeniem jaźni".

Przy tym całym nadęciu tej sceny do rozmiarów katolickich wierzeń, gubi się zupełnie jej prawdziwy sens, jej piękny przekaz. W dziwacznych interpretacjach zupełnie rozmyto obraz wielkiego Boga, który potrafił być także miłującym, wiernym i troskliwym Synem względem Marii! Cierpiący Jezus - niemal z ostatnim swym tchnieniem - troszczy się o przyszłość tej, która tu na ziemi podjęła się być Mu matką. w chwili, gdy każde wypowiadane słowo wiązało się dla niego z wprost niewyobrażalnym bólem, On wypowiada ich tak wiele, związując tych dwoje bliskich sobie ludzi bardzo szczególnymi więzami.

Śmierć Chrystusa na krzyżu była dla Marii wielką traumą. Jeszcze nie wiedziała i nie pojmowała wszystkiego. Jeszcze widziała w tym, czego doświadczał jej Syn, koniec jego życia. Jeszcze nie pojmowała zapowiedzi zmartwychwstania i późniejszej wieczystej obecności. Stojąc  pod krzyżem, czuła przeszywający ból, ale też zagubienie i początek wielkiej samotności, pustki. Zapewne owdowiała już znacznie wcześniej - Józefa nie ma bowiem przy niej w tym czasie, gdy Jezus pełni swą misję na ziemi, ani też pod krzyżem - a kwestia innych dzieci zrodzonych ze związku Marii i Józefa jest dyskusyjna. Jezus podejmuje ten wysiłek, by - jeśli nie może ulżyć jej w cierpieniu spowodowanym jego męką - zdjąć z niej przynajmniej lęk o jej własny los, przeczucie rodzącej się bolesnej samotności. Słowa Jezusa nie były żadną nominacją dla Marii, "ustawieniem" jej w Kościele. Powierzając Marię Janowi - a także Jana Marii - Jezus zdaje się mówić jej: "Nie lękaj się - nigdy nie zostaniesz sama! Ja troszczę się o ciebie i twoją przyszłość!"

Jezus nie musiał tego mówić z krzyża! On tak pokierował swoimi uczniami, tak ukierunkował Kościół swój, by wzajemne miłość i troska - zwłaszcza wobec samotnych, chorych i ubogich - były regułą życia w Kościele na co dzień. Maria i bez tego polecenia z pewnością nie zostałaby sama i bez środków do życia. Nie było jeszcze zborów, ale był już zalążek Kościoła - Maria była wśród apostołów i uczniów, otoczona ich miłością i opieką... Każdy z nich - jestem tego absolutnie pewien - miłował ją nie mniej i nie bardziej, niż Jan. Nikt z nich nie zostawiłby jej samej sobie, bowiem miłość i troska leżą głęboko w chrześcijańskiej naturze, w naturze Kościoła Chrystusowego, zaszczepione w nim przez Pana.

czwartek, 8 czerwca 2017

Poczta Polska, czy... katolicka?

Przebywam obecnie w jednym z popularnych nadmorskich kurortów. Zaszedłem dziś do  miejscowej księgarni parafialnej... WRÓÓÓĆ! ...placówki Poczty Polskiej. Mało tego, że nasze poczty już dawno  przestały być po prostu pocztami, a są dokumentnie zawalone masą przeróżnego towaru - gazetami, zabawkami, artykułami piśmienniczymi, książkami i nie da się zliczyć, czym tam jeszcze - to jeszcze ta konkretna (a pewnie też wiele innych) przypomina jako żywo sklep z dewocjonaliami! Asortyment w głównej mierze katolicko - PiSowski...







Zaskakujące - nawet sprzedawane tam książki z przepisami są napisane wyłącznie przez "duchownych" i wydane przez katolickie wydawnictwa! Papieże i "święci" zmieszani z rybami, mięsami, warzywami - jednym zdaniem: niezły "bigos"! Ha ha ha ha ha...

Gdy idę na pocztę, to po to, by wysłać list czy kartkę, lub po to, by wpłacić czy wypłacić pieniądze. Nie chcę być przy tym "oblegany" przez "maryjki", "świętych" i papieży. Poczta to przecież świecki, państwowy urząd, który powinien funkcjonować zgodnie z zasadą rozdziału Kościoła od Państwa i w związku z tym wszelkie akcenty religijne powinny być co najwyżej na okolicznościowych kartkach i znaczkach. Nie mam "katolikofobii". Korzystam także z literatury katolickiej i bywam także w księgarniach katolickich - wchodzę tam i tym samym jestem przygotowany na "maryjki", modlitewniki, papieży, itd., bo przecież idę do katolików. Gdy jednak wchodzę do urzędu, tam nie chcę mieć z tym styczności - tam stają się one elementem prymitywnej i bardzo agresywnej propagandy religijnej, religią wciskaną wszystkim na siłę! To tak, jakby urzędnik kazał przychodzącemu interesantowi najpierw się modlić - znam zresztą takiego człowieka, który takim właśnie urzędnikiem był. W prywatnym sklepie, w prywatnej firmie - proszę bardzo, sam bym u siebie handlował także literaturą chrześcijańską, wyłożył Biblię, ulotki i czasopisma "religijne", lecz w publicznej instytucji taka praktyka nie powinna występować.

Katolicy, gdy czują się czymś urażeni, bardzo często powołują się na zapis w polskim prawie, który mówi: "Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczon!e do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2" (Kodeks Karny, art. 196). Prawo to nie powinno chronić tylko katolików i ich "uczucia religijne". Gdy stykam się z "maryjkami", "świętymi" i całym tym religijnym jarmarkiem poza katolickimi świątyniami, to razi mnie to, jako bałwochwalstwo, bluźnierstwo, i w pewnym sensie obraża moje "uczucia religijne"! Gdyby Kościół katolicki nie był tak bardzo nachalny i gdyby nie próbował być tak bardzo wszechobecny, gdyby pozwalał ludziom na wolność, nie byłby też tak bardzo atakowany i nie musiałby zabiegać o szczególną prawną ochronę. Szanuję katolików i ich prawo do własnej wiary i praktyk religijnych - nie chcę być jednak przez ich wiarę osaczany i nie życzę sobie, by była ona wciskana w moje życie!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Chrześcijańska odwaga

Źródło: Gazeta.pl
Są tacy ludzie, których - choć zapewne bardzo wiele nas dzieli, jak chodzi o wiarę (ponieważ większość społeczeństwa jest katolicka, to zakładam, że i ta pani jest najprawdopodobniej - choć nie na pewno - katoliczką), to są ludzie, którzy dla mnie są prawdziwymi bohaterami. Szczerze podziwiam tą kobietę, tak pogardliwie potraktowaną przez "tolerancyjnych ludzi z Czerskiej". Podziwiam za to, że odważnie mówi PRAWDĘ, i to z MIŁOŚCIĄ! Głoszenie prawdy, BOŻEJ PRAWDY, nie zawsze jest proste, bo prawda, BOŻA PRAWDA, często nie jest rozumiana, ani dobrze widziana. W tym świecie, który zakochał się w diabelskich kłamstwach, prawda jest nienawidzona i wyszydzana - ot, jak choćby w tym przypadku, nazywana "homofobią". Od dawna da się zaobserwować, że właśnie ci, którzy tak głośną krzyczą o "tolerancji" i "równości", do tych, którzy głoszą prawdę, potrafią mówić: "zamknij mordę, ty idioto!" Coraz częściej ci, którzy ją głoszą są też otwarcie atakowani. Już nie tylko werbalnie, bo coraz częściej są bandycko napadani. Nawet nie tak dawno pewien działacz antyaborcyjny w Krakowie został pobity w miejscu publicznym przez pewnego "znanego artystę". Mówienie ludziom prawdy wymaga odwagi, bo w tym świecie ma swoją cenę - czasem bardzo wysoką. Ten, kto miłuje prawdę, ma też pragnienie, by się nią dzielić - bez względu na cenę.

Kobieta ta dostała łatkę "homofobki". Czym jest fobia? Fobia to zaburzenia lękowe dla których nie ma racjonalnego powodu. Spójrzmy: do tej kobiety podchodzi homoseksualista, rozmawia z nią, ona rozmawia z nim, obejmują się... Jeśli ona z nim rozmawia, jest życzliwa, dotyka go i serdecznie obejmuje, to... jakaż to fobia? Gdy chrześcijanin głosi prawdę, także na temat homoseksualizmu, to nie jest to przejawem fobii. To tak samo, jakby o fobię oskarżać ratownika, który płynie na pomoc człowiekowi, który się topi! Tak, jak ratownik wyławia ludzi z wody, tak naszą służbą jest wyławianie ludzi z grzechu. "W tym uwidoczniła się miłość Boga do nas, że  Bóg posłał na świat swego jedynego Syna, abyśmy przez Niego mogli zyskać życie" (1. List Jana 4, 9, tłum. EIB) - uratowani przez Syna Bożego, dołączamy do Jego drużyny i spieszymy ratować innych.

"Parady równości" nazywane są także "świętem miłości" i tyle mówi się w ich trakcie, że "miłość jest różnorodna" - a równocześnie zupełnie się nie rozumie prostego faktu, że Bóg tak kocha człowieka, że dał przykazania, że próbuje nas nauczyć dobrego życia, że próbuje ratować z bagna grzechu. Gdy mówimy o grzechu - nie tylko o homoseksualizmie, ale o każdym rodzaju grzechu - kierujemy się miłością bliźniego. Diabeł, który opętał ludzi na tym świecie, jednak inaczej definiuje "miłość" i tej miłości, która jest od Boga, nienawidzi i pogardza nią. 

Oczywiście obserwuję też ludzi, którzy uważają się za wierzących, a z pogardą mówią o innych, nazywając ich - jak w przypadku tego konkretnego grzechu homoseksualizmu - "pedałami" i "lesbami", posługujących się krzykiem i wygrażających... Oni bywają bardo religijni, przywiązani do swych religijnych dogmatów i praktyk - ich "wiara" to jednak tylko tradycja, rytuały, teoria. U samych fundamentów chrzescijaństwa jest przede wszystkim miłość - do Boga i do drugiego człowieka. "Drodzy, kochajmy się wzajemnie, gdyż miłość jest z Boga. Każdy, kto kocha, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie kocha, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością" (1. List Jana 4, 7 - 8, tłum. EIB).

Gazeta.pl relacjonuje: "Kajetan ma 28 lat i mieszka we Wrocławiu. Jest katolikiem i gejem. I właśnie to powiedział kobiecie oprotestowującej marsz. - Ona odpowiedziała mu, że nie da się połączyć wiary z homoseksualizmem - relacjonuje reporter Gazety.pl, który przysłuchiwał się tej rozmowie. Nic więcej nie usłyszał, bo rozmowa przerodziła się w szept. A potem nastąpiło coś niespodziewanego. Kajetan objął kobietę i zniknął w tłumie. (...) Dziennikarzowi udało się zlokalizować Kajetana. Wrocławianin zgodził się zdradzić szczegóły rozmowy. - Próbowała mnie przekonać, że akty homoseksualne są grzechem i każdy może się nawrócić - wyjaśnił. - Ja po części też wierzę w Boga, ale jestem bardziej liberalny - dodał. Jak mówił, jego rozmówczyni była naprawdę ciepłą i pozytywną kobietą, która po prostu bardzo głęboko wierzy w to, co jest napisane w Biblii. Zauważył przy tym, że są takie nauki, które kobieta odrzuca. - Wierzy w to, że homoseksualizm jest grzechem, ale nie wierzy już, że powinno się kamienować dzieci albo nosić ubrania utkane z jednej nici - tłumaczył. Choć kobieta do końca nie zmieniła zdania w kwestii tego, że Kajetan jest grzesznikiem, to pocieszała go, że nie wszystko stracone. - Ona próbuje nawróci gejów. Przekonywała mnie, że jeżeli będę żałować, nawet tuż przed śmiercią, to zostanie mi to wybaczone - relacjonował i dodał, że pozytywnie ocenił tę rozmowę. - Na koniec zainicjowałem gest pojednania, a ona go przyjęła - pochwalił się."

Uderzyły mnie słowa tego młodego człowieka: "Ja po części też wierzę w Boga..." Cóż to w ogóle znaczy: "częściowo wierzę"? To tak, jakby powiedzieć: "częściowo kocham", "częściowo jestem w małżeństwie". To tak, jakby mąż był miłującym i wiernym, gdy (i pod warunkiem), że akurat mu to w danym momencie czy zakresie pasuje i odpowiada. Czy taki związek w ogóle ma jakikolwiek sens? Tak samo jest z wiarą - ma ona sens tylko wówczas, gdy jest pełna. Nie ma wiary, jeśli nie ma miłości wobec Boga i wierności Słowu Bożemu, poważnego traktowania tego wszystkiego, co nam mówi nasz Ojciec Niebieski! W Słowie Bożym wiara porównywana jest to związku miłosnego, małżeństwa - Bóg obrazuje się jako Oblubieniec, a Kościół (wierzący) ukazany jest jako Oblubienica. Jesteśmy powołani do życia z Bogiem, do pielęgnowania miłości i wierności. 

Ten, kto przyjmuje tylko "po części" Boga i Jego normy, Jego Słowo, ten wcale nie żyje z Bogiem, ten wcale nie jest chrześcijaninem. Bóg nie chce od nas 20%, ani 50%, ani nawet "pakietu większościowego": 75% czy nawet 99% wcale Go nie interesuje - to musi być 100%! Bóg chce wszystko, albo nic! Wszystko, co tylko częściowe, jest mu obrzydliwe! "Wiem o twoich czynach. Nie jesteś ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący! A ponieważ jesteś letni, nie gorący ani zimny, wypluję cię z moich ust" (Apokalipsa 3, 15 - 16, tłum. EIB). Nie ma czegoś takiego jak "liberalne chrześcijaństwo" - chrześcijaństwo to przyjmowanie 100% i dawanie 100%! Tak, jak mąż ma cały należeć do żony, a żona cała do męża. Wiara jest związkiem bez kompromisów, jest układem z Bogiem, który wymaga radykalnej wierności i odwagi.