środa, 26 października 2016

Zaparcie

"Wówczas Jezus powiedział do nich: tej nocy wy wszyscy odwrócicie się ode mnie... (...) Wtedy odezwał się Piotr: Choćby wszyscy się od Ciebie odwrócili, ja - nigdy. Jezus odpowiedział: Zapewniam cię, tej nocy, zanim zapieje kogut, wyprzesz się Mnie trzykrotnie. Choćby przyszło mi wraz z Tobą umrzeć - zarzekał się Piotr - na pewno się Ciebie nie wyprę. (...) W tym czasie [gdy Jezus był przesłuchiwany] Piotr siedział na zewnątrz, na dziedzińcu. Podeszła tam do niego jakaś służąca: Ty też byłeś z tym Galilejczykiem Jezusem - zauważyła. On jednak wyparł się wobec wszystkich: Nie wiem, o czym mówisz. A gdy poszedł w stronę bramy, zobaczyła go inna i powiedziała do tych, którzy tam stali: Ten człowiek był z Jezusem z Nazaretu. Piotr znów zaprzeczył pod przysięgą: Nie znam tego człowieka. Po chwili zaś podeszli stojący am ludzie i stwierdzili: Ty naprawdę jesteś jednym z nich, zdradza cię sposób mówienia. On jednak zaczął zaklinać się i przysięgać: Nie znam tego człowieka. I wtedy zapiał kogut. Piotr przypomniał sobie słowa Jezusa: Zanim zapieje kogut, trzy razy się mnie wyprzesz. Wyszedł na zewnątrz i głośno zapłakał" (Ewangelia Mateusza 26, 31 - 35 i 69 - 75 - tłum. EIB)
Obejrzałem sobie wczoraj wieczorem głośny film Harolda Cronka, zatytułowany "Bóg nie umarł" ("God's not dead"). Nie będę opowiadał jego fabuły, gdyż część z was ją zna, a reszta... zwyczajnie poznać powinna,  bo film jest wart obejrzenia a jego przekaz dogłębnego przemyślenia. W każdym razie zaczyna się on sceną na uniwersytecie, gdzie wykładowca, fanatyczny ateista, wymusza na studentach podpisanie deklaracji: "Bóg umarł" - w sensie symbolicznym, bo "Boga nie ma" i nie należy tracić czasu na sprawy duchowe - co jest oczywistym zaparciem się Boga. Podpisują wszyscy, z wyjątkiem jednego. Zacząłem się zastanawiać: jakby to mogło być możliwe, że wśród może setki studentów jest tylko jeden chrześcijanin? Statystycznie niemożliwe. Więc druga myśl: jak to jest, że tylu wyparło się Boga? Oczywiście odróżniam fikcję i świat realny i wiem, że to obraz filmowy, służący przekazaniu myśli. Jednak ta chwila zastanowienia poprowadziła mnie do pewnej myśli...

Przecież ja sam w moim życiu, i to z porażającą częstotliwością, zapieram się Boga i nieraz żyję tak, jakby "Bóg umarł"! To dość przykre i trudne do wyznania, ale przez własną głupotę odwracam się od Boga i potem ze łzami, jak Piotr, otrząsam się z tego - otrzeźwienie to bywa nadzwyczaj przykre - i muszę wracać. Ilekroć grzeszymy - znając przy tym zdanie Boga (a w rzeczywistości prawdę, o uczynkach, które popełniamy) - tylekroć zapieramy się Boga. Ilekroć odpowiadamy: "tak" diabłu, tyle razy też mówimy swymi uczynkami o Chrystusie: "Nie znam go i nie interesuje mnie"! Jeśli znając Słowo Boże, łamiemy z rozmysłem to, co nam mówi, to tym samym zaczynamy lekceważyć Boga i traktujemy Go tak, jakby był "martwy", nie istniał i nic nie znaczył. Życie z grzechem jest to życie tak, jakby Boga nie było. Życie grzeszne to jest praktyczny ateizm, nawet jeśli filozoficznie uznajemy, że istnienie Bóg. Choć wierzę, to jednak nieraz postępuję w swoim życiu tak, jakby Boga nie było. I wyznaję to ze wstydem.

Piotr zaparł się Boga ze strachu, że i on może zostać pojmany, torturowany, a nawet zabity wraz z Chrystusem. Nie był gotowy cierpieć i umierać, choć tak niedawno Pana o tym żarliwie zapewniał. Panicznie się bał - może nie tylko o siebie, ale też o swoją rodzinę. My zaś często zapieramy się Boga dla wygody, czy też chwili -  jakże nadzwyczaj złudnej! - przyjemności, bo grzech jest nam dawany jak słodki cukierek, lecz głęboko nasączony trucizną. Dla Piotra są więc pewne "okoliczności łagodzące", a my nie mamy nic na swą obronę. Nie mamy absolutnie niczego, czym możemy tłumaczyć sensownie nasze zapieranie się wiary i Boga poprzez grzech. Szczęście nasze, że "Pan jest łagodny i miłosierny, nieskory do gniewu i bardzo łaskawy" (Psalm 145, 8 - tłum. "Biblia Tysiąclecia"). On nigdy nie odwraca się od nas, nawet jeśli my odwracamy się od Niego, lekceważąc Go, czy nawet negując fakt jego istnienia.

Bóg żyje! Jeśli ktoś myśli, że "Bóg umarł", znaczy to tylko tyle, że sam jest duchowo martwy. Jeśli żyjemy tak, jakby Boga nie było, to problem jest tylko po naszej stronie, to nasze życie wymaga naprawy, my potrzebujemy ożywienia. To ożywienie przychodzi od Boga, który żyje i jest życiem sam w sobie. Gdy oddalamy się od Boga z powodu grzechu, obumieramy duchowo i potrzebujemy na nowo zaczerpnąć ze Źródła Życia, ze Źródła Wody Żywej - zwracać się znów do Boga, do Słowa Bożego i żywej relacji z Nim, codziennej rozmowy. Nie ma znaczenia, ile razy w życiu upadliśmy, lecz ważne jest ile razy powstaliśmy z upadku, ile razy wypłakaliśmy przed Bogiem swe winy, a także rozwaga, by z upadków tych wyciągać wnioski. Nie jesteśmy w stanie nie grzeszyć, lecz powinniśmy być zawsze czujni i wszelkiego grzechu się pilnie wystrzegać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz