sobota, 31 grudnia 2016

Plany

Nowy Rok to czas planów i postanowień. Próbujemy sobie "naszkicować" te kolejne 12 miesięcy: Postaram się o nową pracę... W tym roku to już na pewno zrobię... Od teraz będę bardziej dbać o siebie i swój wygląd... Tym razem rzucam palenie... Wszystko to bardzo pięknie - wiele takich postanowień jest naprawdę ważnych - o ile  naprawdę zaczynamy działać, by to zrealizować i te nasze postanowienia i cele nie "rozsypują się" na samym starcie w Nowy Rok. Warto jednak "spojrzeć dalej" - poza rok 2017... Też poza 2018... Nawet poza 2019... Dużo, dużo dalej. Plany na najbliższe 12 miesięcy nie mają większego znaczenia, jeśli nie mamy zaplanowanej wieczności!

Źródło: Facebook

Zaproszenie

"Pewien człowiek przygotował wielką wieczerzę i zaprosił wielu. I  posłał swego sługę w godzinę wieczerzy, aby powiedział zaproszonym: Przyjdźcie, bo już wszystko gotowe. I poczęli się wszyscy jeden po drugim wymawiać. Pierwszy mu rzekł: Kupiłem pole i muszę pójść je zobaczyć; proszę cię, miej mnie za wytłumaczonego. A drugi rzekł: Kupiłem pięć par wołów i idę je wypróbować; proszę cię, miej mnie za wytłumaczonego A inny rzekł: Żonę pojąłem i dlatego nie mogę przyjść. A gdy wrócił sługa, doniósł o tym panu swemu. Wtedy gospodarz rozgniewał się i rzekł do sługi swego: Wyjdź prędko na place i ulice miasta i sprowadź tutaj ubogich i ułomnych, i ślepych, i chromych. I oznajmił sługa: Panie, tak się stało, jak rozkazałeś, i jeszcze jest miejsce. Wtedy rzekł pan do sługi: Wyjdź na drogi i między opłotki i przymuszaj by weszli, i niech będzie zapełniony dom mój. Albowiem mówię wam, że żaden z owych zaproszonych mężów nie skosztuje mojej wieczerzy" (Ewangelia Łukasza 14, 16 - 24)
Przeczytałem właśnie niezwykle ciekawe rozważanie tej przypowieści Chrystusa. Jego autorem jest... greko-katolicki metropolita Lwowa, Benedykt Aleksiejczuk. Choć dzielą nas ważne kwestie związane z naukami i praktykami wiary, jestem tymi słowami dogłębnie poruszony i niemal całkowicie się z tą niesamowitą duchową analizą ludzkiego postępowania zgadzam.

Źródło: Facebook / †_Ісус - дорога, істина і життя_†
"Fragment ten pokazuje nam, że Bóg wzywa wszystkich, aby szli za Nim. Słowo 'wielu' oznacza: wszystkich. To jest prawda. Pokaż mi tego człowieka, którego Bóg by nie wzywał, którego nie chciałby zobaczyć w swoim Królestwie! Bóg każdego człowieka stworzył dla życia wiecznego z Nim. A kto jest wybranym? To ci, którzy sami siebie wybrali, bo postanowili odpowiedzieć na to Boże wezwanie.
Widzimy, jak wszystkie te trzy osoby na różne sposoby odmawiają, czy raczej usprawiedliwiają się, dlaczego nie mogą przyjść na tą ucztę, nie może odpowiedzieć na zaproszenie.
Spójrzmy na nasze życie. Z jednej strony jesteśmy świadomi tego, jak mielibyśmy żyć, jak powinniśmy postępować w pewnych okolicznościach, bo znamy Boże przykazania. A z drugiej strony - co zamiast tego robimy? Widzimy, jak my odpowiadamy na to Boże wezwanie. Zawsze znajdujemy jakieś wytłumaczenie, dlaczego tak nie żyjemy, czemu tak nie postępujemy.
Jeśli ktoś chce usprawiedliwiać się, to zawsze znajdzie przyczynę, a jeśli ktoś chce odpowiedzieć na zaproszenie od Boga, to zawsze znajdzie możliwość." (tłum. własne)

Innym razem Jezus opowiedział bardzo podobną przypowieść, z niezwykle mocną konkluzją: "Królestwo Niebios przypomina pewnego króla, który przygotowywał wesele swojemu synowi. Posłał poddanych, by zwołali na uroczystość gości, lecz zaproszeni nie chcieli przyjść. Posłał więc innych poddanych. Powiedzcie zaproszonym – polecił – że pierwsze danie gotowe, mięso czeka na przyrządzenie, wszystko już dopięte. Przyjdźcie na wesele. Oni jednak zlekceważyli zaproszenie i odeszli, jeden na swoje pole, drugi do swego handlu, a pozostali schwytali jego sługi, znieważyli lub pozabijali. Król rozgniewał się, posłał swoje wojsko, wygubił morderców, a ich miasto puścił z dymem. Następnie powiedział do służby: Wesele wprawdzie gotowe, ale zaproszeni nie byli godni. Wyjdźcie więc na skrzyżowania dróg i zaproście na wesele tylu, ilu spotkacie. Słudzy wyszli i sprowadzili napotkanych, złych i dobrych – i zapełniły się miejsca przy stole. Wówczas wszedł król. Chciał przyjrzeć się zaproszonym. Zobaczył wśród nich człowieka nie ubranego w weselną szatę. Jak tu wszedłeś, przyjacielu – zapytał – nie mając weselnej szaty? A ten oniemiał. Król natomiast rozkazał swej służbie: Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie na zewnątrz, w ciemność, tam będzie płacz i zgrzytanie zębami. Wielu bowiem jest zaproszonych, lecz niewielu wybranych" (Ewangelia Mateusza 22, 2 - 14).

Boże zaproszenie jest skierowane do wszystkich ludzi, choć nie do wszystkich dociera. Ten, kto już usłyszał głos Pana, kto odebrał zaproszenie i jest gotowy, by pójść tam, gdzie jest już przygotowane dla niego miejsce, jest też powołany do tego, by dalej i dalej roznosić Boże zaproszenie. Jezus powiedział: "będziecie mi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi" (Dzieje Apostolskie 1, 8). Apostoł Piotr pisze: "[Pan] nie chce, aby ktokolwiek zginął, lecz chce, aby wszyscy przyszli do upamiętania" (1. List Piotra 3, 9). Jezus mówi jeszcze: "W domu Ojca mego wiele jest mieszkań, gdyby było inaczej, byłbym wam powiedział. Idę przygotować wam miejsce" (Ewangelia Jana 14, 2). Tam, gdzie jesteśmy zaproszeni, nie ma limitu miejsc, gdyż miłość Boga jest bezgraniczna, jego "serce" nie ma żadnych ograniczeń.

piątek, 30 grudnia 2016

Błogosławieni

Jeśliby bycie błgosławionym lub świętym miało się łączyć z kultem, to chrześcijanie powinni wzajem przed sobą klęczeć i wznosić ręce w modlitwie. ;) Tak błogoslawionym, jak i świętym zostajemy, gdy doświadczany nawrócenia i zaczynamy podążać radykalnie i wiernie za Panem Jezusem.

czwartek, 29 grudnia 2016

Gdy murszeje słup

"Jeśli twój brat zgrzeszy przeciw tobie, idź i uświadom mu to w osobistej rozmowie. Jeśli cię posłucha, pozyskałeś swojego brata. Jeśli jednak nie posłucha, udaj się do niego ponownie, tym razem z jeszcze jedną lub dwiema osobami, aby każda sprawa opierała się na zeznaniach dwóch lub trzech świadków. Jeśli i w tym przypadku nie posłucha, przedstaw sprawę wspólnocie kościoła. A jeśli kościoła nie posłucha, niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik" (Ewangelia Mateusza 18, 15 - 17, tłum. EIB)
Źródło: Gazeta.pl
Tak oto powraca do mediów sprawa pani Sylwii, byłej katechetki z Krakowa, która straciła pracę, gdyż lokalne katolickie władze kościelne nie przedłużyły jej tzw. "misji kanonicznej". Nie stało się to bez powodu. Przed dwoma laty w mediach opisano tą sprawę - także powody, dla których tak się stało - dosyć dokładnie:


Sprawa ta wywołała spore poruszenie - zwłaszcza w mediach i środowiskach libertyńsko - lewicowych. Tak wówczas, jak i obecnie Kościół katolicki jest z powodu tej decyzji atakowany w sposób tak bezmyślny, jak bezwzględny. Zresztą były i podobne przypadki - swego czasu z jednej z katolickich szkół zwolniono nauczycielkę po tym, jak zrobiła "coming out" jako lesbijka żyjąca w relacjach seksualnych z inną kobietą. Libertyni krzyczą: "Hańba! Jak tak można? Skandal! Skandal! Trzeba szanować ludzi i prawo!" Zwykle krzyczą oni też o konieczności rozdziału Kościoła od Państwa - nie na zasadach przyjaznej koegzystencji, współdziałania, otwartości i życzliwości, lecz w taki sposób, jak jest to we Francji, tj. całkowitej ateizacji życia politycznego i społecznego - "zapominając" przy tym, że jeśli tak, to powinno to działać w obie strony i że sprawy wewnętrzne (!) Kościoła katolickiego, czy jakiegokolwiek innego, to "nie ich interes" i nie mają prawa ani krzyczeć, ani też nic narzucać, więc pozostaje im... "zamknąć gębę na kłódkę". Fakt, że tego nie czynią, dowodzi, że chodzi o jednostronne pozbawienie praw.  

Choć zaliczam się do krytyków katolicyzmu, to jednak jest to jedna z tych sytuacji, gdy czuję się zobowiązany stanąć po stronie katolickiej i powiedzieć: "To była słuszna decyzja!" Współczuję pani Sylwii - i innym ludziom, którym podobne sytuacje się przydarzyły - utraty pracy, lecz przyczyną tej sytuacji nie jest nic innego, jak jej własne postępowanie, jej własna życiowa postawa. Będąc katechetką powinna znać Słowo Boże - przynajmniej teoretycznie, gdyż praktycznie jest, ujmując rzecz dość delikatnie, bardzo różnie - a z pewnością zna fundamentalne nauczanie Kościoła katolickiego, także w kwestiach moralnych. Jeśli więc świadomie złamała Boże i wewnątrzkościelne zasady, to musiała liczyć się także z konsekwencjami. Dorosłość to coś więcej niż 18 lat, dowód osobisty w ręku i wiele związanych z tym praw. Dorosłość to także świadomość i odpowiedzialność. Dorosłość to decyzje i rozumienie, że to, na co się decydujemy, pociąga za sobą przeróżne skutki. Ta kobieta podjęła decyzję o życiu w grzechu i doświadczyła skutków własnej złej decyzji. Jako chrześcijanin współczuję jej, bo wybrała złą drogę, która prowadzi do... Powiedzmy delikatnie: bardzo nieprzyjemnego miejsca. Współczuję jej, gdyż straciła źródło dochodu, lecz to skutek jej własnej decyzji życiowej!

środa, 28 grudnia 2016

Bezpieczna kryjówka

"Ja wiem, jakie myśli mam o was - mówi Pan - myśli o pokoju, a nie o niedoli, aby zgotować wam przyszłość i natchnąć nadzieją. Gdy będziecie mnie wzywać i zanosić do mnie modły, wysłucham was. A gdy mnie będziecie szukać, znajdziecie mnie. Gdy mnie będziecie szukać całym swoim sercem..." (Jeremiasza 29, 11 - 13)
Bóg mówił to przed wieloma wiekami do ludu Izraela. Głęboko jednak wierzę w to, że dokładnie to samo ma także do powiedzenia nam dzisiaj. W sercu Boga jest ogromna miłość do człowieka i same dobre myśli. To prawda, że Bóg gniewa się z powodu nieposłuszeństwa i grzechów jakie popełniamy - jednak nic nie może sprawić, by Bóg przestał nas miłować. Choć nieraz na kartach Biblii, widzimy Boga zagniewanego, niemal - zdałoby się do szaleństwa - to jednak jego naturą jest dobroć, miłość, łagodność. "Łaskawy i miłosierny jest Pan, nieskory do Gniewu, szczodry w swojej łasce. Pan jest dobry dla wszystkich, a Jego miłosierdzie chroni wszystkie Jego dzieła" (Psalm 145, 8 - 9, tłum. EIB). Bóg wzywa nas, którzyśmy od od Niego odeszli, do zawrócenia ku Niemu, ku niebu - byśmy zbliżyli się i mogli "grzać się" Jego miłością i cieszyć Jego pokojem. Bóg ma dla nas o wiele więcej, niż jesteśmy to sobie w stanie wyobrazić. I gotów jest obsypać nas szczodrze ze swego niezmierzonego skarbca łask, jeśli tylko zwrócimy się ku Niemu i pobiegniemy, jako dzieci do Ojca.

Ten świat cóż ma nam do zaoferowania? Cóż w nim jest tak "pociągającego", ze tak do niego lgniemy? Chwile pozornej przyjemności, które kończą się zgorzknieniem i samotnością. Każdego dnia docierają do nas wiadomości o niepokojach społecznych, arogancji ludzi - tych u władzy i tych przeciw władzy, niesprawiedliwości, zamachach, oszustwach, wojnach... Coraz rzadziej można mnie zobaczyć wpatrzonego w ekran TV lub czytającego wiadomości z kraju i ze świata, bo to, co daje nam świat, burzy tylko pokój serca. Żyjemy w tym świecie i nie uciekniemy z niego, i sprawy tego świata - i zło - będą nas siłą rzeczy dotykać. Jednak jest schronienie dla naszego serca - to JEGO serce! W Jego sercu jest źródło pokoju i łask dla każdego, kto się w nim schroni. Nie odgradza nas od świata, lecz przemienia nas od środka. Boża miłość nie sprawia, że nie doświadczymy zła na tym świecie, lecz "impregnuje" nas, by zło nas nie zniszczyło. Nawet jeśli wokół nas wrze bitwa, nasze serce - jeśli żyjemy z Bogiem - wypełnia pokój, często tak obficie, że "wylewa się" na ludzi wokół nas i stajemy się błogosławieństwem Boga dla tego świata, posłańcami niosącymi ukojenie i nadzieję wielu innym ludziom.

Wiele może się zdarzyć (nie tylko) w naszym życiu, gdy zwrócimy się ku Panu. Wówczas to nie diabeł i całe zło tego świata będzie zagrożeniem dla nas, lecz my dla niego!

Źródło: Facebook / Kościół "Woda Życia" w Koszalinie

Kąkol w Pańskiej pszenicy

"Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi! Po ich owocach poznacie ich. Czyż zbierają winogrona z cierni albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, ale złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo rodzić złych owoców, ani złe drzewo rodzić dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, wycina się i rzuca w ogień. Tak więc po owocach poznacie ich" (Ewangelia Mateusza 7, 15 - 20)
Zacznę może od tego, że dzisiejszego dnia o mały włos nie zacząłem od wielkiego błędu. Znajoma podlinkowała piosenkę - żartobliwą, w stylu kabaretu "Genowefy Pigwy", lecz równocześnie dającą do myślenia i poruszającą niewątpliwie ważny temat powrotu do czystej Ewangelii i zbawienia z łaski przez wiarę. Nie mam nic przeciwko lekkiej i nawet żartobliwej formie mówienia o ważnych rzeczach i... już chciałem się tą piosenką tutaj podzielić, lecz... coś mnie tknęło i przyjrzałem się innej zawartości tego kanału. Tego, co usłyszałem - ubranego w szatki "biblijnego chrześcijaństwa" - aż trudno opisać. W kolejnej piosence autor znieważa chrześcijan obchodzących Boże Narodzenie, wprost wyśpiewując, że to bałwochwalstwo, pogaństwo, demoniczny kult "fałszywego Jezusa"... A przecież Jezus mówi: "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą" (Ewangelia Mateusza 7, 1 - 2), a apostoł Paweł pisze do chrześcijan: "Niechże was tedy nikt nie sądzi z powodu pokarmu i napoju albo z powodu święta lub nowiu księżyca bądź sabatu. Wszystko to są tylko cienie rzeczy przyszłych; rzeczywistością natomiast jest Chrystus" (List to Kolosan 2, 16 - 17). Pozwoliłem sobie na napomnienie i przekazanie trochę wiedzy historycznej i etnograficznej związanej z pochodzeniem świąt Bożego Narodzenia. Uczciwie przyznałem, że to ludzie wymyślili Boże Narodzenie, lecz ludzie wymyślili też niektóre święta biblijne, i Jezus je obchodził - np. święto odnowienia świątyni, którego opis mamy w Ew. Jana 10, 22 - 30. Jak to "miło" zaczyna się dzień, gdy "w Imię Pana", jest się określonym "poganinem" i "bałwochwalcą", a w końcu pada pożegnalne "błogosławieństwo": "Precz diable w imieniu Jezusa!" i zapowiedź zbanowania za przedstawiane "nieprawomyślne" poglądy i fakty. Cóż... Bóg - niech Imię Jego będzie błogosławione - ustrzegł mnie z samego rana przed wielkim błędem!

Źródło: ChristArt.com

"Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mego, który jest w niebie. W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów? A  wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie" (Ewangelia Mateusza 7, 21 - 23). Nie wszyscy, którzy mówią o Bogu, mają Biblię w ręku i modlą się, są jednego ducha. Nie każdy, kto głosi z Ewangelią w ręku, naprawdę głosi Ewangelię. Nie każdy, kto nazywa się "dzieckiem Bożym" i "uczniem Chrystusa", jest nim rzeczywiście. „Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem; abyście się i wy wzajemnie miłowali. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie” (Ewangelia Jana 13, 34 – 35). "Umiłowani, miłujmy się nawzajem, gdyż miłość jest z Boga, i każdy, kto miłuje, z Boga się narodził i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością" (1. List Jana 4, 6 - 7). "Jeśli kto mówi: Miłuję Boga, a nienawidzi brata swego, kłamcą jest; albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi" (1. List Jana 4, 20).

Gdy ktoś mówi o Bogu i autentycznym chrześcijaństwie, dobrze jest zastosować przynajmniej trzy filtry. Pierwszy to filtr PRAWDY: czy to, co głosi ma podstawy biblijne i czy ma to uzasadnienie w faktach? Często należy się wnikliwie przyjrzeć temu, czego dotyczy dana nauka, wypowiedź - poznać i dokładnie przeanalizować wszelkie fakty. Nie głosi prawdy ten, kto wcześniej nie zbada dokładnie, jaka jest prawda, nie pozna wszystkich faktów. Tak! Życie chrześcijańskie ma coś wspólnego z pracą detektywa: jest to dogłębna analiza dokumentów i faktów, by dojść prawdy! Nie brakuje ludzi, którzy pobłądzili, bo zaniedbali badania faktów, a zajęli się nauczaniem o "prawdziwym chrześcijaństwie", mając wprawdzie Biblię w ręce, lecz badanie faktów zastępując własnym "mnie się zdaje", nadętym do rozmiarów "objawionej prawdy bożej", czyli... dogmatu! Innymi słowy: namnożyło nam się takich "nauczycieli wiary", którzy z Biblią w ręku głoszą... androny! Drugi zaś filtr, to filtr MIŁOŚCI: czy nauki i napomnienia są wygłaszane nie tylko zgodnie z prawdą biblijną i faktami, lecz także na "sposób Jezusowy", to znaczy w duchu miłości? I wreszcie trzeci filtr, to filtr POKORY: czy ten, kto głosi, mówi w autentycznej pokorze serca? Jak wygląda jego życie i w jaki sposób traktuje innych ludzi? Namnożyło się takich "nauczycieli" i "ewangelizatorów", którzy tak naprawdę realizują jedną główną misję: udowadnianie sobie i całemu światu, jaką to doskonałą drogą oni sami idą. "Boże, dziękuję ci, że nie jestem jak inni ludzie, rabusie, oszuści, cudzołożnicy, albo też jak ten oto celnik" (Ewangelia Łukasza 18, 11) - modlił się pewien... faryzeusz. On może nawet był w swej wierze bardzo szczery - wierzył po swojemu "doskonale" i "czyście" i myślał, że tak jest w istocie - a równocześnie całkowicie zagubiony i odległy od tego, czego oczekuje Bóg, od Bożych standardów wiary i pobożności.

Szatan jest niszczycielem, awanturnikiem, oszczercą, kłamcą, złodziejem, siewcą kąkolu... Sieje tym kąkolem także w Kościele, bowiem Kościoła szczególnie nienawidzi. "Podobne jest Królestwo Niebios do człowieka, który posiał dobre nasienie na swojej roli. A kiedy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel i nasiał kąkolu między pszenicę, i odszedł. A gdy zboże podrosło i wydało owoc, wtedy się pokazał i kąkol. Przyszli więc słudzy gospodarza i powiedzieli mu: Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swojej roli? Skąd więc ma ona kąkol? A on im rzekł: To nieprzyjaciel uczynił. A słudzy mówią do niego: Czy chcesz więc, abyśmy poszli i wybrali go? A on odpowiada: Nie! Abyście czasem wybierając kąkol, nie powyrywali wraz z nim i pszenicy. Pozwólcie obydwom róść razem aż do żniwa. A w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw kąkol i powiążcie go w snopki na spalenie, a pszenicę zwieźcie do mojej stodoły" (Ewangelia Mateusza 13, 24 - 30). Bóg nie usuwa duchowych zagrożeń, lecz uczy je rozpoznawać i chronić się przed nimi. "Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany" (2. List do Tymoteusza 3, 16 - 17). Diabeł mąci w Kościele i sieje fałszywymi naukami i wszelkimi możliwymi grzechami, lecz Kościół to nie tylko ludzie, to przede wszystkim Głowa i Skała (fundament) - Jezus Chrystus.  Jezus zaś powiedział: "...na tej skale zbuduję mój Kościół. A bramy piekła go nie powstrzymają" (Ewangelia Mateusza 16, 18 - tłum. "Słowo Życia"). Ten diabelski kąkol nie zadusi Pańskiej pszenicy

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Najwspanialszy dar


Ster i żagiel

"Miłość jest cierpliwa, miłość jest dobrotliwa..." (1. List do Koryntian 13, 4) "[Miłość] nie jest porywcza..." (1. List do Koryntian 13, 5 - tłum. EIB)
Czasem tak bardzo trudno jest wytrzymać z ludźmi, których mamy w okół siebie! Ludzie są pyskaci, krnąbrni, głupi, aroganccy, natarczywi, irytujący... Ogólnie ludzie żyjący wokół mnie często doprowadzają mnie do szału i rozpaczy, bo mają w sobie ogromne pokłady przywar i grzechów. Czasem mam wielką ochotę strzelić kogoś w pysk, za to, jaki jest i jak się zachowuje, a potem mu poprawić z drugiej strony, aby lepiej zapamiętał sobie tą! Emocje czasem zbyt mocno we mnie "grają" i gdy spotykam się z czymś bardzo nieprzyjemnym, z czyimś ponadprzeciętnym grubiań-stwem i oszczerstwami na mój temat, moje serce zaczyna krzyczeć: "Ty chamie! Ty prostaku! Ty..." Zwykle bywa tak co najmniej po kilka razy w miesiącu, czasem częściej - po kilka razy w tygodniu. Na chwilę przynosi to wielką ulgę, gdy powiemy takiemu komuś wprost wszystko, co myślimy o nim i jego zachowaniu. Ale chwila, moment... Czy to przypadkiem nie ja sam tak często bywam pyskaty, krnąbrny, głupi, arogancki, natarczywy i irytujący? W dodatku bywam jeszcze pyszałkiem, któremu zdaje się, że już wszystko wie i rozumie, a ci w okół powinni słuchać wszystkiego i klaskać z uznaniem! Pewnie dość często bywam dla innych przykrym człowiekiem w ich otoczeniu - czasem nie można inaczej ze względu na prawdę, ale obawiam się, że często też bywam przykry zupełnie niepotrzebnie. Przepraszam!

"Miłosierny jest Pan i łaskawy, nieskory do gniewu i bardzo łagodny" (Psalm 103, 8 - tłum. Biblia Tysiąclecia). "Wy bądźcie doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec w niebie" (Ewangelia Mateusza 5, 48 - tłum. EIB). "Bądźcie bardzo pokorni, łagodni i cierpliwi. Z miłością znoście nawzajem swoje słabości" (List do Efezjan 4, 2 - tłum. "Słowo Życia"). Emocje w naszym sercu są ogromnym żywiołem. One są nam "wgrane", gdyż są nam w życiu potrzebne. Bóg uczy nas miłości, by nią "wyważyć" nasze serce, by naszym emocjom "nałożyć uzdę". Miłość potrzebna jest nam do zapanowania nad emocjami, które bez niej stają się potęgą niszczącą. Bóg pokazał mi - poprzez moją wyobraźnię - bardzo wzburzone morze, a na nim żaglowiec z połamanymi przez żywioł masztami i strzaskanym sterem. Statek w takim stanie nigdzie nie popłynie - czeka go tylko katastrofa. Ten statek to jest moje i twoje serce, miotane przez sztorm naszych emocji, naszego gniewu - jeśli tylko zapomnimy o miłości. Miłość jest sterem i żaglem, jest niezbędna, by dążyć do celu, przezwyciężać trudności i nie tracić sił. "Hymn o miłości" apostoła Pawła to nic innego, jak "skrócony kurs" żeglowania przez życie.


niedziela, 25 grudnia 2016

Dalej, niż do gwiazd

"To jest mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości" - tak słynny amerykański astronauta, Neil Armstrong, relacjonował spacer po powierzchni Księżyca. Był 20 lipca 1960 roku, a człowiek po raz pierwszy dotarł tak daleko od domu. Była to z pewnością wielka chwila. Pobudziło to także marzenia milionów ludzi o kosmosie. Nie jest przypadkiem, że właśnie począwszy od lat 60-tych rozwinęła się bardzo literatura i filmografia s-f. Ludzie zaczęli marzyć o innych planetach, gwiazdach a nawet galaktykach. Minęło grubo ponad pół wieku od momentu, gdy człowiek pozostawił na Księżycu swój ślad, a my nie tylko nie posunęliśmy się dalej, ale nawet na Księżyc nie wróciliśmy i nie mamy tam swych wyśnionych baz i kopalni. Być może będziemy kiedyś w stanie polecieć na Marsa - my sami, a nie zdalnie sterowane urządzenia. Wciąż marzymy - to bardzo dobrze, gdyż marzenia to dobry "napęd"! Z drugiej zaś strony wiemy już na tyle wiele, że wątpliwości odnośnie tego, czy kiedyś naprawdę uda nam się wyruszyć w kosmos, są w pełni uzasadnione. Nawet jeśli rozwijamy się ku temu, to możemy najzwyczajniej nie zdążyć... przed końcem świata!

Kto z nas nie marzył choć raz o podróży na Księżyc? Kto nie marzył choć raz o sięgnięciu gwiazd? A czy wiecie, że choć inne planety i gwiazdy są dla nas wciąż nieosiągalne, to możemy wyruszyć w podróż znacznie dalszą i bardziej "kosmiczną"? Ta podróż jest możliwa, gdyż Ktoś zszedł z nieba na ziemię, by stać się dla nas drogą i zapłacić w naszym zastępstwie rachunek za nasze grzechy. A naszym biletem na tą podróż jest Jego krzyż. "Bóg bowiem tak bardzo ukochał świat, że dał swego Jedynego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne" (Ewangelia Jana 3, 16 - tłum. EIB).


"Moralność" tego świata

Bóg obdarza mądrością - szatan zaś ogłupia i doprowadza do szaleństwa. "Moralność" tego świata jest taka, że ludzie troszczą się o żaby i koty, domagaja się srogich kar za dręczenie zwierząt, protestują przeciwko "bestialstwu" myśliwych, potępiają produkcję ubrań z futer i skór a jednocześnie są obojętni na los bliźniego, a dziecko w łonie matki określają wszeliimi możliwymi słowami, z wyjątkiem tego jednego: "człowiek"! Czy kupienie przed Bożym Narodzeniem żywego karpia naprawdę jest taką "zbrodnią", a zabicie dziecka w łonie matki zwyklym "zabiegiem"?

"Czy nie sprzedaje się pięciu wróbli za dwa grosze? A ani o jednym z nich Bóg nie zapomina. (...) Więcej znaczycie niż wiele wróbli" (Ewangelia Łukasza 12, 6 - 7)

piątek, 23 grudnia 2016

Bóg nie stał się małpą

"Następnie Bóg powiedział: Uczyńmy człowieka na nasz obraz, na nasze podobieństwo. Niech panuje nad rybami mórz, nad tym, co lata pod niebem, nad bydłem, nad całą ziemią i nad wszelkim płazem, który po niej pełza" (1. Księga Mojżeszowa 1, 23 - tłum. EIB)
Fot. AvicAlfa / Flickr (CC BY- ND 2.0)
Jutro swe imieniny obchodzą Ewy i Adamowie, gdyż według wierzeń katolickich właśnie obchodzimy nie tylko rocznicę narodzin Pana, lecz także stworzenia świata i pierwszych ludzi. Te "rocznice", to w rzeczywistości - jak to się mówi - "pic na wodę fotomontaż", gdyż nie znamy rzeczywistych dat ani narodzin Chrystusa, ani też stworzenia świata. Co się tyczy narodzin Chrystusa, czas ustalono z dokładnością do kilku lat a jak chodzi o stworzenie świata, czas, jaki upłynął od tego momentu, szacowany jest pomiędzy 6 a 10 tysięcy lat. Jest to jednak bardzo dobry moment, by przypomnieć sobie kim jesteśmy, jaka jest nasza godność.

Biolodzy - ewolucjoniści uznali człowieka za... zwierzę. Słowo "homo", które oznacza po prostu "człowiek", przemienili w naukową nazwę gatunku, nazywając nas "homo sapiens" i zaliczając - wraz z małpami, z którymi rzekomo mamy "wspólnego przodka" - do rzędu naczelnych. Bóg uczynił nas swoim odbiciem, swoimi dziećmi, najcudowniejszym dziełem swoich rąk, a człowiek uznał się za... małpę! Nie mam żadnych wątpliwości, że autorem "myśli ewolucyjnej", nie jest wcale Karol Darwin, lecz diabeł, który jeszcze w ogrodzie Eden dziłal, by człowiek zaczął upadlać sam siebie, by zaparł się Boga, odrzucił Boży dar i godność, którą otrzymał od Ojca i by zszedł na samo dno, by uległ zezwierzęceniu. Diabłu nie starczyło jednak, byśmy myśleli o sobie, jako o zwierzętach, lecz byśmy upadli jeszcze niżej i zaczęli myśleć o człowieku jako o "zlepku komórek" i tworzyli prawa, według których skopanie psa to przestępstwo, a aborcja to "prawo kobiety".

Fakt Bożego Narodzenia, a więc przyjścia na ten świat Boga pod postacią człowieka jest najbardziej przekonującym argumentem, który zmusza chrześcijanina do odrzucenia wiary w ewolucję, "wspólnego przodka" z małpami i w ogóle klasyfikację biologiczną człowieka tak samo, jak to czynimy ze zwierzętami. Bóg dla naszego zbawienia postanowił stać się człowiekiem. Jeśli ktoś wierzy w ewolucję i w "zwierzęcość" człowieka, niech się zastanowi, jakby to brzmiało, gdyby powiedzieć: "Bóg stał się zwierzęciem!" Myślę, że żadnemu chrześcijaninowi takie słowa nie przeszłyby przez gardło, a jednak tak wielu wyznawców Chrystusa wierzy także w ewolucję i "wspólnego przodka" z małpami, w jakieś poprzedzające nas na drodze ewolucji małpoludy... A jednak nie mówią oni: "Bóg stał się zwierzęciem", "Bóg stał się stworzeniem pochodzącym od małpy", gdyż brzmi to jak absurdalne bluźnierstwo. Bowiem i jest to absurdalnym bluźnierstwem! Gdyby człowiek należał do "królestwa zwierząt" i wyewoluował od skaczącej po drzewach pramałpy, nie świętowalibyśmy teraz Bożego Narodzenia, gdyż Bóg nie przyszedłby na ziemię, stając się jednym z nas.

"On to, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi. A w zewnętrznej postaci uznany za człowieka, uniżył samego siebie..." (List do Filipian 2, 6 - 8). Uniżył, lecz nie pohańbił. Nie jest to dyshonor dla Boga, zniżyć się do człowieka, gdyż człowiek nie jest zwierzęciem. Godność człowieka jest na tyle wysoka, że Król Dawid w swej pieśni pochwalnej dla Boga ujął to takimi oto słowami: "Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz, albo syn człowieczy, że zważasz na niego. Uczyniłeś go niewiele mniejszym od niebian, uwieńczyłeś go chwałą i dostojeństwem" (Psalm 8, 5 - 6, tłum. ks. Stanisław Łach). Człowiek upadł i pogrążył się w grzechu, podeptał własną godność, lecz Bóg nigdy nie zapomniał, kim człowieka stworzył. Ci, którzy orzekli: jesteśmy zwierzętami i mamy wspólnego przodka z małpami - podeptali godność człowieka. Ci którzy mówią: zarodek to nie człowiek, lecz zlepek komórek - podeptali godność człowieka. Dla Boga nie jesteśmy ani zwierzętami ani zlepkami komórek bez znaczenia! To szatan chce, byśmy tak siebie postrzegali.

Niedługo usiądziemy przy wigilijnych stołach, przełamiemy się opłatkiem i będziemy śpiewać kolędy. W czasie tych świąt wpatrujemy się - z pewnym rozczuleniem - w betlejemski żłóbek. Ten, który w nim leżał, to nie "Dzieciątko", jak zwykliśmy o Nim w tym okresie myśleć, lecz nieustraszony Wojownik. On nie przyszedłby, gdybyśmy "pochodzili od małpy". On przyszedł, bo my pochodzimy od Boga, bo zostaliśmy przez Niego stworzeni jako ludzie. Przyszedł, by nas oczyścić, podnieść z upadku i odnowić naszą godność - tak przez nas samych podeptaną. On przyszedł, by ratować człowieka, który bliższy jest bytom niebiańskim, niż ziemskim stworzeniom, zarządcę i opiekuna tego świata, wszystkiego, co żywe.

środa, 21 grudnia 2016

Bożek w czerwonej opończy

"Nie oddawaj czci innym bogom obok Mnie" (2. Księga Mojżeszowa 20, 3 - tłum. EIB)
Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Na naszych ulicach pojawiły się choinki i kolorowe światełka. Niektórzy dekorują nimi także swe domy i przydomowe ogrody. W wielu domach już stoją strojne choinki. Choć nie jest to obyczaj biblijny i nie jest to rzeczywista rocznica narodzin Pana, jest to z pewnością przyjemne i chyba bardzo nam potrzebne w naszym rodzinnym kalendarzu. Warto też przede wszystkim wracać myślami do Betlejem i uwielbić Boga za to, że zstąpił z nieba i zamieszkał pośród nas. Dlatego też, choć tradycja ta ma katolicki rodowód, zachowują ją także protestanci. Co więcej, protestanci wzbogacili świąteczne zwyczaje, co z kolei przejęli katolicy. Jeśli teraz w katolickich domach i kościołach, i na ulicach naszych miast, widzimy piękne drzewka, to wiedzmy, że to zwyczaj niemiecki i luterański, który rozprzestrzenił się na cały świat. Jednak święta te wiążą się także z grzechem bałwochwalstwa, bardzo powszechnym i obrzydliwym.

Kościół katolicki wprowadził kult św. Mikołaja... Św. Mikołaj jest też świętym - i to jednym z głównych - Cerkwi prawosławnej. Po prostu kult ten pojawił się, nim nastąpił rozłam. Św. Mikołaj był rzekomo biskupem Miry, darczyńcą i cudotwórcą. Problem w tym, że... nie było kogoś takiego jak biskup Mikołaj z Miry! Dzieje Kościoła na tym obszarze i tego czasu, gdy rzekomo miał żyć biskup Mikołaj (tj. przełomu III i IV wieku), są dobrze udokumentowane. Imię jego nie występuje w ani jednym dokumencie! Nie ma o nim nic w dokumentach dot. lokalnego Kościoła. Nie ma go też wśród uczestników synodów biskupich. Kilkanaście wieków później specjaliści od marketingu wypromowali SantaClausa 2.0 - spasionego, przerośniętego krasnoluda w czerwonej opończy, mieszkającego na Biegunie Północnym i oblatującego świat magicznymi saniami, zaprzężonymi latającymi reniferami.

Fot. Bailwick Studios / Wikipedia (CC BY-SA 2.0)



Kult św. Mikołaja jest sprzeczny z przykazaniami i nauczaniem biblijnym - jak kult jakiegokolwiek człowieka, jego szczątków czy wizerunków. Z "przerośniętym krasnalem w czerwonej opończy" jest ten sam problem, co z "prawdziwym św. Mikołajem". Nie tylko nie istnieje, lecz także otaczany jest swego rodzaju kultem. Dzieci są zachęcane, by to do niego zwracać się ze swymi prośbami - nie tylko o podarki, ale też w ważnych życiowych sprawach. W wielu filmach - adresowanych głównie do najmłodszych - możemy zobaczyć dzieci, które proszą Świętego Mikołaja o to, by rodzice się nie rozwiedli, by tata wrócił na święta do domu, by mama była zdrowa, itp. A czyż o to nie powinniśmy prosić tylko Boga? Czyż nie jest to... modlitwa? W setkach "świątecznych filmów", jakie nakręcono - głównie w Stanach Zjednoczonych - jest maksimum "świątecznej magii": choinka, spełniające się życzenia świąteczne i zwykle w centrum tego wszystkiego śmiejący się, sędziwy i siwobrody grubasek w saniach z reniferami. W żadnym z tych "gwiazdkowych przebojów" nie pada natomiast imię "Jezus Chrystus", ani też nie mówi się o Bogu. Bo Święty Mikołaj zajął Jego miejsce!

Jak dalece Święty Mikołaj zajmuje miejsce Boga? Gdy dziecko jest niegrzeczne, nie słyszy: "To nie podoba się Bogu", lecz: "Uważaj, bo Mikołaj ci nie przyniesie prezentu", albo: "Mikołaj ci rózgę przyniesie". W "popkulturowej ikonografii" św. Mikołaja, możemy go zobaczyć choćby, jak spisuje listę grzecznych i niegrzecznych dzieci, by wiedzieć, kogo nagrodzić a kogo ukarać. Urasta on do rangi kogoś, kto wszystko widzi, wszystko słyszy, wszystko wie, ma wejrzenie w najgłębsze zakamarki serca i jako jedyny wydaje werdykt. A kto naprawdę wszystko widzi, wszystko słyszy, wszystko przenika i wszystko wie, i do kogo należy osąd? Tylko Bóg! Dzieci wychowywane są w ufności, że Święty Mikołaj wszystko może. To jego proszą o podarki i jemu za nie dziękują. Gdyby spytać dzieci, z kim kojarzą im się święta Bożego Narodzenia, ich odpowiedzią nie jest: "Jezus Chrystus", lecz: "Święty Mikołaj" (regionalnie zwany też u nas "Gwiazdorem"). Również dla wielu dorosłych Święty Mikołaj jest bardziej "bożonarodzeniowy, niż Jezus Chrystus!

Są chrześcijanie, którzy z różnych powodów odrzucają świętowanie Bożego Narodzenia. Jedni mówią: To święto ma pogański rodowód. Ja mówię: Nie, ono zostało pomyślane jako konkurencyjne dla pogańskiego świętowania. Inni mówią: Nie zostało ono ustanowione przez Boga. Ja mówię: To tak samo, jak niektóre święta "biblijne", które nawet Pan Jezus obchodził - Bóg nigdy nie zastrzegł sobie monopolu na ustanawianie świąt religijnych; część sam wyznaczył, lecz pozostawił też "przestrzeń" na ludzką inwencję. Lubię Boże Narodzenie - i z pewnością nie wyrzeknę się go tylko dlatego, że komuś się ono zdaje "pogańskim" i "niebiblijnym". Natomiast chciałbym się z niego pozbyć Świętego Mikołaja i stosu prezentów z centralnego miejsca wydarzeń, a przywrócić w nie betlejemską szopkę, wydarzenia z kart Ewangelii i nade wszystko Jezusa Chrystusa - nie Dziecię, lecz potężnego Króla, Boga i Zbawiciela. On żyje i On jest godzien chwały - nie żaden Święty Mikołaj. I to do Niego powinny zwracać się chrześcijańskie dzieci ze swymi marzeniami, prośbami i wdzięcznością!

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Wolność zaczyna się w sercu

"Naśladujcie Boga jako ukochane dzieci. Żyjcie też w miłości podobnie jak Chrystus" (List do Efezjan 5, 1 - 2, tlum. EIB)
A gdyby tak teraz Chrystus żył pośród nas, tu w Polsce? Wielu ludziom być może zdaje się, że zagłosowałby za ich partią i poszedł pod ich sztandarami, bo "ich sprawa święta". Innym się być może zdaje, że poparłby ich ugrupowanie i walczył wraz z nimi o "ich słuszną sprawę". A co uczyniłby Jezus? Czy poszedłby z tymi, co obnoszą się z Jego krzyżem? A może z tym, którzy na flagach mają gwiazdy nawiązujące do wizji Niewiasty z Apokalipsy? Jak Go znam, nasz Pan nie poszedłby wcale na wybory i pod niczym się nie podpisał. Co najwyżej usiadłby i zaczął pisać palcem po ziemi, jak już kiedyś uczynił. Potem zaś podniósłby wzrok i ze smutkiem popatrzył po oczekujących jego deklaracji ludziach. W końcu postawiłby im pytanie: "A któż z was jest bez winy?" I może jeszcze jedno: "Czy naprawdę nie słuchaliście, gdy tyle razy mówiłem wam o miłości?" Kiedyś, gdy stanął w obronie kobiety, która dopuściła się grzechu, zamknął w ten sposób usta ludziom, którym zdawało się, że są prawi, wiedzą co jest słuszne i jak należy postąpić, że "nieprawych" trzeba zniszczyć i bardzo nie podobało im się, że wśród ludu szerzą się odmienne przekonania... Tamci "prawi" spośród ludu Izraela odeszli ze wstydem, cichcem umknęli do swych domów. A jak byłoby dzisiaj i tutaj?

Źródło: PolsatNews


Naszym krajem wstrząsają największe niepokoje od bardzo wielu lat. Jest tak, bo w sercach ludzi rozrosła się "sprawa", a skurczył "człowiek" (ten drugi, bliźni) i gotowi są "dla sprawy" podeptać każdego, kto ma inne zdanie. Jeden na drugiego patrzy, jaki ten ma znaczek w klapie i co myśli - według tych kryteriów osądza, czy ma przed sobą człowieka przyzwoitego i godnego szacunku czy też plugawego - zamiast widzieć w nim po prostu człowieka, którego mamy kochać i to bez względu na wszystko. Pewien młody człowiek dziś napisał o ludziach, którzy protestują przeciw aktualnej polityce władz: "Czerwone skur...", a potem jeszcze: "Czy narodem można nazwać 500 krzyczących ubeków?" Pierwszą osobą, która "podlajkowała" tą wypowiedź jest... katolicki ksiądz! Wielu ludzi dało się oszukać diabłu, który mąci w głowach i odwodzi od tego, co się naprawdę liczy. Miłość bliźniego - tego drugiego człowieka, kimkolwiek by on nie był - musi być dla nas zawsze ważniejsza od polityki, władzy i wpływów, i tego wszystkiego, co mówią lub krzyczą "polityczni liderzy", od wszelkich ideologii czy też historycznych rozrachunków... Jakże łatwo nam osądzać i kamieniować innych, a jakże trudno dostrzec własne grzechy!

Mamy miłować ludzi ponad wszystko na tym świecie i pomimo wszystko. Miłość ma moc spajania i umacniania. Miłość do drugiego człowieka, miłość Polaka do Polaka, miłość ponad różnicami poglądów i działań jest nieodzownym elementem prawdziwego patriotyzmu. Nie miłuje naprawdę ni Boga, ni też kraju, ten, kto pogardza bliźnim - rodakiem! "Jeśli jakieś królestwo jest wewnętrznie podzielone, czeka je upadek. I jeśli w jakimś domu brakuje jedności, grozi mu ruina" (Ewangelia Marka 3, 24 - 25). Ten, kto przemawia językiem pełnym jadu nienawiści, ten działa przeciw Polsce! Ten, kto pogardza bliźnim żyjącym obok, kto chce go zakrzyczeć i "wdeptać w ziemię", działa przeciw Polsce! W jednym z wielkich hymnów religijnych i narodowych śpiewamy: "Ojczyznę wolną pobłogosław Panie!" Czyż nie pamiętamy, że ten sam hymn dziesiątki lat, a nawet dłużej, śpiewać musiano: "Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie"? Ten, kto nie miłuje, kto pogardza drugim człowiekiem w tym kraju, "nie odrobił" ważnej lekcji z historii: ilekroć Polacy oddalali się od siebie i działali każdy według własnych interesów, tylekroć kraj upadał, a gdy zbliżali się i potrafili wspólnie realizować cele, podnosił się.

Dziś Polska znów jest rozpęknięta, a naród tak skłócony, jak chyba nigdy od 200 lat. Jeśli nie przyjdzie na nas opamiętanie, znów trzeba będzie śpiewać: "Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie"! Myślę, że jednym z największych naszych problemów jest taki, że pragnąc wolności równocześnie... zupełnie nie potrafimy być wolnymi! Potrafimy sobie wolność bohatersko wywalczyć, lecz nie potrafimy jej pielęgnować w sobie i wokół siebie i jej utrzymać! Wolność i pomyślność Polski zależy od koncepcji i strategii politycznych, lecz tylko w mniejszym stopniu - w większym zaś od tego, co mamy w naszych sercach, czy nasze serca są wolne i miłujące! Wolność zaczyna się w sercu!

niedziela, 18 grudnia 2016

Kloaka

"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego" (Ewangelia Marka 12, 31)
Mierzi mnie nasza polityka. Drażnią mnie słowa pogardy i nienawiści, które płyną szerokim strumieniem, gdy tylko nasi politycy otwierają usta. Nie ma tygodnia, a może nawet dnia, by nie było słów i czynów gorszących, kampanii nienawiści i pomówień - a wszystko to razem zgoła... pogańskie, choć podobno "Polska to kraj chrześcijański".

W jednym z popularnych seriali pojawiło się przed kilkoma laty ciekawe pytanie o sens takich działań: "Ja ciebie opluję, ty mnie i obaj opluci chodzimy." No właśnie! Te plwociny, ten "czarny PR" tworzony jest przy tym w taki sposób, by w jak najszerszych kręgach społeczeństwa wzbudzić emocje, i to jak najbardziej negatywne, by skłócić i podzielić - co prowadzi do ruiny życia społecznego i dobra kraju. Równocześnie okazuje się głęboką pogardę nam, obywatelom tego kraju, jeśli nie klaszczemy temu, co oni myślą, robią i mówią, a jeszcze gorzej jest, gdy jesteśmy temu przeciwni. Wówczas słychać: "motłoch", "hołota", "komuniści", "złodzieje", "lemingi"... A przecież codziennie jedzą oni chleb, który mają od nas, od narodu! Ich obowiązkiem jest więc szanować nas - którzy ten naród stanowimy - i nam wiernie służyć, nawet jeśli na nich nie głosowaliśmy i się z nimi nie zgadzamy, a także szanować tych, którzy są naszymi politycznymi przedstawicielami. Do tego powiem są powołani, nie zaś do dbania o interesy własne, swoich popleczników, krewnych i znajomych... Zauważcie, że zwykle nie próbują oni nikogo przekonać, a tylko poniżyć i do siebie jeszcze bardziej zniechęcić. Jeśli tak się dzieje, to znaczy, że panem w tym wszystkim jest... diabeł. I tego diabła z naszego kraju i z polityki, i z naszych serc należy pędzić!

Dramatycznym problemem naszego kraju jest tak łatwo dostrzegalny niedostatek w naszej polityce ludzi, dla których Chrystus jest rzeczywiście tym, kim On chce dla nas być - zgodnie z tym, co nam powiedział: "Ja jestem drogą i prawdą, i życiem" (Ewangelia Jana 14, 6) - a nie tylko "dobrą marką", pod którą można się korzystnie zaprezentować ludziom, krzyżem pod którym można "nabożnie" uklęknąć w świetle reflektorów telewizyjnych i fleszów aparatów, lub użyć go jako oręż w walce z pogardzanymi przeciwnikami politycznymi... Im więcej czasu spędzamy na modlitwie i rozważaniu Słowa Bożego, tym więcej widzimy swoich uchybień i topnieje w nas pogarda i zapalczywość wobec innych. Jeśli ktoś krzyczy i bluzga, to znaczy, że za wiele czasu poświęca własnym koncepcjom i strategii, a za mało czasu na rozmowę z Bogiem. To dotyczy nie tylko naszych polityków i ich zachowań, lecz także nas wszystkich, naszego codziennego życia i relacji z innymi.

"Jeśli to z waszej strony możliwe, zachowujcie pokój ze wszystkimi" (List do Rzymian 12, 18 - tłum. EIB) - mówi do nas Pan za pośrednictwem apostoła Pawła. Czyż nie byłoby to lepiej dla Polski, gdyby bylo to zasadą naszych polityków? Czyż nie byłoby milej oglądać ich i słuchać? Czyż nie byłoby to lepiej dla Polski, gdyby było to naszą zasadą na co dzień? Gdybyśmy więcej się modlili, bardziej pragnęli służyć innym, niż walczyć i próbować "postawić na swoim" za wszelką cenę, to i mądrzej byśmy wybierali tych, którzy nas mają reprezentować - by tworzyć piękną i dobrą politykę dla ludzi i kraju, a nie wrzaskliwą i smrodliwą... kloakę! Czy kloaka ta, którą widzimy, to nie jest "wybicie" wszystkich grzechów... naszych własnych i tego, jak traktujemy siebie nawzajem na co dzień? Diabeł pracuje bezustannie nad tym, by kumulowało się zło. On używa dziś wielu polityków, by krzyk i zamęt był coraz większy, by wzbierał gniew, by jeden Polak coraz bardziej nienawidził drugiego Polaka...

Widzę, jak diabeł pragnie zaszczepić złość i pogardę wobec ludzi także i w moim sercu. Widzę, jak diabeł pragnie, bym zaczął krzyczeć i wyzywać ze złości. "Gniewajcie się, lecz nie grzeszcie. Niech słońce nie zachodzi nad waszym gniewem i nie dawajcie diabłu przystępu" (List do Efezjan 6, 26 - 27 - tłum. EIB). Nie jest grzechem złość przeciwko złu, lecz nie wolno pozwolić, by się to przerodziło w złość przeciw człowiekowi. "Nasza walka nie toczy się bowiem przeciwko krwi i ciału. Walczymy ze zwierzchnościami, z władzami, z zarządcami ogarniającej świat ciemności..." (List do Efezjan 6, 12 - tłum. EIB). Diabeł dla nas wszystkich chce życia i śmierci w kloace pełnej grzechu - ja zaś nie chcę w niej żyć i umierać!

piątek, 16 grudnia 2016

Kosmici... Na kartach Biblii?

"Pojawi się wielu fałszywych proroków, którzy zwiodą całe rzesze ludzi" (Ewangelia Mateusza 24, 11 - tłum. "Słowo Życia") "Ale choćbyśmy nawet my albo anioł z nieba zwiastował wam ewangelię odmienną od tej, którą myśmy wam zwiastowali, niech będzie przeklęty!" (List do Galatów 1, 8)
Erich von Däniken
Wielu jest obecnie na świecie przeróżnych "apostołów nowej ewangelii", "mądrych nauczycieli", którzy próbują w "nowatorski" i "odkrywczy" sposób odczytywać Słowo Boże. Próbują oni autorytetem Słowa Bożego podpierać własne nauki. Próbują też wmawiać, jakoby przez wieki całe informacje zawarte na kartach Biblii nie były właściwie rozumiane. Jedni mówią: Biblia potwierdza przybycie na ziemię kosmitów! Inni zaś: Jezus (oraz inni "bogowie" ludzkości) przybył na ziemię na pokładzie statku pozaziemskiego! Pozują na ludzi o wielkiej wiedzy i ponadprzeciętnej przenikliwości. W sposób autorytarny próbują wypowiadać się na temat wiary a nawet sami siebie określają: "ja też jestem chrześcijaninem", kwestionując jednocześnie fundamentalne prawdy wiary: jest jeden Bóg, żyjemy tylko raz, jest jedna droga do Boga, tylko Biblia jest Słowem Bożym, itp. Swoimi niesamowitymi opowieściami zwodzą oni masę ludzi na całym świecie.

Jednym z takich właśnie fałszywych proroków naszych czasów jest szwajcarski pseudo-badacz Erich von Däniken. To w dużej mierze za jego przyczyną zainteresowałem się przed wielu laty ufologią i paleoastronautyką. EvD oficjalnie nie zajmuje się ufologią i nie wypowiada się nt. rewelacji o "latających spodkach" i współczesnych "bliskich spotkaniach III stopnia", w rzeczywistości jednak bardzo go ten temat zajmuje i jest głęboko przekonany, że i w naszych czasach ziemia jest odwiedzana przez "obcych". Dla wielu pasjonatów historii o UFO jest on kimś w rodzaju "papieża". Gdy mówi o Biblii, też chętnie go słuchają, odrzucając zwykle to, co mówią chrześcijańscy teolodzy i bibliści. "Przyjdzie czas, że przestaną tolerować zdrową naukę, a skłonni do słuchania tego, co odpowiada ich upodobaniom, otoczą się nauczycielami przyklaskującymi ich własnym żądzom. Czyniąc to, odwrócą się od słuchania prawdy i zwrócą ku baśniom" (2. List do Tymoteusza 4, 3-5 - tłum. EIB).

Typowe dla Ericha von Dänikena i innych przedstawicieli new age wyobrażenia
nt. powstania religii i "prawdziwego chrześcijaństwa" (autorzy nieznani)



Jednym z takich właśnie uczniów w "szkole nowej duchowości" stałem się także ja, a Dänikena obrałem swym mistrzem i prorokiem. Były to czasy, kiedy był on bardzo popularny w naszym kraju. Jego "sztandarowe" dzieła publikowano jeszcze w latach 80-tych - co być może było nawet elementem działań antykościelnych, gdyż "moda na kosmitów" nie była, jak się zdaje, tak niebezpieczna dla systemu, jak wiara w Boga. W latach 90-tych wydano zaś chyba wszystko, cokolwiek napisał. Jako młodzieniec regularnie biegałem do księgarni po jego "naukowe" książki. Byłem też pod wielkim wrażeniem licznych u niego odniesień do Biblii. Podziwiałem jego "wiedzę o Biblii" i "duchową mądrość", gdyż - tak jak większość katolików - zupełnie nie znałem Słowa Bożego! Nieznajomość Słowa Bożego z jednej strony a barwność bajań EvD z drugiej wprowadziły mnie w duchową pułapkę, w - choć zupełnie nieformalną i całkowicie rozproszoną, to jednak - sektę. Däniken i inni jemu podobni całą Biblię tłumaczą na sposób "kosmiczny"! Przejście Izraelitów przez Morze Czerwone, Prawo Boże, Arka Przymierza, słupy ognia i dymu podczas wędrówki Izraela, projekt Świątyni, wizje prorockie, poczęcie Jezusa, a potem Jego zmartwychwstanie i w końcu wniebowstąpienie - wszystko to, według Dänikena i jemu podobnych, ma gdzieś w "tle" UFO. Fakt, że nigdzie w Biblii nie pada informacja, która by te przekonania potwierdzała, to - jak twierdzą "prorocy nowej ery" - tylko dlatego, że ludzie, którzy doświadczali manifestacji Boga Jahwe nie potrafili pojąć i opisać tego, co widzieli.

A ile jest w tym rzetelnej wiedzy i duchowej mądrości? Świetnie tłumaczy to artykuł, zamieszczony w wydanej w roku 1986 książce pt. "Kosmos i mity". Zaznaczam, że nie zgadzam się z widocznym w nim odejściem od dosłownego rozumienia opisanych w Biblii zdarzeń, lecz kontrargumenty wobec new-age'owskiej "biblistyki" są doprawdy znakomite!

czwartek, 15 grudnia 2016

Biskup według woli Boga


Gdy zaczynałem swą pracę w dziennikarstwie, nikt mnie w pierwszych dniach nie posłał na wywiad z jakimś dostojnikiem, czy to świeckim, czy kościelnym. Ani bym umiał, ani bym się ośmielił. Zaczynałem od drobnych spraw, pisząc pod opieką bardziej doświadczonych dziennikarzy. Coraz więcej jeździłem, coraz więcej pisałem, coraz mniej uwag i poprawek otrzymywałem od "starszych w fachu" coraz więcej ludzi poznawałem, coraz więcej dowiadywałem się, coraz więcej rozmawiałem, coraz szersze miałem horyzonty, coraz lepiej się we mnie kształtowało dziennikarskie spojrzenie na świat. W końcu któregoś dnia usłyszałem: "Marcin, przyjeżdża biskup P., zrób z nim zgrabny wywiad." Pracowałem wówczas w jednej z katolickich gazet. Biskup P. był już wówczas wysokiej rangi dostojnikiem kościelnym w jednej z byłych republik radzieckich. To miała być krótka rozmowa, tymczasem rozmawialiśmy ponad godzinę a zapis tej rozmowy zajął całą stronę w gazecie. Musiałem się uczyć na "małych" tematach, by potem robić "wielkie".

Bóg wymaga, by ci, którzy mają przewodzić w Kościele, byli wpierw dobrymi mężami i ojcami. Powołaniem ojcowskim w rodzinie jest... pasterstwo. Ojciec jest powołany, by przewodzić rodzinie (jako "głowa domu"), troszczyć się o zaspokojenie jej potrzeb, zapewniać ochronę, być wychowawcą i mentorem dla dzieci... Tylko ten, kto doświadczył ojcostwa, wie naprawdę, jak bardzo trudne jest to zadanie. Trzeba mieć "oczy dookoła głowy", by wciąż czuwać. Trzeba umieć przytulać, ale także nakrzyczeć, czy dać klapsa - być miłującym, ale też surowym, gdy trzeba. Trzeba umieć ogarnąć wiele domowych spraw. Trzeba wypracować sobie autorytet i umieć być przewodnikiem, za którym idzie rodzina. A przecież ta "trzódka", jaką jest rodzina, to raptem tylko kilka osób! Nie jestem mężem ani ojcem - tym samym nie mogę więc być biskupem - i nie w pełni wiem, co to znaczy, ale naprawdę z ogromnym szacunkiem patrzę na ojców, których widzę wokół siebie - z tym większym, im większa jest ich "trzódka" i jej posłuszeństwo względem nich.

Kościół to także rodzina! Tyle, że znacznie większa. Zwykła rodzina to tylko kilka lub czasem kilkanaście osób, a Kościół to dziesiątki, setki czy też tysiące ludzi. I to często ludzi z wieloma problemami, z którymi trzeba się zmierzyć i im pomóc. To także inne zadania podobne do ojcowskich i gospodarskich. Dlatego Bóg urząd pasterza powierza tym, którzy już zdobyli pewne doświadczenie i dobrze się ze swych ojcowskich obowiązków wywiązali. Bóg jest bardzo rozsądnym "szefem", który większe zadania - i związaną z nimi większą odpowiedzialność - powierza tym, którzy mają kwalifikacje i doświadczenie.

wtorek, 13 grudnia 2016

List

Takie właśnie zaproszenie na nabożeństwo zamieścił w zeszłym tygodniu na Facebooku zbór Kościoła Chrześcijan - Baptystów w Głogowie. Choć jestem ostrożny względem "kościelnego marketingu", to jednak to zaproszenie było dla mnie tak bardzo frapujące, że gdyby nie to, że od Głogowa dzieli mnie 160 kilometrów, to podyrdałbym na nabożeństwo... W niedzielny wieczór zaś zamieszczono wyjaśnienie:


Gdy byłem jeszcze w Kościele katolickim, podczas naszych spotkań chętnie śpiewaliśmy jedną z piosenek napisanych przez siostrę Magdalenę Nazaretankę (która nota bene później zrzuciła habit):
"Chcę być dla Ciebie Bożym listem,
A Ty bądź dla mnie.
Bóg pod Twój adres mnie tu przysłał,
Więc, widać, pragnie
Coś jedynego nam powiedzieć,
Tobie przeze mnie, mnie przez Ciebie.
Coś jedynego nam powiedzieć,
Tobie przeze mnie, mnie przez Ciebie."
Jesteśmy posłani do świata, by głosić Ewangelię. Nie chodzi tylko o to, by otwierać Świętą Księgę i czytać z niej ludziom Słowo Boga. Chodzi przede wszystkim o to, by na co dzień żyć tym Słowem, by to jak żyjemy i jacy jesteśmy dla innych było jak najpełniejszym odzwierciedleniem treści Ewangelii. My sami, nasze życie, nierzadko jesteśmy "pierwszą ewangelią" dla ludzi. Gdy żyjemy naprawdę według Słowa Bożego, stajemy się znakiem i zachętą dla innych, by sięgnęli po Ewangelię i zaczęli żyć naprawdę! Mamy być Bożym listem do ludzi, więc nasze życie musi być wypełnione treścią.

niedziela, 11 grudnia 2016

Niepokalanie poczęta?

"Wykazaliśmy już, że zarówno Hebrajczycy, jak i poganie są grzesznikami. Potwierdza to zresztą pismo: 'Nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie ma rozumnego ani szukającego Boga. Wszyscy zbłądzili, upadli. Nie ma nikogo, ani jednego, kto by dobrze postępował. (...) Wszyscy zgrzeszyli i nikt nie dorasta do Bożego ideału" (List do Rzymian 3, 9 - 12 i 23, tłum. "Słowo Życia")
Kościół katolicki naucza i bezwzględnie nakazuje wierzyć - zastraszając tych, którzy się nakazowi temu nie podporządkują ekskomuniką i piekłem - że Maria, matka Pana Jezusa nie tylko była "niepokalanie poczęta", lecz także nie dopuściła się w swoim życiu żadnego, choćby najmniejszego grzechu. "Wiara w niepokalane poczęcia istniała od zawsze!" - grzmi jeden z portali katolickich, powołując się potem na dysputy religijne toczone przez Augustyna z Hippony na przełomie IV i V wieku po Chrystusie! Są to najwcześniejsze zapisy tego nauczania. Oczywiście nie należy traktować Augustyna jako autora myśli o "niepokalanym poczęciu" Marii i jej "całkowicie bezgrzesznym" życiu. Przekonanie to być może pojawiło się już w III wieku, kształtowało się wraz z narastającym kultem maryjnym, a w IV / V już brano je za "odwieczną naukę apostolską" z powodu jego "starożytności"...

Rzecz w tym, że przekonanie o "niepokalanym poczęciu" i "bezgrzesznym życiu" Marii zupełnie nie zgadza się z nauczaniem apostolskim, biblijnym o naturze i kondycji moralnej ludzkości. Apostoł Paweł bardzo zdecydowanie podkreśla w swoich pismach, że wszyscy (absolutnie wszyscy!) ludzie mają ten sam problem: grzech. I wszyscy (absolutnie wszyscy!) potrzebują łaski zbawienia od tego Jedynego, który sam jeden grzechu żadnego się nie dopuścił: "On uczynił grzechem tego, który grzechu nigdy nie popełnił, po to, byśmy my dzięki Niemu stali się sprawiedliwością Boga" (2. List do Koryntian 5,21). Apostoł Paweł niewątpliwie miał styczność z Marią z Nazaretu i znał jej życie. Znał doskonale Pisma, a także nauki Chrystusa. Czy nie wiedział on, lub zapomniał może, pisząc o powszechnym grzechu, o Marii? Apostoł Paweł rzecz jasna popełniał błędy - taktyka nauczania, jaką przyjmował, nie zawsze się sprawdzała - lecz gdy nauczał w fundamentalnych sprawach wiary, był w tym, co przekazywał zawsze bardzo konkretny i precyzyjny. Gdyby wiedział o "niepokalanym poczęciu" i "bezgrzesznym życiu" Marii i wierzył w to, to - jestem o tym głęboko przekonany - wskazałby nam ten jedyny wyjątek i  by nie pisał: "wszyscy", lecz: "wszyscy, z wyjątkiem Marii"! Czyż nie byłoby to zresztą "pięknym" wywyższeniem Marii, idealnie w duchu kultu, jakim otaczają ją katolicy? Katoliccy teolodzy twierdzą, że kult maryjny rozwijał się już w czasach apostolskich. Tym bardziej więc należałby się spodziewać wyróżnienia Marii w słowach Pawła. Może więc apostoł Paweł był "mizoginem" - jak starają się go ukazać feministki - albo... protestantem buntującym się przeciwko naukom Kościoła?

Pewien katolik próbował mnie przekonać, że gdy apostoł Paweł - za psalmistą - pisał "wszyscy zgrzeszyli", to... wcale nie miał na myśli, że naprawdę wszyscy i sugerował, że jest to pewne "uproszczenie" i "uogólnienie". Dowodził też, że Maryja jako jedyna doznała łaski zbawienia jeszcze przed własnym poczęciem! Apostoł Paweł pisze: "łaską zbawieni jesteście przez wiarę" (List do Efezjan 2, 8), a jakże może wierzyć ktoś, kto jeszcze nie został poczęty? Rzecz w tym, że apostoł Paweł nauczanie traktował bardzo poważnie i w fundamentalnych dla wiary kwestiach zawsze był bardzo precyzyjny i konkretny. Tak więc, jeśli pisze: "wszyscy zgrzeszyli i nikt nie jest doskonały", powtarzając to tyle razy, raz za razem i stanowczo, to możemy być pewni, że nie ma od tego żadnych wyjątków. Jeśli nie dodaje: "oprócz Marii", to możemy być absolutnie pewni, że nic mu nie było wiadomo ani o jej "niepokalanym poczęciu", ani też o "bezgrzeszności". Co więcej, najwyraźniej nic o tym nie wie także... sama Maria! Ona sama wobec swej krewnej, Elżbiety, wyraziła swą radość słowami: "Wielbi dusza moja Pana i rozradował się duch mój w Bogu, Zbawicielu moim..." (Ewangelia Łukasza 1, 46 - 47). Gdyby Maria była bez grzechu, to Pan nie byłby jej Zbawicielem! Tak, jak ratownik nad wodą nie jest potrzebny temu, kto doskonale pływa. "Nie potrzebują zdrowi lekarza, lecz ci, co się źle mają" (Ewangelia Mateusza 9, 12).

Nie znamy grzechów Marii. Żaden z apostołów nie pisze nic o żadnej jej spowiedzi, nie przekazuje nam żadnej z jej rozmów z Bogiem. Nie nasza to rzecz - to było tylko między nią a Bogiem. "Boży sekretarze", którzy spisali dla nas to, co oznajmił Bóg, mało się zresztą Marią zajmują. Znajdujemy jednak w Słowie Bożym przykłady jej... niedoskonałości, kryzysów zaufania i wiary! "Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Poszli tam też, zgodnie ze swoim zwyczajem, gdy Jezus ukończył dwanaście lat. Po świętach natomiast, kiedy już wracali, Jezus, kilkunastoletni chłopiec, pozostał w Jerozolimie. Rodzice nie wiedzieli o tym. Przekonani jednak, że jest gdzieś między podróżnymi, uszli dzień drogi, ale w końcu zaczęli Go szukać wśród krewnych i znajomych. A gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy i tam nie ustawali w poszukiwaniach. Po trzech dniach spotkali Go w świątyni. Siedział tam w kręgu nauczycieli, słuchał ich i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Mu się przysłuchiwali, byli zdumieni Jego rozumem i trafnością odpowiedzi. Rodzice także byli tym zdziwieni. A Jego matka powiedziała do Niego: Dziecko, dlaczego nam to zrobiłeś? Spójrz, Twój ojciec i ja zmartwieni szukaliśmy Cię. Wtedy Jezus im odpowiedział: Co się stało, że Mnie szukaliście? Czy nie wiedzieliście, że w tym, co jest mego Ojca, Ja być muszę? Lecz oni nie rozumieli słów, które do nich kierował. Poszedł zatem z nimi, wrócił do Nazaretu i okazywał im posłuszeństwo" (Ewangelia Łukasza 2, 41 - 51, tłum EIB). "Następnie udał się do domu [w Kafarnaum]. I znów zszedł się tłum, tak że nawet nie zdążyli się posilić. A gdy Jego bliscy dowiedzieli się o tym, wyruszyli po Niego, gdyż rozniosło się, że odszedł od zmysłów. (...) Tymczasem [gdy nauczał] przyszła Jego matka oraz Jego bracia. Zatrzymali się na zewnątrz i posłali do Niego wiadomość, aby Go przywołać. Wokół Niego natomiast siedział tłum. Donieśli Mu zatem: Oto Twoja matka, Twoi bracia i Twoje siostry stoją na zewnątrz i proszą, abyś wyszedł. Wtedy im odpowiedział: Kto jest moją matką i moimi braćmi? Po czym powiódł oczyma po tych, którzy wokół Niego siedzieli, i oświadczył: Oto moja matka i moi bracia. Każdy bowiem, kto spełnia wolę Boga, ten jest moim bratem i siostrą, i matką" (Ewangelia Marka 3, 20 - 21 i 31 - 35, tłum. EIB).

Choć zachowania Marii w tych sytuacjach nie można uznać - jak mi się zdaje - za grzech, tym bardziej, że kierowała się matczyną miłością i troską, to jednak jest to postawa daleka od duchowej doskonałości, jaką przypisują jej katolicy. Zauważmy, że odnaleziony w Świątyni Jezus, choć okazuje posłuszeństwo, to jednak... strofuje Marię, że odciąga go od tego, co jest jego misją na ziemi. Jako dziecko okazuje poddaństwo, lecz jako Bóg daje napomnienie. Po latach, gdy dyskutuje u siebie w domu z uczniami i uczonymi w Piśmie, występuje wobec Marii jeszcze ostrzej, zarzucając jej nic innego, jak... nieposłuszeństwo wobec Boga! Nie mówi tego bezpośrednio Marii, a także nie mówi tego wprost, a jednak mówi to bardzo wyraźnie. Gdy Maria i bracia Jezusa próbowali działać przeciw woli Boga, według własnego planu, oddalało ich to od Boga, od Jezusa.

Czy fakt, że Maria nie była wolna od grzechu i ludzkich słabości, ujmuje jej cokolwiek lub ubliża jej? Nie! Czy Bóg potrzebował absolutnej doskonałości i bezgrzeszności Marii, by się z niej narodzić, by jako człowiek, Jezus Chrystus, być doskonałym i świętym? Nie! Zresztą gdyby doskonałość Chrystusa była uwarunkowana nieskazitelną czystością Marii, to również jej - nieznani nam rodzice - musieliby być czyści, aby i ona narodziła się w czystości. I jej dziadkowie, i pradziadkowie, i... To wynika wprost z katolickich przekonań, że doskonały Chrystus nie mógł narodzić się z niedoskonałego człowieka. Jeśli grzeszność Marii miałaby oznaczać niegodność jej łona, by z niego narodził się Bóg, to czyż grzeszność jej rodziców nie miałaby identycznego skutku dla Marii i Jezusa? Czyż nie byłaby równie obciążająca? Jeśliby wymogiem dla narodzin Pana była czystość duchowa (bezgrzeszność) człowieka, to Zbawiciel nie mógłby w ogóle się narodzić! Bóg nie uczynił Marii nieskazitelnie bezgrzeszną, lecz upodobał jej sobie ze względu na jej wiarę - nie będącą teorią z Pism, lecz codzienną praktyką - i prawość. Nie była ona zresztą uedynym człowiekiem, jaki podobał się Bogu!

Dogmat o niepokalanym poczęciu i bezgrzesznym życiu Marii służy wyłącznie jej kultowi. Dla wiary chrześcijańskiej nie ma w ogóle żadnego znaczenia. Dogmatem tym - i innymi - oddzielono tak naprawdę Marię od ludzi. Nie zaprzeczono wprawdzie jej człowieczeństwu, lecz postawiono ją ponad wszystkimi ludźmi, a nawet ponad aniołami ("Królowa Aniołów" to jeden z niezliczonych tytułów, jakie jej nadano). Nie zrównano jej z Bogiem, lecz dokonano jakby częściowej deifikacji - czyniąc ją równie bezgrzeszną, moralnie doskonałą, jak Bóg. Kościół katolicki twierdzi, że stawia Maryję jako wzór dla wiernych. Tak! Maria może być dla nas wzorem! Równocześnie jednak stawia ten wzór tak wysoko ponad ludem, że lud rozumie: ona to ktoś inny, niż my, my nie mamy szansy jej dorównać! Reformatorzy pozrzucali z ołtarzy figury i obrazy, a Marię sprowadzili z powrotem do ludu Bożego. Błędem jest myślenie, że pogardzali Marią i mieli jakąś obsesję, by ją lżyć i poniżać. Przeciwnie! Przywrócili ją na jej miejsce w Kościele Bożym - miejsce, która sama wybrała, usuwając się za życia głęboko w cień swego Syna. Przywrócili też Marię ludowi. Ja przez wiele lat modliłem się przed obrazami i figurami, odmawiałem różaniec i inne modlitwy, śpiewałem pieśni maryjne, chodziłem w pielgrzymkach (a nawet za honor miałem taszczenie we własnych rękach nieporęcznego i ciężkiego feretronu), wierzyłem ślepo w te wszystkie dogmaty, itd. Maryję miałem na ołtarzu, a ja byłem pod ołtarzem! Maria stała mi się naprawdę bliska wówczas, gdy... całkowicie odrzuciłem kult maryjny i wszystko, co on obejmuje! Dlatego z całą stanowczością powtarzam: Reformatorzy przywrócili Marii jej miejsce w Kościele, a Kościołowi (ludowi Bożemu) zwrócili Marię!