czwartek, 4 maja 2017

Maria - Matka Jezusa czy... nowe bóstwo?

Przeczytałem właśnie książkę "Mój Boże... dlaczego? znanego francus-kiego kapucyna - filozofa, o. Filipa Grouesa, znanego jako "Ojciec Piotr". To zbiór kilkunastu rozważań nad życiem i wiarą. To bardzo dziwna książeczka i bardzo dziwny system wiary tego człowieka - przed-stawiciela skrajnie liberalnego katolicyzmu, skażonego masą fałszy-wych nauk (herezji) i niewiary (np. w Biblię jako wiarygodne Słowo Boże). Nieraz denerwowałem się, czytając bzdury, w jakie wierzył i jakie głosił ten człowiek, ale oprócz głupoty i kłamstw znalazłem tam też kilka niezwykle ciekawych przemyśleń.

Jednymi z tych stron tej książeczki, które określiłbym jako pełne mądrości, jest rozważanie dot. osoby Marii z Nazaretu, matki Pana Jezusa, i tego, co z nią uczynił Kościół katolicki. Autor tych przemyśleń raczej nie był pod protestanckimi wpływami, a do swoich wniosków - identycznych z moimi przekonaniami w tym zakresie - doszedł drogą własnych przemyśleń, logiki, filozofii. Ten katolicki, tak strasznie zabłąkany duchowo, mnich napisał lepszą "skondensowaną" krytykę i podważenie kultu maryjnego, niż wielu protestanckich teologów razem wziętych!

"Jak to właściwie jest z główną żeńską postacią Ewangelii - matką Jezusa?
Jestem pod wrażeniem ostatniego nagromadzenia dogmatów dotyczących Marii, matki Jezusa. Można się zastanawiać, dlaczego tak się dzieje. Kościół stara się z pewnością odpowiedzieć na ludową pobożność i wyeksponować wyjątkowość i niezwykłość tej kobiety. Ale kryją się w tym dwa niebezpieczeństwa.
Przede wszystkim, że nastąpi jej odczłowieczenie. W przeciwieństwie do swego Syna, który w swojej osobie łączy podwójną naturę, ludzką i boską, Maria posiada jedynie naturę ludzką. Jest kobietą podobną do wszystkich kobiet na ziemi poprzez swą naturę, lecz została wybrana przez Boga, żeby przyjąć do swego łona wcielone Słowo. Czyni to z niej kobietę wyjątkową, ale nie powinno oddalać jej od nas, pozbawiając ją wspólną wszystkim ludziom pokus i słabości. Dogmat niepokalanego poczęcia, ustanowiony w 1854 roku, oznacza, że Maria nie jest skalana grzechem pierworodnym. Inaczej mówiąc, ma ona wyjątkowy status pośród całej ludzkości od chwili swojego poczęcia. Nie jest podobna do innych ludzi - nawet do największych świętych - którzy noszą w sobie znamię grzechu pierworodnego. chciałbym wyjaśnić, że niezbyt jestem skłonny wierzyć w grzech pierworodny jako taki. Niemniej jednak, jeśli grzech pierworodny istniał naprawdę i był przekazywany z pokolenia na pokolenia od Adama i Ewy, nie rozumiem, dlaczego Maria, która jest w pełni istotą ludzką, miałaby przywilej bycia od niego wolną i w czym miałoby to być potrzebne tajemnicy Wcielenia. W tym wierzeniu widzę raczej sposób oddalania nas od Marii.
Czyż nie jest tak samo w wypadku dogmatu wniebowzięcia Marii, ustanowionego w 1950 roku? Według niego ciało Marii nie uległo rozkładowi, ale zostało wzięte do nieba, w pewnym sensie uległo przeistoczeniu. Czy nie jest to znowu sposób zabierania Marii jej pełnego człowieczeństwa? Robienia z niej nieśmiertelnego niby-bóstwa?
Powinniśmy się strzec przed niebezpieczeństwem tego umacniania się mariologii. Pierwsi chrześcijanie walczyli z całych sił z pogaństwem i idolatrią, by w ślad za Jezusem zapewniać, że oddaje się kult jedynie Bogu. Kult jest możliwy i prawdziwy tylko wtedy, gdy zwraca się ku nieskończoności. Obdarzanie nim Marii Panny czy świętych jest niegodne chrześcijanina.
Żywię ogromne uczucie do Marii, matki Jezusa. Codziennie odmawiam jej słowa z 'Magnificat'. Często nawiązuję do niej w moich modlitwach kierowanych do Boga. Nie mogę jednak wyobrazić sobie, by można było darzyć ją prawdziwym kultem, który w końcu u niektórych przewyższa cześć wobec Stwórcy. Wtedy staje się idolatrią. Czyż Maria miałaby zająć miejsce bogiń starożytności, zwalczanych przez pierwotne chrześcijaństwo, niosące całemu światu objawienie Jednego i Niepodzielnego Boga, którego kult jest jedynie słuszny?" (Abbe Pierre, "Mój Boże... dlaczego?", wyd. Videograf II, Katowice 2007, str. 46 - 48).

Czyż nie to samo głoszę od lat? Trzeba jasno podkreślić, że jako chrześcijanie nie zwalczamy Marii, matki Jezusa. Nie "nienawidzimy" Marii i nie jesteśmy jej "przeciwnikami" - co czasami słyszę. My sprzeciwiamy się jedynie kultowi maryjnemu i nie opartym na Słowie Bożym naukom nt. Marii, fałszowaniu obrazu Marii taką, jaką była w religii! Ludzie uwierzyli fałszywe wyobrażenie Marii, jakie im zostało podsunięte i to właśnie fałszywe wyobrażenie matki Jezusa otoczyli kultem! Dodajmy: kultem, którego prawdziwa Maria by nigdy nie chciała - ona pokornie usunęła się na bok i nie miała większej roli w pierwotnym Kościele. To fałszywa Maria - która jest jak najbardziej rzeczywistą istotą duchową, lecz zupełnie innej natury - zaczęła domagać się czci, modlitw, procesji i świątyń dla siebie! Protestantyzm przeciwstawia się kultowi fałszywej Marii - właściwie po części w obronie tej prawdziwej, jej prawdziwego, biblijnego wyobrażenia, która może być i dla nas wzorem pobożności, uległości i zaufania wobec Boga, pokory i prostego życia chrześcijańskiego. 

Moja Maria - biblijna Maria - to nie trochę farby na desce i płótnie, przyozdobionej srebrem, złotem, wotami i płonącymi świecami... To kochana dziewczyna, która całym sercem wierzyła i była oddana Panu, ale miała też chwile zwątpienia. O tym, że i ona miała kryzysy wiary mówi nam przecież nawet Słowo Boże - miała chwile, gdy nie traktowała Jezusa jako Boga, gdy zdawała się wątpić, czy aby na pewno nie jest tylko jej synem, zwykłym człowiekiem, który robi jakieś szalone rzeczy i głosi szalone, niebezpieczne dla niego samego nauki! Odkąd odrzuciłem kult obrazów i dogmaty katolickie, Maria stała mi się znacznie bliższa, niż kiedykolwiek wcześniej! Już nie ma jej na moim życiowym, sercowym "ołtarzu" - jest mi drogą Siostrą w Panu, człowiekiem "z krwi i kości", która znała wszelkie nierówności i wiraże dróg życia i wiary i przeszła je pomyślnie całe wieki temu. Jest dla mnie wzorem ufności i zwycięstwa w wierze!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz