sobota, 12 sierpnia 2017

Biblijne - niebiblijne

"Dlatego niech was nikt nie osądza z powodu jedzenia i picia lub z powodu święta, nowiu czy szabatów" (List do Kolosan 2, 16 - tłum. EIB)
Zawsze mnie bardzo bawi, gdy czytam, że chrześcijanie powinni obchodzić tylko święta ustanowione przez Boga. Grzmią niektórzy, że "Boże Narodzenie to pogaństwo" i że... "Wielkanoc to pogaństwo" i że "nie są to święta biblijne, ustanowione przez Boga", "pierwsi chrześcijanie ich nie obchodzili, więc i my nie mamy ich obchodzić"! Cóż... Miłośnicy "świąt tylko biblijnych" powinni wiedzieć, że owe "święta biblijne" nie były wszystkie ustanowione przez Boga! "Obchodzono wówczas w Jerozolimie rocznicę poświęcenia świątyni. Była zima i Jezus przechadzał się po świątyni w Portyku Salomona" (Ewangelia Jana 10, 22 - 23, tłum. EIB). Jezus - nie mniej ni więcej - ale jak inni pobożni żydzi, obchodził Chanukę - święto jak najbardziej "biblijne" (!), którego inicjatorami byli ludzie, nie Bóg! Trudno uwierzyć, by był to tylko "przypadek", że Jezus akurat tego dnia nawiedził Świątynię. Jeszcze trudnniej uwierzyć, by uczynił to jako Bóg, gdyby miał cokolwiek przeciwko świętom religijnym ustanowionym przez ludzi w celu uczczenia Boga! Gdyby należało obchodzić tylko święta nakazane przez Boga - jak tego chcą niektórzy "prawdziwi chrześcijanie" ;) - to Jezus by własnie demonstracyjnie nie poszedł tego dnia do Świątyni!

W calutkiej Biblii nie ma ani jednego słowa (!), które by pouczało nas, że nie powinniśmy ustanawiać żadnych świąt religijnych i pozostać tylko przy tych, które ustanowił dla nas sam Bóg! Nasuwa się więc zaraz wniosek: ci, którzy tak głoszą, tak potępiają Boże Narodzenie lub Wielkanoc jako "niebiblijne", sami głoszą... niebiblijne nauki! Boże Narodzenie - jeśli tylko pognać Gwiazdora i szał komercji - jest świętem chrystocentrycznym i naprawdę nie jest ważne, że Jezus nie urodził się 25 grudnia, a późnym latem lub wczesną jesienią. Wielkanoc  tym bardziej jest świętem chrystocentrycznym - jeśli wyrzucić durne zajączki i kurczaczki - zwłaszcza, że to święto Paschy. A że nie obchodzili ich pierwsi chrześcijanie? Pierwsi chrześcijanie nie robili w Kościele wielu rzeczy - np. nie grali na gitarach i "klawiszach"... Więc co? My też nie mamy grać na cześc Pana na tak "pogańskich" instrumentach? Bóg nie zabronił nam wprowadzać świąt - zwłaszcza takich, które są na Jego chwałę!

Nazywamy siebie "ewangelicznymi chrześcijanami", "biblijnie wierzącymi" - i to jest prawda. Jednak to wcale nie oznacza, że wszystko w naszej wierze musi być "biblijne i tylko biblijne" - istotne jest tylko to, by Biblia była zachowana i by wszystko, co czynimy - także nasze święta  - działo się w ramach określonych przez Boga i było na Jego chwałę, byśmy nie przekraczali Bożych ustaw.

piątek, 11 sierpnia 2017

Gdy "wiara"... śmierdzi

Źródło: WP.pl

Gdy uświadamiam sobie, że takim językiem posługują się ludzie usiłujący być "elitą" narodu i "autorytetami" dla innych, a w "szczególności młodego pokolenia"... robi mi się potwornie smutno! Tym bardziej,  gdy często mówią i pokazują się jako tzw. "wierzący i praktykujący".

Gdzie się im zgubiło CHRYSTUSOWE przykazanie: "Będziesz miłował..."? Cóż po "wierze" i "modlitwach", gdy bliźniego traktuje się jak... szmatę? Bóg mówi: Zanim przyjdziesz do mnie ze swoimi modłami i darami, idź najpierw do drugiego człowieka! Obejmij go! Przebacz, jeśli coś tobie zawinił. Przeproś za to, coś ty jemu zawinił. I błogosław mu!" Mamy ludziom błogosławić - życzyć wszelkiego dobra - a nie przeklinać, nie złorzeczyć! Bóg naprawdę nie jest zainteresowany naszą "pobożnością" i "godzinami na klęczkach"... Bóg nie ma "licznika", który wylicza ile czasu spędzamy w Kościele, na prywatnych modlitwach czy nad Biblią i "literaturą chrześcijańską". Boga wcale nie obchodzi, czy jesteśmy w kościele codziennie, częściej czy rzadziej i ile mówimy o wierze. Boga obchodzi jacy jesteśmy - tak naprawdę, a nie według deklaracji - i czy pozwalamy Mu żyć w naszym życiu, czy żyjemy według Ewangelii. A nie można żyć Ewangelią i pogardzać drugim człowiekiem!

Bóg nie jest zainteresowany naszą "pobożnością" i "godzinami na klęczkach", jeśli nie miłujemy innych ludzi, którzy są wokół nas. A to dlatego że Bóg kocha KAŻDEGO człowieka - i to niepomiernie bardziej niż nasze wszystkie modlitwy, nabożeństwa i ofiary składane "na Kościół"! Może nam się wydawać, że nasza wiara i modlitwy są "wspaniałym kadzidłem" dla Boga, ale jeśli nie potrafimy miłować, jeśli nasze życie nie jest głęboko przesiąknięte Ewangelią, to w istocie jest to... smród, odrażający dla ludzi i Boga. Jeśli nie miłujemy i nie czynimy dobra, nie błogosławimy wokół, to modlitwa nasza jest... pustą gadaniną. Jeśli nie kochamy ludzi, których Bóg stworzył i miłuje, to nasze pieśni pochwalne dla Niego, są zwykłym zawodzeniem, żałosnym jękiem. Bóg nie znosi "praktyk religijnych" ludzi, którzy czynią zło i złorzeczą bliźnim!

"Wiecie o tym, że przodkom powiedziano: Masz nie zabijać, a kto popełni zabójstwo, będzie podlegał karze. Ja wam natomiast mówię: Każdy, kto żywi gniew względem swojego brata, będzie podlegał karze. Kto podepcze jego godność, stanie przed Radą Najwyższą, a kto nazwie głupcem, skończy w ogniu miejsca wiecznej kary. Dlatego jeślibyś składał swój dar na ołtarzu i tam by ci się przypomniało, że twój brat ma coś przeciwko tobie, zostaw swój dar przed ołtarzem, pojednaj się najpierw z bratem, a potem wróć i dokończ ofiarowania. Nie odwlekaj ugody z przeciwnikiem. Załatw sprawę, zanim rozpocznie się proces, aby przeciwnik nie podał cię sędziemu, a sędzia podwładnemu, i abyś nie trafił za kraty. Zapewniam cię, wyjdziesz stamtąd dopiero, gdy oddasz ostatni grosz" (Ewangelia Mateusza 5, 21 - 26, tłum. EIB).

"Co mnie po mnóstwie waszych ofiar? - mówi Pan. - mam już dosyć całopaleń baranów i tłuszczu tucznych zwierząt; nie pragnę już krwi cielców i jagniąt, i kozłów. Gdy przychodzicie, aby zjawić się przede Mną, to czy ktoś od was oczekiwał tego wydeptywania moich dziedzińców? Nie składajcie już ofiary daremnej. Kadzenie? To dla mnie obrzydliwość. Nów i szabat, i zwoływanie zebrań - nie mogę znieść fałszu spotkań i zgromadzeń! Waszych nowiów i waszych świąt nienawidzi dusza moja. Stały się mym ciężarem, zmęczyłem się ich znoszeniem! A gdy wyciągacie wasze ręce, zasłaniam przed wami oczy; choćbyście pomnożyli modlitwy, nie będę słuchał! Wasze ręce umoczone są we krwi, a wasze palce w bezprawiu! Obmyjcie się! Oczyśćcie się! Usuńcie sprzed mych oczu wasze złe uczynki! Przestańcie czynić źle! Uczcie się czynić dobrze!..." (Izajasza 1, 11 - 17, tłum. EIB). "Nienawidzę waszych świąt, odrzucam je! Nie pachną mi wasze uroczystości. Nawet gdy mi składacie te całopalenia i ofiary z pokarmów, nie odczuwam przyjemności. Nie patrzę na ofiary pojednania z waszych tłustych cieląt! Zabierzcie ode Mnie jazgot waszych pieśni! Nie chcę słuchać brzdąkania waszych lutni!" (Amosa 5, 21 - 23, tłum. EIB).

"Nie każdy, kto się do mnie zwraca: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios. Wejdzie tam tylko ten, kto pełni wolę mojego Ojca, który jest w niebie. W tym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, przecież prorokowaliśmy w Twoim imieniu, w Twoim imieniu wypędzalismy demony i w Twoim imieniu dokonaliśmy wielu cudów. Wowczas im oświadczę: Nigdy was nie poznałem. Odejdźcie ode Mnie wy wszyscy, którzy dopuszczacie się bezprawia" (Ewangelia Mateusza 7, 21 - 23, tłum. EIB).

A kto Kościoła nie posłucha...

"Tylko wszystko sprawdzajcie - trzymajcie się tego, co dobre, ale unikajcie zła we wszelkiej postaci" (1. List do Tesaloniczan, 5, 21 - 22, tłum. David Stern, "Komentarz żydowski do Nowego Testamentu")
Doczekałem się, że Kościół katolicki zabiera głos w sprawie tzw. święta 'holi' - widowiskowego posypywania się kolorowymi proszkami. Mówi się: to jest "fun", to jest wesoła zabawa. Nie mówi się natomiast, że zwyczaj ten jest... obrzędem religijnym ściśle związanym z wierzeniami hinduisty- cznymi, z kultem hinduistycznych bóstw. Zapytałem kiedyś znajomego Hindusa, chrześcijanina i pastora jednego z lokalnych Kościołów o to, jak on to widzi i czy uważa, że chrześcijanie mogą czy nie mogą w tym uczestniczyć. Jego opinia była bardzo jednoznaczna: nie! Człowiek, który wyrósł w religii hinduistycznej, który zna ją "od podszewki" i wie też, jak jest "eksportowana" na "zachód", mówi: nie! i postrzega "zwykłą zabawę" jako praktykę nie do pogodzenia z chrześcijaństwem, jako zwyczaj pogański i duchowo niebezpieczny. Gdy Polak odpowiada na taki głos: "co za bzdury!", to ja się pytam: "czy masz większą wiedzę o hinduizmie, niż Hindus - człowiek, którego dziadkowie to praktykowali, rodzice to praktykowali i sam  był uczony tych praktyk?" Właśnie na "nie" sprawa powinna się dla chrześcijan definitywnie zakończyć. Podobnie o jodze słyszę: "to niegroźne ćwiczenia, nie mające nic wspólnego z religią" - a tymczasem Hindusi, nawracając się, porzucają jogę! Kto ma większą wiedzę o źródłach tych praktyk - Europejczyk, który nigdy pewnie nawet w Indiach nie był, czy Hindus, który w tych obyczajach i praktykach wyrósł i był wychowywany od dziecka? Wracając do "holi" - raduję się, że są ludzie, którzy mają odwagę mówić prawdę o tej głupawej "zabawie"!

Nie powinniśmy ślepo iść za modą w tym świecie, lecz musimy dogłębnie analizować to, co niesie nam ten świat i przeróżne trendy z Biblią w ręku. Nie wolno nam myśleć: "przyjmiemy to tylko jako zabawę, bo jest fajne", lecz musimy sobie stawiać pytania: "skąd to pochodzi; z czym się to wiąże; jakie ma znaczenie tam, skąd ten zwyczaj pochodzi?" Możemy przejmować pewne rzeczy od pogan - jeśli są one do pogodzenia ze Słowem Bożym, z życiem chrześcijańskim. To nawet pożyteczne - bo pozwala nam oddać to im z powrotem, jako częściowe poznanie - dajmy na to 1% - i mówić o Ewangelii Chrystusa, która jest dopełnieniem - pozostałymi 99%. Powinniśmy umieć doceniać to, co dobre i wartościowe. Natomiast musimy radykalnie odrzucać wszystko, co wiąże się w jakikolwiek sposób z kultem bóstw pogańskich i okultyzmem - a do tej kategorii zalicza się "holi", joga, mantry, itp.

Ktoś kiedyś powiedział: największym sukcesem diabła jest fakt, że ludzie przestają w niego wierzyć. Dzięki temu może on "sprzedawać" ludziom wiele takich "niewinnych zabaw", czy "korzystnych dla zdrowia ćwiczeń"... To oczywiście prawda, że niewielu nauczycieli jogi wprowadza też otwarcie filozofię i praktyki religijne i że "holi" ograniczane jest do obrzucania się farbkami w proszku - tym praktykom odcięto po prostu religijną "metkę", wiedząc, że w ten sposób łatwiej się to "sprzeda" na obszarze chrześcijańskim, czy raczej post-chrześcijańskim, ateistycznym, że wielu chrześcijan i ludzi anty-religijnych nie będzie chciało religii, ale "bez religii" chętnie to przyjmą i uznają za "bezpieczne" i "fajne". To wszystko, o czym dziś tutaj mówię, są to elementy new age - "holi", joga, mantry, kosmici, reinkarnacja, buddyzm... To taki "duchowy supermarket", gdzie każdy wybiera, co mu odpowiada i tworzy własną "miksturę" - duchową, relaksacyjną, zabawową... New age to i religia i nie religia - to system duchowy, który wymyka się naszym tradycyjnym definicjom, i przez to chyba jeszcze bardziej niebezpieczny. Diabłu wcale nie zależy, byśmy czcili jakieś konkretne bóstwo, byśmy byli religijni - jego zadowala, że nie będziemy posłuszni Bogu, że odwrócimy się od Niego i będziemy żyli "po swojemu", a Pismo Święte odsuniemy od siebie jako "przestarzałą księgę"!

Często w podobnych wypadkach czytam: "A co to ich (Kościół) obchodzi, co im to przeszkadza?", "Nie wolno się bawić?", "Niech się zajmą sobą i odpierniczą się od ludzi!", "Nie zarabiają na tym, to im to wadzi..." Kościół katolicki nie jest dla mnie żadnym autorytetem i do księży mam bardzo ograniczone zaufanie. To, co głoszą, ja konfrontuję z Biblią i jeśli jest to "kompatybilne", chętnie przyklaskuję: "Amen!" i tak jest w tym konkretnym wypadku - o zagrożeniach związanych z "holi" pisałem zresztą już wielokrotnie w różnych miejscach i bardzo dawno temu.

Wielu ludzi w naszych czasach ma bardzo dziwne wyobrażenie o Kościele - i już nie chodzi mi o katolicyzm, ale o Kościół w ogóle - jakie to chrześcijaństwo "powinno być" i czym się wyłącznie (!) "powinno zajmować". Pogadać o Bogu - byle "wewnątrz", bo "na zewnątrz" to już "nie bardzo" (no bo przecież "wiara to sprawa bardzo osobista" i "nie wypada jej pokazywać innym"!) - złożyć łapki do modlitwy, oczy wznieść ku górze... Tak: "Alleluja! Ale fajnie!" Kościół "powinien" być "lajtowy", "wyluzowany", "otwarty" i najlepiej ograniczony do... kościoła (budynku) - zwłaszcza, jeśli przekonania są "nieświatowe". Tam, w kościele (budynku) można prowadzić "życie wiary" - jednak nie wspominając o grzechu, dewiacjach, zagrożeniach duchowych, a mówić tylko: "Dobrze! Fajnie! Ważne, że tobie się podoba..." - a poza nim życie "światowe", rozrywkowe, "róbta co chceta"...

Wiele osób "zainfekowanych"  duchowością new age zaczyna stawiać Kościołom wymagania, pouczać "jak być powinno"! Są i tacy, którzy wprowadzają new age do wspólnot - i katolickich i protestanckich - a nawet zakładają zbory / mega-kościoły, gdzie nie ma już nauki chrześcijańskiej, tylko czysty new age! Takie "fajne" społeczności, gdzie jest wszystko, co się ludziom może spodobać - i tylko nie ma prawdy, bo prawda jest trudna i wymagająca, i wielu się  przez to nie podoba, bo ludzie nie lubią słuchać o Bogu, który ma wymagania i stawia warunki człowiekowi... Oni by chcieli być... panami w Kościele, kształtować Kościół według siebie - a tymczasem Kościół nie podlega żadnemu człowiekowi, jest własnością Boga i to Bóg w nim jest Panem, którego Słowo jest absolutnie decydujące i który ma jedyne prawo zarządzać Kościołem! Dlatego Kościół NIE MA PRAWA SIĘ ZMIENIAĆ! Nie ma prawa ulegać "aktualnym tendencjom"! Nie ma prawa "wyluzować" i "otwierać się na świat"! Oczywiście tak się dzieje - im bardziej tak jest, tym mniej dana społeczność jest Kościołem, a tym bardziej przekształca się w jakieś... luźne towarzystwo duchowo - religijne, któremu coraz bardziej "wszystko jedno".

piątek, 4 sierpnia 2017

Zagubieni

"Dwaj bogaci kupcy postanowili pewnego dnia zając się poszukiwaniem najcenniejszej rzeczy na świecie. Mieli   się spotkać, kiedy tylko ją znajdą.
Pierwszy z nich nie miał wątpliwości: wyruszył na  poszukiwania gemmy. Przebył morza i pustynie, wspiął się na góry i zwiedzał miasta, aż wreszcie ją odnalazł. Była to najwspanialsza gemma, jaka kiedykolwiek świeciła pod słońcem. Wrócił zatem do kraju i czekał na przyjaciela.
Wiele lat upłynęło, zanim ów się pojawił. Bo tak naprawdę wyruszył na poszukiwanie Boga. Zasięgał rady najsłynniejszych nauczycieli we wszystkich  krajach - ale nie znalazł Boga. Studiował, czytał, ciągle jednak nie mógł znaleźć Boga. Wyrzekł się wszystkiego, ale Boga nie znalazł.
Pewnego dnia, po tak długich poszukiwaniach, kiedy siedział sobie nad brzegiem rzeki, zobaczył kaczkę szukającą w gęstwinie trzcin swoich maleństw, które się od niej oddaliły. Małe były liczne i swawolne, a kaczka szukała ich aż do zachodu słońca, dopóki nie zgromadziła wokół siebie wszystkich swoich dzieci. Wówczas człowiek uśmiechnął się i powrócił do kraju.
Kiedy znów ujrzał go przyjaciel, pokazał  mu swoją gemmę, po czym zapytał z drżeniem:
- A ty, co znalazłeś cennego? Pewnie coś wspaniałego, skoro potrzebowałeś na to tyle lat. Widzę to po twoim uśmiechu...
- Szukałem Boga - odrzekł tamten.
- I znalazłeś Go? - spytał zdziwiony przyjaciel.
- Odkryłem, że to On mnie szukał."

Fot. Jeffrey Wright / Flickr (CC BY 2.0)


Historię tą znalazłem w książce Pier'a d'Aubrigy "Ślady". Zdecydowanie nie jest warta polecenia, gdyż jest zbiorem opowiastek zdecydowanie w "duchu new age" - który to ruch pogański szerokim  frontem wdarł się tak do Kościoła katolickiego (wydawcą książki są księża  klaretyni), jak i podszywa się pod "protestantyzm" - i wartościowych treści praktycznie w niej nie ma - ta opowiastka jest jednym z bardzo nielicznych wyjątków.

Oczywiście nie brakuje w Biblii wersetów o szukaniu Pana: "Szukałem Pana, a  On mnie wysłuchał i uwolnił  od wszelkiej trwogi" (Psalm 34, 5), "Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko" (Księga Izajasza 55, 6), "Szukajcie mnie, a żyć będziecie" (Księga Amosa 5, 4) "Szukajcie Pana, a żyć będziecie!" (Księga Amosa 5, 6), "Szukajcie Pana wszyscy pokorni ziemi, którzy pełnicie Jego nakazy; szukajcie sprawiedliwości, szukajcie pokory, a może ukryjecie się w dzień gniewu Pańskiego" (Księga Sofoniasza 2, 3), "Szukajcie Pana i mocy Jego, szukajcie zawsze oblicza Jego" (Psalm 105, 4)... Spoza Biblii, ale mądrze: "Umiłujcie sprawiedliwość, sędziowie ziemscy! Myślcie o Panu właściwie i szukajcie Go w prostocie serca" (Księgą Mądrości 1, 1 - "Biblia Tysiąclecia"). Jednak Bóg nam nigdzie nie zginął, ani się przed nami nie ukrył - to my się zagubiliśmy w gąszczu naszych grzechów. Gdy spotykamy Boga, zawsze okazuje się, że zawsze był On przy nas, a tylko my byliśmy głusi, ślepi i... głupi.

środa, 2 sierpnia 2017

Tak mało nieba w nas

Już jakiś czas temu mówiło się głośno o nawróceniu Justina Biebera. Od pewnego czasu nawet na koncertach potrafi zaśpiewać także o Bogu. Wiadomo, że chodzi na nabożeństwa do nowojorskiego Kościoła "Hillsong". Teraz - jak informują media - przerwał wielką i zyskowną trasę koncertową, by... poświęcić swój czas Bogu. Deklaruje też zerwanie ze swym wcześniejszym życiem. Chwała Bogu!

Nawrócenie Justina jest jednak "nie w smak"... katolikom. Na portalach społecznościowych podnoszą się głosy, że "padł ofiarą sekty", że "nawrócenie może być tylko na katolicym", że "chodzi tylko o autopromocję w mediach" a "pastorom chodzi tylko o jego pieniądze"... Ktoś napisał: "Pastorek znalazł sobie źródło dochodu". Nie wytrzymalem i zadałem jedno pytanie: "A księża nie zbierają na tacę?" Nie wspominając już o o. T.R. i jego "dziełach". Gdyby Justin zaprzyjaźnił się z księżmi, przyłączył się do jakiejś wspólnoty, chodził na katolickie msze, przyjmował komunie, wybrał się na  pielgrzymkę do Rzymu, byliby szczęsliwi i wychwalaliby go pod niebiosa. Moim zdaniem wcale nie "boli" ich, że Justin "daje na tacę" - zapewne i być może niemało - ale, że robi to w "niewłaściwym" Kościele, że "daje pastorowi" a nie katolickim księżom. Znając życie, gdyby ufunndował on monstrancję lub kaplicę, pisaliby o jego nawróceniu i ofiarności z zachwytem.

Do "Hillsongu" mam stosunek - delikatnie rzecz ujmując - mocno ambiwalentny, ale... "Przestańcie osądzać, abyście nie zostali osądzeni.  Bo  normy, według których sądzicie, odniosą i do was, a miarą, którą stosujecie, odmierzą również wam" (Ewangelia Mateusza 7, 1 - 2, tłum. EIB). Justina też nikt nie ma prawa osądzać i oceniać jego decyzji i wiary. Jest celebrytą - jednak wcale nie znaczy to, że wiara, którą od pewnego czasu deklaruje, jest "na pokaz". Jakie są podstawy, by kwestionować jego nawrócenie? Jego wcześniejsze życie? Gdyby na tej podstawie weryfikować członkostwo w Kościele... nie byłoby Kościoła! A może jego "medialność" i rzesze fanów? Lubi śpiewać i na tym zarabia. Wylansowano go / wylansował się - i dzięki temu zarabia rewelacyjnie. Ale czy to znaczy, że jego nawrócenie jest "nieprawdziwe"? Jest "obiektem zainteresowań" mediów, więc media też piszą o jego życiu duchowym. Nie wolno nam (!) z tego powodu kwestionować czyjegoś nawrócenia i duchowości. "(...) w niebie większa będzie radość z jednego skruszonego grzesznika, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują opamiętania" (Ewangelia Łukasza 15, 7 - tłum. EIB). A jeśli Justin będzie dawał dziesięcinę? Przecież własnie to powinnismy robić, jeśli jesteśmy Kościołem - to dar dla Pana, na Jego cele. Bóg prosi nas o niewiele - o dziesięć procent od tego, co od Niego otrzymujemy. Ci, którzy wietrzą w tym "chciwość" Kościoła czy pastorów, niech zajmą się własną kieszenią i tym, ile sami łożą na swój Kościół!

"Większa jest radość w niebie..." Dlaczego nam, ludziom, czasem tak trudno w tej radości uczestniczyć? Może dlatego, że... tak mało nieba w nas?

wtorek, 25 lipca 2017

Wyznawajcie swe grzechy...

"A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane" (Ewangelia Jana 20, 21 - 23, tłum. "Biblia  Tysiąclecia")
Fot. Blessed faun / Flickr (CC BY-NC-ND 2.0)

"Poza Kościołem nie ma zbawienia i bez sakramentów świętych nie ma zbawienia" - napisał do mnie ostatnio pewien człowiek. Odpowiedziałem mu mniej więcej tak: "A czy wiesz, że Słowo Boże nie zawiera wzmianki o innych sakramentach, jak tylko chrzest na wyznanie wiary i wieczerza, rozumiana jako spożywanie chleba i wina - symboli upamiętniających ciało i krew Chrystusa, ofiarę Chrystusa złożoną za nas na krzyżu? Słowo Boże mówi nam też o zesłaniu Ducha Świętego - które jednak nie jest żadnym rytuałem, do którego potrzebny jest duchowny (biskup), a dokonuje się tak po prostu, gdy człowiek się modli do Boga. Co więcej! Bóg nie ustanowił żadnych kapłanów. Wyznaczył kiedyś ludzi do służby kapłańskiej - w czasach przed Chrystusem - by pośredniczyli pomiędzy ludźmi a Nim. Potem przyszedł do nas, jako Chrystus Pan, zniżył się do człowieka i już z nami pozostał, jest pomiędzy swym ludem i już nikt nie musi pośredniczyć!" W Polsce, gdzie wciąż jest ogromny wpływ Kościoła katolickiego i przywiązanie do katolickiej tradycji, ta prawda jest dla wielu ludzi szokująca i trudno im to pojąć! Chrześcijaństwo bez sakramentów? Niemożliwe! Księża niepotrzebni? Niemożliwe!

Jako przykład "sakramentu" na kartach Pisma Świętego i powołania kapłańskiego człowiek ów powołał się na zacytowany powyżej fragment Ewangelii Jana - istotną część "wielkiego finału" posługi Jezusa na Ziemi, już po zmartwychwstaniu. Bardzo lubię, gdy w takiej polemice pojawia się Biblia, gdyż wówczas jest naprawdę o czym porozmawiać - zupełnie inaczej, niż wówczas, gdy wiarygodność "świętej" i "apostolskiej" Tradycji Kościoła katolickiego jest opierana na... "świętej" i "apostolskiej" Tradycji Kościoła katolickiego! ;) Fragment ten zdaje się z pozoru w 100% potwierdzać nauczanie Kościoła katolickiego... "Aha!" - zdają się krzyczeć katoliccy apologeci, wyciągając go w polemikach religijnych i wydaje się im, że oto "roznieśli w proch i pył" poglądy protestanckie. "Mówicie, że wiara wasza opiera się na 'sola scriptura? No to macie Pismo!" Zdaje się... TYLKO zdaje się!

Czy człowiek w ogóle może odpuszczać grzechy drugiemu człowiekowi? Oczywiście może - gdy stał się sam ofiarą grzechu bliźniego, gdy ten wyrządził mu zło. Mówimy o odpuszczeniu winy - choćby w Modlitwie Pańskiej: "...i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom..." Jednak tym, który może odpuszczać grzechy jest tylko sam Bóg. Czyni to chętnie, gdyż jest On "nieskory do gniewu i bardzo łaskawy" (Psalm 145, 8) i... OSOBIŚCIE! To do Niego musimy przyjść, by oczyścić swe serce! Możemy to uczynić, gdyż On sam jest z nami. On stał się człowiekiem dla naszego zbawienia i nad przepaścią grzechu, która oddzielała nas, ludzi, od Boga, przerzucić most - swe własne ramiona, belkę swego krzyża, na której były one rozpięte. I tylko Niego samego, Jezusa Chrystusa, potrzebujemy, by wyspowiadać się i powstać z grzechu, by naprawić naszą relację z Bogiem.

No dobrze, ale przecież Jezus daje tą misję ludziom? To oczywiście prawda i nie odważyłbym się temu zaprzeczyć. Rzecz w tym, że nie chodzi ani o wyręczanie Boga, ani też o pośrednictwo! Naszą misją jest bycie raczej kimś w rodzaju "duchowego asystenta". Aby nim być nie trzeba być księdzem, nie trzeba być też pastorem, nie trzeba mieć ukończonych studiów teologicznych, ani specjalnego błogosławieństwa od przywódców Kościoła - może nim być każdy nowonarodzony chrześcijanin, każdy Brat i każda Siostra z Kościoła! Tak! Nigdzie nie jest napisane, że nie może tej posługi pełnić kobieta! Jezus nie wypowiedział tego posłannictwa wobec jakiejś wybranej grupy szczególnie powołanych - On to uczynił wobec wszystkich zgromadzonych uczniów, prawdopodobnie nawet nie samych tylko apostołów! By pełnić tą posługę trzeba być uczniem Pana - potrzeba wiary, duchowej mądrości; potrzeba Ducha Świętego, który będzie kierował i pomagał rozeznawać. Właśnie dlatego Jezus tchnął na uczniów - był to symboliczny akt, bo na prawdziwe zesłanie Ducha Świętego, napełnienie Nim, uczniowie musieli jeszcze  trochę poczekać - dopiero gdy to się stało, byli w pełni gotowi i odpowiednio "wyposażeni".

"Komu odpuścicie - będą im odpuszczone" - cóż to znaczy? By tak się stało, musi być autentyczna skrucha, żal za grzechy - a także chęć poprawy i gotowość naprawienia wyrządzonych krzywd. Przykładem takiego nawrócenia może być postawa celnika Zacheusza: "Zacheusz natomiast podniósł się i oświadczył wobec Jezusa: panie, oto połowę mojego majątku przeznaczam dla ubogich, a jeśli na kimś coś wymusiłem, oddaję poczwórnie. Jezus zaś odpowiedział: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu..." (Ewangelia Łukasza 19, 8 - 9, tłum. EIB). Jesteśmy powołani do tego, by upewniać ludzi o skruszonych sercach o tym, że ich grzechy zostały odpuszczone, o Bożym przebaczeniu. Wybitny biblista, William Barckley, tak pisze: "Jest wielkim przywilejem Kościoła przekazać nowinę i oznajmić fakt Bożego przebaczenia człowiekowi".

A cóż znaczy: "komu nie odpuścicie - nie będą im odpuszczone"? Czasem grzesznik przychodzi, by wyznać grzechy, ale w jego sercu nie ma prawdziwej skruchy i wcale nie myśli, by zmienić coś w swoim życiu. Być może szuka tylko chwilowego usprawiedliwienia. Są tacy ludzie, których "uwiera" grzech - są świadomi, że czynią źle - ale szukają tylko ulgi na chwilę, a potem... "A tam, najwyżej znów się wyspowiadam i będzie ok". Bóg nie odpuszcza win tylko dlatego, że się je wyzna - bo patrzy w serce i widzi, gdy nie ma w nim prawdziwej skruchy! Gdy odmawiamy odpuszczenia grzechów, jest to znakiem dla bliźniego, że coś jest jeszcze - albo bardzo - "nie tak", że musi jeszcze dokładnie przyjrzeć się swemu życiu, medytować nad Słowem Bożym i rozmawiać z Bogiem, wsłuchiwać się w to, co On ma mu do powiedzenia o jego życiu i czynach. I tu jest nawet bardziej potrzebna asysta - by pomóc takim ludziom "przepracować problem" i towarzyszyć modlitwą! 

Nie ma obowiązku wyznawać grzechów wobec kogokolwiek - jest to jednak bardzo pożyteczne, zwłaszcza w przypadku grzechów, z którymi sobie nie radzimy. Może być to pijaństwo. Mogą być to narkotyki lub papierosy. Może być to pornografia i lubieżne myśli. Może być to bardzo wiele różnych sideł, jakie każdego dnia rzuca nam pod nogi diabeł. Tak, to trudne tak się otworzyć, tak zaufać drugiemu człowiekowi. Jednak gdy to uczynimy, wówczas rośnie szansa na duchowe zwycięstwo - bo już nie jesteśmy sami z naszym grzechem, lecz mamy "towarzysza boju", który znając nasze upadki, będzie mógł nam lepiej służyć, będzie obserwował i pomagał wstawać. "Bracia, jeśli człowiek zostanie przyłapany na jakimś upadku, wy, którzy jesteście duchowi, poprawiajcie takiego w duchu łagodności. Uważajcie przy tym na siebie, abyście wy nie ulegli pokusie. Jedni drugich brzemiona noście. W ten sposób wypełnicie Prawo Chrystusa" (List do Galacjan 6, 1 - 2, tłum. EIB). "Wyznawajcie zatem grzechy jedni drugim i módlcie się o siebie nawzajem..." (List jakuba 5, 16 - tłum. EIB).

Najlepszym podsumowaniem są znów słowa Williama Barckleya o tym poleceniu Chrystusa Pana: "Zdanie to nie oznacza, że moc do odpuszczania grzechów była kiedykolwiek powierzona jakiemuś człowiekowi. Oznacza to natomiast, że została w ten sposób powierzona moc głoszenia tego przebaczenia; moc ostrzegania, że przebaczenie nie jest dostępne dla nie skruszonych. Zdanie to ustanawia obowiązek Kościoła przekazania wieści o przebaczeniu dla pokutującego serca i ostrzegania niepokutujących, że zaprzepaszczają oni Boże miłosierdzie".

niedziela, 23 lipca 2017

Islam w Europie - zagrożenie czy wyzwanie?

Fot. Edward Musiak / Flickr (CC BY-NC-ND 2.0)
"Oliwia, lat 46, jest muzułmanką z dużego polskiego miasta na południu. Do islamu dochodziła przez dwadzieścia lat. Wychowała się w katolickiej rodzinie. - Zawsze uważałam, że jestem bogobojna, ale coś mi w Kościele nie pasowało. Na proste pytania nie mogłam znaleźć odpowiedzi - opowiada.
Na przykład Trójca Święta. Jest jeden Bóg, a jednocześnie - nie jest jeden? Albo: Po co modlimy się do świętych, skoro możemy od razu do Boga? No i spowiedź - człowiek potrzebny do rozmowy z Bogiem. Tego Oliwia już zupełnie nie rozumiała. Sprawę religii odłożyła na półkę. Przestała chodzić do kościoła.
Kilka lat temu odwiedziła ze znajomymi Szarm-el Szejk w Egipcie. Poznała tam muzułmanów, wielkie wrażenie zrobił na niej lokalny DJ.  Grzeczny, uprzejmy - zwłaszcza wobec kobiet. Nie pił i nie palił. - Kosmita jakiś - myślała.
Te znajomości sprawiły, że zainteresowała się islamem. Przeczytała cały Koran. - Czytając, czułam się, jakbym wracała do domu - opowiada.
Wyjaśnia: islam i chrześcijaństwo są bardzo podobne. To religie miłości - do Boga i bliźniego. Tyle tylko, że islam jest dużo prostszy.
Żeby zostać muzułmaninem, wystarczy wypowiedzieć Szahadę - wyznanie wiary. Oliwia chciała to zrobić w podniosłej atmosferze. Na uniwersytecie w Kairze stanęła przed dziekanem - imamem. Jej przyjaciele z Egiptu byli świadkami. Wypowiedziała słowa: "Zaświadczam, że nie ma Boga oprócz Boga jedynego, a Muhamad jest jego wysłannikiem".
Czuła się jak w kościele na ślubie lub komunii. Prawie nie pamięta, co mówił dziekan, tak była przejęta. W głowie utkwiły jej słowa, że chusta jest jak korona dla kobiety.
Po powrocie do Polski Oliwia, jak co roku, przygotowała wigilię. Na stole groch z kapustą, kluski z makiem, karp, żur. Przyjechała mama, siostra z rodziną, syn. Oliwia wigilię zaczęła od przeczytania słów: W imię Boga Miłosiernego, Litościwego! Chwała Bogu, Panu światów, Miłosiernemu, Litościwemu, Królowi Dnia Sądu. Oto Ciebie czcimy i Ciebie prosimy o pomoc. Prowadź nas drogą prostą, drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami; nie zaś tych, na których jesteś zagniewany i nie tych, którzy błądzą.
Wszyscy słuchali w ciszy. Na koniec mama powiedziała: - Piękna modlitwa. Nie słyszałam jej wcześniej.
- Nic dziwnego - odpowiedziała Oliwia. - Bo to fragment Koranu.
Jej rodzina myślała, że ten islam to chwilowe wariactwo. Mama pytała, czy nie może być taka jak wszyscy. Teraz już przyzwyczaiła się do fragmentów Koranu na wigilii." (źródło: Gazeta.pl)

Po przeczytaniu tego reportażu, zrobiło mi się bardzo, bardzo smutno! Mam też kilka myśli, którymi pragne się dziś tutaj podzielić z wami.

Proste prawdy - prosta wiara

Kościół katolicki to system skomplikowanych dogmatów i praktyk - obcych Słowu Bożemu, których nie znajdujemy nigdzie w nauczaniu Jezusa i Apostołów. Nie daje dobrych odpowiedzi na logiczne pytania odnośnie wiary - gdy "drąży się temat" logicznymi pytaniami, wcześniej czy później dostaje się odpowiedź: "Taką wiarę Kościół zachował, to jest wiara apostolska i tak trzeba wierzyć!" Bohaterka reportażu postawiła sobie w życiu bardzo ciekawe i logiczne pytania. Przykre, że nie otrzymała właściwych odpowiedzi. Przykre jest też, że nie otrzymując w Kościele katolickim właściwych i logicznych odpowiedzi, nie sięgnęła do Biblii i nie zaczęła szukać ludzi, którzy by jej te sprawy wyjaśnili. 

W zborach ewangelicznych jest oczywiście wiara w Trójcę Świętą - i ta wiara jest solidnie tłumaczona na podstawie samej Biblii, a nie oparta na dogmacie będącym formą przymusu i zastraszania. Tam znalazła by też potwierdzenie dla swych jakże słusznych wniosków, że kult świętych jest praktyką absurdalną, że nie potrzeba żadnego pośrednictwa czy orędownictwa przed Bogiem - bo Bóg jest blisko i pragnie mieć społeczność z człowiekiem - i dlatego narodził się jako człowiek, Jezus Chrystus. Jezus mówi: "Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie. Skoro Mnie znacie, poznacie i mojego Ojca; od teraz też Go znacie - i zobaczyliście Go. (...) Kto Mnie zobaczył, zobaczył Ojca" (Ewangelia Jana 14, 6 - 7, tłum. EIB). Bóg ustanowił pośredników - w czasach przed Chrystusem. Potem pośrednicy przestali być potrzebni, gdyż sam zszedł między ludzi.

Kobiecie tej bym powiedział: Trzeba było zacząć czytać Biblię - jedyne Słowo Boże - i porządkować swoje życie według nauk, które zawiera, a równocześnie szukać ludzi, którzy czynią podobnie. Wcale nie jest trudno znaleźć - chociaż zbory boże nie są wszędzie, jak parafie katolickie, ani nie są tak liczne! Biblia i wiara ewangeliczna są odpowiedzią na niemal wszystkie pytania i wątpliwości, jakie mogą się pojawić w ludzkich sercach - także na te, na które Kościół katolicki nie jest w stanie odpowiedzieć. Ludzie coraz częściej nie zadowalają się lipną teologią i dogmatami wiary. Kościół katolicki coraz częściej przegrywa z tego powodu, że nie jest w stanie ani prosto odpowiedzieć na proste pytania, jakie pojawiają się w umysłach ludzi szukających prawdy, ani też logicznie przedstawić korzeni swych nauk, udokumentować, że faktycznie są one naukami apostolskimi. Trudno się dziwić temu, że ludzie z Kościoła katolickiego odpływają - szkoda tylko, że tak często tracą przez to całkowicie wiarę, a obecnie też coraz częściej szukają "prawdy" u pogan - we wszelkich formach neopogaństwa, buddyzmie czy w islamie. Księża widzą ten odpływ i nawet panikują - szukają przyczyn w "świecie", a mają je we własnym Kościele! Odpływ wiernych powinien być dla nich sygnałem: "Czas wracać do Prawdy, do Biblii, do prostoty wiary Kościoła czasów apostolskich!"

Jaki Bóg? Jaki Jezus?

Uderzyły mnie słowa o Wigilii i czytaniu Koranu przy wieczerzy.  Jest to takie modne w naszych czasach mieszanie religii - 80% islamu, 20% chrzescijaństwa. Może dlatego, że "to takie fajne rodzinne święta"? Może dlatego, żeby "nie zrażać rodziny"? A może dlatego, by pokazać rodzinie i przyjaciołom, że islam jest "równie dobrą wiarą, że "muzułmanin wierzy w tego samego Boga", a "Koran jest od Boga i równy Biblii"? Pewnie chodzi o wszystko to razem po trochu - ale najbardziej o ostatni punkt. Niepokoi i smuci fakt, że ojciec tej kobiety, czytając Biblię... zaakceptował islam i Koran. Kto wie, czy córka - zafascyniowana Koranem - nie pomogła mu w "zrozumieniu Biblii".

Zasadnicze pytanie: Jaki jest sens obchodzić Boże Narodzenie (którego Wigilia jest częścią), nie wierząc w to, że Bóg się narodził jako Jezus Chrystus? Według nauk islamu Jezus był tylko człowiekiem, prorokiem - i to mniejszym niż Mahomet. Jezus zaś był i jest Bogiem, Stworzycielem świata, który narodził się z własnej woli jako człowiek. Muzułmanie wiedzą o Jezusa, ale nie wierzą w Niego - kwestionują jego nauki, zapisane w Biblii, które traktują jako zafałszowane. Jezus nigdy nie powiedział o sobie wprost: "Ja jestem Bogiem" - mówił natomiast o sobie wielokrotnie "Jam Jest", co tak naprawdę znaczy to samo i za co Żydzi zresztą chcieli Go ukamieniować jako "bluźniercę", a także odbierał hołd należny Bogu. Muzułmanie kwestionują też jego śmierć i zmartwychwstanie. Ich Jezus - Isa - to więc nie nasz Jezus! Jaki jest sens świętować urodziny - choćby tak symboliczne, jak Boże Narodzenie (bo wiemy przecież dobrze, że Jezus nie urodził się 25 grudnia na początku roku 0!) - kogo się nie uznaje?

Prawda - ale gdzie i jaka?

Obecnie coraz częściej muzułmanie odkrywają, że Bóg to ten, który przemawia poprzez Biblię i narodził się jako Jezus Chrystus. Wielu muzułmanom Koran przestaje wystarczać, bo nie znajdują tam odpowiedzi, i sięgają po Biblię, i nawracają się. Do wielu innych Bóg przychodzi w odpowiedzi na ich modlitwy o poznanie prawdy i Boże prowadzenie. Fakt, ze modlą się do Allaha, którego wskazał im Mahomet, ale Bóg nie jest obojętny na modlitwy pogan! Gdy modlą się o prawdę i prowadzenie, On nie odrzuca, On wysłuchuje! Coraz częściej słyszymy o przypadkach, gdy Bóg przemawia do muzułmanów, a nawet ukazuje się im - jako Jezus Chrystus! Bóg dociera w ten sposób do ludzi szczerze poszukujących Go. Myślę też, że chce dotrzeć także do tych, którzy muzułmanami nie są a zaczynają się interesować islamem i jest to niewątpliwie Jego dzieło, że nawróceni z islamu nie tylko są coraz liczniejsi, ale też coraz odważniej mówią o tym, czego doświadczyli, i te wiadomości są już na co dzień w internecie, i może przyjdzie taki dzień, gdy wpisując w wyszukiwarce "islam", znajdzie się więcej informacji o Jezusie, Bogu Biblii, i o nawróceniach z islamu, niż o samym islamie.

Wierzę, że Bóg chce docierać i do tych, którzy w oszukiwaniu prawdy i prostych odpowiedzi na pytania o wiarę, zaczynają się interesować islamem czy innymi pogańskimi wierzeniami i praktykami. To powinien być znak, że nie mają tam czego szukać, że nie otrzymają tam tego, czego szukają! Koran zawiera, można powiedzieć, pół prawdy - jest nią to, co zostało przez Mahometa... skopiowane (dość nieudolnie - sam mahomet był zreszta prawdopodobnie analfabetą) z Bibii! Reszta to filozofia Mahometa i jego uczniów. Pełnia prawdy jest tylko u Boga i w Słowie Bożym. To, co mówi Bóg i co jest w Słowie Bożym, jest tak sprzeczne z naukami Mahometa i treścią Koranu, że nie ma tak naprawdę niczego, co by łączyło chrześcijaństwo z islamem, nie ma żadnej "wspólnej prawdy".

Wolność człowieka

Bóg uczynił człowieka wolnym. Pozwala nam wybierać - także w kwestiach wiary. Pozwala nam błądzić i grzeszyć. Pozwala nam słuchać fałszywych proroków i czcić fałszywych bożków. Mówi nam jednak: tylko Ja jestem Bogiem i tylko u Mnie jest zbawienie! Pokazuje nam drogę, ale nie przymusza nas, byśmy za Nim szli i byli Jemu posłuszni! Bóg wzywa nas do nawrócenia, wiary i chrztu - ale pozwala nam iść, tam, gdzie sami się skierujemy. Tyle, że każda inna droga jest fałszywa, a jej "meta" tragiczna, przed czym On nas ostrzega w swoim Słowie. Bóg pozwala człowiekowi wybrać islam - chociaż ten nie pochodzi od Boga i nie prowadzi do Boga. Tyle, że jedna jest tylko droga "ku niebu:", droga zbawienia - jest nią Jezus Chrystus, Bóg sam - a wszystkie inne prowadzą w zupełnie innym kierunku!

Zagrożenie czy wyzwanie?

W dalszej części tego - bardzo interesującego naprawdę - reportażu jest mowa o narastającej agresji i "islamofobii". Jest też wiele kłamstw o islamie - "terroryści nie są muzułmanami", itp., a przecież wiemy, że właśnie nimi są i realizują słowa Mahometa: zabijajcie niewiernych! Trzeba jasno powiedzieć: Bóg nienawidzi islamu, lecz miłuje muzułmanów, dobrze im życzy i pragnie, by się nawrócili, pragnie ich zbawić! Bóg przeklina islam - z którym nie ma i nie chce mieć nic wspólnego - ale nie przeklina i nie złorzeczy muzułmanom! Ten, kto pogardza drugim człowiekiem, kto chciałby go "posłać do diabla", im dalej - tym lepiej, jest tak samo zgubiony i daleki od prawdy, jak muzułamanie, z terrorystami muzułmańskimi włącznie. Ten, kto pogardza drugim człowiekiem i z nienawiścią odnosi się  do muzułmanów - nawet jeśli oparta jest ona na strachu, do którego muzułmanie doprowadzili - kieruje się do piekła tak samo, jak wrzeszczący "Allahu akbar!" terroryści islamscy.

Muzułmanin jako taki nie stanowi zagrożenia - póki nie słucha radykałów religijnych i nie wczytuje się za bardzo w ideologię Mahometa zawartą w "Kornie". Czy należy ich odpychać, pogardzać nimi i kazać się "wynosić"? Nie! To, co powinniśmy czynić, jest dawno jasno określone: "Idźcie więc i pozyskujcie uczniów pośród wszystkich narodów. chrzcijcie ich w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego i uczcie przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem" (Ewangelia Mateusza 28, 19 - 20). Islamski podbój Europy - migranci, powstające meczety, rozdawanie Koranu, coraz bardziej radykalni imamowie i wyznawcy, narastający terror islamski - są poważnym problemem i zagrożeniem. Z drugiej jednak strony mamy też pewien komfort - wcale nie potrzebujemy daleko jeździć, by szukać pogan, bo to oni przyjeżdżają do nas.

Obawy wobec islamu są zrozumiałe i w pełni uzasadnione. Mnie też przeraża islamizacja Europy i niekontrolowany napływ migrantów, który niewątpliwie trzeba zatrzymać. Jednak nie czuję lęku wobec osób o ciemnej karnacji i nie oburzam się widząc Arabów czy kobiety - nawet Europejki - w islamskich chustach. Starch jest od diabła, od Boga zaś odwaga. Zamiast odsyłać muzułmanina "do diabła", wolę mówić o Bogu, Ewangelii i zbawieniu. Czasem tylko mówię: "Jeśli nie podoba się tobie nasza wiara i cywilizacja europejska, zawsze możesz wrócić tam, skąd przyjechałeś" (Europejczycy stanowią może z 1% muzulmanów żyjących w Europie!) Islam w Europie sprawia, że przestajemy się czuć bezpiecznie, ktoś burzy naszą "strefę komfortu"... Ale chrześcijaństwo - takie prawdziwe, misyjne, zaangażowane - to przecież właśnie wyjście poza tą "strefę komfortu", wyjście z miarę bezpiecznej, choć czasem chybotliwej, łodzi na wody - niekiedy mocno wzburzone - tego świata! A może Bóg posyła muzułmanów do Europy, by tu usłyszeli Ewangelię, tylko... nie bardzo ma ją tu kto im ją głosić? I może dlatego islam się umacnia, bo nasze chrześcijaństwo jest słabe i zaskorupione w naszej "strefie komfortu"?

środa, 12 lipca 2017

By Chrystus się nie wstydził

"Tylko sprawujcie się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej..." (List do Filipian 1, 27 - tłum. "Biblia Tysiąclecia")
Hmmm... To jest niezły "czelendż"! 
Angielskie słowo "challange" zrobiło w ostatnich latach oszałamiająca karierę. Zaczęło się od wylewania na siebie kubłów lodowatej wody ("ice bucket challange") - co miało służyć przekazowi szczytnej idei, a przekształciło się w wygłupianie się dla samego tylko wygłupiania się i w kolejne - coraz bardziej durne, a nawet niebezpieczne - "czelendże". "Challange" - czyli po prostu: "wyzwanie"...

Zacytowane na wstępie słowa z Ewangelii przemknęły mi dziś szybko pośród wpisów na Facebooku. Tak szybko, że nawet nie "zakodowałem" sobie, kto i gdzie je umieścił. Jednak przy tym na tyle skutecznie "wpadły w oko", że siadłem potem i długo zastanawiałem się: a czy ja sprawuję się w sposób godny Ewangelii Chrystusowej? Czy przynoszę Chrystusowi chlubę czy wstyd? Ze smutkiem wyznaję, że zbyt często przynosiłem w swym życiu - i zbyt często nadal przynoszę - wcale nie to, co powinienem! Czasem tak bardzo "chcę dobrze" - i nawet wydaje mi się, że "robię dobrze" - a gdzieś jednak uchybiam i czynię lub mówię coś, czego Jezus by nie uczynił i nie powiedział. Dość często unosi mnie też w życiu "fala" gniewu, emocji - i wychodzą ne ze mnie, zamiast przykazanej miłości bliźniego. I bardzo mnie to złości - bywam na siebie bardziej zły, niż na kogokolwiek innego!

Żyć tak, by nie wstydził nas się Chrystus, żyć się "w sposób godny Ewangelii Chrystusowej" - to "wysoko zawieszona poprzeczka". Realizacja tego zadania oznacza codzienną walkę z samym sobą, gromienie siebie samego i tego, co w nas gdzieś głęboko tkwi i wzbiera ponad miarę - to codzienne kopanie głeboko we własnym sercu i wyrywanie tego, co Bóg wskazuje jako chwast, jako coś niepożądanego. Bycie chrześcijaninem, człowiekiem żyjącym "w sposób godny Ewangelii" to wcale nie doskonałość - bo ludzi doskonałych nie ma - lecz ustawiczna, codzienna pielęgnacja własnego serca. 

sobota, 1 lipca 2017

Samo życie

"Masz kochać swego bliźniego tak, jak samego siebie" (Ewangelia Mateusza 22, 39 - tłum. EIB)
Fot. Chechi Peinado / Flickr (CC BY NC-ND 2.0)
Jedno z największych polskich miast. Tak wiele w nim kościołów! Tak wielu księży, którzy odprawiają setki mszy, wiele godzin spędzają w konfesjonałach i szkołach, gdzie każdego dnia uczą dzieci i młodzież "prawd wiary"! Nad miastem wznoszą się dziesiątki wież zwieńczonych krzyżami. Tam, gdzie one są, tak wiele spotyka się wspólnot ludzi pobożnych, bądź też zwyczajnie bardzo religijnych i skupionych na doskonaleniu swej wiary i wypełnianiu praktyk religijnych... To wielkie miasto jest jednym z największych ośrodków akademickich w naszym kraju, więc jest tu też bardzo wiele duszpasterstw akademickich - niejedno z nich jest znane w kraju, a nawet poza granicami. Skupiają one setki i tysiące młodych ludzi, którzy tłumnie schodzą się na msze, spotkania i bardzo wiele starają się robić - niekiedy z ogromnym rozmachem. To miasto, którego gospodarze i mieszkańcy lubią się chlubić: "Właśnie tu zaczęła się Polska i polskie chrześcijaństwo!"

Późne piątkowe popołudnie w tym wielkim mieście z bogatą historią i tradycją i tak wieloma krzyżami.  Tramwaj - jeden z wielu, które krążą po nim od jednego krańca, po drugi. Nie ma tłoku, lecz miejsca siedzące są pozajmowane. Wiele młodych twarzy - niby już rok akademicki skończony, lecz może jeszcze nie wszyscy studenci się rozjechali "po domach". Średnia wieku wszystkich pasażerów pojazdu - 30 lub 35 lat. niejedna twarz pochylona nad ekranem smartfona. Inni ze słuchawkami na uszach, zatopieni w dźwiękach ulubionej muzyki. Jeszcze inni wpatrują się w życie miasta za oknem. Jednych cieszy zaczynający się weekend, innych zaś perspektywa wakacyjnej "laby". Tak wygodne są siedzenia w tych nowoczesnych tramwajach! Tak przyjemnie siedzieć i cieszyć się chwilą!

Jeden z setek przystanków w tym wielkim mieście pełnym (wciąż dość pełnych w niedzielę) "świątyń" i wzniesionych wysoko krzyży. Do tramwaju wsiada mężczyzna w średnim wieku. Lekko posiwiała broda wskazuje, że chociaż nie jest jeszcze stary, to jednak nie jest już młodzieniaszkiem. Dźwiga na plecach wielki plecak, a do tego jeszcze dwie pokaźnych rozmiarów torby - w sumie może ok. 40 kilogramów. Idzie wzdłuż tramwaju, szukając miejsca. Widać, że bagaż mu ciąży. Przesuwa się krok za krokiem, ze sporym trudem. Chwieje się pod ciężarem, postękując z wysiłku po cichutku - zwłaszcza, gdy tramwaj hamuje, przyspiesza, skręca... Daje sobie radę, lecz widać, że ciężar jest blisko granic jego sił.

W tym mieście - tak pełnym kościołów i krzyży - z pewnością znajdzie miejsce, ktoś zechce wstać, by wędrowiec spoczął? Mija kolejne osoby. Chłopak, koło którego przeciska się ze swym ładunkiem, podnosi wzrok znad smartfona. Ładna nastolatka spogląda przelotnie, po czym znów odwraca swój wzrok ku szybie i wpatruje się w miasto. Niejeden pewnie myśli: "Fajnie, że mi się udało i mam miejsce - ten to ma przerąbane!" W tym pełnym kościołów i krzyży mieście, tak bardzo dumnym ze swego "tysiącletniego chrześcijańskiego dziedzictwa" mieście... nie podnosi się ze swego wygodnego miejsca NIKT! Być może zwrócą uwagę, może nawet sięgną po swe telefony, by uwiecznić "zabawny moment", gdy obcy w końcu przewróci się wraz ze swym plecakiem i torbami, gdy tramwaj znów szarpnie. Będzie można wstawić na Facebooka lub YouTube'a i zebrać "lajki"... Obcy jednak daje radę, choć ledwo, więc "nic ciekawego".

Jakie jest znaczenie tego "chrztu" sprzed ponad 1000 lat? Jaki owoc "chrześcijańskiego wychowania" i wpajanych od dziecka "prawd wiary"? Jaki owoc tysięcy mszy i spowiedzi? Czy kościelne wieże, bijące dzwony i wzniesione wysoko krzyże są świadectwem treści, czy też zwykłym detalem w panoramie miasta? Czy krzyż Chrystusa i wiara mają jeszcze jakiekolwiek znaczenie, czy jest to już tylko zwykłe przyzwyczajenie i "taka tradycja"?

Wydaje mi się, że zbyt wielką wagę przykłada się u nas do tego, co... wcale nie jest istotne. Walczy się o to, by w szkolnych salach wisiały krzyże. Walczy się o "wartości" - toczy się batalie z bluźniercami, którzy kpią z religii, z "lewakami", ze "zboczeńcami", z aborcją... Każdego dnia walczy się o "Polskę katolicką". Chcę podkreślić: to także jest ważne  - choć walczy się nieraz w sposób przesadny - ale nie jest najważniejsze. Wiecie... Jezusowi nigdy nie zależało na krzyżach na ścianach i wieżach. Jezusowi nigdy nie zależało na świątyniach, kadzidłach i mszach. Jezusowi nigdy nie zależało na tym, by być szanowanym - on wiedział, że ludzie będą z Niego szydzić, że Jego krzyż będzie opluty. Jezusowi nigdy nie zależało na dogmatach - "prawdach wiary", w które "trzeba wierzyć". Jezusowi nigdy nie zależało na 'sakramentach" i celebracjach. Jezus nie przyszedł, by tworzyć religię! Jezusowi zależało na tym, by zbawiać ludzi, by ludzie poznali Boga i uczyli się żyć na Boży sposób - tak, jak to podoba się Bogu.

Bóg jest miłością i dlatego w Słowie Bożym mamy tak często wezwanie: "Będziesz miłował!" Jeśli nie miłujemy, żadne religijne praktyki i symbole nie mają żadnego znaczenia. Jeśli nie miłujemy, na nic modlitwy, przestrzeganie przykazań i nabożne uczestnictwo w praktykach religijnych. "(...) miłosierdzia chcę, nie ofiary, waszego poznania Boga bardziej, niż całopaleń" (Ozeasza 6, 6 - tłum. EIB). "Jedni drugich brzemiona noście. W ten sposób wypełnicie Prawo Chrystusa" (List do Galatów 6, 2 - tłum. EIB). "Ikona" wiary w życiu to nie tyle pozycja na klęczkach i ręce złożone do modlitwy, lecz ręce wyciągnięte z miłością ku drugiemu człowiekowi. Nie ma sensu uczyć "prawd wiary" - jest potrzeba uczyć realnego życia z Bogiem, "zatopienia się" w Bogu, który jest miłością, zasłuchania w Jego Słowo... Nie potrzebujemy religii - potrzebujemy życia po Bożemu na co dzień! Formacja chrześcijańska to nie tylko "w co wierzyć", ale "jak żyć"!

Podróż

Poprosiłem Boga w modlitwie, by pokazał mi swą wielkość. Padłem na twarz przed Nim, a On zabrał mnie w niesamowitą podróż. Ukazał mi niebosiężne szczyty gór, głębokie doliny, rzeki, zielone lasy, tropikalne wyspy, fale oceanu, śnieżne pustkowia biegunów - "zafundował" mi przelot nad całym światem! Pokazał mi też niedźwiedzie, motyle, ptaki... Potem skierował mój wzrok ponad Ziemię i pokazał mi gwiazdy, galaktyki... I znów polecił spojrzeć na Ziemię - a ta zaczęła "uciekać", robić się mniejsza i mniejsza, ginąć wśród planet, gwiazd i galaktyk. Wreszcie pokazał mi energie - ukazane symbolicznie jako kolory; zmieniające się niczym w niezwykłym "kalejdoskopie". Wreszcie Bóg spytał: WIDZISZ?

piątek, 30 czerwca 2017

Prawda

"Niechaj więc mowa wasza będzie: Tak - tak, nie - nie, bo co ponadto jest, to jest od złego" (Ewangelia Mateusza 5, 37)
Prawda - Bóg jest Prawdą. Prawda więc musi być głęboko wpisana w życie każdego chrześcijanina. Prawda musi być w naszym sercu i musi z niego wypływać - musi być we wszystkim, co piszemy, mówimy i czynimy. Prawda jest jednym z najpiękniejszych darów, jakie możemy ofiarować drugiemu człowiekowi - nawet jeśli jest dla niego "gorzka". Z "gorzkiej" prawdy zawsze jest jakiś pożytek - ze "słodkich" kłamstw nie ma żadnego, każde kłamstwo jest głeboko nasączone jadem. Prawda jest cudownym klejnotem, który wnosimy na ten świat. 

Każde słowo, które wypowiadamy lub piszemy, wypowiadamy i piszemy nie tylko przed ludźmi czy dla ludzi, lecz przede wszystkim przed Bogiem. Jezus mówi: "A powiadam wam, że z każdego nieużytecznego słowa, które ludzie wyrzekną, zdadzą sprawę w dzień sądu" (Ewangelia Mateusza 12, 36). Nieużyteczne słowa to wszystkie te, ktore nie służą dobru, które są nośnikiem dla kłamstwa, obelg, pogardy. Wypowiadając je, ściągaamy na siebie gniew Boga i Boży sąd. Gdy zaś mówimy prawdę, jest nad nami Boży uśmiech i błogosławieństwo.

Nie powinniśmy przysięgać. Nasze wyznanie wiary i to, jak żyjemy - nie słowa, ale czyny! - powinno być naszą przysięgą po wsze czasy. Proste wyznanie: "Jestem chrześcijaninem, dzieckiem Boga" powinno być równoważne przysiędze, że to, co mówię, jest prawdą.

wtorek, 20 czerwca 2017

Jak być dobrym sędzią?

"Przestańcie osądzać, abyście nie zostali osądzeni. Bo normy, według których sądzicie, odniosą i do was, a miarą, którą stosujecie, odmierzą i wam" (Ewangelia Mateusza 7, 1 - 2, tłum. EIB) "Przestańcie sądzić kierując się pozorami; w swoich ocenach bądźcie sprawiedliwi" (Ewangelia Jana 7, 24, tłum. EIB).
Każdego dnia stajemy się sędziami spraw i osób. Dzieje się tak, czy tego chcemy, czy też nie. Osądzanie tak naprawdę jest nie do uniknięcia i jest najzupełniej naturalne. Gdy dostrzegamy zło, które ktoś czyni, gdy nazywamy zło złem. Często z powodu wielu złych uczynków, kogoś postrzegamy jako złego człowieka - takiego, którego bezpieczniej unikać. Osądzanie jest też, jak się zdaje, zwykłą częścią "mechanizmów obronnych" w naszej psychice - oceniamy czyny i chronimy się przed złoczyńcami. Gdy patrzymy ze zgorszeniem na to, co ktoś robi i gdy mówimy o tym z przyganą - także napominając bliźniego - również dokonujemy osądu. Bóg nie zabrania nam osądzania, lecz jeśli się tego podejmujemy, musimy przestrzegać reguł.

Fot. Sarah Hina / Flickr (CC BY-NC 2.0)




Pierwszą i najważniejszą sprawą jest: potrafić sądzić przede wszystkim siebie samego, własne uczynki. Trzeba pamiętać, że sami jesteśmy grzesznikami i dopuszczamy się wiele zła. Ten, kto potrafi surowo osądzać siebie samego, jest przy tym zdecydowanie łagodniejszym sędzią wobec bliźnich. Gdy Chrystus wspomina o "miarach" w osądzie, jest w tym gdzieś także pytanie: czy potrafisz być równie surowy i wymagający względem siebie samego? Czy gotów jesteś być osądzony tak surowo, jak sam osądzasz innych? Mamy sądzić uczynki, grzech - będąc miłosiernym wobec sprawcy, grzesznika. Mamy być skorzy do miłości i łaskawości, gotowi służyć - nie wymierzać sprawiedliwość, by bliźni nasz zobaczył, co złego się zdarzyło,  by żałował za grzechy i by jego życie mogło być przemienione przez Boga. Bóg chce działać w sercu grzesznika  - a nasze złe sądy mogą być do tego poważną przeszkodą.

Powinniśmy zawsze pamiętać, że naszą rolą nie jest rola sędziego, który stoi na straży prawa i jest powołany do obnażania wszelkich win i wymierzania z całą surowością przewidzianej przez prawo kary. To kiedyś uczyni z grzesznikami Bóg. Naszym powołaniem jest być bliźnim dla każdego innego człowieka - także tego, który uczynił lub czyni (i choćby nadal potem czynił) wiele zła. W jednym swych rozważań nt. miłości Jan Twardowski - odwołując się do przypowieści pana Jezusa o Miłosiernym Samarytaninie - zwraca uwagę, że zamiast zastanawiać się: "ale kto jest moim bliźnim?", raczej powinniśmy rozważyć kwestię jak my sami wywiązujemy się z własnego powołania na bliźniego, z naszych obowiązków - z których pierwszym i najważniejszym jest miłość, jakimi bliźnimi jesteśmy dla ludzi z naszego otoczenia.

Nim cokolwiek uczynimy lub powiemy, powinniśmy zastanowić się: co chcemy osiągnąć i czemu ma to służyć. Ludzki osąd to zbyt często zwykłe tworzenie listy tego, co można wytknąć drugiemu człowiekowi, by "udowodnić", jak bardzo jest zły, pełen kłamstw i wszelkiej ohydy. Obserwuję od wielu lat takie "rozprawy" - także robione przez ludzi uważających się za "chrześcijan", nawet "ewangelicznie wierzących - i... nieodmiennie mam wrażenie, że osądzający tak brutalnie, próbują w ten sposób "leczyć" jakieś własne kompleksy i maskować własną nieprawość iście "faryzejską świętością". Być może sami czują się lepsi, gdy "udowodnią", że ktoś inny jest gorszy ?

Jeśli mamy osądzać, to na pewno nie w taki sposób! Osąd nie może polegać na pogrążaniu, lecz służyć ratunkowi! "Nie posłał Bóg Syna na świat, aby świat sądził, lecz aby świat był przez niego zbawiony" (Ewangelia Jana 3, 17). I my jesteśmy powołani, by w tej zbawczej misji uczestniczyć. Jesteśmy powołani do "prac naprawczych" na tym świecie, nie zaś do równania z ziemią tego, co znajdujemy! Osądzać czyny, by człowieka podźwignąć z upadku.

Osąd nasz zawsze powinien być oparty na Słowie Bożym i jego dobra znajomość musi być dla nas priorytetem. "Ty (...) trwaj w tym, czego się nauczyłeś i o czym jesteś przekonany, wiedząc od kogo się tego  nauczyłeś, zwłaszcza, że od dziecka znasz Pisma święte, które mogą cię obdarzyć mądrością - dla zbawienia przez wiarę w Chrystusa Jezusa. Całe Pismo natchnione jest przez Boga i pożyteczne do nauki, do wykazywania błędu, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był w pełni gotowy, wyposażony do wszelkiego dobrego dzieła" (2. List do Tymoteusza 2, 14 - 17, tłum. EIB). Tym, co możemy robić, jest konfrontacja uczynków ludzkich - a także słów nauczania - ze Słowem Bożym. W ten sposób raczej uczestniczymy w osądzie, niż sami go dokonujemy - bo tylko przekazujemy osąd, którego już dokonał Bóg.

Tym, co często sprawia problemy przy właściwym osądzie, są nasze emocje - zwłaszcza, gdy sami doświadczamy skutków czyichś złych uczynków. Zbyt często dajemy im upust! Te chwasty w sercu łatwo się rozrastają. U tego samego ks. Twardowskiego znajduję myśl, że łatwo kochać Boga, ale dużo trudniej drugiego człowieka, bo Bóg jest dobry, a ludzie często są wredni. Jeśli nie potrafimy zapanować nad własnymi emocjami - żalem i złością - lepiej wcale nie sądzić uczynków tego, który nas skrzywdził, a po prostu "przykryć" to przebaczeniem i je pielęgnować. Najlepiej być może nie tylko nie osądzać, ale wcale nie wracać do tego, co złego doświadczyliśmy od innych. Jeśli nie potrafimy "na chłodno" ocenić sytuacji i czyjegoś postępowania, a także dociec jego przyczyn, lepiej to zostawić Bogu.

Bardzo często nasze sądy obciążone są tym, co my "wiemy", naszymi poglądami, a nawet naszymi własnymi doświadczeniami. Te ostatnie wcale nie muszą być tak "uniwersalnym narzędziem" do poznania prawdy, jak nam się zdaje. Zbyt często, dokonując osądu, zatrzymujemy się na tym, co "wiem na pewno" - własną (często dramatycznie ograniczoną!) "wiedzę" traktując jak dogmat, "prawdę objawioną i uniwersalną" - zapominając, jak bardzo jesteśmy ograniczeni, jak wielu spraw nie jesteśmy świadomi, w jak wielu kwestiach jesteśmy po prostu ignorantami, jak łatwo popadamy  pychę - "wiem swoje, a kto myśli inaczej, ten jest paskudnie zwiedziony!" Dość często spotykam ludzi, którzy wcale nie chcą dowiedzieć się o tym, co starają się osądzać, więcej, nie są zainteresowani faktami i dowodami, z oburzeniem odrzucają każdą próbę skorygowania ich poglądów w danej kwestii - to, co nie zgadza się z ich "wiedzą" i "poznaniem", to dla nich "herezje". Ich sądy nad innymi ludźmi są bardzo surowe, wręcz oszczercze i brutalne. Słowo Boże nie pozostawia wątpliwości - surowemu sądowi sami zostaną poddani. Tyle, że Sędzia będzie sprawiedliwy i o kompletnej wiedzy i poznaniu - nie tak, jak oni sami.

Gdy pewnego dnia faryzeusze przyprowadzili do Jezusa prostytutkę, by wydał na nią wyrok zgodny z Prawem, On... nie wydał żadnego wyroku, choć ona była winna. Faryzeusze pragnęli jej osądzenia i skazania na surową karę (chociaż Żydom wówczas nie wolno było skazywać na śmierć, a więc w pełni stosować surowego, starotestamentowego Prawa) - Jezus zaś jej nawrócenia, by zerwała z grzechem i wróciła do Boga. Bóg wcale nie jest skory do gniewu, do karania, do wymierzania sprawiedliwości - Bóg jest łagodny i pełen miłosierdzia! Miłosierdzie często jest ważniejsze, niż sprawiedliwość.

Czasem słyszę, jak ktoś mówi: Bóg jest surowy, wymagający (wręcz "tyran") i bezwzględny! Tymczasem prawda jest inna: ludziom znacznie łatwiej jest być surowym, wymagającym i bezwzględnym, niż miłosiernym i łaskawym. Bóg zaś z natury swej jest miłosierny i łaskawy, a surowość i "bezwzględność" (fakt, że nie "przymyka oka" na nic i jest bardzo "zasadniczy") przychodzi mu z trudem. Wcale nie jest chętny do tego, by nas sądzić i karać - to dla Niego smutna konieczność.

Nim wydamy jakikolwiek sąd - nawet gdy wina jest ewidentna, gdy jasne jest, że bliźni nasz uległ złu i popełnił grzech, może nawet zbrodnię - powinniśmy zawsze najpierw poznać wszystkie fakty i modlić się, pytając Boga, co On o tej sprawie myśli i co my w tej sprawie powinniśmy uczynić. Warunkiem dokonania dobrego i sprawiedliwego sądu jest szukanie mądrości i werdyktu u Boga.

niedziela, 11 czerwca 2017

Miłosierny Syn

"A blisko krzyża Jezusa stały: Jego matka i siostra Jego matki, Maria, żona Kleopasa, i Maria Magdalena. Gdy Jezus zobaczył swoją matkę i stojącego przy niej ukochanego ucznia, zwrócił się do matki: Kobieto, oto twój syn! Następnie powiedział do ucznia: Oto twoja matka! I od tej pory uczeń wziął ją do siebie" (Ewangelia Jana 19, 25 - 27, tłum. EIB).
Chociaż to ledwie trzy wersy tekstu, to jednak jest to dla mnie jedna z najbardziej niezwykłych scen z Ewangelii. Jest to ostatni akt miłości i synowskiej troski Pana Jezusa wobec tej, która, wybrana przez Boga, kilkadziesiąt lat wcześniej powiedziała: "Tak! Niech się tak stanie!" i podjęła się być dla niego na ziemi matką.

Jezus konał w męczarniach i zaraz miał wydać ostatnie tchnienie. Każde słowo Chrystusa, jakie pada z krzyża, wypowiadane jest z niewyobrażalnym trudem i bólem. Najczęściej zupełnie nie wyobrażamy sobie, czym była śmierć krzyżowa. Zwykle mocno akcentujemy "ofiarę krwi" Chrystusa, lecz na krzyżu umierano nie z wykrwawienia, lecz z powodu uduszenia. Wiszący na krzyżu człowiek nie mógł oddychać. Oddech mógł złapać tylko wtedy, gdy się podciągnął do góry, podpierając się nogami  - co z kolei, oczywiście, powodowało ogromny ból. Męka taka mogła trwać nawet kilka dni! Dlatego często skazańcom pod koniec męki łamano nogi, by już się nie mogli podciągnąć, by zgon nastąpił już szybko. Ta wiedza pozwala nam zrozumieć, jak wiele Chrystusa kosztowało każde słowo wypowiedziane z krzyża.

Kościół katolicki naucza, że w tym momencie Jezus powołał Marię na "Matkę Kościoła", powierzając jej opiece Kościół, a Kościołowi poddanie się jej "matczynej opiece" i przewodnictwu. Franciszek Kucharczak, felietonista "Gościa Niedzielnego", napisał ostatnio w swoim artykule "Nie czcisz Maryi? Nie jesteś wierny Biblii", w którym atakuje otwarcie protestantów i ewangelicznych katolików (bowiem są i tacy, którzy świadomie i otwarcie odrzucają kult Maryi i świętych): "'Oto Matka twoja' - te słowa wypowiedziane z krzyża (więc to Objawienie jak najbardziej oficjalne) to przecież nie była dyspozycja tylko dla Jana. Jezus nie mówiłby takich rzeczy, zwłaszcza w tak doniosłej chwili, tylko na użytek jednego człowieka. Każde słowo Jezusa wypowiedziane z krzyża ma ogromną wagę - wagę testamentu. Maryja jest więc Matką wierzących w Jezusa z woli samego Jezusa". Wyraźnie zupełnie inaczej te słowa zrozumiał Jan, który wziął od tej pory Marię do siebie, a także sama Maria, która przyjęła tą opiekę. zauważmy: to Jan wziął ją do siebie, nie zaś cały Kościół! Maria nie pomieszkiwała to u tego, to u tamtego z uczniów - ona zamieszkała z Janem, a Jan z nią.

Kościół katolicki zmanipulował ten (i nie tylko ten) fragment Ewangelii do własnych celów dogmatycznych i po dziś dzień okłamuje ludzi co do słów Jezusa! Kościół katolicki nakazuje wierzyć w coś, czego Jezus tak naprawdę nigdy nie powiedział w takim sensie! Kościół katolicki wyznaczył Marii funkcję, która nigdy nie została jej powierzona przez Boga! Jak bardzo jest to absurdalne świadczy nawet fakt, że Kościół katolicki nie praktykuje kapłaństwa kobiet (i słusznie!), a jednocześnie kobiecie właśnie przyznał "pierwsze miejsce" w Kościele, i nawet każdy papież nazywa ją "swą matką"! Przeglądałem ostatnio obrazy związane tematycznie z zesłaniem Ducha Świętego i... kogóż widzimy na nich na pierwszym miejscu w Kościele?




Czyż Maria nie jest na tych obrazach ukazywana jako nauczycielka i arcykapłanka? Trudno tam nawet znaleźć apostoła Piotra, rzekomo wyznaczonego przez Chrystusa na "pierwszego papieża" Kościoła! Na powyższych ikonach widzimy go wyraźnie tylko na drugiej, gdzie trzyma atrybut swej "władzy" - klucze do bram Królestwa Niebieskiego. Jednak i na tym obrazie ma on wyraźnie niższą pozycję w Kościele od Marii, która wręcz stoi na jakby ołtarzu! Przyznanie Marii przewodniej, "matczynej" i w pewnym sensie "arcykapłańskiej" roli w Kościele przez Kościół katolicki, a jednoczeście odmawianie kobietom święceń, jest jakby "rozdwojeniem jaźni".

Przy tym całym nadęciu tej sceny do rozmiarów katolickich wierzeń, gubi się zupełnie jej prawdziwy sens, jej piękny przekaz. W dziwacznych interpretacjach zupełnie rozmyto obraz wielkiego Boga, który potrafił być także miłującym, wiernym i troskliwym Synem względem Marii! Cierpiący Jezus - niemal z ostatnim swym tchnieniem - troszczy się o przyszłość tej, która tu na ziemi podjęła się być Mu matką. w chwili, gdy każde wypowiadane słowo wiązało się dla niego z wprost niewyobrażalnym bólem, On wypowiada ich tak wiele, związując tych dwoje bliskich sobie ludzi bardzo szczególnymi więzami.

Śmierć Chrystusa na krzyżu była dla Marii wielką traumą. Jeszcze nie wiedziała i nie pojmowała wszystkiego. Jeszcze widziała w tym, czego doświadczał jej Syn, koniec jego życia. Jeszcze nie pojmowała zapowiedzi zmartwychwstania i późniejszej wieczystej obecności. Stojąc  pod krzyżem, czuła przeszywający ból, ale też zagubienie i początek wielkiej samotności, pustki. Zapewne owdowiała już znacznie wcześniej - Józefa nie ma bowiem przy niej w tym czasie, gdy Jezus pełni swą misję na ziemi, ani też pod krzyżem - a kwestia innych dzieci zrodzonych ze związku Marii i Józefa jest dyskusyjna. Jezus podejmuje ten wysiłek, by - jeśli nie może ulżyć jej w cierpieniu spowodowanym jego męką - zdjąć z niej przynajmniej lęk o jej własny los, przeczucie rodzącej się bolesnej samotności. Słowa Jezusa nie były żadną nominacją dla Marii, "ustawieniem" jej w Kościele. Powierzając Marię Janowi - a także Jana Marii - Jezus zdaje się mówić jej: "Nie lękaj się - nigdy nie zostaniesz sama! Ja troszczę się o ciebie i twoją przyszłość!"

Jezus nie musiał tego mówić z krzyża! On tak pokierował swoimi uczniami, tak ukierunkował Kościół swój, by wzajemne miłość i troska - zwłaszcza wobec samotnych, chorych i ubogich - były regułą życia w Kościele na co dzień. Maria i bez tego polecenia z pewnością nie zostałaby sama i bez środków do życia. Nie było jeszcze zborów, ale był już zalążek Kościoła - Maria była wśród apostołów i uczniów, otoczona ich miłością i opieką... Każdy z nich - jestem tego absolutnie pewien - miłował ją nie mniej i nie bardziej, niż Jan. Nikt z nich nie zostawiłby jej samej sobie, bowiem miłość i troska leżą głęboko w chrześcijańskiej naturze, w naturze Kościoła Chrystusowego, zaszczepione w nim przez Pana.

czwartek, 8 czerwca 2017

Poczta Polska, czy... katolicka?

Przebywam obecnie w jednym z popularnych nadmorskich kurortów. Zaszedłem dziś do  miejscowej księgarni parafialnej... WRÓÓÓĆ! ...placówki Poczty Polskiej. Mało tego, że nasze poczty już dawno  przestały być po prostu pocztami, a są dokumentnie zawalone masą przeróżnego towaru - gazetami, zabawkami, artykułami piśmienniczymi, książkami i nie da się zliczyć, czym tam jeszcze - to jeszcze ta konkretna (a pewnie też wiele innych) przypomina jako żywo sklep z dewocjonaliami! Asortyment w głównej mierze katolicko - PiSowski...







Zaskakujące - nawet sprzedawane tam książki z przepisami są napisane wyłącznie przez "duchownych" i wydane przez katolickie wydawnictwa! Papieże i "święci" zmieszani z rybami, mięsami, warzywami - jednym zdaniem: niezły "bigos"! Ha ha ha ha ha...

Gdy idę na pocztę, to po to, by wysłać list czy kartkę, lub po to, by wpłacić czy wypłacić pieniądze. Nie chcę być przy tym "oblegany" przez "maryjki", "świętych" i papieży. Poczta to przecież świecki, państwowy urząd, który powinien funkcjonować zgodnie z zasadą rozdziału Kościoła od Państwa i w związku z tym wszelkie akcenty religijne powinny być co najwyżej na okolicznościowych kartkach i znaczkach. Nie mam "katolikofobii". Korzystam także z literatury katolickiej i bywam także w księgarniach katolickich - wchodzę tam i tym samym jestem przygotowany na "maryjki", modlitewniki, papieży, itd., bo przecież idę do katolików. Gdy jednak wchodzę do urzędu, tam nie chcę mieć z tym styczności - tam stają się one elementem prymitywnej i bardzo agresywnej propagandy religijnej, religią wciskaną wszystkim na siłę! To tak, jakby urzędnik kazał przychodzącemu interesantowi najpierw się modlić - znam zresztą takiego człowieka, który takim właśnie urzędnikiem był. W prywatnym sklepie, w prywatnej firmie - proszę bardzo, sam bym u siebie handlował także literaturą chrześcijańską, wyłożył Biblię, ulotki i czasopisma "religijne", lecz w publicznej instytucji taka praktyka nie powinna występować.

Katolicy, gdy czują się czymś urażeni, bardzo często powołują się na zapis w polskim prawie, który mówi: "Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczon!e do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2" (Kodeks Karny, art. 196). Prawo to nie powinno chronić tylko katolików i ich "uczucia religijne". Gdy stykam się z "maryjkami", "świętymi" i całym tym religijnym jarmarkiem poza katolickimi świątyniami, to razi mnie to, jako bałwochwalstwo, bluźnierstwo, i w pewnym sensie obraża moje "uczucia religijne"! Gdyby Kościół katolicki nie był tak bardzo nachalny i gdyby nie próbował być tak bardzo wszechobecny, gdyby pozwalał ludziom na wolność, nie byłby też tak bardzo atakowany i nie musiałby zabiegać o szczególną prawną ochronę. Szanuję katolików i ich prawo do własnej wiary i praktyk religijnych - nie chcę być jednak przez ich wiarę osaczany i nie życzę sobie, by była ona wciskana w moje życie!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Chrześcijańska odwaga

Źródło: Gazeta.pl
Są tacy ludzie, których - choć zapewne bardzo wiele nas dzieli, jak chodzi o wiarę (ponieważ większość społeczeństwa jest katolicka, to zakładam, że i ta pani jest najprawdopodobniej - choć nie na pewno - katoliczką), to są ludzie, którzy dla mnie są prawdziwymi bohaterami. Szczerze podziwiam tą kobietę, tak pogardliwie potraktowaną przez "tolerancyjnych ludzi z Czerskiej". Podziwiam za to, że odważnie mówi PRAWDĘ, i to z MIŁOŚCIĄ! Głoszenie prawdy, BOŻEJ PRAWDY, nie zawsze jest proste, bo prawda, BOŻA PRAWDA, często nie jest rozumiana, ani dobrze widziana. W tym świecie, który zakochał się w diabelskich kłamstwach, prawda jest nienawidzona i wyszydzana - ot, jak choćby w tym przypadku, nazywana "homofobią". Od dawna da się zaobserwować, że właśnie ci, którzy tak głośną krzyczą o "tolerancji" i "równości", do tych, którzy głoszą prawdę, potrafią mówić: "zamknij mordę, ty idioto!" Coraz częściej ci, którzy ją głoszą są też otwarcie atakowani. Już nie tylko werbalnie, bo coraz częściej są bandycko napadani. Nawet nie tak dawno pewien działacz antyaborcyjny w Krakowie został pobity w miejscu publicznym przez pewnego "znanego artystę". Mówienie ludziom prawdy wymaga odwagi, bo w tym świecie ma swoją cenę - czasem bardzo wysoką. Ten, kto miłuje prawdę, ma też pragnienie, by się nią dzielić - bez względu na cenę.

Kobieta ta dostała łatkę "homofobki". Czym jest fobia? Fobia to zaburzenia lękowe dla których nie ma racjonalnego powodu. Spójrzmy: do tej kobiety podchodzi homoseksualista, rozmawia z nią, ona rozmawia z nim, obejmują się... Jeśli ona z nim rozmawia, jest życzliwa, dotyka go i serdecznie obejmuje, to... jakaż to fobia? Gdy chrześcijanin głosi prawdę, także na temat homoseksualizmu, to nie jest to przejawem fobii. To tak samo, jakby o fobię oskarżać ratownika, który płynie na pomoc człowiekowi, który się topi! Tak, jak ratownik wyławia ludzi z wody, tak naszą służbą jest wyławianie ludzi z grzechu. "W tym uwidoczniła się miłość Boga do nas, że  Bóg posłał na świat swego jedynego Syna, abyśmy przez Niego mogli zyskać życie" (1. List Jana 4, 9, tłum. EIB) - uratowani przez Syna Bożego, dołączamy do Jego drużyny i spieszymy ratować innych.

"Parady równości" nazywane są także "świętem miłości" i tyle mówi się w ich trakcie, że "miłość jest różnorodna" - a równocześnie zupełnie się nie rozumie prostego faktu, że Bóg tak kocha człowieka, że dał przykazania, że próbuje nas nauczyć dobrego życia, że próbuje ratować z bagna grzechu. Gdy mówimy o grzechu - nie tylko o homoseksualizmie, ale o każdym rodzaju grzechu - kierujemy się miłością bliźniego. Diabeł, który opętał ludzi na tym świecie, jednak inaczej definiuje "miłość" i tej miłości, która jest od Boga, nienawidzi i pogardza nią. 

Oczywiście obserwuję też ludzi, którzy uważają się za wierzących, a z pogardą mówią o innych, nazywając ich - jak w przypadku tego konkretnego grzechu homoseksualizmu - "pedałami" i "lesbami", posługujących się krzykiem i wygrażających... Oni bywają bardo religijni, przywiązani do swych religijnych dogmatów i praktyk - ich "wiara" to jednak tylko tradycja, rytuały, teoria. U samych fundamentów chrzescijaństwa jest przede wszystkim miłość - do Boga i do drugiego człowieka. "Drodzy, kochajmy się wzajemnie, gdyż miłość jest z Boga. Każdy, kto kocha, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie kocha, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością" (1. List Jana 4, 7 - 8, tłum. EIB).

Gazeta.pl relacjonuje: "Kajetan ma 28 lat i mieszka we Wrocławiu. Jest katolikiem i gejem. I właśnie to powiedział kobiecie oprotestowującej marsz. - Ona odpowiedziała mu, że nie da się połączyć wiary z homoseksualizmem - relacjonuje reporter Gazety.pl, który przysłuchiwał się tej rozmowie. Nic więcej nie usłyszał, bo rozmowa przerodziła się w szept. A potem nastąpiło coś niespodziewanego. Kajetan objął kobietę i zniknął w tłumie. (...) Dziennikarzowi udało się zlokalizować Kajetana. Wrocławianin zgodził się zdradzić szczegóły rozmowy. - Próbowała mnie przekonać, że akty homoseksualne są grzechem i każdy może się nawrócić - wyjaśnił. - Ja po części też wierzę w Boga, ale jestem bardziej liberalny - dodał. Jak mówił, jego rozmówczyni była naprawdę ciepłą i pozytywną kobietą, która po prostu bardzo głęboko wierzy w to, co jest napisane w Biblii. Zauważył przy tym, że są takie nauki, które kobieta odrzuca. - Wierzy w to, że homoseksualizm jest grzechem, ale nie wierzy już, że powinno się kamienować dzieci albo nosić ubrania utkane z jednej nici - tłumaczył. Choć kobieta do końca nie zmieniła zdania w kwestii tego, że Kajetan jest grzesznikiem, to pocieszała go, że nie wszystko stracone. - Ona próbuje nawróci gejów. Przekonywała mnie, że jeżeli będę żałować, nawet tuż przed śmiercią, to zostanie mi to wybaczone - relacjonował i dodał, że pozytywnie ocenił tę rozmowę. - Na koniec zainicjowałem gest pojednania, a ona go przyjęła - pochwalił się."

Uderzyły mnie słowa tego młodego człowieka: "Ja po części też wierzę w Boga..." Cóż to w ogóle znaczy: "częściowo wierzę"? To tak, jakby powiedzieć: "częściowo kocham", "częściowo jestem w małżeństwie". To tak, jakby mąż był miłującym i wiernym, gdy (i pod warunkiem), że akurat mu to w danym momencie czy zakresie pasuje i odpowiada. Czy taki związek w ogóle ma jakikolwiek sens? Tak samo jest z wiarą - ma ona sens tylko wówczas, gdy jest pełna. Nie ma wiary, jeśli nie ma miłości wobec Boga i wierności Słowu Bożemu, poważnego traktowania tego wszystkiego, co nam mówi nasz Ojciec Niebieski! W Słowie Bożym wiara porównywana jest to związku miłosnego, małżeństwa - Bóg obrazuje się jako Oblubieniec, a Kościół (wierzący) ukazany jest jako Oblubienica. Jesteśmy powołani do życia z Bogiem, do pielęgnowania miłości i wierności. 

Ten, kto przyjmuje tylko "po części" Boga i Jego normy, Jego Słowo, ten wcale nie żyje z Bogiem, ten wcale nie jest chrześcijaninem. Bóg nie chce od nas 20%, ani 50%, ani nawet "pakietu większościowego": 75% czy nawet 99% wcale Go nie interesuje - to musi być 100%! Bóg chce wszystko, albo nic! Wszystko, co tylko częściowe, jest mu obrzydliwe! "Wiem o twoich czynach. Nie jesteś ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący! A ponieważ jesteś letni, nie gorący ani zimny, wypluję cię z moich ust" (Apokalipsa 3, 15 - 16, tłum. EIB). Nie ma czegoś takiego jak "liberalne chrześcijaństwo" - chrześcijaństwo to przyjmowanie 100% i dawanie 100%! Tak, jak mąż ma cały należeć do żony, a żona cała do męża. Wiara jest związkiem bez kompromisów, jest układem z Bogiem, który wymaga radykalnej wierności i odwagi.

środa, 24 maja 2017

"Chata" - Bóg jest inny, niż myślisz


Do przeczytania tej książki Bracia i Siostry z Kościoła namawiali mnie już od dawna. Jakoś tak jednak "się nie złożyło". W końcu jednak miałem okazję po nią sięgnąć - ktoś bowiem wyłożył ją w publicznej szafie służącej wymianie książek. Bardzo mnie to ucieszyło.

"Chata" to zapis tragedii, która dotknęła Mackenzie Allena Phillipsa i jego rodziny, którą było porwanie i zabójstwo dziecka. Powieść stylizowana jest na "literaturę faktu". William Paul Young opisuje Macka Phillipsa jako swego przyjaciela, a samego siebie umieszcza w powieści jako postać w głębokim tle. Jest to jednak fikcja literacka - autor dość umiejętnie łączy w jedno różne kryminalne zdarzenia - autentyczne lub prawdopodobne - uzupełniając wszystko rozbudowanymi i głębokimi rozważaniami teologicznnymi i filozoficznym.

Mack, doświadczywszy tragedii, na szereg lat pogrąża się w bólu, depresji i nienawiści do nieznanego sprawcy, który skrzywdził jego dziecko i całą rodzinę. Sam nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo zniszczone tym jest jego własne serce. Aż pewnego dnia otrzymuje zaproszenie do chaty - tej samej chaty, gdzie zamordowano jego dziecko - zawartego w tajemniczym liściku, podpisanym jedynie słowem "Tato". Gdy pojawia się na miejscu, zostaje przeniesiony jakby do "równoległego świata", gdzie chata nie jest rozpadającą się ruiną ze śladami krwi jego dziecka na podłodze, lecz przytulnym domem, w którym mieszkają: Elousia - Tato (Ojciec), Jezus (Syn) oraz Sarayu (Duch Święty).

Zaskakujące jest to, że Tato jest... kobietą, starszą i "pulchną" murzynką. Może się to zdawać kontrowersyjne, a nawet niektórych bulwersuje - dopiero u końca powieści znajdujemy wyjaśnienie tego zabiegu. Sarayu - w której odkrywamy Ducha Świętego - jest młodą Azjatką, istotą zwiewną, eteryczną, rzeczywistą i nierzeczywistą zarazem... Imię "Sarayu" zaczerpnięte zostało z sanskrytu i oznacza "wiatr" i w sposób oczywisty nawiązuje do słów Jezusa: "Wiatr wieje, dokąd chce, i szum jego słyszysz, ale nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd idzie" (Ewangelia Jana 3, 8). Muszę przyznać, że początkowo miałem spore trudności z przyjęciem tego wyobrażenia Boga i bardzo się z tym zmagałem nawet do połowy powieści - wielka jest siła przyzwyczajeń i tradycji. Autor pokazuje nam, że Bóg, chociaż jest Ojcem  i Panem, to nie jest mężczyzną - nie jest ani mężczyzną, ani kobietą, a my, mężczyźni i kobiety, wszyscy jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo. Bóg nie jest też ani białym człowiekiem - jak my Go sobie najczęściej wyobrażamy (oczami wyobraźni widzę teraz "Jego wizerunki", licznie stworzone, wbrew zakazowi, przez katolików) ani Azjatą, ani murzynem, ani Indianinem. Kiedyś Abrahamowi Bóg objawił się pod postacią trzech mężczyzn, aniołów - nie dostrzegam jednak żadnego teologicznego problemu, gdyby faktycznie postanowił się pojawić jako kobieta, jako murzyn(ka), Azjat(k)a... To wyobrażenie wielu bulwersuje, lecz autorowi chodzi, jak sądzę, o to, by pokazać nam, że Bóg wymyka się naszym ludzkim wyobrażeniom, naszemu ograniczonemu myśleniu, naszym przyzwyczajeniom.

Gdy przeglądałem w sieci informacje o książce, zwróciłem uwagę na to, jak jest ona klasyfikowana przez krytyków. Znalazłem m.in. "sensacja", "thriller"... Z pewnością na jej kartach są te elementy. Jest to jednak przede wszystkim powieść filozoficzna, a także powieść terapeutyczna. Nie jest to historia o zabójstwie małej dziewczynki. Porwanie i zabójstwo Missy Phillips nie są "centrum" wydarzeń opisanych w książce, a tylko "preludium". To historia o Bogu i człowieku. Dodać zaraz trzeba: o Bogu, który nie jest odległy od nas i naszych spraw, który nie jest obojętny, który pochyla się nad człowiekiem. Wiele osób, gdy widzi zło, lub samemu zła doświadcza, buntuje się przeciwko Bogu: "Gdzie był ten Bóg, gdy to się stało? Dlaczego Bóg do tego dopuścił?" Gdy dzieje się zło, łatwo sadzamy Boga na "ławie oskarżonych" - a tymczasem nie Bóg, lecz człowiek odpowiada za zło. Bóg nie stworzył zła - zło się zrodziło, bo Bóg stworzył wolne istoty, które dokonały fatalnego wyboru, źle skorzystały z tej wolności. Bóg cierpliwie znosi nasze oskarżenia, a nasz ból jest jego bólem - Bóg nie chce, byśmy cierpieli. Bóg przychodzi jako dobry Tato, by uwolnić nasze serce i uczyć wolności, której warunkiem jest miłość i przebaczenie. Aby być wolnym, trzeba umieć przebaczać nawet wielkie krzywdy, wielkie zło - tak innym, jak i samemu sobie.

Bóg jest Panem, jest Królem, jest pełen majestatu i chwały w znacznie większym stopniu, niż nasi ziemscy dostojnicy... Jednak jest naprawdę Tatą, a my jego dziećmi - i każde jest tak samo kochane, niezależnie od tego, jak żyje, czy ma relacje z Tatą. Relacje w Trójcy Świętej według Younga są więzią, nie hierarchią - i my zaproszeni jesteśmy do więzi z Bogiem, nie do struktur kościelnych, gdzie jest hierarchia, gdzie są różne "godności", "ważności" i "trony". Gdy chrześcijanin idzie głosić Ewangelię, nie robi nic innego, jak roznoszenie zaproszenia do Bożej rodziny, do relacji, do... życia! Bój jest Panem, jest Królem - ale nie jest od nas odłączony przez swój majestat - my, gdy nawiązujemy z nim relacje, gdy oddajemy Bogu swoje życie, stajemy się na nowo tymi, na których zostaliśmy powołani i stworzeni: Jego dziećmi! Bóg jest Królem, ale każdy chrześcijanin to królewicz, a każda chrześcijanka to królewna! Boży majestat nie oddziela Boga od nas, bo Bóg nie chce być oddzielony,  nie jest jak bożkowie pogan, których tylko trzeba czcić i się lękać. Jeśli nam się zdaje, że Bóg jest w oddali, to znaczy, że to my sami jesteśmy oddaleni od Boga - Boga, który kocha, który o nas się troszczy i zabiega o nasze serce, o nasze uczucia, który jest spragniony nie kultu, lecz miłości... "Chata" jest ciekawym obrazem takiego właśnie Boga, zupełnie innego, niż nasze religijne o nim wyobrażenia.

Muszę przyznać, że miałem pewne obawy, gdy zaczynałem czytać - nie spowodowane kontrowersjami związanymi ze sposobem ukazania Trójcy Świętej, lecz z osobą autora i specyficznymi przekonaniami wspólnoty religijnej, do której należy. W.P. Young bowiem nie należy do żadnego Kościoła - nazwijmy to tak - "głównego nurtu chrześcijaństwa", a do marginalnej sekty unitarian uniwersalistów, którą skłonny jestem określić raczej jako postchrześcijańską. Choć czerpią oni z Biblii i chrześcijaństwa, to wiele ich przekonań, nauk i praktyk jest zupełnie od chrześcijaństwa odmiennych - np. błogosławienie par homoseksualnych jako "małżeństw", sprowadzanie chrześcijaństwa do rangi tylko jednej z dróg zbliżenia się do Boga i poznania Go, kwestionowanie istnienia piekła i wiekuistego potępienia grzeszników, jedność bóstwa - wyrażana np. przez myśl, że Bóg Ojciec był ukrzyżowany jako Jezus Chrystus, bo w istocie jest także Chrystusem itd. Trzeba podkreślić, że unitarianie uniwersaliści" są bardzo niespójną wewnętrznie grupą wyznaniową. Mogą wierzyć w Chrystusa, mogą skłaniać się ku islamowi, mnogą być buddystami - a więc nie są Kościołem, nie są społecznością chrześcijańską. Jest to typowy new age, gdzie właściwie każdy może wierzyć w cokolwiek i praktykować swoją wiarę w jakikolwiek sposób. Autor "Chaty" opiera się na wierze chrześcijańskiej i jego książka jest bardzo ciekawym traktatem o Bogu, jakiego znamy z kart Pisma Świętego i doświadczenia życia chrześcijańskiego. Powiedziałbym, że 95% zawartych na kartach książki myśli i odkryć związanych z osobą Boga - pozostaje jednak 5%, które są z punktu widzenia chrześcijańskiego, biblijnego bardzo kontrowersyjne, czy wręcz heretyckie. 

Ze względu na te 95% jestem jednak szczęśliwy, że przeczytałem tą książkę i czuję się duchowo ubogacony. Zdecydowanie jednak nie jest to książka dla wszystkich. Polecić ją można tym, którzy mają ugruntowaną wiarę i wiedzę chrześcijańską, mocno opartą na Piśmie Świętym - bez tego lektura "Chaty" może wprowadzić duchowy zamęt, właśnie z powodu tych zwodniczych 5% heretyckich myśli, jakie zawiera, które są w gruncie rzeczy domieszką duchowej trucizny.