czwartek, 6 października 2016

Jezus, burzyciel rodzin?

"A Piotr rzekł: Oto my opuściliśmy, co było nasze, a poszliśmy za tobą. On zaś rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam, że nie ma takiego, który by opuścił dom czy żonę, czy braci, czy rodziców, czy dzieci dla Królestwa Bożego, a nie otrzymał w zamian daleko więcej w czasie obecnym, a w świecie przyszłym żywota wiecznego" (Ew. Łukasza 18, 28 - 30)
Bóg postawił nas jako kaganki na tym świecie, byśmy głosili Ewangelię i świecili światłem Chrystusa dla ludzi. To wymaga głębokiego zanurzenia w Ewangelii, która jest źródłem, z którego czerpiemy, odwagi przekazywania, a także cierpliwości. Jeden i ten sam temat może pojawić się w naszych rozmowach z ludźmi nawet i sto razy - nie ważne, warto tłumaczyć i po raz sto pierwszy to samo, choć czasem ogarnia zniechęcenie i zastanawiamy się może, czy aby na pewno ma to sens. Czasem jesteśmy tak zwyczajnie zmęczeni tym, że wciąż trzeba mówić o tym samym i przytaczać te same argumenty, a - co jeszcze trudniejsze - wysłuchać masy tych samych bzdur, które już słyszeliśmy w swym życiu tak wiele razy.

Jednym z takich tematów, które wracają bardzo często, jest kwestia celibatu "duchownych". Od razu zaznaczam: nie będę dziś rozpisywał się o celibacie. Chcę się skoncentrować na podanym powyżej fragmencie Słowa Bożego. Jeśli zacząłem od wlokących się dyskusji i celibatu, to dlatego, że podczas kolejnej takiej dyskusji ktoś ze strony katolickiej rzucił myśl: przecież sam Jezus powiedział, że dla Królestwa Niebieskiego można porzucić żonę i dzieci! Odwołał się przy tym do Ewangelii Łukasza 18, 29, gdzie Jezus mówi o korzyściach płynących z opuszczenia domu, rodziców, braci, żony, dzieci... Rzecz w tym, że Jezus wcale nie mówi w tym momencie o celibacie. Jest to klasyczny przykład wyrywania słów z ich kontekstu - w tym wypadku mój rozmówca zapomniał o całym tle sytuacyjnym tej wypowiedzi, lub sam jest ofiarą manipulacji Słowem Bożym.

Jeśli weźmiemy same te słowa: "Zaprawdę, powiadam wam, że nie ma takiego, który by opuścił dom czy żonę, czy braci, czy rodziców, czy dzieci dla Królestwa Bożego, a nie otrzymał w zamian daleko więcej w czasie obecnym, a w świecie przyszłym żywota wiecznego" to mamy bardzo dziwny obraz Jezusa Chrystusa, który - niczym jakiś sekciarski guru - nawołuje, by zerwać więzi rodzinne, by nie liczyć się z uczuciami bliskich sobie ludzi, by zapomnieć o nich, odwrócić się i odejść, całkowicie poświęcając się tylko sprawom ruchu religijnego... Gdyby dzisiaj ktoś tak postąpił, gdyby zostawił starych rodziców i żonę z dziećmi, to przecież nie patrzylibyśmy na niego z podziwem, jak bardzo się "poświęcił", lecz jako na niegodziwca bez serca. Takie postępowanie jest nieludzkie i ten, kto tak czyni wcale nie podoba się Bogu. Gdyby Jezusowi rzeczywiście chodziło o to, by zerwać więzi i zostać celibatariuszem dla Królestwa Niebieskiego, to by znaczyło, że wcale nie jest on Bogiem, a tylko człowiekiem, i to podłej natury.

By zrozumieć tą wypowiedź Chrystusa, trzeba się cofnąć jeszcze odrobinę, bowiem wszystko rozpoczyna się od spotkania z pewnym młodzieńcem. "I zapytał go pewien dostojnik tymi słowy: Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby odziedziczyć żywot wieczny? Rzekł do niego Jezus: Dlaczego zwiesz mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg. Znasz przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa, czcij ojca swego i matkę swoją. Ten zaś rzekł: Tego wszystkiego przestrzegałem od młodości. A gdy to Jezus usłyszał, rzekł do niego: Jeszcze jednego ci brak. Sprzedaj wszystko, co tylko masz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, a potem przyjdź i naśladuj mnie. Ten zaś, usłyszawszy to, zasmucił się; był bowiem bardzo bogaty. A Jezus, gdy go takim ujrzał, powiedział: Jak trudno tym, którzy mają majętności, wejść do Królestwa Bożego. Łatwiej bowiem wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego. A ci, którzy to usłyszeli, rzekli: Któż tedy może być zbawiony? On zaś rzekł: Co niemożliwego jest u ludzi, możliwe jest u Boga" (Ewangelia Łukasza 18, 18 - 27). 

Jezusowi wcale nie chodziło o to, by uczniowie nie mieli własnych domów czy majętności, lecz o właściwy porządek priorytetów życiowych. W odpowiedzi na pytanie o zbawienie, Jezus pokazuje, jak powinna wyglądać hierarchia priorytetów w naszym życiu. Gdy Piotr wspomina o tym, że oni, apostołowie, zostawili wszystko i poszli za Jezusem, by Jego słuchać, Jezus mówi jakby: i o to właśnie chodzi! Oni musieli pozostawić swe domy i rodziny na jakiś czas, by móc chodzić z Jezusem, słuchać Go, uczyć się od niego, by potem móc być dla Boga użytecznymi, by wypełnić misję zakładania Kościoła i głoszenia Ewangelii wciąż dalej i dalej. "Ekipa Jezusa" musiała być wciąż bardzo mobilna. Gdy czytamy Ewangelie, widzimy w nich Chrystusa, który wciąż i wciąż podróżuje - choć na dość małym obszarze - i to najczęściej pieszo. A apostołowie wraz z nim. Jak niby mieliby wędrować za Jezusem, by Go słuchać, z całymi swymi rodzinami i może jeszcze dobytkiem? Trudno mi sobie wyobrazić Jezusa wędrującego z całą karawaną - tym bardziej, że nieraz w drodze były poważne kłopoty a nawet niebezpieczeństwa. Dlatego ci, których powołał, musieli czasowo opuścić swe domy i bliskich, by poświęcić czas i przygotować się do czegoś znacznie ważniejszego. 

Nie wierzę w to, by nie mieli w tym czasie kontaktu ze swymi bliskimi i nie zachodzili do swych domów, gdy była okazja, by nie pielęgnowali więzów rodzinnych i by się nie troszczyli o to, jak im się powodzi. Fakt, że nam o tym nie opowiedzieli w swych pismach, wcale nie znaczy, że tak nie było - po prostu nie jest to istotne w "ewangelicznym orędziu". Potem zresztą znajdujemy świadectwo życia rodzinnego apostołów: "Czy nie wolno nam zabierać z sobą żony chrześcijanki, jak czynią pozostali apostołowie i bracia Pańscy, i Kefas?" (1. List do Koryntian 9, 5). To dowodzi dobitnie, że to opuszczenie najbliższych i domu było tylko czasowe, z konieczności, i że wcale nie żyli potem w samotności i celibacie! Najważniejsi ludzie w Kościele byli żonaci i "dzieciaci"! Jednak Bóg i sprawy Królestwa Niebieskiego są zawsze najpierwsze - i o to chodziło też Chrystusowi. Chodzili za nim uczniowie, ale tak naprawdę Jezus całe rodziny przygotowywał do stania się częścią Kościoła i posługi w Kościele.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz