poniedziałek, 31 października 2016

Smród siarki

"Ding-dong" - odzywa się wieczorem dzwonek przy moich drzwiach. Wyglądam przez "judasza" i widzę grupkę dzieci, wyglądających tak, jakby właśnie uciekły ze szpitala psychiatrycznego. No tak. 31 października. Halloween - święto pogan, satanistów a nade wszystko głupoty i komercji. Nie obchodzę, więc nie otwieram. Jest to w gruncie rzeczy dość napastliwa forma żebractwa. W dodatku o bardzo mrocznych, pogańskich korzeniach. 

Wielu ludzi mówi mi: "Wyluzuj! To tylko zabawa!" Czy aby na pewno? Może i zabawa, ale czy przypadkiem nie jest to zabawa z... diabłem? Karty tarota, tabliczki ouija, czy "wirujące talerzyki" też bywają uznawane za formę zabawy. Do czasu! Potem się okazuje, że w tej zabawie uczestniczy ktoś, kogo wcale do niej nie zapraszaliśmy i kogo obecności nawet nie jesteśmy świadomi. W dodatku ten ktoś okazuje się być "wodzirejem", który całą "zabawą" kieruje i dla którego to wcale nie jest zabawa! Gdzieś na końcu otwierają się na pełną szerokość bramy innego świata i wówczas ludzie z przerażeniem dostrzegają, z kim naprawdę się bawili, z kim igrali. Nigdy, nawet dla zabawy, nie powinniśmy uczestniczyć w żadnych pogańskich czy okultystycznych rytuałach, ani nie powinniśmy z nich czegokolwiek czerpać. "Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła" (1. List do Tesaloniczan 5, 22). To, co zdaje się nam być "fajną zabawą" może się bowiem okazać śmiertelną pułapką, z przerażająco realną obecnością diabła - arcymistrza kamuflażu, który bardzo lubi udawać, że go nie ma.

Każdy z nas z pewnością zetknął się choćby raz z hasłem - pytaniem: "WWJD" - "What Would Jesus Do?", czyli: "Co uczyniłby Jezus?" I to jest bardzo dobre pytanie także na halloweenowy wieczór? Czy Jezus przebrałby się za zombie, jakiegoś szkieletora lub czarownika? Raczej trudno to sobie wyobrazić. Jest też i inne ciekawe pytanie, które warto sobie postawić: czy zaprosilibyśmy do tej zabawy Jezusa? Myślę, że nawet spośród tych wierzących, którzy bawią się w halloween, większość by się zawahała i jednak by tego nie uczyniła. A to jest najlepsza wskazówka, że coś z tym "świętem" jest jednak bardzo "nie tak"! Jeśli gdzieś nie ma miejsca dla Jezusa, jeśli trudno sobie wyobrazić Jego udział w tym, to znaczy, że czuć w tym "smród siarki", nawet jeśli nieźle zamaskowany, i my powinniśmy się od tego trzymać z dala, "jak od zarazy".


Święte nieposłuszeństwo

"Nie sądźcie, że przyszedłem przynieść ziemi pokój. Przynoszę nie pokój, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z ojcem, córkę z matką a synową z teściową. I wrogami człowieka będą jego domownicy. Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie wart. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie wart" (Ewangelia Mateusza 10, 34 - 37 - tłum. EIB)
Czy wiecie, jakie święto obchodzimy dzisiaj? 31 października to dla pogan halloween, dla chrześcijan zaś Święto Reformacji. Upamiętnia ono wielkie wydarzenie w dziejach odnowy wiary, sprzed niemal pół tysiąca lat, którym było wystąpienie Marcina Lutra i "przybicie" przez niego 95 tez na drzwiach kościoła zamkowego w Wittenberdze. Datę tą traktuje się jako symboliczny początek Reformacji. Choć już znacznie wcześniej w różnych miejscach była głoszona nauka oparta na samej tylko Biblii, to jednak wystąpienie Lutra było mocnym "katalizatorem", spowodowało wielkie poruszenie w całej Europie.

Luter początkowo wcale nie chciał wyłamywać się z Kościoła katolickiego, a jedynie nawrócić go w stronę Chrystusa i Ewangelii Chrystusowej, ku ewangelicznym i apostolskim fundamentom wiary i praktyk religijnych. Pragnął nie podziałów i sporów religijnych, a oczyszczenia i uświęcenia Kościoła. Do rozłamu doszło, gdyż pragnienie to okazało się niemożliwe do zrealizowania. Luter, a także jego zwolennicy oraz inni reformatorzy, stanęli przed wielkim dylematem: posłuszeństwo papieżowi, czy Bogu? Zwolenników Lutra, Kalwina, Zwinglego i wielu im podobnych określono mianem "protestantów", co nie do końca odpowiada prawdzie, gdyż choć sprzeciwiali się fałszywym naukom i skandalicznym praktykom w Kościele katolickim, to nade wszystko pragnęli być posłuszni Bogu. W Piśmie Świętym bowiem, które z całego serca umiłowali i dali ludowi, są słowa apostoła Piotra: "Trzeba być posłusznym bardziej Bogu niż ludziom" (Dzieje Apostolskie 5, 29). Reformacja nie była aktem buntu, lecz posłuszeństwa - tyle, że aby być posłusznym Bogu, trzeba było przestać być posłusznym papieżowi i jego namiestnikom, lokalnym biskupom.

Tak się złożyło, że kilka dni temu w moje ręce trafiła jedna z mniej popularnych książek naszego wielkiego pisarza, Józefa Ignacego Kraszewskiego, zatytułowana "Powrót do gniazda". To historia młodego polskiego szlachcica, Janusza z wysokiego rodu Rochitów, który, posłany do Niemiec dla poznania świata i nauki, studiuje w Wittenberdze. Jest pierwsza połowa XVI wieku i w Niemczech "płonie ogień" reformacyjnego przebudzenia. Pierwsze jego "płomienie" docierają już też do Polski, zyskując zwolenników wśród światlejszej szlachty i mieszczaństwa. Janusz poznaje nauki Lutra i Biblię i przyjmuje wiarę całym swym szlachetnym sercem. Wieści o tym docierają do jego ojca, fanatycznego katolika - a jest tym gorzej, że Janusz zakochuje się w wittenberskiej mieszczance, luterance - który wzywa go do kraju i bez litości zamyka w lochu, o chlebie i wodzie, żądając od syna porzucenia "luterskiej herezji" i "powrotu do Kościoła". Ofiarą fanatycznego wojewody pada także jego żona, która cierpiąc z powodu sytuacji syna, podupada na zdrowiu i w końcu umiera. To znakomity literacki obraz obłąkanego fanatyka religijnego, dla którego papież i jego kościół to "święta wiara", od której odstąpić to "grzech śmiertelny", który nie jest w najmniejszym stopniu zainteresowany Biblią i rozważaniem kwestii religijnych i w amoku pali "heretyckie książki" swego syna. Zwolennikiem luteranizmu jest od dawna jego rodzony brat, a stryj Janusza, co już jest powodem "napięcia" w stosunkach rodzinnych. U stryja też Janusz, po ucieczce z ojcowskiego więzienia, znajduje schronienie i opiekę.

Kraszewski daje nam interesujący obraz konfliktu i rozłamu w rodzinie, a także szerzej - w społeczeństwie, do jakiego dochodzi wskutek reformacyjnego przebudzenia, oporu przeciw "religijnemu nowinkarstwu", nietolerancji i niegotowości do rozumnego podejścia do spraw wiary, do samodzielnego myślenia i analizowania spraw. Powieść ta to w gruncie rzeczy relacja ze zderzenia dwóch światów - świata myśli i wiedzy z jednej strony, a "polskiego zaścianka" z drugiej. Młody Janusz z wielkiego świata przynosi nowe światło Ewangelii - za wcześnie, bo jeszcze chciał i powinien się uczyć, jest światły i ambitny - i "twardo ląduje" w polskich realiach. Chyba każdy, kto przeszedł podobną do książkowego Janusza drogę, może w nim odnaleźć kawałek siebie, a w tym, czego on doświadcza na kartach tej powieści, także coś z własnych przeżyć. "Zaścianek" nie akceptuje tych, którzy mają odwagę kierować się poznaniem i myśleć samodzielnie. Ten, kto odchodzi od Kościoła, dla "zaścianka" jest nie tylko "zdrajcą Chrystusa", ale także zdrajcą rodziny i kraju, z którym nie można mieć nic wspólnego. Janusz torturowany jest pseudoargumentami, że władza rodzicielska od Boga pochodzi i że nieposłuszenstwo ojcu jest ciężkim grzechem. Torturowany jest także oskarżeniami o powodowanie rozłamu w rodzinie, o ból sprawiany rodzicom, o śmierć matki z rozpaczy... Janusz "wraca do gniazda" i tam - gdzie zwłaszcza powinien być wysłuchany, zrozumiany i kochany - zostaje wzgardzony i odrzucony, skrzywdzony w potwornym stopniu przez tego, komu winien okazywać cześć i posłuszeństwo.

sobota, 29 października 2016

Nieomylność


Nie ma człowieka nieomylnego. Tylko sam Pan Bóg jest nieomylny. Człowiek nie popełnia omyłek tylko wówczas, gdy ufa swemu Panu, żyje według Słowa Bożego i wiernie przekazuje to, co mówi Pan. Ten, kto ma się za nieomylnego i kto od innych wymaga ślepej wiary w to, co sam głosi i w swoją nieomylność, grzeszy pychą. Dlatego tak ważne jest, byśmy słuchając człowieka, w ręku swym mieli Biblię i konfrontowali nauczanie, które słyszymy, z ponadczasowym i nieomylnym głosem Boga.

czwartek, 27 października 2016

Ktoś

"A Maria wybrała się w onych dniach w drogę i udała się śpiesznie do górskiej krainy, do miasta judzkiego, i pozdrowiła Elżbietę. A gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Marii, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, i Elżbieta napełniona została Duchem Świętym, i zawołała donośnym głosem i rzekła: A skądże mi to, że matka mojego Pana przyszła do mnie? Bo oto, gdy dotarł do uszu moich głos pozdrowienia twego, poruszyło się z radości dzieciątko w mym łonie" (Ewangelia Łukasza 1, 39 - 44)
Tak! Nienarodzone dziecię - a dziecięciem tym był Jan Chrzciciel, ostatni, który przygotowywał lud na nadejście Chrystusa Pana - było pierwszym człowiekiem, który rozpoznał Chrystusa, jako Pana i Zbawiciela. Elżbieta była druga! Choć jej poznanie, kogo "nosi pod sercem" jej krewna, było tak szybkie, że niemal równoczesne - opóźnione o jedynie ułamki sekundy - to jednak była druga. Elżbieta była już w zaawansowanej ciąży - Jan Chrzciciel przyszedł na świat mniej więcej pół roku przed Chrystusem - i poruszenie się dziecka wydaje się nie być niczym nadzwyczajnym. Kobiety w ciąży czują ruchy dziecka, a może ono nawet mocno kopnąć - i Elżbieta niewątpliwie również tego doświadczała. Tym razem jednak ruch - prawdopodobnie szczególnie mocny - rozpoznała jako znak szczególny.

Ktoś może powiedzieć: "to był tylko przypadek", lecz w wierze chrześcijańskiej nie ma przypadków. My, chrześcijanie, wierzymy w boży plan, boży "scenariusz" zdarzeń i boże znaki. Uczymy się nie tylko odczytywać i słuchać to, co Bóg mówi do nas bezpośrednio, ale także to, co już tak bardzo oczywistym nie jest. Ktoś kiedyś mi powiedział, że w chrześcijańskim słowniku nie ma miejsca na słowo "przypadek" - ja jednak wolę definicję pewnej starej kobiety, która ujęła to tak: "przypadek to jest to, co przypada od Pana Boga". Zdarzenia pozornie "przypadkowe" i z pozoru zupełnie zwyczajne również bywają znakami od Boga. Jako chrześcijanin, w opisanym zdarzeniu dostrzegam boży znak.

Tej jesieni wiele mówi się w naszym kraju o ciążach i dzieciach narodzonych. Trwa batalia sił światłości i życia przeciw siłom ciemności i śmierci o życie i godność bezbronnych dzieciątek. Nie lubię często powtarzanego słowa "płód", którym określa się nienarodzonych, bo chociaż jest to terminologia naukowa, to w naszych czasach służy głównie temu, by dzieci nienarodzone nie określać "dzieckiem" ani "człowiekiem", by opisywać je jako bliżej nieokreślone "coś", a nie jako kogoś. A przecież człowiek od samego początku jest kimś - choć nieświadomym i nawet jeszcze nieuformowanym, lecz obdarzonym przez Boga miłością, tchnieniem życia, zalążkiem osobowości i planem na życie. W tym dziwnym świecie najpierw uznano człowieka za "zwierzę", które wyewoluowało od mitycznego "wspólnego przodka z małpami", a dziś o formujących się w ciałach matek maleńkich ludziach mówi się: "zygota", "płód", "zlepek komórek". Diabelski plan degradacji i upodlenia człowieka jest w toku! Tym bardziej jest to przykre i niezrozumiałe, że równocześnie prowadzi się działania na rzecz ochrony i praw zwierząt i krzyczy się: "zwierzę nie jest rzeczą!" W ostatnich dniach pewna polska piosenkarka, która nie jada mięsa, bo uważa to za "nieetyczne", przyznała się do zabicia własnego dziecka, bo nie miała ochoty na pielęgnowanie kolejnego maluszka i zmniejszenie życiowego komfortu. Człowiek nie jest zwierzęciem, nie ma ze zwierzętami żadnych powiązań "rodzinnych", i tym bardziej nie jest przypadkowym zlepkiem komórek i musi mieć w tym świecie tą pozycję, na jaką zasługuje i być przez innych traktowany tak, jak na to zasługuje.

Głęboko wierzę w to, że w tym tak zwykłym z pozoru zdarzeniu, które - niewątpliwie w oparciu o relację samej Marii - opisał ewangelista Łukasz, był element nadprzyrodzony. Było to spotkanie Proroka z Mesjaszem i prorocze rozpoznanie. To zaś oznacza ni mniej, ni więcej, tylko bożą relację z nienarodzonym dzieckiem! Wierzę, że Bóg nie tylko kształtuje człowieka w łonie jego matki - tka go, jak to pięknie określił Psalmista - lecz także przemawia do niego. Jeśli jest przekaz, jeśli Bóg przemawia do nienarodzonych, to jest dla nas jednoznaczny i najmocniejszy dowód na to, że każdy z nas jest KIMŚ, jest człowiekiem od samego początku, nim jeszcze się w pełni uksztaltuje i jarodzi. Bo Bóg nie przemawiałby ani do, ani też poprzez jakiś "zlepek komórek"! Bóg przemawia tylko do KOGOŚ.

środa, 26 października 2016

Zaparcie

"Wówczas Jezus powiedział do nich: tej nocy wy wszyscy odwrócicie się ode mnie... (...) Wtedy odezwał się Piotr: Choćby wszyscy się od Ciebie odwrócili, ja - nigdy. Jezus odpowiedział: Zapewniam cię, tej nocy, zanim zapieje kogut, wyprzesz się Mnie trzykrotnie. Choćby przyszło mi wraz z Tobą umrzeć - zarzekał się Piotr - na pewno się Ciebie nie wyprę. (...) W tym czasie [gdy Jezus był przesłuchiwany] Piotr siedział na zewnątrz, na dziedzińcu. Podeszła tam do niego jakaś służąca: Ty też byłeś z tym Galilejczykiem Jezusem - zauważyła. On jednak wyparł się wobec wszystkich: Nie wiem, o czym mówisz. A gdy poszedł w stronę bramy, zobaczyła go inna i powiedziała do tych, którzy tam stali: Ten człowiek był z Jezusem z Nazaretu. Piotr znów zaprzeczył pod przysięgą: Nie znam tego człowieka. Po chwili zaś podeszli stojący am ludzie i stwierdzili: Ty naprawdę jesteś jednym z nich, zdradza cię sposób mówienia. On jednak zaczął zaklinać się i przysięgać: Nie znam tego człowieka. I wtedy zapiał kogut. Piotr przypomniał sobie słowa Jezusa: Zanim zapieje kogut, trzy razy się mnie wyprzesz. Wyszedł na zewnątrz i głośno zapłakał" (Ewangelia Mateusza 26, 31 - 35 i 69 - 75 - tłum. EIB)
Obejrzałem sobie wczoraj wieczorem głośny film Harolda Cronka, zatytułowany "Bóg nie umarł" ("God's not dead"). Nie będę opowiadał jego fabuły, gdyż część z was ją zna, a reszta... zwyczajnie poznać powinna,  bo film jest wart obejrzenia a jego przekaz dogłębnego przemyślenia. W każdym razie zaczyna się on sceną na uniwersytecie, gdzie wykładowca, fanatyczny ateista, wymusza na studentach podpisanie deklaracji: "Bóg umarł" - w sensie symbolicznym, bo "Boga nie ma" i nie należy tracić czasu na sprawy duchowe - co jest oczywistym zaparciem się Boga. Podpisują wszyscy, z wyjątkiem jednego. Zacząłem się zastanawiać: jakby to mogło być możliwe, że wśród może setki studentów jest tylko jeden chrześcijanin? Statystycznie niemożliwe. Więc druga myśl: jak to jest, że tylu wyparło się Boga? Oczywiście odróżniam fikcję i świat realny i wiem, że to obraz filmowy, służący przekazaniu myśli. Jednak ta chwila zastanowienia poprowadziła mnie do pewnej myśli...

Przecież ja sam w moim życiu, i to z porażającą częstotliwością, zapieram się Boga i nieraz żyję tak, jakby "Bóg umarł"! To dość przykre i trudne do wyznania, ale przez własną głupotę odwracam się od Boga i potem ze łzami, jak Piotr, otrząsam się z tego - otrzeźwienie to bywa nadzwyczaj przykre - i muszę wracać. Ilekroć grzeszymy - znając przy tym zdanie Boga (a w rzeczywistości prawdę, o uczynkach, które popełniamy) - tylekroć zapieramy się Boga. Ilekroć odpowiadamy: "tak" diabłu, tyle razy też mówimy swymi uczynkami o Chrystusie: "Nie znam go i nie interesuje mnie"! Jeśli znając Słowo Boże, łamiemy z rozmysłem to, co nam mówi, to tym samym zaczynamy lekceważyć Boga i traktujemy Go tak, jakby był "martwy", nie istniał i nic nie znaczył. Życie z grzechem jest to życie tak, jakby Boga nie było. Życie grzeszne to jest praktyczny ateizm, nawet jeśli filozoficznie uznajemy, że istnienie Bóg. Choć wierzę, to jednak nieraz postępuję w swoim życiu tak, jakby Boga nie było. I wyznaję to ze wstydem.

Piotr zaparł się Boga ze strachu, że i on może zostać pojmany, torturowany, a nawet zabity wraz z Chrystusem. Nie był gotowy cierpieć i umierać, choć tak niedawno Pana o tym żarliwie zapewniał. Panicznie się bał - może nie tylko o siebie, ale też o swoją rodzinę. My zaś często zapieramy się Boga dla wygody, czy też chwili -  jakże nadzwyczaj złudnej! - przyjemności, bo grzech jest nam dawany jak słodki cukierek, lecz głęboko nasączony trucizną. Dla Piotra są więc pewne "okoliczności łagodzące", a my nie mamy nic na swą obronę. Nie mamy absolutnie niczego, czym możemy tłumaczyć sensownie nasze zapieranie się wiary i Boga poprzez grzech. Szczęście nasze, że "Pan jest łagodny i miłosierny, nieskory do gniewu i bardzo łaskawy" (Psalm 145, 8 - tłum. "Biblia Tysiąclecia"). On nigdy nie odwraca się od nas, nawet jeśli my odwracamy się od Niego, lekceważąc Go, czy nawet negując fakt jego istnienia.

Bóg żyje! Jeśli ktoś myśli, że "Bóg umarł", znaczy to tylko tyle, że sam jest duchowo martwy. Jeśli żyjemy tak, jakby Boga nie było, to problem jest tylko po naszej stronie, to nasze życie wymaga naprawy, my potrzebujemy ożywienia. To ożywienie przychodzi od Boga, który żyje i jest życiem sam w sobie. Gdy oddalamy się od Boga z powodu grzechu, obumieramy duchowo i potrzebujemy na nowo zaczerpnąć ze Źródła Życia, ze Źródła Wody Żywej - zwracać się znów do Boga, do Słowa Bożego i żywej relacji z Nim, codziennej rozmowy. Nie ma znaczenia, ile razy w życiu upadliśmy, lecz ważne jest ile razy powstaliśmy z upadku, ile razy wypłakaliśmy przed Bogiem swe winy, a także rozwaga, by z upadków tych wyciągać wnioski. Nie jesteśmy w stanie nie grzeszyć, lecz powinniśmy być zawsze czujni i wszelkiego grzechu się pilnie wystrzegać.

sobota, 22 października 2016

Realny horror

"Mieniąc się być mądrymi, zgłupieli..." (List do Rzymian 1, 22 - tłum. Biblia Rakowska )
Szatan jest istotą niezwykle inteligentną i przebiegłą, jednak nie należy tego mylić z mądrością. Szatan jest inteligentny, lecz zgłupiał, buntując się przeciwko Bogu, i oszalał. Ludzi, których chwyta i trzyma w swojej mocy, również ogłupia i doprowadza do stanu, który można określić jako "postradanie zmysłów". Ci, którzy są w mocy szatana, zachowują się często w sposób absurdalny, nieracjonalny - jakby zupełnie nie potrafili myśleć. W tym, co robią, jest szatan; w tym, co mówią, jest szatan; w tym, co piszą, jest szatan... Często natykam się na ludzi, którzy największą łaskę okazaliby samym sobie, gdyby postanowili milczeć, bowiem gdy się wypowiadają, przemawiają w sposób tak niedorzeczny, jakby nigdy niczego nie byli uczeni, a dziecko, które ledwie zaczyna edukację, mówi często ciekawiej i bardziej rozumnie! Mądrość pochodzi od Boga, a od szatana tylko ostry obłęd.

Bóg obdarzył człowieka rozumem, a szatan czyni wszystko, by człowiek z tego daru nie korzystał, by wyłączyć rozum w człowieku, by człowiek przestał myśleć, a tylko poddawał się i był posłuszny. Bóg uczynił nas istotami wolnymi i (w pewnym ograniczonym sensie) nawet partnerami, bo Bóg znajduje przyjemność w obcowaniu z człowiekiem, w rozmowie i w człowieczym myśleniu w poszukiwaniu prawdy. Bóg kocha, gdy człowiek myśli, uczy się, kreuje, stawia pytania a myślę, że nawet gdy ma własne zdanie - byle nie tkwił w błędzie, jak ostatni osioł. Dla Boga liczy się człowiek i jego osobowość. Szatan natomiast czyni z człowieka marionetkę - chce by człowiek był zbuntowany, krnąbrny, by nie stawiał pytań i nie myślał... Bo człowiek, który myśli szuka też prawdy, a szatan nie chce, by człowiek jej poszukiwał! Szatan ogłupia ludzi, bo tylko głupcami można manipulować, tylko głupców da się trzymać w kłamstwie i buncie.

Szatan pogrąża ten świat w obłędzie i chaosie. Tysiące ludzi, gdy mówi się o Bogu i zasadach moralnych, dostają amoku. Gdy tak się dzieje, ja widzę już nie Adamów, Grażyny, Tomaszów, czy jakie kto tam jeszcze imię nosi, lecz widzę tego, który nimi zawładnął - szatana we własnej osobie. Bo diabłu zależy na tym, by z człowieka pozostała tylko "wydmuszka", by sam mógł zająć całe jego wnętrze. Człowiek może myśleć, że jest "niezależny", bo nie słucha Boga, i że jest "panem siebie samego".  Nie jest i tak naprawdę nawet nie żyje, to szatan żyje w nim. Szatan jest "władcą marionetek" - dokładnie tak, jak w słynnym "dreszczowcu" s-f Roberta Heinleina. Choć nie było to zamierzone, to Heinlein na kartach swojej powieści pokazuje dokładnie to samo, co szatan robi z człowiekiem. Książkę zawsze można odłożyć na półkę z westchnieniem "ufff, co za horror!" i cieszyć się, że nie zagrażają nam takie stwory z kosmosu. Jednak prawda jest taka, że żyjemy w świecie bardzo podobnym, jak ten z kart "Władców marionetek" - w świecie pełnym "panów" i ich "odmużdżonych" marionetek. I to jest dopiero prawdziwy horror, którego akcja rozgrywa się nie w jakimś wyimaginowanym świecie, ale tu i teraz, w naszym realnym świecie - w którym obcy polują także na nas.

Czytając Pismo Święte, "spotykam" na jego kartach Jezusa, który zastanawiająco często, w rozmowie z różnymi ludźmi, stawia różne pytania i czeka na odpowiedź. Nie jest to nic innego, jak zachęta do myślenia i poszukiwania prawdy. Bóg uzdolnił nas do myślenia, byśmy byli wolni! Jezus poprzez swe różne pytania zawsze podejmował próbę ukierunkowania człowieka na prawdę i wolność - tą prawdę i wolność, którą jest sam Bóg. Jesteśmy powołani do tego, by myśleć, poszukiwać i uczyć się pokory - bo tylko tak dochodzi się do prawdy.

środa, 19 października 2016

W obronie życia

Może i jestem "protestantem", ale właściwie po raz pierwszy poszedłem protestować - wyrazić swoje niezadowolenie z powodu niedostatecznej ochrony życia ludzkiego w naszym kraju, zaprotestować przeciwko mordowaniu nienarodzonych. Obrona  bliźnich  - w szczególności zaś tych najsłabszych i bezbronnych - jest jedną z najważniejszych powinności uczniów Chrystusa. Zawsze powtarzam: chrześcijanin jest powołany do bycia "pro-life", gdyż czci przecież Boga, który sam w sobie jest życiem - Jezus o sobie powiedział: "Ja jestem drogą, prawdą i życiem..." (Ewangelia Jana 14, 6) - i od którego wszelkie życie pochodzi. Kochać Boga, to znaczy także kochać życie! Dlatego wziąłem udział w "Białym Marszu", który przeszedł ulicami Poznania w minioną niedzielę.

Akcja była owocem porozumienia i współpracy bardzo różnych środowisk prawicowo - konserwatywnych, z których - cóż - nie z każdą mi jest "po drodze". ;) W marszu wzięło udział kilkaset osób, w tym bardzo dużo młodzieży. Być może trudno go porównywać z "czarnym protestem", ale... wiadomo dokąd prowadzi szeroka droga o dużym natezeniu ruchu. Jezus mówi: "Wchodźcie przez ciasną bramę, gdyż przestronna jest brama i szeroka droga, która prowadzi do zguby i wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą" (Ewangelia Mateusza 7, 13). Oczywiście wcale to nie znaczy, że przeciwników aborcji jest tylko garstka. "W najnowszych badaniach Grupy IQS 65% ankietowanych zgodziło się ze stwierdzeniem, że prawo powinno bezwarunkowo chronić życie wszystkich dzieci od chwili poczęcia. 23% osób uznało, że prawo powinno umożliwić zabicie dziecka w przypadku wykrycia poważnej choroby. 12% badanych nie miało zdania" (źródło: Opoka.org). Szkoda, że nie było nas więcej, ale reprezentowaliśmy wszystkich tych, którzy są przeciwko zabijaniu nienarodzonych.

Nie byliśmy ubrani na biało... Gdyby to była inna pora roku, zapewne by tak było, bo większość z nas ma jakieś białe koszulki, a tylko niewielu białę kurti lub płaszcze. Ta biel była więc raczej symboliczna - białe balony, białe kokardy, białe wstążki i wielkie płąchty białych materiałów. "Biały marsz" od "czarnego protestu" róznił się też i tym, że nie było żadnych obraźliwych transparentów, przejawów pogardy dla drugiego człowieka, wulgarnych gestów... Na "czarnych protestach" pojawiały się wieszaki - na "białym marszu" także, lecz na nim nie były one gołe, nie były znakiem przemocy, lecz były na nich ubranka dla małych dzieci, które potem przekazano, by trafiły do domów samotnej matki. A co dobrego dla bliźnich uczyniono podczas tych wszystkich "czarnych protestów"? Komuś przejkazano jakąkolwiek pomoc? Nie! Bycie "pro-life" to nie tylko bycie przeciwko aborcji, ale służba drugiemu człowiekowi - służba kobietom i dzieciom będącym w trudnej sytuacji życiowej.




sobota, 15 października 2016

A może...

"Natomiast w szóstym miesiącu Bóg posłał anioła Gabriela do galilejskiego miasta Nazaret, do pewnej dziewczyny przyrzeczonej niejakiemu Józefowi, potomkowi rodu Dawida. Miała ona na imię Maria, była dziewicą. Po przybyciu anioł powiedział: Witaj, obdarzona łaską, Pan z tobą! Szczęśliwa jesteś między kobietami. Lecz ona przelękła się tymi słowami i zaczęła się zastanawiać, co by to przywitanie mogło znaczyć. Anioł zaś powiedział jej: Przestań się bać, Mario, ponieważ znalazłaś łaskę u Boga. Oto zajdziesz w ciążę, urodzisz syna i nadasz Mu imię Jezus. Będzie On kimś wielkim i będzie nazwany Synem Najwyższego; da Mu też Pan Bóg tron Jego ojca Dawida. Będzie On królował nad domem Jakuba na wieki, a Jego Królestwu nie będzie końca. Maria zapytała anioła: Jak to się stanie, skoro nie współżyłam jeszcze z mężem? Anioł jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na ciebie i moc Najwyższego okryje cię swym cieniem. Dlatego też Święte Dziecko, które się urodzi, będzie nazwane Synem Boga. Również twoja krewna Elżbieta poczęła syna i to w podeszłym wieku; ta, którą uważano za niepłodną, jest już w szóstym miesiącu, gdyż żadne słowo Boga nie pozostanie niespełnione. Maria odpowiedziała: Oto jestem – gotowa służyć Panu, niech mi się stanie według twego słowa. I anioł odszedł od niej" (Ewangelia Łukasza 1, 26 - 38 - tłum. przekład literacki EIB)
Jest to relacja, która pochodzi niewątpliwie od samej Marii, spisana przez apostoła Łukasza. Maria, gdy to się zdarzyło, była w dość trudnej sytuacji. Była już wprawdzie związana z Józefem, który został jej wybrany na męża, lecz przecież nie była mężatką. Gdy anioł jej obwieścił, że wkrótce będzie w ciąży, być może przez jej głowę przeleciały wszystkie możliwe konsekwencje: zerwanie zaręczyn przez Józefa, odrzucenie przez rodzinę, piętno cudzołożnicy - w najlepszym razie społęczny ostracyzm, izolacja, jakby była trędowata, a w najgorszym nawet utrata życia przez ukamieniowanie na podstawie Prawa Mojżeszowego, chociaż pod okupacją rzymską Żydzi nie mogli formalnie skazywać na śmierć. Dla panny, która zachodziła w ciążę, perspektywy nie były zbyt jasne. Maria nie wiedziała jeszcze, że Bóg przemówi także do Józefa: nie lękaj się, przyjmij Marię i Dziecię i opiekuj się nimi (por. Ewangelia Mateusza 1, 18 - 25). Sytuacja dla Marii była kłopotliwa, lecz zaufała ona Panu i On wlał w jej serce pokój i radość.

Wiele pań domaga się prawa do aborcji przez czystu egoizm: seks bez zobowiązań, moje życie, moje ciało, moja kariera, mój święty spokój. moje wygody... Taka postawa to jest samo dno upadku, w egoiście nie ma już prawie nic z człowieka - ma formę człowieka, lecz nie ma w nim człowieczeństwa, bo nie ma w nim innej miłości, niż tylko do siebie samego. I może jest nawet lepiej, aby tak zepsuci i puści ludzie nie mieli dzieci, bo wyrządzają oni wielką krzywdę tym, których mają wokół siebie. Są jednak także kobiety, które faktycznie są w trudnej sytuacji. Świadomość, że dziecko jest niepełnosprawne, to z pewnością ogromne obciążenie. To nie tylko kwestia samej niepełnosprawności, ale także ogromna odpowiedzialność i wiele trudów, jakie spadają na rodziców, a zwłąszcza matkę. Ubóstwo, w jakim żyje wielu ludzi, powoduje strach: a z czego my będziemy żyli? za co wykarmić i ubrać dziecko? Czasem bywa i tak, że mężczyzna jest niedojrzały i nie poczuwa się do opieki nad kobietą i dzieckiem i kobieta lęka się, że wszystkiemu będzie musiała zaradzić sama. W życiu bywa różnie i nie można pochopnie nikogo osądzać. Wiele kobiet jest w rzeczywiście trudnej sytuacji, ale czy w trudniejszej, niż ta, w której była Maria, matka Pana Jezusa?

Oczywiście sytuacja Marii była wyjątkowa. Żadna inna kobieta nie urodziła i nie urodzi kogoś, kto jest Bogiem - w dodatku Bogiem, który ją stworzył, na dugo przed tym, jak Go urodziła. Nie urodzi się też nigdy ktoś taki, jak to Dziecię z Betlejemu. Nie tak dawno przeczytałem o pewnej kobiecie, której lekarze przed wieloma laty powiedzieli, że urodzenie dziecka zagraża jej życiu i że powinna poddać się aborcji. Nie posłuchała. Kobietą tą była Emilia Wojtyła, a dziecku na chrzcie dano imię Karol. Jako radykalny chrześcijanin mam wiele zastrzeżeń do nauk i praktyk religijnych, które ów Karol - póxniejszy Jan Paweł II - głosił i realizował, ale bardzo wiele dobrego zrobił dla świata. Oczywiście nie każda kobieta nawet takiego Karola urodzi, ale... każdej kobiecie, która myśli o aborcji, postawiłbym pytanie: a skąd możesz wiedzieć, kim będzie twoje dziecko? Może stanie się wielkim mężem stanu, który poprowadzi kraj ku świetlanej przyszłości? Może będzie kimś, kto powstrzyma rękę zbrodniarzy nastających na życie i mienie drugiego człowieka? Może zaangażuje się w pomoc drugiemu człowiekowi i ktoś dzięki niemu będzie miał żywność, ubranie, czystą wodę do picia? Może będzie świetym lekarzem, który każdego dnia będzie walczył o ludzkie życie i zdrowie? Lub może gdzieś w laboratoirium, w białym kitlu i z probówkami w ręce odkryje lek na dręczące ludzkość choroby? Może stanie się kimś, dzięki komu ten świat będzie lepszym i spokojniejszym miejscem do życia dla wszystkich? Ten, kto morduje dziecko, być może morduje także lepszą przyszłość tego świata. Mordowanie dzieci jest nie tylko służbą szatanowi, wojną z Bogiem, ale także marnotrawieniem wszystkiego, co dzieci te, gdy dorosną, mogą dać światu.

Wiem, że dla kobiety może być to trudne - czasem ekstremalnie trudne. Myślę, że kluczowe jest zrozumienie, że choć czasem coś nas przerasta i przygniata, a nawet doświadczamy zła, to jednak ponad tym wszystkim jest Wielki Bóg, od którego nie wszystko przychodzi, ale który ma nad wszystkim kontrolę. Od szatana pochodzi zamęt i strach i on je wkłada w nasze serce, by wypchnąć z niego nadzieję i zaufanie. gdy ulegamy zamętowi i strachowi, szatan nam mówi: "jest tylko jedno rozwiązanie, jedno jedyne wyjście z sytuacji!" Na tym świecie potrzeba ufności i nadziei, a nie diabelskich "prostych rozwiązań"!

Wojna światów

Dyskusje wokół aborcji - a raczej ostre spory - nie milkną. Projekt nowego prawa przygotowany przez Ordo Iuris poniósł pewną porażkę - co jednak wcale jeszcze nie znaczy, że sprawa jest przegrana! - a szkoda wielka, bo jest naprawdę dobrym projektem. Jest jeszcze jednak Inicjatywa Obywatelska "Stop Aborcji" i ich projekt, który jest niewątpliwie słabszy, niż projekt OI, lecz może pomoże do niego wrócić i wprowadzić go ostatecznie w życie - oby! 

Projekty ochrony życia wywołują gniew, a nawet agresję u bardzo wielu osób. Mieliśmy "czarny protest" i wiece - nawet wielotysięczne - w wielu polskich miastach. Podczas tych wieców niejednokrotnie atakowano i znieważano obrońców życia, którzy również mieli swoje pikiety, a także wiarę i symbolikę chrześcijańską. Przykre i smutne obrazki z tych demonstracji - świadczące o ich antychrześcijańskim charakterze - można było zobaczyć choćby w wielkopolskich mediach:




Czerń to nie tylko symbol żałoby, smutku - w sensie duchowym to także symbol ciemności i sił / istot wrogich Bogu. Nie jest przypadkiem, że anioły wyobrażamy sobie jako białe i świetliste - i tak często się przed nami pojawiały i pojawiają - a diabła wyobrażamy sobie jako czarnego i kosmatego. Nie jest też przypadkiem, że o niektórych ludziach mówi się, że są "czarnymi charakterami", ludźmi o "mrocznej duszy" i "czarnym sumieniu". Diabeł też doskonale orientuje się w symbolice i nie wierzę, by wybór koloru był w przypadku tych protestów przypadkowy - zamanifestowały się "siły ciemności". Jawnie antychrześcijańska symbolika, jaka pojawiła się podczas tych manifestacji przyniosła jednak i dobry skutek. Niejeden wierzący który zbładził w stronę liberalizmu, lecz nie utracił wiary, przeżył szok i zaczął się zastanawiać "co jest grane" - co można było zaobserwować w wypowiedziach.

Czy nam się to podoba, czy nie, uczestniczymy w prawdziwej "wojnie światów". Z jednej strony stoi w niej Bóg i jego dzieci, z drugiej zaś szatan i jego dzieci. Bóg = życie, afirmacja życia. Szatan = śmierć, cywilizacja śmierci. Każdy z nas musi (!) się po którejś stronie opowiedzieć. Miłujący Boga, miłują także życie, gdyż ono od Niego pochodzi. Miłujący Boga, miłują także bliźniego - a bliźnimi są także ci, którzy dopiero są kształtowani przez Boga, przygotowywani pod sercem matki do życia. Chrześcijańśtwo to służba Bogu, służba drugiemu człowiekowi, służba życiu. Chrześcijaństwo to przyjaźń z Bogiem i permanentny konflikt z szatanem, więc nie ma się czemu dziwić, gdy jesteśmy przez szatana z tego powodu atakowani. Ważne jest to, aby się nigdy nie poddawać, aby mieć serce mężne i walczyć.


wtorek, 11 października 2016

Myślistwo a wiara chrześcijańska

"Następnie Bóg pobłogosławił Noego oraz jego synów. Powiedział: Rozradzajcie się i rozmnażajcie, i napełniajcie ziemię. Wielki strach przed wami spadnie na każde zwierzę na ziemi i na całe ptactwo niebios., na wszystko, co się porusza po ziemi i na wszystkie ryby morskie - powierzam je wszystkie waszej władzy. Wszystko, co się rusza i żyje, może być dla was pokarmem - daję wam to wszystko, podobnie jak warzywa i owoce" (1. Księga Mojżeszowa 9, 1 - 3 - tłum. przekład literacki EIB)

Od pewnego czasu w naszym kraju trwa coraz szersza i mocniejsza nagonka na myśliwych. W mediach pojawiają się informacje o bestialstwie wobec zwierząt, o nieludzkim traktowaniu konających stworzeń. Oczywiście, że takie zachowania są skandaliczne i karygodne, ale wielu ludzi mówi: "tak właśnie to wygląda!" - nie widzą, lub widzieć nie chcą, że środowisko łowieckie się od takiego postępowania odcina. Kilka lat temu nasz były Prezydent RP, Bronisław Komorowski, znalazł się na celowniku eko-terrorystów, którzy atakowali go z jednego tylko powodu: jest myśliwym. To się dzieje nie tylko w Polsce. Bardzo często gdzieś w świecie wybucha skandal, bo ktoś tam jest myśliwym i opublikował zdjęcie przy ustrzelonej zwierzynie. Pewna młoda dziewczyna ustrzeliła w Afryce żyrafę i zrobiła sobie przy niej zdjęcie - żyrafę zjadli mieszkańcy pobliskiej wioski, dla których było to święto, bo nie zawsze jadają do syta, a dziewczynie przez wiele tygodni świat nie dawał spokoju, bo "jak mogła to zrobić?" 

Jakiekolwiek wzmianki o myślistwie w mediach od lat wywołują falę agresji skierowanej przeciwko myśliwym. Pojawiają się głosy: "mordercy", "bydlaki", "kulę im w łeb, bo to nie ludzie", "skoro ktoś potrafi zabić zwierzę, potrafiłby i człowieka" (co ciekawe, ci sami ludzie, te same środowiska, a także media które potępiają myślistwo, często - choć nie twierdzę, że każdy - opowiadają się za prawem do... aborcji)... A przecież myśliwi nie tylko polują, lecz także dbają o las i zwierzynę, są zwykle zaangażowani w ochronę przyrody i edukację ekologiczną. Mają ogromną wiedzę o zwierzętach i całym eko-systemie. Nie strzelają głupio do wszystkiego, co się w lesie rusza, lecz wiedzą kiedy, jakich zwierząt i ile można (lub nawet trzeba) odstrzelić. Tak naprawdę dbają o zachowanie równowagi w eko-systemie. Jestem z pokolenia, które pamięta lata 80-te - byłem wówczas dzieckiem i wychowywałem się m.in. na "Zwierzyńcu" Michała Sumińskiego, który przez wiele lat w telewizji pięknie opowiadał młodym o lesie i zwierzętach, uczył ekologicznej kultury i miłości do przyrody, zachowania w lesie, szacunku do przyrody, a był przecież... myśliwym. Ja myśliwym nie jestem i nie potrafiłbym być, ale właśnie od niego i podobnych mu ludzi, nauczyłem się kochać las i zwierzęta, i cieszyć się pięknem tego świata, stworznego tak wspaniale przez Boga.

Człowiek zawsze polował. No, prawie zawsze. W księgach spisanych przez Mojżesza znajdujemy informację, że przed potopem człowiek odżywiał się roślinami. Zresztą nie tylko człowiek, bowiem są także przekonujące dowody na to, że także zwierzęta, które my znamy jako mięsożerne lub wszystkożerne, także się kiedyś odżywiały inaczej. Po potopie jednak wiele się zmieniło i Bóg dał przyzwolenie na polowanie i hodowanie zwierząt na rzeź. Możliwe, że ziemia po potopie nie mogła już zapewnić człowiekowi wszystkiego, czego potrzebował do życia. Nasze organizmy zostały niewątpliwie zmienione i przystosowane do mieszanego pożywienia. Musiały zajść zmiany w całym układzie pokarmowym człowieka - głównie obejmujące uzębienie i system trawienny. Stało się to z woli Boga. Przez wieki człowiek polował, i uczył tego swoje dzieci. Później rozwinęliśmy hodowlę i uprawę, ale myślistwo wciąż pozostało ważne. I jeśli dziś myśliwy bierze strzelbę i idzie do lasu, to nie robi nic innego, niż to, co robili nasi przodkowie przez tysiące lat!

Czasem ktoś stwierdza: "Jako chrześcijanin powinieneś być przeciwko zabijaniu, bo Bóg przecież powiedział: nie zabijaj". Przede wszystkim Bóg nigdy nie powiedział "nie zabijaj", lecz "nie morduj". Poza tym przykazanie to odnosi się wyłącznie do innych ludzi, nie zaś do zwierząt. Ale jest to i tak jedno z pomniejszych nadużyć eko-fanatyków w odniesieniu do Boga, bo wypisują oni nawet brednie, jakoby Jezus był wegetarianinem, lepił ptaszki z gliny, które ożywiał, itp. Prostym dowodem na to, że Bóg nie miał na myśli zwierząt, dając nam to przykazanie, jest nie tylko zacytowany na wstępie fragment Bożego orędzia do człowieka po potopie, ale też podział na zwierzęta "czyste" i "nieczyste", określenie, jakie mięso można jeść a jakie nie, a także i to, że Bóg wręcz nakazał składać w ofierze zwierzęta, spożywać ich mięso - byle bez krwi, bo ta była zawsze symbolem życia. Dziś takie rzeźnictwo traktowane jest jako "niehumanitarne", bowiem zwierzęta nie były ogłuszane i musiały się zwyczajnie wykrwawić. Dziś na szczęście nie musimy już tego przestrzegać. Bóg nakazał np. spożywać w Paschę mięso baranka. Sam Jezus pomagał nawet ryby łowić - co przecież także jest formą polowania - i nawet przyrządzał z nich posiłek dla swoich uczniów.

"A nazajutrz, gdy oni byli w drodze i zbliżali się do miasta, wyszedł Piotr około godziny szóstej na dach, aby się modlić. Potem poczuł głód i chciał jeść; gdy zaś oni przyrządzali posiłek, przyszło nań zachwycenie i ujrzał otwarte niebo i zstępujący jakiś przedmiot, jakby wielkie lniane płótno, opuszczane za cztery rogi ku ziemi; były w nim wszelkiego rodzaju czworonogi i płazy ziemi, i ptactwo niebieskie. I odezwał się do niego głos: Wstań, Piotrze, zabijaj i jedz!" (Dzieje Apostolskie 10, 9 - 13). Oczywiście jedzenie nie było treścią tej wizji, ale gdybyśmy nie mieli polować i zabijać, Bóg nigdy by nie zaproponował: zabijaj i jedz! Gdyby Bóg nie godził się na zabijanie zwierząt, to też byłby w tym konsekwentny i mielibyśmy to jasno powiedziane: nie czyń tego! Bo Bóg jest bardzo konkretny i konsekwentny. W Słowie Bożym nie ma ani pół słowa o wegetarianizmie! Owszem, możemy być wegetarianami, lecz nie musimy (a w przypadku dzieci jest nawet niewskazane). "Jeden wierzy, że może jeść wszystko, słaby zaś jarzynę jada. Niechże ten, kto je, nie pogardza tym, który nie je, a kto nie je, niech nie osądza tego, który je; albowiem Bóg go przyjął" (List do Rzymian 14, 2 - 3).

Słowo Boże nie daje żadnych podstaw do krytyki czy potępienia myślistwa. Myślistwo nie jest zbrodnią, nie jest grzechem. Od niepamiętnych czasów jest zwyczajnym elementem ludzkiego życia. Jeśli pomyśleć, to wydaje się być nawet o wiele bardziej humanitarne, niż rzeźnictwo, gdyż śmierć jest zwykle nagła i szybka. Tymczasem nim schabowy, czy też inny kawałek mięsa, znajdzie się na naszym stole, zwierzęta są skupowane, muszą wytrzymać transport, czasem wielogodzinny, by wreszcie trafić do ubojni. Na marginesie - coraz częściej podnoszą się głosy nie tylko przeciw myślistwu, ale także domagające się całkowitego zakazu zabijania zwierząt w celach spożywczych. Jednak o rzeźnictwo nie jest zbrodnią ani grzechem, o ile tylko służy zapspokojeniu rzeczywistych potrzeb życiowych. Niewiele na to możemy poradzić, bo jest nas miliony, potrzebujemy róznorodnego jedzenia i i zapotrzebowanie na mięso jest ogromne. Myślistwo staje się grzechem, jeśli zabijamy "dla sportu". Rzeźnictwo staje się grzechem, gdy zabija się więcej, niż nam potrzeba do życia. Jedzenie mięsa staje się grzechem, gdy kierujemy się łakomstwem, nie zaś rzeczywistymi potrzebami, gdy jemy ponad normę. Oczywiście tego wszystkiego ludzie się dopuszczają, i Bogu nie jest to obojętne, i ci, którzy tak czynią, odpowiedzą za to przed Bogiem.

Nadejdą takie czasy, gdy nie będziemy już potrzebowali mięsa, nie będziemy potrzebowali zabijać, by żyć, gdy wszystko zostanie odnowione - czy raczej stworzone zupełnie na nowo w jednej chwili - i będziemy znów odżywiać się tak, jak Adam i Ewa. "Potem zasadził Pan Bóg ogród w Edenie, na wschodzie. Tam umieścił człowieka, którego stworzył. I sprawił Pan Bóg, że wyrosło z ziemi wszelkie drzewo przyjemne do oglądania i dobre do jedzenia... (...) I wziął Pan Bóg człowieka i osadził go w ogrodzie Eden, aby go uprawiał i strzegł. I dał Pan Bóg człowiekowi taki rozkaz: Z każdego drzewa tego ogrodu możesz jeść" (1. Księga Mojżeszowa 2, 8 - 9 i 15 - 16). "Oto Ja stworzę nowe niebo i nową ziemię... (...) "Wilk z jagnięciem będą się paść razem, a lew jak bydło będzie jadł sieczkę, wąż zaś będzie się żywił prochem. Nie będą źle postępować ani zgubnie działać na całej świętej górze - mówi Pan" (Izajasza 65, 17 i 25). Nie będziemy musieli wówczas ani zabijać, ani też trudzić się, bo obfitość będzie taka, że wszelkie nasze potrzeby będą całkowicie zaspokojone - tak, że będziemy mieli wszystkiego w nadmiarze.

sobota, 8 października 2016

Czy zło dotyka dobrych ludzi?

Jest pewne pytanie, które ludzie często stawiają - często wówczas, gdy sami mają do Boga o coś pretensje, lub też wątpią w jego istnienie. Odpowiedź na to pytanie wymaga albo bardzo długiego rozważania filozoficzno - teologicznego, albo też... jednego krótkiego zdania.


"[Jest tak] jak napisano: Nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie masz, kto by rozumiał, nie masz, kto by szukał Boga; wszyscy zboczyli, razem stali się nieużytecznymi, nie masz, kto by czynił dobrze, nie masz ani jednego" (List do rzymian 3, 10 - 12). Ponieważ każdy z nas jest grzesznym człowiekiem, nikt z nas tak naprawdę nie jest dobry. Jest w nas mieszanina dobrego i złego, ale nigdy nie jesteśmy tak naprawdę dobrzy. jest to tak jak z farbą. Jeśli do białej farby dodamy czarną farbę, nie będzie już biała. Nawet jeśli będziemy dodawać jeszcze białej farby, nie osiągniemy bieli, choć z pewnością barwa się rozjaśni - nawet bardzo. Biała farba to człowiek takim, jakim został stworzony przez Boga. Diabeł zaś dodał czarnej farby - grzechu, którym zostaliśmy wszyscy skażeni. Ta mieszanka może mieć w życiu każdego spośród nas różne proporcje, ale nigdy, póki trwa to życie, nie będziemy naprawdę dobrzy, nie będziemy doskonali. 

Mamy przykazania dane nam od Boga, boże normy życia, ale... nie jesteśmy w stanie ich przestrzegać! Owszem, może nie jesteśmy tak niegodziwi, by łamać te najważniejsze, ale dziennie dziesiątki, albo i setki razy łamiemy pomniejsze. "Ktokolwiek bowiem zachowa cały zakon, a uchybi w jednym, stanie się winnym wszystkiego. Bo Ten, który powiedział: Nie cudzołóż, powiedział też: Nie zabijaj; jeżeli więc nie cudzołożysz, ale zabijasz, jesteś przestępcą zakonu" (List Jakuba 2, 10). Nawet jeśli jesteśmy chrześcijanami, nie jesteśmy doskonali i tak naprawdę w 100% dobrzy, doskonali, czyści, lecz dążymy do doskonałości, dzięki Bogu możemy stawać się lepsi. W tym życiu możemy być zbawieni, wyzwoleni od ciężaru naszych win, lecz dobrymi, naprawdę dobrymi, dopiero się staniemy, gdy zniszczone zostanie wszelkie zło, wszelki grzech  i jego skutki: cierpienie i śmierć, wraz  tym, który nas grzechem skaził. 

Dlaczego zdarzają się ludziom złe rzeczy? Dlatego, że człowiek zbuntował się przeciwko Bogu i złamał prawo dane przez Boga.  To nasi przodkowie, Adam i Ewa, swoim nieposłuszeństwem wobec Boga i zaufaniem szatanowi, uruchomili wszelkie zło na tym świecie. My ponosimy konsekwencje tego, co się stało, gdy zło nas dotyka, lecz my sami też wiele zła czynimy i nie mamy prawa do pretensji, że "nie nasza jest wina Adama i Ewy". Szatan jest ojcem grzechu, ale sprawcą (wykonawcą), że zło weszło na ten świat jesteśmy my sami. Gdy źle się dzieje, winny jest zawsze człowiek, a nie Bóg - gdy źle się dzieje, Bóg jest naszą siłą, schronieniem i pocieszycielem. Ponieważ nie ma żadnego dobrego człowieka, Bóg dla nas stał się człowiekiem - tym jedynym dobrym, nieskazitelnym moralnie człowiekiem - by za nas doświadczyć ogromnego zła i śmierci, bo musiało się dopełnić na krzyżu to, co sprawiedliwe, musiało zostać wypełnione prawo. "Gdy bowiem byliście sługami grzechu, byliście dalecy od sprawiedliwości. Jakiż więc mieliście wtedy pożytek? Taki, którego się teraz wstydzicie, a końcem tego jest śmierć. Teraz zaś, wyzwoleni od grzechu, a oddani w służbę Bogu, macie pożytek w poświęceniu, a za cel żywot wieczny. Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, lecz darem łaski Bożej jest żywot wieczny w Chrystusie Jezusie, Panu naszym" (List do Rzymian 6, 20 - 23).

czwartek, 6 października 2016

Jezus, burzyciel rodzin?

"A Piotr rzekł: Oto my opuściliśmy, co było nasze, a poszliśmy za tobą. On zaś rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam, że nie ma takiego, który by opuścił dom czy żonę, czy braci, czy rodziców, czy dzieci dla Królestwa Bożego, a nie otrzymał w zamian daleko więcej w czasie obecnym, a w świecie przyszłym żywota wiecznego" (Ew. Łukasza 18, 28 - 30)
Bóg postawił nas jako kaganki na tym świecie, byśmy głosili Ewangelię i świecili światłem Chrystusa dla ludzi. To wymaga głębokiego zanurzenia w Ewangelii, która jest źródłem, z którego czerpiemy, odwagi przekazywania, a także cierpliwości. Jeden i ten sam temat może pojawić się w naszych rozmowach z ludźmi nawet i sto razy - nie ważne, warto tłumaczyć i po raz sto pierwszy to samo, choć czasem ogarnia zniechęcenie i zastanawiamy się może, czy aby na pewno ma to sens. Czasem jesteśmy tak zwyczajnie zmęczeni tym, że wciąż trzeba mówić o tym samym i przytaczać te same argumenty, a - co jeszcze trudniejsze - wysłuchać masy tych samych bzdur, które już słyszeliśmy w swym życiu tak wiele razy.

Jednym z takich tematów, które wracają bardzo często, jest kwestia celibatu "duchownych". Od razu zaznaczam: nie będę dziś rozpisywał się o celibacie. Chcę się skoncentrować na podanym powyżej fragmencie Słowa Bożego. Jeśli zacząłem od wlokących się dyskusji i celibatu, to dlatego, że podczas kolejnej takiej dyskusji ktoś ze strony katolickiej rzucił myśl: przecież sam Jezus powiedział, że dla Królestwa Niebieskiego można porzucić żonę i dzieci! Odwołał się przy tym do Ewangelii Łukasza 18, 29, gdzie Jezus mówi o korzyściach płynących z opuszczenia domu, rodziców, braci, żony, dzieci... Rzecz w tym, że Jezus wcale nie mówi w tym momencie o celibacie. Jest to klasyczny przykład wyrywania słów z ich kontekstu - w tym wypadku mój rozmówca zapomniał o całym tle sytuacyjnym tej wypowiedzi, lub sam jest ofiarą manipulacji Słowem Bożym.

Jeśli weźmiemy same te słowa: "Zaprawdę, powiadam wam, że nie ma takiego, który by opuścił dom czy żonę, czy braci, czy rodziców, czy dzieci dla Królestwa Bożego, a nie otrzymał w zamian daleko więcej w czasie obecnym, a w świecie przyszłym żywota wiecznego" to mamy bardzo dziwny obraz Jezusa Chrystusa, który - niczym jakiś sekciarski guru - nawołuje, by zerwać więzi rodzinne, by nie liczyć się z uczuciami bliskich sobie ludzi, by zapomnieć o nich, odwrócić się i odejść, całkowicie poświęcając się tylko sprawom ruchu religijnego... Gdyby dzisiaj ktoś tak postąpił, gdyby zostawił starych rodziców i żonę z dziećmi, to przecież nie patrzylibyśmy na niego z podziwem, jak bardzo się "poświęcił", lecz jako na niegodziwca bez serca. Takie postępowanie jest nieludzkie i ten, kto tak czyni wcale nie podoba się Bogu. Gdyby Jezusowi rzeczywiście chodziło o to, by zerwać więzi i zostać celibatariuszem dla Królestwa Niebieskiego, to by znaczyło, że wcale nie jest on Bogiem, a tylko człowiekiem, i to podłej natury.

By zrozumieć tą wypowiedź Chrystusa, trzeba się cofnąć jeszcze odrobinę, bowiem wszystko rozpoczyna się od spotkania z pewnym młodzieńcem. "I zapytał go pewien dostojnik tymi słowy: Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby odziedziczyć żywot wieczny? Rzekł do niego Jezus: Dlaczego zwiesz mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg. Znasz przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa, czcij ojca swego i matkę swoją. Ten zaś rzekł: Tego wszystkiego przestrzegałem od młodości. A gdy to Jezus usłyszał, rzekł do niego: Jeszcze jednego ci brak. Sprzedaj wszystko, co tylko masz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, a potem przyjdź i naśladuj mnie. Ten zaś, usłyszawszy to, zasmucił się; był bowiem bardzo bogaty. A Jezus, gdy go takim ujrzał, powiedział: Jak trudno tym, którzy mają majętności, wejść do Królestwa Bożego. Łatwiej bowiem wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego. A ci, którzy to usłyszeli, rzekli: Któż tedy może być zbawiony? On zaś rzekł: Co niemożliwego jest u ludzi, możliwe jest u Boga" (Ewangelia Łukasza 18, 18 - 27). 

Jezusowi wcale nie chodziło o to, by uczniowie nie mieli własnych domów czy majętności, lecz o właściwy porządek priorytetów życiowych. W odpowiedzi na pytanie o zbawienie, Jezus pokazuje, jak powinna wyglądać hierarchia priorytetów w naszym życiu. Gdy Piotr wspomina o tym, że oni, apostołowie, zostawili wszystko i poszli za Jezusem, by Jego słuchać, Jezus mówi jakby: i o to właśnie chodzi! Oni musieli pozostawić swe domy i rodziny na jakiś czas, by móc chodzić z Jezusem, słuchać Go, uczyć się od niego, by potem móc być dla Boga użytecznymi, by wypełnić misję zakładania Kościoła i głoszenia Ewangelii wciąż dalej i dalej. "Ekipa Jezusa" musiała być wciąż bardzo mobilna. Gdy czytamy Ewangelie, widzimy w nich Chrystusa, który wciąż i wciąż podróżuje - choć na dość małym obszarze - i to najczęściej pieszo. A apostołowie wraz z nim. Jak niby mieliby wędrować za Jezusem, by Go słuchać, z całymi swymi rodzinami i może jeszcze dobytkiem? Trudno mi sobie wyobrazić Jezusa wędrującego z całą karawaną - tym bardziej, że nieraz w drodze były poważne kłopoty a nawet niebezpieczeństwa. Dlatego ci, których powołał, musieli czasowo opuścić swe domy i bliskich, by poświęcić czas i przygotować się do czegoś znacznie ważniejszego. 

Nie wierzę w to, by nie mieli w tym czasie kontaktu ze swymi bliskimi i nie zachodzili do swych domów, gdy była okazja, by nie pielęgnowali więzów rodzinnych i by się nie troszczyli o to, jak im się powodzi. Fakt, że nam o tym nie opowiedzieli w swych pismach, wcale nie znaczy, że tak nie było - po prostu nie jest to istotne w "ewangelicznym orędziu". Potem zresztą znajdujemy świadectwo życia rodzinnego apostołów: "Czy nie wolno nam zabierać z sobą żony chrześcijanki, jak czynią pozostali apostołowie i bracia Pańscy, i Kefas?" (1. List do Koryntian 9, 5). To dowodzi dobitnie, że to opuszczenie najbliższych i domu było tylko czasowe, z konieczności, i że wcale nie żyli potem w samotności i celibacie! Najważniejsi ludzie w Kościele byli żonaci i "dzieciaci"! Jednak Bóg i sprawy Królestwa Niebieskiego są zawsze najpierwsze - i o to chodziło też Chrystusowi. Chodzili za nim uczniowie, ale tak naprawdę Jezus całe rodziny przygotowywał do stania się częścią Kościoła i posługi w Kościele.

wtorek, 4 października 2016

Świat pogrązony w ciemności

Wracam jeszcze myślą do tematu aborcji i trwających protestów. Żyjemy w dziwnych czasach i w bardzo dziwnym świecie. Staram się dość uważnie i wnikliwie przyglądać naszej rzeczywistości i zauważyłem coś doprawdy zadziwiającego. Otóż ci sami ludzie, którzy głoszą poglądy o "prawie kobiety do decydowania", dostępności aborcji - i to czasem nawet aborcji na życzenie! - równocześnie: 1) myślistwo uważają za zbrodniczy proceder; 2) występy cyrkowe uważają za bestialskie dręczenie zwierząt; 3) dawanie klapsów dzieciom uważają za przemoc; 4) są przeciwko karze śmierci za zbrodnie... Czyż nie jest to absurdalne?

Nieraz, gdy "lewa strona" zaczyna rozmawiać o "prawach zwierząt" i "potrzebie" wprowadzenia zakazów występów cyrków ze zwierzętami, albo o "skandalicznym procederze" polowań, ja "wsadzam kij w mrowisko" i zadaję proste i logiczne pytanie: "A aborcja? Co myślicie o zabijaniu nienarodzonych ludzi?" Zwykle w tym momencie robi się afera, że jakiś "nawiedzony fanatyk" w ogóle porusza tą sprawę. Zawsze się znajdzie ktoś, kto rzuci: "a co to ma do rzeczy?" Ma! Bo jeśli głosi się hasła w rodzaju: "zwierzę nie jest rzeczą" (z czym się najzupełniej zgadzam!), to tym bardziej człowiek, to zawsze jest KTOŚ, a nie "coś"! Tak samo, gdy mowa jest o "bezstresowym wychowaniu", też lubię zapytać o aborcję. Bo jak to możliwe, że klaps (nawet 100% zasłużony i potrzebny!) jest dla ludzi "okrucieństwem", a nie jest nim dla nich rozerwanie na kawałki ciała dziecka w brzuchu kobiety? Ludzie oburzają się na kontrowersyjne wystawy "prolajferów", ale za okrutne nie uważają tego, co jest pokazane na eksponowanych zdjęciach, lecz ich eksponowanie. Jeśli za danie dziecku klapsa można być postawionym przed sądem, a nawet trafić do więzienia, a "aborcja musi być legalna i dostępna", to jest to czysta paranoja!


Żyjemy w chorym świecie, śmiertelnie skażonym przez grzech. W świecie tym zło jest nazywane dobrem, bandytyzm - szlachetnością; dobro zaś jest nazywane złem, miłość - fanatyzmem a troska o drugiego człowieka arogancją. Ludzie tego świata światłość nazywają "ciemnotą", a ciemność "oświeceniem"! "A na tym polega sąd, że światłość przyszła na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność, bo ich uczynki były złe. Każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światłości i nie zbliża się do światłości, aby nie ujawniono jego uczynków. Lecz kto postępuje zgodnie z prawdą, dąży do światłości, aby wyszło na jaw, że uczynki jego dokonane są w Bogu" (Ewangelia Jana 3, 19 - 21). 

Nie zmienimy tego świata, lecz nie wolno nam się poddać - żyjąc w światłości, którą dla nas jest Chrystus, powinniśmy nieść tą światłość w tym świecie. "Nikt też nie zapala świecy i nie nakrywa jej naczyniem ani nie stawia pod łóżkiem, ale stawia ją na świeczniku, ażeby widzieli światło ci, którzy wchodzą" (Ewangelia Łukasza 8, 16). Nie zmienimy i nie uporządkujemy tego świata... A jednak nasz, chrześcijański głos jest ważny - także w sprawie aborcji - i powinien brzmieć tak głośno, jak to tylko możliwe. Powinniśmy wołać w ciemnościach tego świata, przyzywać ludzi do Chrystusa - Pana ŻYCIA - w nadziei, że światłość się rozszerzy dalej wśród tych ciemności świata... Ten świat nie stanie się nigdy moralnie poukładanym - my zaś powinniśmy dbać o to, by doskonalić w nas samych porządek moralny i świecić, ŚWIECIĆ!

poniedziałek, 3 października 2016

Diabelstwo na ulicach

"Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz. Stworzył go na obraz Boga - stworzył ich jako mężczyznę i kobietę. Potem błogosłąwił im Bóg i tak do nich powiedział: rozradzajcie się i rozmnażajcie, napełniajcie ziemię..." (1. Księga Mojżeszowa 1, 27 - 28 - tłum. przekład literacki EIB)
Bóg dziś niewątpliwie ze smutkiem spogląda na Polskę, widząc ludzi, którzy wyszli na ulice, by toczyć bój przeciw błogosławieństwu, którego On udzielił ludzkości, przeciwko życiu, które jest Jego darem, Jego tchnieniem. Oficjalnie protestują dziś ludzie przeciw zaostrzeniu prawa dot. aborcji czy też jej całkowitego zakazu, a naprawdę słychać głosy za aborcją na życzenie. Jeśli Bóg jest dawcą życia i powiedział: "nie będziesz mordował" (2. Księga Mojżeszowa 20, 13), to w czyim imieniu działają i nauczają ci, którzy opowiadają się za aborcją? Jeśli człowiek nie służy Bogu i nie żyje według Słowa Bożego, tym samym słucha diabła i diabłu służy. Gdy człowiek zwraca się przeciwko Bogu, gdy pogardza Słowem Bożym i gdy chce niszczyć to, co pochodzi od Boga, to jest to w gruncie rzeczy... praktyka satanistyczna. Nawet jeśli nie jest to wiara i rytuały, to jest to wykonywanie poleceń diabła. Jezus mówi o diable, że "on od początku był mordercą" (Ewangelia Jana 8, 44) - każdy, kto opowiada się za zabijaniem niewinnych, ma w tym także swój udział. Jeśli więc na ulicach nawołuje się do prawa do uśmiercania niewinnych, to znak, że na ulice wyszedł szatan, a z nim jego uczniowie.

Bóg, obdarzając człowieka zdolnością do rozmnażania się, wypowiedział słowa błogosławieństwa. Stąd bierze się też zwyczajowe określenie kobiety w ciąży, że jest ona "w stanie błogosławionym". Dziecko nigdy nie jest przekleństwem kobiety - zawsze jest błogosławieństwem! Czasem ktoś pyta: "A co jeśli kobieta została zgwałcona?" Odpowiadam zwykle: "winny powinien być ukarany, a czemu winne jest dziecko, że ma ponieść śmierć?" Nawet w tak skrajnych przypadkach dziecko jest błogosławieństwem, bo jego życie jest darem od Boga. Jest oczywiste, że zgwałcona kobieta przeżywa dramat, ale... te, w których zwyciężyła miłość i urodziły, często świadczą później, że dziecko wynagrodziło im całe zło, którego doświadczyły. Myślę, że każda kobieta będąca w takiej sytuacji i pragnąca aborcji, powinna usłyszeć: a skąd wiesz, czy własnie nie próbujesz się pozbyć swego największego błogosławieństwa, swego daru od Boga, który ma przywrócić ci radość i uśmiech?

Dzieci są błogosławieństwem danym ludziom od Boga. Są jednak także dla człowieka "zadaniem specjalnym" - Bóg powierza rodzicom opiekę i dzieło wychowania nowego człowieka. Bóg dał nam zdolność współżycia i "w bonusie" jeszcze i to, że jest ono przyjemne dla człowieka, ale też jasno dał do zrozumienia, że nie jest to zabawa, w sposób oczywisty określił, czemu ma to służyć. Seks nie jest dla dzieci, które się chcą bawić - do seksu trzeba podchodzić w sposób dojrzały i świadomy, pamiętając czemu on służy, do czego prowadzi. Często słyszę o "prawie wyboru", "prawie do decydowania". Jest dla mnie oczywiste, że każdy człowiek ma prawo wyboru. Bóg nikogo nie zmusza do tego, aby miał dzieci. Człowiek może dokonać wyboru: "podejmuję współzycie seksualne", lub "nie podejmuję współżycia seksualnego". Potem zaś trzeba "przyjąć na klatę" skutki decyzji. Seks jest dla ludzi dojrzałych i odpowiedzialnych. Między innymi dlatego Bóg ustanowił instytucję małżeństwa. Ożenisz się mężczyzno, wyjdziesz za mąż kobieto - wóczas i tylko wówczas możesz dopełnić jedności małżeńskiej poprzez zjednoczenie cielesne. Niestety, mamy w okół wielu ludzi, których ciała osiągnęły dorosłe kształty, ale w środku jest dziecko (i nie mam wcale na myśli fizycznej obecności dziecka w kobiecie, lecz psychikę), osoba niedojrzała, która jest zapatrzona w siebie i niezdolna do odpowiedzialności. Jest jeszcze jeden wybór, którego kobieta może dokonać: jeśli naprawdę nie może lub nie chce się dzieckiem zajać, to są inne kobiety, które gorąco pragną dzieci, a nie mogą ich rodzić.

Kolejna myśl. Często słyszę: "Kościół nie powinien się mieszać w te sprawy..." albo: "Wy to tacy mądrzy, a jak trzeba pomóc kobiecie, to nie ma nikogo". Pozwólcie, że posłużę się przykładem Kościoła katolickiego (bo gdy pada słowo "Kościół" to zazwyczaj chodzi o katolicki). Niedaleko mojego domu jest dom samotnej matki prowadzony przez "Caritas" i siostry nazaretanki. W moim mieście jest także przedszkole dla dzieci z ubogich rodzin, prowadzone przez zakonnice. Te same siostry prowadzą też tzw. "okno życia". Jest też katolicki dom opieki, który jeszcze nie tak dawno był sierocińcem. Niedaleko mojego miasta siostry elżbietanki prowadzą sierociniec / DPS, w którym pod ich opieką są ciężko chore dzieci. Diecezjalna "Caritas" prowadzi niedaleko duży dom dziecka. W niemal każdej parafii działają też "parafialne zespoły Caritas". Także Kościoły ewangelickie i ewangeliczni chrześcijanie zaangażowani są w pomoc rodzinom, samotnym matkom i dzieciom. Gdyby wszystkie te miejsca, gdzie prowadzona jest służba pomocy bliźniemu ze względu na wiarę, w imię Jezusa Chrystusa, zaznaczyć na mapie Polski, to znaki te pokryłyby cały kraj! A jak by wyglądał ten nasz kraj, gdyby na mapie zaznaczyć te miejsca, gdzie podobna pomoc jest świadczona przez lewicowych aktywistów? Czy ktoś mi może wskazać choćby jeden taki ośrodek? Nie proście więc lepiej, drodzy "postępowi liberałowie", Kościoła / Kościołów, by się przestały mieszać w te sprawy! Też często słyszymy: "was nie obchodzi los kobiet, tylko chcecie zakazać aborcji"! A jaka jest prawda? W Stanach Zjednoczonych i Kanadzie wielu "pro-liferów" traktowanych jest jako przestępcy - oskarżanych i nawet osadzanych w więzieniu - właśnie za to, że próbują docierać do kobiet, przekonywać, aby nie dokonywały aborcji, że życie ma wartość, a jednocześnie wspierać i pomagać.

Ostatnia myśl (być może trochę złośliwa). Bóg jest "pro-life", a diabeł jest "pro-choice". Czy to nie diabeł powiedział człowiekowi w ogrodzie Eden, że może dokonać włąsnego wyboru, innego niżwola Boga? Bóg jest światłością, sztana ciemnością. Światło oznacza też życie, a mrok kojarzy się ze śmiercią. Mrok i czerń są także elementami pop-kulturowego kultu diabłą i śmierci. Nie jest też przypadkiem, że anioły są białe i świetliste, a diabeł w ludzkich wyobrażeniach jest czarny i kosmaty. Ciemność także na kartach Biblii jest symbolem diabła. Mamy teraz "czarny protest" i... skojarzenia nasuwają się same. Znakomicie zilustrował to Franciszek Kucharczyk, felietonista "Gościa Niedzielnego", którego anty-aborcyjny felieton pt. "Misja pionków" gorąco polecam do przeczytania i głębszego rozważenia.


niedziela, 2 października 2016

Człowiek na 100%

"Nie pożądaj domu bliźniego swego, nie pożądaj żony bliźniego swego ani jego sługi, ani jego służebnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego" (Księga Wyjścia 20, 17)
Czasem tak bardzo trudno nam się pogodzić z tym, że mamy obok siebie ludzi, którym się lepiej powodzi, niż nam: są sławni - my zaś tylko znani wąskiemu gronu; są wpływowi - z nami zaś nikt się nie liczy; są bogaci - a my zastanawiamy się jak przetrwać; mają willę z basenem - my ciśniemy się w bloku; inni mają jaguara i mercedesa w garażu - my nadgryzionego przez rdzę starego opla; inni lecą na wakacje na Karaiby - nas nie stać na Ciechocinek... Czasem słychać o kimś, komu się lepiej powiodło w życiu: "ten to ale nakradł!", a gdzieś spomiędzy tych słów przebija: "a mnie się nie udało, a tak chciałbym mieć takie pieniądze". Nie brak i takich, których najbardziej cieszy, gdy bogatemu się "powinie noga", lub gdy nagle traci swe bogactwa - bo może wreszcie on także będzie jeździł zardzewiałym starym oplem.

Nie zazdrość nigdy nikomu niczego - nie warto. Nigdy, w całych dziejach naszego świata, z zazdrości nic dobrego nie wynikło - z niej są tylko podziały i konflikty. Jeśli w twoim sercu jest zazdrość, a może nawet zawiść, to nie będzie to miało najmniejszego wpływu na życie tego, którego pozycja i powodzenie "kłują cię w oczy", lecz tylko na twoje życie, i będzie je niszczyć. Zazdroszcząc komuś, nie zakopiemy tym uczuciem rozpadliny pomiędzy swoim życiem a "lepszym" życiem tego, który ma więcej, niż my. Czasem mówi się: "zazdrość go zżera" - i to jest prawda, bo zazdrość przeżera serce i duszę tego, kto ją względem kogoś żywi. Zazdrość jest przeciwieństwem miłości - "miłość (...) nie zazdrości" (1. List do Koryntian 13, 4), zawiść zaś jest przekleństwem, przeciwieństwem błogosławieństwa, a my mamy ludzi miłować i im błogosławić. Zazdrość prowadzi do zgorzknienia i duchowego zatrucia, a miłość i "sianie" błogosławieństwami, ożywiają i koją. 

Żyjąc tak, żyjąc w miłości do Boga i ludzi, możemy żyć piękniej, niż ci, którym - jakby się zdało - "jest czego zazdrościć"! Jeśli mamy to, co potrzebne do życia, to czyż trzeba czegoś więcej? Czyż nie mamy dosyć? Czyż nie mamy za co dziękować Bogu? Wielu próbuje uczyć innych, jak zarabiać i jak dążyć do zostania "człowiekiem sukcesu", a Bóg chce nas nauczyć jak po prostu być człowiekiem, tak na 100%, i żyć własnym życiem.

sobota, 1 października 2016

Wolność

"Haniebne, bluźniercze sceny ujrzeli widzowie w bydgoskim Teatrze Polskim. Skandaliczny spektakl "Nasza przemoc, wasza przemoc" w wykonaniu aktorów z Chorwacji i Słowenii, wystawiono podczas Festiwalu Prapremier w Teatrze Polskim. Podczas przedstawienia z głośników słychać śpiewaną po niemiecku kolędę 'Cicha noc'. Na scenę wchodzi kilka par - w jednej mężczyzna z kobietą, w drugiej dwie kobiety, a w trzeciej dwaj mężczyźni. Tancerze zaczynają obcałowywać się po całym ciele. W pewnym momencie naga kobieta z muzułmańską chustą na głowie wyjmuje ze swojego krocza skręconą polską flagę. To nie koniec bulwersujących scen. W ostatniej aktor grający Chrystusa w cierniowej koronie, który wisi na krzyżu zmontowanym z kanistrów na benzynę, schodzi z krzyża i gwałci wspomnianą muzułmankę." (CHNNews.pl)

Ludzie mówią: "to odważna sztuka". O tak! Z naszego Boga, z Biblii i z wiary chrześcijańskiej zawsze można sobie "odważnie" szydzić i opluwać do woli. Bo my nie podkładamy bomb, nie wymachujemy karabinami, nie podżynamy gardeł, nie napadamy na siedziby bluźnierców. Można więc sobie pozwolić na "odwagę" zupełnie nic nie ryzykując. Ten Jezus bowiem, którym oni pogardzają i z którego szydzą, tak bardzo ich miłuje, że polecił nam, byśmy nie mścili się i również miłowali, byśmy na zniewagi i szyderstwa odpowiadali słowami Ewangelii i modlitwą, byśmy nie wojowali z ludźmi, którzy bluźnią i sprawiają nam przykrość, a nawet nas torturują i zabijają z powodu wiary w Boga, lecz byśmy wojowali z piekłem o tych ludzi. Przecież "bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich" (List do Efezjan 6, 12), a ludzie, którzy czynią wszelkie zło i pogardzają Bogiem, są tylko jego ogłupiałymi ofiarami. Ten, kto bluźni i szydzi z Boga, nie wyrządza ani Bogu, ani też Kościołowi żadnej szkody - on szkodzi tylko sobie, obnaża zgniłe od grzechów wnętrze swego serca. Oczywiście, jako chrześcijanin odczuwam przykrość, że ktoś szydzi z mojej wiary i bluźni przeciw Bogu - jednak bardziej przykry jest dla mnie fakt, że czyni to, bo jest w mocy piekła i tam też zmierza.

Nie dziwi mnie wcale, że jest głośny sprzeciw ludzi wierzących - choć może takie plugastwo wcale nie jest warte uwagi. Nie dziwię się, że poszły skargi do Prokuratury, gdyż niewątpliwie złamano polskie prawo - paragrafy dotyczące ochrony uczuć religijnych, a także ochrony symboli państwowych - i myślę, że słuszne jest, by ci, którzy prawo złamali, przez prawo zostali także z tego rozliczeni. Nie zdziwi mnie wcale, jeśli zapadną wyroki skazujące. Myślę też, że wkrótce możemy spodziewać się daleko idących "zmian kadrowych" w teatrze - myślę, że wyjdzie to placówce na dobre, gdyż "ludzi kultury" powinna cechować przede wszystkim... kultura, a w jej ramach jest także szacunek do innych. Jeśli dzięki temu uda się ograniczyć tego rodzaju bluźnierstwa, to bardzo dobrze. Wcale mi nie zależy na tym, by bluźniercy stawali przed sądami i byli zamykani w więzieniach - i myślę, że perspektywa osądzenia przez ludzi i grzywny lub "kraty" to ich mniejszy problem. Cóż bowiem znaczy najwyższa choćby grzywna i nawet lata za "kratą" wobec perspektywy piekła? Daleki jestem od tego, by wściekać się i wygrażać za to, co się stało, bo... zwyczajnie żal mi tych ludzi. 

W komentarzu do jednego z artykułów o tym skandalu, pewna kobieta napisała mniej więcej tak: "To jest sztuka, więc wszystko wolno, a idioci nie rozumieją..." Pozwoliłem sobie na postawienie dość dosadnie sformułowanego pytania: "Skoro tak, to zakładam, że nie poczułaby się pani też urażona, gdybym posiadając zdjęcie pani, lub też pani matki, w ramach 'performensu' na scenie obsikał je i obsrał? Uznałąby pani, że miałem do tego prawo w ramach 'swobody wyrazu artystycznego'?" Nie dostałęm odpowiedzi, ale myślę, że jednak poczułaby się wówczas urażona. Być może zresztą nie otrzymałem odpowiedzi, gdyż... poczuła się urażona samym pytaniem? A może by tak zrealizować i wystawić spektakl ukazujący na przykład jak obrzydliwe są przeróżne zboczenia, lub pokazujący prawdę o aborcji... Jak to wówczas będzie z tą obroną "swobody artystycznego wyrazu"? To pytanie jest, rzecz jasna, retoryczne. W podobnych sytuacjach zawsze słyszę: "Musicie być tolerancyjni i wrażliwi, szanować drugiego człowieka i akceptować go takim, jakim jest. To człowiek i też ma uczucia i potrzebuje delikatności." Jak to jest, że wszelkie prawa wolności dotyczą tylko tych, którzy plują na tradycyjne wartości? Od nas wymaga się milczenia - i to właśnie wówczas, gdy najpilniej trzeba świadczyć dobro, mówić i pomagać ludziom. Cytując Klasyka: dziwny jest ten świat... Nota bene ten właśnie Klasyk powiedział też kiedyś, że wolność w tym świecie często jest mylona ze swawolą.

Wolność nie może polegać na "róbta co chceta". Wolność nie znaczy, że możesz kogoś opluwać i deptać. Tylko głupiec uważa, że wszystko mu wolno. Mądry zaś rozumie, że wolność musi mieć granice, których nie wolno przekraczać. Tą granicą jest wolność i godność drugiego człowieka i poszanowanie dla jego przekonań i wartości życiowych. Wolność nie oznacza braku reguł. Bóg obdarzył człowieka wolnością, ale dał też przykazania - i one służą właśnie temu, by człowiek był wolnym i mógł się tą wolnością cieszyć. Szacunek do drugiego człowieka, delikatność i wrażliwość w obcowaniu z innymi ludźmi, otwartość i zrozumienie, szanowanie wolności bliźnich - to właśnie wypływa z prawdziwej, duchowej wolności. Ten, kto szydzi, bluźni i nie liczy się z drugim człowiekiem, wcale wolnym nie jest!