czwartek, 25 maja 2017

Cel


środa, 24 maja 2017

"Chata" - Bóg jest inny, niż myślisz


Do przeczytania tej książki Bracia i Siostry z Kościoła namawiali mnie już od dawna. Jakoś tak jednak "się nie złożyło". W końcu jednak miałem okazję po nią sięgnąć - ktoś bowiem wyłożył ją w publicznej szafie służącej wymianie książek. Bardzo mnie to ucieszyło.

"Chata" to zapis tragedii, która dotknęła Mackenzie Allena Phillipsa i jego rodziny, którą było porwanie i zabójstwo dziecka. Powieść stylizowana jest na "literaturę faktu". William Paul Young opisuje Macka Phillipsa jako swego przyjaciela, a samego siebie umieszcza w powieści jako postać w głębokim tle. Jest to jednak fikcja literacka - autor dość umiejętnie łączy w jedno różne kryminalne zdarzenia - autentyczne lub prawdopodobne - uzupełniając wszystko rozbudowanymi i głębokimi rozważaniami teologicznnymi i filozoficznym.

Mack, doświadczywszy tragedii, na szereg lat pogrąża się w bólu, depresji i nienawiści do nieznanego sprawcy, który skrzywdził jego dziecko i całą rodzinę. Sam nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo zniszczone tym jest jego własne serce. Aż pewnego dnia otrzymuje zaproszenie do chaty - tej samej chaty, gdzie zamordowano jego dziecko - zawartego w tajemniczym liściku, podpisanym jedynie słowem "Tato". Gdy pojawia się na miejscu, zostaje przeniesiony jakby do "równoległego świata", gdzie chata nie jest rozpadającą się ruiną ze śladami krwi jego dziecka na podłodze, lecz przytulnym domem, w którym mieszkają: Elousia - Tato (Ojciec), Jezus (Syn) oraz Sarayu (Duch Święty).

Zaskakujące jest to, że Tato jest... kobietą, starszą i "pulchną" murzynką. Może się to zdawać kontrowersyjne, a nawet niektórych bulwersuje - dopiero u końca powieści znajdujemy wyjaśnienie tego zabiegu. Sarayu - w której odkrywamy Ducha Świętego - jest młodą Azjatką, istotą zwiewną, eteryczną, rzeczywistą i nierzeczywistą zarazem... Imię "Sarayu" zaczerpnięte zostało z sanskrytu i oznacza "wiatr" i w sposób oczywisty nawiązuje do słów Jezusa: "Wiatr wieje, dokąd chce, i szum jego słyszysz, ale nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd idzie" (Ewangelia Jana 3, 8). Muszę przyznać, że początkowo miałem spore trudności z przyjęciem tego wyobrażenia Boga i bardzo się z tym zmagałem nawet do połowy powieści - wielka jest siła przyzwyczajeń i tradycji. Autor pokazuje nam, że Bóg, chociaż jest Ojcem  i Panem, to nie jest mężczyzną - nie jest ani mężczyzną, ani kobietą, a my, mężczyźni i kobiety, wszyscy jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo. Bóg nie jest też ani białym człowiekiem - jak my Go sobie najczęściej wyobrażamy (oczami wyobraźni widzę teraz "Jego wizerunki", licznie stworzone, wbrew zakazowi, przez katolików) ani Azjatą, ani murzynem, ani Indianinem. Kiedyś Abrahamowi Bóg objawił się pod postacią trzech mężczyzn, aniołów - nie dostrzegam jednak żadnego teologicznego problemu, gdyby faktycznie postanowił się pojawić jako kobieta, jako murzyn(ka), Azjat(k)a... To wyobrażenie wielu bulwersuje, lecz autorowi chodzi, jak sądzę, o to, by pokazać nam, że Bóg wymyka się naszym ludzkim wyobrażeniom, naszemu ograniczonemu myśleniu, naszym przyzwyczajeniom.

Gdy przeglądałem w sieci informacje o książce, zwróciłem uwagę na to, jak jest ona klasyfikowana przez krytyków. Znalazłem m.in. "sensacja", "thriller"... Z pewnością na jej kartach są te elementy. Jest to jednak przede wszystkim powieść filozoficzna, a także powieść terapeutyczna. Nie jest to historia o zabójstwie małej dziewczynki. Porwanie i zabójstwo Missy Phillips nie są "centrum" wydarzeń opisanych w książce, a tylko "preludium". To historia o Bogu i człowieku. Dodać zaraz trzeba: o Bogu, który nie jest odległy od nas i naszych spraw, który nie jest obojętny, który pochyla się nad człowiekiem. Wiele osób, gdy widzi zło, lub samemu zła doświadcza, buntuje się przeciwko Bogu: "Gdzie był ten Bóg, gdy to się stało? Dlaczego Bóg do tego dopuścił?" Gdy dzieje się zło, łatwo sadzamy Boga na "ławie oskarżonych" - a tymczasem nie Bóg, lecz człowiek odpowiada za zło. Bóg nie stworzył zła - zło się zrodziło, bo Bóg stworzył wolne istoty, które dokonały fatalnego wyboru, źle skorzystały z tej wolności. Bóg cierpliwie znosi nasze oskarżenia, a nasz ból jest jego bólem - Bóg nie chce, byśmy cierpieli. Bóg przychodzi jako dobry Tato, by uwolnić nasze serce i uczyć wolności, której warunkiem jest miłość i przebaczenie. Aby być wolnym, trzeba umieć przebaczać nawet wielkie krzywdy, wielkie zło - tak innym, jak i samemu sobie.

Bóg jest Panem, jest Królem, jest pełen majestatu i chwały w znacznie większym stopniu, niż nasi ziemscy dostojnicy... Jednak jest naprawdę Tatą, a my jego dziećmi - i każde jest tak samo kochane, niezależnie od tego, jak żyje, czy ma relacje z Tatą. Relacje w Trójcy Świętej według Younga są więzią, nie hierarchią - i my zaproszeni jesteśmy do więzi z Bogiem, nie do struktur kościelnych, gdzie jest hierarchia, gdzie są różne "godności", "ważności" i "trony". Gdy chrześcijanin idzie głosić Ewangelię, nie robi nic innego, jak roznoszenie zaproszenia do Bożej rodziny, do relacji, do... życia! Bój jest Panem, jest Królem - ale nie jest od nas odłączony przez swój majestat - my, gdy nawiązujemy z nim relacje, gdy oddajemy Bogu swoje życie, stajemy się na nowo tymi, na których zostaliśmy powołani i stworzeni: Jego dziećmi! Bóg jest Królem, ale każdy chrześcijanin to królewicz, a każda chrześcijanka to królewna! Boży majestat nie oddziela Boga od nas, bo Bóg nie chce być oddzielony,  nie jest jak bożkowie pogan, których tylko trzeba czcić i się lękać. Jeśli nam się zdaje, że Bóg jest w oddali, to znaczy, że to my sami jesteśmy oddaleni od Boga - Boga, który kocha, który o nas się troszczy i zabiega o nasze serce, o nasze uczucia, który jest spragniony nie kultu, lecz miłości... "Chata" jest ciekawym obrazem takiego właśnie Boga, zupełnie innego, niż nasze religijne o nim wyobrażenia.

Muszę przyznać, że miałem pewne obawy, gdy zaczynałem czytać - nie spowodowane kontrowersjami związanymi ze sposobem ukazania Trójcy Świętej, lecz z osobą autora i specyficznymi przekonaniami wspólnoty religijnej, do której należy. W.P. Young bowiem nie należy do żadnego Kościoła - nazwijmy to tak - "głównego nurtu chrześcijaństwa", a do marginalnej sekty unitarian uniwersalistów, którą skłonny jestem określić raczej jako postchrześcijańską. Choć czerpią oni z Biblii i chrześcijaństwa, to wiele ich przekonań, nauk i praktyk jest zupełnie od chrześcijaństwa odmiennych - np. błogosławienie par homoseksualnych jako "małżeństw", sprowadzanie chrześcijaństwa do rangi tylko jednej z dróg zbliżenia się do Boga i poznania Go, kwestionowanie istnienia piekła i wiekuistego potępienia grzeszników, jedność bóstwa - wyrażana np. przez myśl, że Bóg Ojciec był ukrzyżowany jako Jezus Chrystus, bo w istocie jest także Chrystusem itd. Trzeba podkreślić, że unitarianie uniwersaliści" są bardzo niespójną wewnętrznie grupą wyznaniową. Mogą wierzyć w Chrystusa, mogą skłaniać się ku islamowi, mnogą być buddystami - a więc nie są Kościołem, nie są społecznością chrześcijańską. Jest to typowy new age, gdzie właściwie każdy może wierzyć w cokolwiek i praktykować swoją wiarę w jakikolwiek sposób. Autor "Chaty" opiera się na wierze chrześcijańskiej i jego książka jest bardzo ciekawym traktatem o Bogu, jakiego znamy z kart Pisma Świętego i doświadczenia życia chrześcijańskiego. Powiedziałbym, że 95% zawartych na kartach książki myśli i odkryć związanych z osobą Boga - pozostaje jednak 5%, które są z punktu widzenia chrześcijańskiego, biblijnego bardzo kontrowersyjne, czy wręcz heretyckie. 

Ze względu na te 95% jestem jednak szczęśliwy, że przeczytałem tą książkę i czuję się duchowo ubogacony. Zdecydowanie jednak nie jest to książka dla wszystkich. Polecić ją można tym, którzy mają ugruntowaną wiarę i wiedzę chrześcijańską, mocno opartą na Piśmie Świętym - bez tego lektura "Chaty" może wprowadzić duchowy zamęt, właśnie z powodu tych zwodniczych 5% heretyckich myśli, jakie zawiera, które są w gruncie rzeczy domieszką duchowej trucizny.  

sobota, 20 maja 2017

Pole walki

"Nie chodźcie w obcym jarzmie z niewiernymi; bo co ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością albo jakaż społeczność między światłością a ciemnością? Albo jaka zgoda między Chrystusem a Belialem, albo co za dział ma wierzący z niewierzącym? Jakiż układ między świątynią Bożą a bałwanami? Myśmy bowiem świątynią Boga żywego, jak powiedział Bóg: Zamieszkam w nich i będę się przechadzał pośród nich, I będę Bogiem ich, a oni będą ludem moim. Dlatego wyjdźcie spośród nich i odłączcie się, mówi Pan,I nieczystego się nie dotykajcie; A ja przyjmę was I będę wam Ojcem, a wy będziecie mi synami i córkami, mówi Pan Wszechmogący" (2. List do Koryntian 6, 14 - 18)

"Dawny kościół został przekształcony w meczet, a grupa pastorów wzięła udział w ceremonii, by okazać muzułmanom 'szacunek'. Z dachu i fasady kościoła, który lokalny serwis The News Observer określa jako zielonoświątkowy, usunięto krzyże. Ali Muhammad, lider społeczności muzułmańskiej w Smithfield w Karolinie Północnej (USA), oddał je pastorom. - W ten sposób starali się okazać szacunek naszej tradycji. Chcieli nam je zwrócić. Wyciągnęli rękę do nas, a my do nich - tłumaczy pastor Kościoła episkopalnego - Jim Melnyk. W ceremonii, oprócz niego, wzięli udział pastorzy ze Zjednoczonego Kościoła Metodystów (UMC), Zjednoczonego Kościoła Chrystusa (UCC) i trzech wspólnot baptystycznych. Jim Melnyk podkreślił, że chrześcijaństwo i islam 'mają wspólne początki i pisma'" (źródło: CHNNews.pl)


Zawsze, gdy czytam takie wiadomości - a niestety pojawiają się one coraz częściej, bardzo regularnie i napływają z całego świata - robi mi się tak bardzo przykro, że żadnymi słowami się nie da tego wyrazić. Serce boli i dusza płacze. Uwidacznia się bowiem coraz bardziej, że ludzie obojętnieją na Boga, otwierając na oścież drzwi diabłu i jego "królestwu". 

Zdjęcie krzyża - nawet gdy z uśmiechem i zapewnieniami o pokoju i braterstwie (z gruntu kłamliwym) - nie jest "wyrazem szacunku i dobrej woli", a obrazą dla Boga, zepchnięciem Boga z miejsca, w którym był czczony. Tam, gdzie nie ma miejsca dla krzyża i Biblii, tam nie ma też miejsca dla Boga - tam wtargnął diabeł. Myślę, że nie jest przypadkiem, że muzułmanie chętnie przejmują kościoły - to dla nich akt symboliczny, akt poddania się chrześcijaństwa i tryumfu (fałszywego) Allaha i Mahometa! Trudno mi pojąć ludzi, którzy uważają się za "uczniów Chrystusa" a z uśmiechem - zamiast walczyć o duchową odnowę społeczeństwa, o powrót ludzi do Chrystusa, o zapełnienie na nowo pustniejących kościołów i kaplic, o życie chrześcijańskie - oddają swe domy modlitwy, by inni czcili tam innego boga i jeszcze z wdzięcznością i rozczuleniem przyjmują z rąk pogan wyrzucone z kościoła krzyże jedynego prawdziwego Boga! Przecież my powinniśmy walczyć o coś zupełnie innego: by Słowo Boga było głoszone tam, gdzie dotąd ludzie kłaniali się fałszywym bogom, czytali fałszywe "święte księgi" - tam, gdzie panowały religie (z islamem włącznie) my powinniśmy nieść chrześcijaństwo. Tak! Naszym staraniem powinno być, by meczety stawały się kościołami, na których krzyż zajmie miejsce złotego półksiężyca!

Jesteśmy powołani na wojowników Pana, którzy mają nieść Słowo Boże i Krzyż Chrystusa wszędzie na tym świecie, którzy mają walczyć z bożkami tego świata, burzyć ich ołtarze - głównie te duchowe, w ludzkich sercach - i stawiać tam krzyż Pana. "Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiony, ale kto nie uwierzy, będzie potępiony" (Ewangelia Marka 16, 15 - 16). Który wojownik się cieszy, gdy wróg obala jego "sztandar"? Gdy nasi rycerze walczyli pod Grunwaldem, polski sztandar upadł na ziemię, a ponad polem poniósł się jęk zawodu - wielu "straciło ducha", bo upadek sztandaru wieścił klęskę. Dlatego bito się zacięcie, by na nowo go podźwignąć! Krzyż jest niczym sztandar! Gdy jest zrzucany, naszym obowiązkiem jest go wznieść na nowo i walczyć dalej, na nowo zbierać siły, tworzyć nowe strategie i uderzać! Oczywiście nie mówię o walce dosłownej, którą toczylibyśmy z ludźmi, lecz o walce duchowej, walce o ludzi z samym diabłem, "gdyż bój toczymy nie z krwią i ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich" (List do Efezjan 6, 12). 

Fakt, że kościoły pustoszeją, że zmieniane są na bary i kluby, przebudowywane na domy mieszkalne, lub też, co gorsza, przemieniane w meczety, jest świadectwem poważnej duchowej i cywilizacyjnej zapaści wśród społeczeństwa. Ludzie coraz bardziej obojętnieją na Boga i nuży ich żywe Słowo Boże, zwiastowane w społecznościach chrześcijańskich. Przestają myśleć o wieczności - koncentrując się na "tu i teraz", na codziennych sprawach, na pracy i zarabianiu pieniędzy. Coraz mniej ludzi szuka Królestwa Bożego i tego, co nie przemija - coraz więcej natomiast szuka wygodnego urządzenia się w tym życiu, w otoczeniu rzeczy, które kiedyś i tak albo się rozpadną, albo przyjdzie im je pozostawić tu w chwili śmierci. Wielu ludzi woli niedzielę spędzić na zakupach lub przy grillu, niż iść do kościoła, modlić się, chwalić Pana i słuchać Słowa Bożego. Wielu jest takich, którzy byli dotąd gorliwymi chrześcijanami i chwalili Boga całym sercem, nie wyobrażali sobie niedzieli bez Kościoła, a potem ich miłość osłabła, oziębła i zwiędła! Niekoniecznie oznacza to, że przestali wierzyć, ale wiara straciła dla nich znaczenie - stała się być może jakąś filozofią tylko, samym przekonaniem, że jest Bóg. To taka wiara, jak zasuszony kwiat, który staje się tylko cieniem samego siebie, obrazem, smutnym reliktem życia...

poniedziałek, 8 maja 2017

Piekło nasze powszednie

"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego..." (Ewangelia Marka 12, 31)
Są takie chwile, gdy bliski jestem rozpaczy - zdruzgotany tym, co dzieje się wokół mnie, jaki jest ten świat i jacy jesteśmy my, ludzie. W Warszawie odbył się "Marsz Wolności" - i bardzo pięknie, bo każdy ma prawo mieć własne poglądy, myśleć po swojemu, wyrażać słowami i manifestować swoje poglądy - bądź to indywidualnie, bądź to masowo - sprzeciwiać się, gdy dzieje się coś niepokojącego i nawet głośno krzyczeć: "Nie zgadzam się na to!" Podoba mi się, że ludzie mają odwagę swoje poglądy wyrażać i walczyć o to, co jawi im się słuszne. I naprawdę nie obchodzi mnie, czy dany człowiek sympatyzuje z PiS czy z PO, z PSL czy z SLD, czy jeszcze z jakimś innym ugrupowaniem - jeśli potrafi postępować po ludzku względem innych. Ktoś klaszcze panu Kaczyńskiemu czy Prezydentowi Dudzie a ponuro milcząc patrzy na pana Tuska - ok, to jest jego prawo - a ktoś drugi klaszcze panu Tuskowi czy panu Schetynie, a ponuro milcząc patrzy na pana Kaczyńskiego i Pana Prezydenta - też jest to w porządku, bo to jest jego prawo. Żeby chociaż ludzie potrafili się ograniczać do "ponuro milcząc patrzeć"! Tymczasem co mamy po "Marszu Wolności"? Co mamy po jakimkolwiek manifestowaniu tych czy innych poglądów? Co mamy na okładkach, transparentach, tablicach nawet podczas samych manifestacji? 

Czytałem dzisiaj wpisy na "fanpejdżu" p. Cezarego Żaka, który pochwalił się udziałem w "Marszu Wolności" (jego prawo mieć własne poglądy i je manifestować!) i odnoszę wrażenie, że my wcale nie mamy tylko jakiegoś "problemu" sami ze sobą, lecz spora część naszego narodu jest najzwyczajniej w świecie... opętana! Ludzie, nawet jeśli mają w czymś rację, zioną taką nienawiścią do innych i mówią i wypisują takie słowa, że jest dla mnie absolutnie oczywiste, że mówią i piszą nie oni, lecz sam diabeł, który posiadł ich serca i usta! Coraz więcej plugastwa jest po jednej i po drugiej stronie - i ja żadnej z tych grup i kręcących w tym wszystkim "mąciwodów" nie popieram. Modlę się natomiast o upamiętanie i o to, by nie skończyło się to rozlewem krwi - bo tak wielka nieprawość, tak wielka nienawiść, tak wulgarne obelgi łatwo mogą się przemienić w zupełnie realną przemoc. Może być wojna domowa, a może być też i tak, że w zniszczone przez nas samych państwo wkroczą obce wojska, a nikt - ani UE ani NATO - nam nie pomoże z powodu tego, jak postępujemy i jak sami siebie i nasz kraj niszczymy. Czy wiecie, kto się najbardziej cieszy z tego, jak postępujemy i jak się nawzajem traktujemy? Ci, którzy chętnie by zrzucili na nas bomby i wprowadzili swoje czołgi na nasze ulice!

Akurat skończyłem czytać znakomitą książkę Arthura C. Clarka i Mike'a McQuay pt. "10 w skali Richtera". Są tam i takie nadzwyczaj mądre słowa: "Nienawiścią nie można zbudować niczego pozytywnego. Jest to czysto destrukcyjne uczucie. Jest aktywnym czynnikiem wywołującym strach. Dokąd nas ono zaprowadziło? Co dobrego mu zawdzięczamy? (...) Nie można przez cały czas żyć nienawiścią. To nie jest prawdziwe życie" (str. 423 - 424). Można się z drugim człowiekiem nie zgadzać - to nie tylko prawo, ale rzecz całkiem naturalna i pożyteczna, jeśli tylko potrafimy nie zgadzać się i spierać w sposób elegancki i taktowny. Trzeba jednak nieustannie strzec własnego serca, by różnice przekonań i spór nie przemieniły się w agresję, nienawiść, pogardę. Można się z drugim człowiekiem nie zgadzać, ale zawsze trzeba go szanować i kochać. KO-CHAĆ! Nawet gdy mówi lub czyni coś głupio, gdy widzimy w tym nawet zupełnie oczywiste zło. Wolno nam osądzać czyny drugiego człowieka - lecz tylko w duchu miłości. Gdy nie umiemy kochać, nie umiemy też osądzić i nie powinniśmy tego czynić, bo nie wydamy nigdy właściwego wyroku. Tylko miłość pomaga osądzić i traktować bliźniego sprawiedliwie, bez uprzedzeń i obciążenia własnymi poglądami. 

Co widzę, gdy patrzę na nasz biedny kraj? Sympatyków PiSu, którzy plują na PO, Nowoczesną, KOD i wszystkich, którym "nie leży" obecny Rząd. Im się wydaje, że "tamci" stanowią jakiś "problem", jakieś "zagrożenie". Potem dla odmiany widzę ludzi, którzy z pogardą mówią o wszystkich ludziach PiSu i wygrażają tym, których uznają za wyłącznie złych, za "problem" i "zagrożenie". Ludzie z obu tych obozów oczywiście mają do czynienia z problemem i zagrożeniem - tym problemem i zagrożeniem jest... brak miłości bliźniego w ich własnych sercach! To znacznie większy problem i realniejsze zagrożenie, niż wszelkie gierki polityczne czy nawet autentyczna nieprawość tych czy tamtych ludzi będących rządzącą czy żądną władzy "elitą". Trudno pojąć, że ludzie awanturują się i gotowi są się nawet bić o to, kto będzie sprawował władzę. Przy tym niezwykle rzadko zmiany zachodzące "na górze" w jakikolwiek sposób poprawiają życie tych "na dole" - co rodzi pytanie: czy naprawdę jest się o co żreć między sobą? Tym bardziej, że nienawiść i walka z bliźnim dramatycznie oddala człowieka od bram Królestwa Niebieskiego! Postępując ze sobą nawzajem w tak niegodziwy sposób nie tylko robimy sobie piekło za życia, ale śmiało kroczymy także ku jeszcze bardziej piekielnej wieczności!

niedziela, 7 maja 2017

Braćmi być mamy...

"Lubią też [faryzeusze] pierwsze miejsce na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach, i pozdrowienia na rynkach, i tytułowanie ich przez ludzi: Rabbi. Ale wy nie pozwalajcie się nazywać Rabbi, bo jeden tylko jest - Nauczyciel wasz, Chrystus, a wy wszyscy jesteście braćmi. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie ojcem swoim; albowiem jeden jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Ani nie pozwalajcie się nazywać przewodnikami, gdyż jeden jest przewodnik wasz, Chrystus. Kto zaś jest największy pośród was, niech będzie sługą waszym, a kto się będzie wywyższał, będzie poniżony, a kto się będzie poniżał, będzie wywyższony" (Ewangelia Mateusza 23, 6 - 12)
Kilka dni temu, gdy wyraziłem swoje zdanie na popularnym portalu społecznościowym o naukach i praktykach pewnego księdza - który nie kryje się z poglądami antysemickimi i nacjonalistycznymi - spotkałem się z bardzo ostrą reakcją jednego z internautów na fakt, że o księdzu "mam czelność" pisać "ten pan". Przypomina mi to pewną sytuację sprzed kilku lat, gdy Stanisław Małkowski, jeden z kapelanów "Solidarności" oburzał się na dziennikarkę w studiu telewizyjnym, gdy ta zwracała się do niego per "pan", a nie "ksiądz". Zwykle w takich sytuacjach - a zdarzają się one w miarę regularnie, gdyż unikam stosowania zwrotu "ksiądz" - gdy ktoś się oburza, zapytuję: "od kiedy to zwracanie się do kogoś lub pisanie o kimś przez 'pan' jest niestosowne?" Jest to powszechnie stosowany zwrot grzecznościowy! Słowo "ksiądz" jest natomiast niczym innym, jak określeniem zawodu, jaki dany mężczyzna wykonuje - nie jest niczym więcej, niż "inżynier", "lekarz", "dekarz", "ślusarz", "ogrodnik", "śmieciarz", etc. Owszem, mówi się czasem "panie doktorze", "panie inżynierze" - zwykle do osób z wyższym wykształceniem - choć mawia się także "pan woźny" czy "pan dozorca" - więc można też mówić: "pan ksiądz", czy może lepiej "pan kapłan" (bowiem to jest funkcja religijna!), co zresztą jest przyjęte w niektórych krajach i stosowane nawet przez duchowieństwo katolickie.

Jakie jest pochodzenie słowa "ksiądz"? W mowie staropolskiej "ksiądz" oznaczało feudalnego zwierzchnika, któremu należało się całkowicie podporządkować! "Ksiądz" to był... książę! Jeszcze Zygmunt August miał tytuł "Wielkiego Księdza Litewskiego" - przykład tego mamy np. w "Statucie Herburta" (XVI w.): "My, Zygmunt August, z łaski Bożej król polski, wielki ksiądz litewski..." To, że obecnie "ksiądz" to "ksiądz" jest reliktem średniowiecznego feudalizmu. Podobnie zresztą jest we Włoszech, Hiszpanii czy Portugalii, gdzie duchownych katolickich tytułuje się "don" lub "dom", co jest tytułem szlacheckim, książęcym. O tym, jak bardzo feudalną instytucją był przez wieki Kościół katolicki świadczy też fakt, że o ile na wsi "kapłanem" mógł być człowiek "z nizin społecznych", to jakąkolwiek wyższą funkcję mieli tylko ci, którzy wywodzili się z majętnych i szlacheckich domów. Nie było biskupa, opata czy ksieni (opatki), którzy by nie byli "herbowi", z bogatych domów - takie funkcje wręcz się kupowało! Ich eminencje, ekscelencje i świątobliwości - wszystko, by się wynosić ponad innych, podkreślać swą "wielkopańskość", wyższość, doskonałość i prawa władzy nad innymi! Kościół katolicki w XX wieku uległ oczywiście daleko idącym zmianom, ale nie wyzbył się do końca feudalizmu i tytułomanii!

Unikam tych zwrotów, ponieważ nie uznaję autorytetu i zwierzchności ludzi, którzy te tytuły względem siebie stosują. Wszyscy bowiem jesteśmy równi - co mówi zarówno Słowo Boże, jak i Konstytucja. Gdy nie używam zwrotu / określenia "ksiądz", to nie jest to brak szacunku, a zwyczaj równego traktowania - osobiście także podkreślenie wyrwania się z feudalnego poddaństwa - i doprawdy nie rozumiem, dlaczego to stanowi czasem taki "wielki problem". Unikam też używania np. tytułu "papież" (wywodzącego się od łac. "papa" - "ojciec"), "ojciec święty", itp. To dla mnie niezwykle ważny element fundamentalnych zasad duchowej i obywatelskiej wolności. Żaden "ksiądz", "biskup" czy "papież" nie jest dla mnie kimś więcej, niż każdy inny człowiek i nie jest dla mnie autorytetem tylko z powodu swej funkcji w Kościele rzymskim - autorytet zależy tylko od tego, co głosi, jaką duchową wartość mają jego słowa i czy są zgodne ze Słowem Bożym. Mądry człowiek, który okazuje się być sługą Słowa, może być mi (dusz)pasterzem, juhasem posłusznym Bacy - Jezusowi Chrystusowi. Taka to już "wymagająca" ze mnie "owca", która nie słucha każdego, kto tylko mieni się być "pasterzem" i kto oczekuje, że będzie posłusznie i ślepo słuchany.

Kościół - o którym apostoł Paweł pisze: "Tak więc już nie jesteście obcymi i przychodniami, lecz współobywatelami świętych i domownikami Boga, zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, którego kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus, na którym cała budowa mocno spojona rośnie w przybytek święty w Panu, na którym i wy się wespół budujecie na mieszkanie Boże w Duchu" (List do Efezjan 2, 19 - 22) - nie jest żadną feudalną strukturą hierarchiczną, nie ma w nim podziału klasowego. Członkowie Kościoła Chrystusowego są względem siebie doskonale równi, choć sprawują różne funkcje, są posłani do różnych zadań i nie mają jednakowego autorytetu w kwestiach wiary. "Jeden bowiem otrzymuje przez Ducha mowę mądrości, drugi przez tego samego Ducha mowę wiedzy, inny wiarę w tym samym Duchu, inny dar uzdrawiania w tym samym Duchu. Jeszcze inny dar czynienia cudów, inny dar proroctwa, inny dar rozróżniania duchów, inny różne rodzaje języków, inny wreszcie dar wykładania języków. (...) A Bóg ustanowił w kościele najpierw apostołów, po wtóre proroków, po trzecie nauczycieli, następnie moc czynienia cudów, potem dary uzdrawiania, niesienia pomocy, kierowania, różne języki. Czy wszyscy są apostołami? Czy wszyscy prorokami? Czy wszyscy nauczycielami? Czy wszyscy mają moc czynienia cudów? Czy wszyscy mają dary uzdrawiania? Czy wszyscy mówią językami? Czy wszyscy je wykładają?" (1. List do Koryntian 12, 7 - 30). Nie zgadza się natomiast Bóg, by jeden z powodu swych darów i posłannictwa panował nad drugim, uważał się za kogoś więcej, niż inni wokół, za kogoś więcej, niż zwykłego człowieka - na pychę z racji piastowanego urzędu. Ci, którzy nią grzeszą, surową karę poniosą - znacznie surowszą zwłaszcza, gdy głoszą zwodnicze nauki, gdy zwodzą innych! Chrześcijańskie duszpasterstwo to przewodzenie, nie panowanie!

Gdy pewnego razu poszedłem na chrześcijańskie spotkanie, podszedł do mnie pewien człowiek, wyciągnął rękę i powiedział: "Cześć! Jak masz na imię? Ja jestem Piotr." Ów Piotr okazał się być pastorem, doktorem teologii, biblistą biegle posługującym się greką i hebrajskim, założycielem wielu lokalnych zborów, w tym jednego z największych zborów baptystycznych w Polsce - w praktyce BISKUPEM! - i autorytetem dla tysięcy ludzi w Polsce i poza Polską. Także dla mnie jest on wielkim autorytetem - jednym z tych ludzi, u których szukam wyjaśnienia, gdy czegoś nie rozumiem lub chcę poznać głębiej, niż na to pozwalają moje możliwości zrozumienia - ale jest przede wszystkim kochanym Bratem w Panu, Piotrem! Jego autorytet ma źródła w wierze - która jest żywą społecznością z Bogiem - i mądrości, jaką został obdarzony i do jakiej doszedł studiując dziesiątki lat Słowo Boże, języki biblijne i inne dziedziny, których poznanie jest konieczne dla lepszego rozumienia Biblii, człowieka i świata. Od wielu lat podziwiam niesamowitą pokorę tego naprawdę wielkiego pod względem ducha i mądrości człowieka - który potrafi stać na braterskiej równi z każdym i usługiwać. "I przybyli do Kafarnaum. A będąc w domu [Jezus], zapytał ich: O czym to rozprawialiście w drodze? A oni milczeli, bo rozmawiali między sobą w drodze o tym, kto z nich jest największy. I usiadłszy, przywołał dwunastu i rzekł im: Jeśli ktoś chce być pierwszy, niechaj stanie się ze wszystkich ostatnim i sługą wszystkich" (Ewangelia Mateusza 9, 33 - 35).

Kościół Chrystusowy jest społecznością bardzo uproszczonych relacji. Nie jest instytucją z kierownictwem, urzędnikami, systemem kariery i zależności, biurokracją, stosami dyplomów, certyfikatów i przeróżnych dokumentów - jest Rodziną Dzieci Bożych! W osobie Chrystusa Bóg zniżył się do człowieka i wszedł z nim w relację, likwidując cały system kapłański! "Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem [Bogu] na własność przeznaczonym..." (1. List Piotra 2, 9 - tłum. Biblia Tysiąclecia). Jest to śmieszne i żałosne, gdy ktoś spośród ludzi określa się "namiestnikiem chrystusowym", lub gdy na głowie ma mitrę a w ręku pastorał, a zwykli ludzie widzą go tylko przy ołtarzu podczas uroczystości, a jego "godność" jest tak "ogromna", że nie będą do niego dopuszczeni lub są onieśmieleni. Jest to śmieszne i żałosne, że Bóg jest o wiele bardziej dostępny, niż ci, którzy mienią się być "pośrednikami", "namiestnikami" i "kapłanami" Boga na ziemi! Skoro Bóg się uniżył do człowieka, to Kościół musi być "strukturą poziomą", społecznością ludzi pokornych i skromnych, by nic nie wystawało ponad to Boże uniżenie.

czwartek, 4 maja 2017

Prawda


Często spotykam się z opinią, że "Kościół został założony, aby swoim przywódcom zapewnić zyski". Zwykle odpowiadam wówczas: "Chrystus umarł na krzyżu. Jedenastu spośród Dwunastu Apostołów zmarło śmiercią męczeńską - jedynie Jan zmarł ze starości, po okrutnych torturach i w miejscu zesłania. Tysiące chrześcijan skonało w męczarniach na arenach Rzymu. Kto więc z nich i jakie miał korzyści?" Dla jakich korzyści mogli mówić o Bogu i głosić zmartwychwstanie Jezusa? Czy ktokolwiek z ludzi oddałby w ogóle własne życie za kłamstwo? Ja w swoim życiu powiedziałem tysiące kłamstw, czasem bardzo udanych. Za żadne z nich, nawet najdoskonalsze i niosące mi jakieś korzyści, nie byłbym gotów umrzeć!

Sam fakt, że ŚWIADKOWIE byli gotowi umierać za głoszenie kim jest Jezus, czego nauczał i czego dokonał jest ŚWIADECTWEM, że wszystko, co nam przekazano jako tradycję wiary, jest w 100% prawdą! Nawet jeśli nie jest dowodem, to jest argumentem tak mocnym, że nie ma przeciwko niemu żadnego rozsądnego kontrargumentu. Bo to, że cierpieli i umierali z powodu wiary w Boga - Ojca, Syna i Ducha Świętego - z modlitwą i śpiewem na ustach, jest historycznym faktem! Wierzę w to, co nam przekazali ŚWIADKOWIE. Wierzę, bo mam dowody obecności Boga w moim własnym życiu. Ale nawet gdybym nie miał tych doświadczeń wiary, to ŚWIADECTWO KRWI tych, którzy u zarania chrześcijaństwa nauczali wiary i żyli wiarą w zupełności by mi wystarczało.

Maria - Matka Jezusa czy... nowe bóstwo?

Przeczytałem właśnie książkę "Mój Boże... dlaczego? znanego francus-kiego kapucyna - filozofa, o. Filipa Grouesa, znanego jako "Ojciec Piotr". To zbiór kilkunastu rozważań nad życiem i wiarą. To bardzo dziwna książeczka i bardzo dziwny system wiary tego człowieka - przed-stawiciela skrajnie liberalnego katolicyzmu, skażonego masą fałszy-wych nauk (herezji) i niewiary (np. w Biblię jako wiarygodne Słowo Boże). Nieraz denerwowałem się, czytając bzdury, w jakie wierzył i jakie głosił ten człowiek, ale oprócz głupoty i kłamstw znalazłem tam też kilka niezwykle ciekawych przemyśleń.

Jednymi z tych stron tej książeczki, które określiłbym jako pełne mądrości, jest rozważanie dot. osoby Marii z Nazaretu, matki Pana Jezusa, i tego, co z nią uczynił Kościół katolicki. Autor tych przemyśleń raczej nie był pod protestanckimi wpływami, a do swoich wniosków - identycznych z moimi przekonaniami w tym zakresie - doszedł drogą własnych przemyśleń, logiki, filozofii. Ten katolicki, tak strasznie zabłąkany duchowo, mnich napisał lepszą "skondensowaną" krytykę i podważenie kultu maryjnego, niż wielu protestanckich teologów razem wziętych!

"Jak to właściwie jest z główną żeńską postacią Ewangelii - matką Jezusa?
Jestem pod wrażeniem ostatniego nagromadzenia dogmatów dotyczących Marii, matki Jezusa. Można się zastanawiać, dlaczego tak się dzieje. Kościół stara się z pewnością odpowiedzieć na ludową pobożność i wyeksponować wyjątkowość i niezwykłość tej kobiety. Ale kryją się w tym dwa niebezpieczeństwa.
Przede wszystkim, że nastąpi jej odczłowieczenie. W przeciwieństwie do swego Syna, który w swojej osobie łączy podwójną naturę, ludzką i boską, Maria posiada jedynie naturę ludzką. Jest kobietą podobną do wszystkich kobiet na ziemi poprzez swą naturę, lecz została wybrana przez Boga, żeby przyjąć do swego łona wcielone Słowo. Czyni to z niej kobietę wyjątkową, ale nie powinno oddalać jej od nas, pozbawiając ją wspólną wszystkim ludziom pokus i słabości. Dogmat niepokalanego poczęcia, ustanowiony w 1854 roku, oznacza, że Maria nie jest skalana grzechem pierworodnym. Inaczej mówiąc, ma ona wyjątkowy status pośród całej ludzkości od chwili swojego poczęcia. Nie jest podobna do innych ludzi - nawet do największych świętych - którzy noszą w sobie znamię grzechu pierworodnego. chciałbym wyjaśnić, że niezbyt jestem skłonny wierzyć w grzech pierworodny jako taki. Niemniej jednak, jeśli grzech pierworodny istniał naprawdę i był przekazywany z pokolenia na pokolenia od Adama i Ewy, nie rozumiem, dlaczego Maria, która jest w pełni istotą ludzką, miałaby przywilej bycia od niego wolną i w czym miałoby to być potrzebne tajemnicy Wcielenia. W tym wierzeniu widzę raczej sposób oddalania nas od Marii.
Czyż nie jest tak samo w wypadku dogmatu wniebowzięcia Marii, ustanowionego w 1950 roku? Według niego ciało Marii nie uległo rozkładowi, ale zostało wzięte do nieba, w pewnym sensie uległo przeistoczeniu. Czy nie jest to znowu sposób zabierania Marii jej pełnego człowieczeństwa? Robienia z niej nieśmiertelnego niby-bóstwa?
Powinniśmy się strzec przed niebezpieczeństwem tego umacniania się mariologii. Pierwsi chrześcijanie walczyli z całych sił z pogaństwem i idolatrią, by w ślad za Jezusem zapewniać, że oddaje się kult jedynie Bogu. Kult jest możliwy i prawdziwy tylko wtedy, gdy zwraca się ku nieskończoności. Obdarzanie nim Marii Panny czy świętych jest niegodne chrześcijanina.
Żywię ogromne uczucie do Marii, matki Jezusa. Codziennie odmawiam jej słowa z 'Magnificat'. Często nawiązuję do niej w moich modlitwach kierowanych do Boga. Nie mogę jednak wyobrazić sobie, by można było darzyć ją prawdziwym kultem, który w końcu u niektórych przewyższa cześć wobec Stwórcy. Wtedy staje się idolatrią. Czyż Maria miałaby zająć miejsce bogiń starożytności, zwalczanych przez pierwotne chrześcijaństwo, niosące całemu światu objawienie Jednego i Niepodzielnego Boga, którego kult jest jedynie słuszny?" (Abbe Pierre, "Mój Boże... dlaczego?", wyd. Videograf II, Katowice 2007, str. 46 - 48).

Czyż nie to samo głoszę od lat? Trzeba jasno podkreślić, że jako chrześcijanie nie zwalczamy Marii, matki Jezusa. Nie "nienawidzimy" Marii i nie jesteśmy jej "przeciwnikami" - co czasami słyszę. My sprzeciwiamy się jedynie kultowi maryjnemu i nie opartym na Słowie Bożym naukom nt. Marii, fałszowaniu obrazu Marii taką, jaką była w religii! Ludzie uwierzyli fałszywe wyobrażenie Marii, jakie im zostało podsunięte i to właśnie fałszywe wyobrażenie matki Jezusa otoczyli kultem! Dodajmy: kultem, którego prawdziwa Maria by nigdy nie chciała - ona pokornie usunęła się na bok i nie miała większej roli w pierwotnym Kościele. To fałszywa Maria - która jest jak najbardziej rzeczywistą istotą duchową, lecz zupełnie innej natury - zaczęła domagać się czci, modlitw, procesji i świątyń dla siebie! Protestantyzm przeciwstawia się kultowi fałszywej Marii - właściwie po części w obronie tej prawdziwej, jej prawdziwego, biblijnego wyobrażenia, która może być i dla nas wzorem pobożności, uległości i zaufania wobec Boga, pokory i prostego życia chrześcijańskiego. 

Moja Maria - biblijna Maria - to nie trochę farby na desce i płótnie, przyozdobionej srebrem, złotem, wotami i płonącymi świecami... To kochana dziewczyna, która całym sercem wierzyła i była oddana Panu, ale miała też chwile zwątpienia. O tym, że i ona miała kryzysy wiary mówi nam przecież nawet Słowo Boże - miała chwile, gdy nie traktowała Jezusa jako Boga, gdy zdawała się wątpić, czy aby na pewno nie jest tylko jej synem, zwykłym człowiekiem, który robi jakieś szalone rzeczy i głosi szalone, niebezpieczne dla niego samego nauki! Odkąd odrzuciłem kult obrazów i dogmaty katolickie, Maria stała mi się znacznie bliższa, niż kiedykolwiek wcześniej! Już nie ma jej na moim życiowym, sercowym "ołtarzu" - jest mi drogą Siostrą w Panu, człowiekiem "z krwi i kości", która znała wszelkie nierówności i wiraże dróg życia i wiary i przeszła je pomyślnie całe wieki temu. Jest dla mnie wzorem ufności i zwycięstwa w wierze!