środa, 24 maja 2017

"Chata" - Bóg jest inny, niż myślisz


Do przeczytania tej książki Bracia i Siostry z Kościoła namawiali mnie już od dawna. Jakoś tak jednak "się nie złożyło". W końcu jednak miałem okazję po nią sięgnąć - ktoś bowiem wyłożył ją w publicznej szafie służącej wymianie książek. Bardzo mnie to ucieszyło.

"Chata" to zapis tragedii, która dotknęła Mackenzie Allena Phillipsa i jego rodziny, którą było porwanie i zabójstwo dziecka. Powieść stylizowana jest na "literaturę faktu". William Paul Young opisuje Macka Phillipsa jako swego przyjaciela, a samego siebie umieszcza w powieści jako postać w głębokim tle. Jest to jednak fikcja literacka - autor dość umiejętnie łączy w jedno różne kryminalne zdarzenia - autentyczne lub prawdopodobne - uzupełniając wszystko rozbudowanymi i głębokimi rozważaniami teologicznnymi i filozoficznym.

Mack, doświadczywszy tragedii, na szereg lat pogrąża się w bólu, depresji i nienawiści do nieznanego sprawcy, który skrzywdził jego dziecko i całą rodzinę. Sam nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo zniszczone tym jest jego własne serce. Aż pewnego dnia otrzymuje zaproszenie do chaty - tej samej chaty, gdzie zamordowano jego dziecko - zawartego w tajemniczym liściku, podpisanym jedynie słowem "Tato". Gdy pojawia się na miejscu, zostaje przeniesiony jakby do "równoległego świata", gdzie chata nie jest rozpadającą się ruiną ze śladami krwi jego dziecka na podłodze, lecz przytulnym domem, w którym mieszkają: Elousia - Tato (Ojciec), Jezus (Syn) oraz Sarayu (Duch Święty).

Zaskakujące jest to, że Tato jest... kobietą, starszą i "pulchną" murzynką. Może się to zdawać kontrowersyjne, a nawet niektórych bulwersuje - dopiero u końca powieści znajdujemy wyjaśnienie tego zabiegu. Sarayu - w której odkrywamy Ducha Świętego - jest młodą Azjatką, istotą zwiewną, eteryczną, rzeczywistą i nierzeczywistą zarazem... Imię "Sarayu" zaczerpnięte zostało z sanskrytu i oznacza "wiatr" i w sposób oczywisty nawiązuje do słów Jezusa: "Wiatr wieje, dokąd chce, i szum jego słyszysz, ale nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd idzie" (Ewangelia Jana 3, 8). Muszę przyznać, że początkowo miałem spore trudności z przyjęciem tego wyobrażenia Boga i bardzo się z tym zmagałem nawet do połowy powieści - wielka jest siła przyzwyczajeń i tradycji. Autor pokazuje nam, że Bóg, chociaż jest Ojcem  i Panem, to nie jest mężczyzną - nie jest ani mężczyzną, ani kobietą, a my, mężczyźni i kobiety, wszyscy jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo. Bóg nie jest też ani białym człowiekiem - jak my Go sobie najczęściej wyobrażamy (oczami wyobraźni widzę teraz "Jego wizerunki", licznie stworzone, wbrew zakazowi, przez katolików) ani Azjatą, ani murzynem, ani Indianinem. Kiedyś Abrahamowi Bóg objawił się pod postacią trzech mężczyzn, aniołów - nie dostrzegam jednak żadnego teologicznego problemu, gdyby faktycznie postanowił się pojawić jako kobieta, jako murzyn(ka), Azjat(k)a... To wyobrażenie wielu bulwersuje, lecz autorowi chodzi, jak sądzę, o to, by pokazać nam, że Bóg wymyka się naszym ludzkim wyobrażeniom, naszemu ograniczonemu myśleniu, naszym przyzwyczajeniom.

Gdy przeglądałem w sieci informacje o książce, zwróciłem uwagę na to, jak jest ona klasyfikowana przez krytyków. Znalazłem m.in. "sensacja", "thriller"... Z pewnością na jej kartach są te elementy. Jest to jednak przede wszystkim powieść filozoficzna, a także powieść terapeutyczna. Nie jest to historia o zabójstwie małej dziewczynki. Porwanie i zabójstwo Missy Phillips nie są "centrum" wydarzeń opisanych w książce, a tylko "preludium". To historia o Bogu i człowieku. Dodać zaraz trzeba: o Bogu, który nie jest odległy od nas i naszych spraw, który nie jest obojętny, który pochyla się nad człowiekiem. Wiele osób, gdy widzi zło, lub samemu zła doświadcza, buntuje się przeciwko Bogu: "Gdzie był ten Bóg, gdy to się stało? Dlaczego Bóg do tego dopuścił?" Gdy dzieje się zło, łatwo sadzamy Boga na "ławie oskarżonych" - a tymczasem nie Bóg, lecz człowiek odpowiada za zło. Bóg nie stworzył zła - zło się zrodziło, bo Bóg stworzył wolne istoty, które dokonały fatalnego wyboru, źle skorzystały z tej wolności. Bóg cierpliwie znosi nasze oskarżenia, a nasz ból jest jego bólem - Bóg nie chce, byśmy cierpieli. Bóg przychodzi jako dobry Tato, by uwolnić nasze serce i uczyć wolności, której warunkiem jest miłość i przebaczenie. Aby być wolnym, trzeba umieć przebaczać nawet wielkie krzywdy, wielkie zło - tak innym, jak i samemu sobie.

Bóg jest Panem, jest Królem, jest pełen majestatu i chwały w znacznie większym stopniu, niż nasi ziemscy dostojnicy... Jednak jest naprawdę Tatą, a my jego dziećmi - i każde jest tak samo kochane, niezależnie od tego, jak żyje, czy ma relacje z Tatą. Relacje w Trójcy Świętej według Younga są więzią, nie hierarchią - i my zaproszeni jesteśmy do więzi z Bogiem, nie do struktur kościelnych, gdzie jest hierarchia, gdzie są różne "godności", "ważności" i "trony". Gdy chrześcijanin idzie głosić Ewangelię, nie robi nic innego, jak roznoszenie zaproszenia do Bożej rodziny, do relacji, do... życia! Bój jest Panem, jest Królem - ale nie jest od nas odłączony przez swój majestat - my, gdy nawiązujemy z nim relacje, gdy oddajemy Bogu swoje życie, stajemy się na nowo tymi, na których zostaliśmy powołani i stworzeni: Jego dziećmi! Bóg jest Królem, ale każdy chrześcijanin to królewicz, a każda chrześcijanka to królewna! Boży majestat nie oddziela Boga od nas, bo Bóg nie chce być oddzielony,  nie jest jak bożkowie pogan, których tylko trzeba czcić i się lękać. Jeśli nam się zdaje, że Bóg jest w oddali, to znaczy, że to my sami jesteśmy oddaleni od Boga - Boga, który kocha, który o nas się troszczy i zabiega o nasze serce, o nasze uczucia, który jest spragniony nie kultu, lecz miłości... "Chata" jest ciekawym obrazem takiego właśnie Boga, zupełnie innego, niż nasze religijne o nim wyobrażenia.

Muszę przyznać, że miałem pewne obawy, gdy zaczynałem czytać - nie spowodowane kontrowersjami związanymi ze sposobem ukazania Trójcy Świętej, lecz z osobą autora i specyficznymi przekonaniami wspólnoty religijnej, do której należy. W.P. Young bowiem nie należy do żadnego Kościoła - nazwijmy to tak - "głównego nurtu chrześcijaństwa", a do marginalnej sekty unitarian uniwersalistów, którą skłonny jestem określić raczej jako postchrześcijańską. Choć czerpią oni z Biblii i chrześcijaństwa, to wiele ich przekonań, nauk i praktyk jest zupełnie od chrześcijaństwa odmiennych - np. błogosławienie par homoseksualnych jako "małżeństw", sprowadzanie chrześcijaństwa do rangi tylko jednej z dróg zbliżenia się do Boga i poznania Go, kwestionowanie istnienia piekła i wiekuistego potępienia grzeszników, jedność bóstwa - wyrażana np. przez myśl, że Bóg Ojciec był ukrzyżowany jako Jezus Chrystus, bo w istocie jest także Chrystusem itd. Trzeba podkreślić, że unitarianie uniwersaliści" są bardzo niespójną wewnętrznie grupą wyznaniową. Mogą wierzyć w Chrystusa, mogą skłaniać się ku islamowi, mnogą być buddystami - a więc nie są Kościołem, nie są społecznością chrześcijańską. Jest to typowy new age, gdzie właściwie każdy może wierzyć w cokolwiek i praktykować swoją wiarę w jakikolwiek sposób. Autor "Chaty" opiera się na wierze chrześcijańskiej i jego książka jest bardzo ciekawym traktatem o Bogu, jakiego znamy z kart Pisma Świętego i doświadczenia życia chrześcijańskiego. Powiedziałbym, że 95% zawartych na kartach książki myśli i odkryć związanych z osobą Boga - pozostaje jednak 5%, które są z punktu widzenia chrześcijańskiego, biblijnego bardzo kontrowersyjne, czy wręcz heretyckie. 

Ze względu na te 95% jestem jednak szczęśliwy, że przeczytałem tą książkę i czuję się duchowo ubogacony. Zdecydowanie jednak nie jest to książka dla wszystkich. Polecić ją można tym, którzy mają ugruntowaną wiarę i wiedzę chrześcijańską, mocno opartą na Piśmie Świętym - bez tego lektura "Chaty" może wprowadzić duchowy zamęt, właśnie z powodu tych zwodniczych 5% heretyckich myśli, jakie zawiera, które są w gruncie rzeczy domieszką duchowej trucizny.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz