wtorek, 27 września 2016

Powołani do...

"Idźcie więc i pozyskujcie uczniów pośród wszystkich narodów (...) i uczcie przestrzegać wszystkiego, co wam przekazałem" (Ewangelia Mateusza 28, 19 - 20 - tłum. przekład literacki EIB)
Nie z każdym i nie zawsze można usiąść do dyskusji jako równy z równym. Jesteśmy posłami do ludzi jako nauczyciele, a nie dyskutanci! Gdy mówimy o sprawach wiary wobec niewierzących - a nawet wierzących, ale "o tyle, o ile", którzy tak naprawdę wcale nie znają Boga i nie żyją i nie wierzą według Ewangeli, chociaż potrafią być bardzo religijni - powinniśmy mieć odwagę stawać przed nimi właśnie jako nauczyciele, jako ci, którzy mają wiarę i wiedzę o prawdziwej wierze, duchowe doświadczenie i autorytet. Nie ma różnych dróg do nieba i różnych prawd, o których warto by dyskutować - jest tylko jedna droga i jedna prawda, i to my ją znamy, jeśli trzymamy się wiary i słów przekazanych nam przez Jezusa Chrystusa.

Nauczyciel jednak nie tylko powinien umieć dobrze mówić, lecz także uważnie słuchać i patrzeć. Potrzeba umieć wyłuskiwać z tego, co mówią inni i z ich życia to, co piękne, dobre i wartościowe w świetle Słowa Bożego. Naszą misją - jako chrześcijan i nauczycieli wiary - jest oczyszczanie świata ze zła, pogaństwa, prowadzenie ludzi do Chrystusa, niesienie światła pośród ciemności, ale także oszukiwanie wśród nich tego, co szlachetne, pielęgnowanie i stwarzanie warunków do wzrostu. Posłami do nauczania, powinniśmy głosić Boże prawdy cierpliwie i z miłością, a jednocześnie sami wciąż się uczyć, i wszystko to czynić w ogromnej pokorze. Zły to bowiem nauczyciel, który gromadząc wiedzę, napuszył się i myśli, że już wszystko wie i dzięki temu, co wie, jest lepszy i mądrzejszy, niż inni. Pycha dyskwalifikuje człowieka jako nauczyciela.

Dialog ma sens tylko o tyle, o ile służy nauczaniu, "pompowaniu wody żywej" dla tego świata, nasycaniu nią ludzi tak, by stawali się uczniami Chrystusa. Może też służyć poznawaniu ludzi - tak, byśmy mogli dzięki temu rozeznawać, jak możemy do tych ludzi mówić, jaką taktykę nauczania przyjąć. Gdy Ewangelia dociera do ludzi, gdy stają się uczniami Chrystusanimi, stają się także z czasem równymi partnerami w dialogu i możemy rozmawiać o zagadnieniach wiary już w zupełnie inny sposób, dzieląc się i czerpiąc jedni od drugich, rozważając to, co od siebie nawzajem słyszymy.

czwartek, 22 września 2016

Misterium życia

"Ty bowiem utworzyłeś moje nerki,
Ty utkałeś mnie w łonie mej matki.
Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie,
godne podziwu są Twoje dzieła"

(Psalm 139, 13 - 14)
Życie jest świętością, gdyż jest arcydziełem Boga. Gdyby ktoś chlusnął kwasem na obrazy Picassa czy Van Gogha, albo młotem uderzył w "Pietę" Michała Anioła, świat by zawrzał z oburzenia na taki wandalizm a ten, kto by to uczynił, zostałby osądzony i surowo ukarany. A czy człowiek nie jest więcej wart, niż obraz czy rzeźba? Każdy człowiek jest dziełem znacznie przewyższającym wszystko, cokolwiek ludzie są zdolni stworzyć. I tak właśnie powinniśmy się nazwzajem traktować - jeśli troszczymy się i chronimy dzieła rąk ludzkich, to tym bardziej powinniśmy w drugim człowieku widzieć cenne dzieło, musimy się troszczyć i chronić siebie nawzajem, każdego człowieka. 

Jednak zwolennicy prawa do zabijania (aborcji) mówią: "płód to nie człowiek, podobnie jak żołędź to nie dąb". Proste pytanie: kiedy więc człowiek staje się człowiekiem? Na to pytanie nie potrafią oni udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Różnorodność opinii jest niesamowita, gdyż... nie ma naukowych metod określenia kiedy płód staje się człowiekiem. Gdy próbują to określić, odchodzą od biologii i medycyny i zaczynają się posługiwać filozofią. A filozofia... cóż... Bywali i tacy filozofowie, którzy początek człowieczeństwa przesuwali nawet na kilka lat po urodzeniu, a nawet wielu ludzi w ogóle nie uważali za ludzi, a przynajmniej nie za ludzi w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeśli dziś ktoś mówi: "płód to nie człowiek", to trzeba przypomnieć, że kiedyś głoszono: "murzyn to nie człowiek"! Traktowanie nienarodzonych jako "zlepek komórek", jakby byli tylko czymś a nie kimś, odmawianie im prawa do bycia człowiekiem i pogardliwe określanie "płodem" czy "zygotą", nie różni się w gruncie rzeczy wcale od rasizmu - jest tak samo podłe i nieludzkie.

Skoro nie można określić w którym momencie człowiek staje się człowiekiem, to znaczy, że to nie człowiekowi dane jest decydować o człowieczeństwie, lecz jedynie Bogu, który wszystko stworzył i nas życiem obdarzył. Myślę, że człowiek staje się człowiekiem, gdy pojawia się dusza, a tylko Bóg wie, kiedy to następuje - jest to misterium, w które my nie mamy wglądu. Skoro nie można wskazać momentu, gdy "zlepek komórek" staje się człowiekiem, to pozostaje tylko uznać, że to malutkie ciałko w łonie matki to po prostu istota, godna miłości i ochrony.

środa, 21 września 2016

Jak zaspokoić pragnienie pokoju?

" [...] Dzień Pana przyjdzie jak złodziej w nocy. Gdy będą mówić: pokój i bezpieczeństwo, wtedy - niczym bóle na rodzącą kobietę - przyjdzie na nich nagła zguba i nie umkną" (1. List do Tesaloniczan 5, 2 - 3 - tłum. przekład literacki EIB)
Każdego dnia media informują nas o wojnach, zamachach, cierpieniach. Ten świat nie jest spokojnym miejscem. My, Polacy, mamy szczęście, że żyjemy w spokojnym kraju, że nie musimy się kryć przed nadlatującymi bombami i że nie świszczą nam nad głową karabionowe kule. Miliony innych ludzi nie mają tego szczęścia. Musimy być też świadomi tego, że nasz spokój i komfort mogą któregoś dnia się skończyć, że demony wojny przypomną sobie o naszym kraju nad Wisłą. Codziennie słyszymy o wojnach i przemocy i naturalne jest, że pragniemy, aby to ustało, że pragniemy pokoju.

Pragnienie to w sposób naturalny łączy ludzi o różnych przekonaniach i wierzeniach. Nawet w sercach wielu pogan jest szlachetne pragnienie, by świat ten uczynić piękniejszym i spokojniejszym, by ludzie mogli odetchnąć, żyć bez strachu w swych domach. Nie ma nikogo, kto pragnąłby pokoju bardziej, niż Bóg - bo wszelki zamęt i wszelkie wojny zostały wniesione na ten świat przez diabła. Póki trwa jednak ten świat, pokój nie jest możliwy, gdyż ludzie tkwią w pogaństwie i grzechu - nie może być pokoju, bowiem ludzie nie chcą zerwać z diabłem i powrócić do Boga. Mamy tylko spokojne rejony świata i spokojne czasy, ale nie mamy pokoju i mieć nie będziemy. Ludziom wydaje się, że przez dialog i jedność można zbudować nowy świat. Ba! Wielu myśli, że pokój jest możliwy bez Boga, a nawet, że... Bóg i wiara są przeszkodą na drodze do pokoju. Wszystkie nasze wysiłki i rozmowy pokojowe nie odnowią tego świata i nie zapanujue pokój. To stanie się dopiero, gdy nadejdzie dzień sądu, kiedy to Bóg pośle w ogień diabła i zatwardziałych pogan i grzeszników, a nowy świat odda ludziom, których serca zostały przemienione, którzy uwierzyli i zostali zbawieni.

Pragnienie pokoju jest z pewnością szlachetnym dążeniem. Pierwsze jednak, co trzeba uczynić, to zawrzeć pokój z Bogiem, a potem wzywać innych, by uczynili to samo - iść do ludzi w tym świecie i głosić Ewangelię. Pokój z Bogiem jest jedynym pokojem, jaki możemy mieć w tym świecie - nie jest on naszym osiągnięciem, lecz jest nam darowany. Każdy poganin i grzesznik powinien usłyszeć o Bogu i możliwości pojednania się z Nim, zawarcia tego pokoju. Gdy słyszę o kolejnych spotkaniach pomiędzy wyznawcami Chrystusa i poganami, których hasłem jest "pokój", to zawsze pojawia się myśl: OK, ale czy poganom i grzesznikom jest głoszona Ewangelia, czy jest kładziony fundament pod prawdziwy i trwały pokój, jaki mogą mieć już teraz z Bogiem i którym będą mogli się rozkoszować w przyszlym świecie? Czy Dalaj Lama od kogokolwiek usłyszał: "uwierz w Jezusa Chrystusa i ochrzcij się"? Jeśli nie jest głoszona Ewangelia, jeśli nie ma prób poruszania ludzkich serc i pociągnięcia ich do Boga, to wspólne rozmowy o pokoju nie mają absolutnie żadnego sensu, są stratą czasu.

Dialogowanie takie potrafi też przekształcić się w coś znacznie gorszego i gorszącego: w akceptację pogaństwa, bratanie się z poganami czy nawet (coraz częściej) wspólne modły. Tylko DO KOGO są zanoszone te modły przez ludzi, którzy mają nawet krzyże na piersiach, jeśli Bóg nie chce mieć nic wspólnego z demonami, które czczą poganie? Bóg mówi: "Przestańcie wprzęgać się w nierówne jarzmo z niewierzącymi. Cóż za towarzystwo sprawiedliwości z bezprawiem? Co za wspólnota światła i ciemności? Co za harmonia między Chrystusem a Beliarem? Gdzie częśc wspólna wierzącego z niewierzącym? Jak zgoda między przybutkiem Boga a bóstwami? My przecież jesteśmy przybytkiem żywego Boga..." (2. List do Koryntian 6, 14 - 16 - tłum. przekłąd literacki EIB). Jest paradoksem, że diabeł zastawia na nas pułapkę z szyldem: "POSZUKIWANIE POKOJU"! Diabeł oferuje nam "pokój" na swoich warunkach - pakt, cyrograf. My zaś, jeśli pragniemy prawdziwego pokoju, musimy wojować każdego dnia, uzbrojeni w krzyż Chrystusa i Słowo Boże.

Głodnych nakarmić, nagich przyodziać...

"A gdy nastał wieczór, przystąpili do niego uczniowie jego i rzekli: Miejsce to jest puste, a godzina już późna; rozpuść więc ten lud, aby poszedł do wiosek i kupił sobie żywności. A Jezus im rzekł: Nie trzeba, żeby odchodzili, dajcie wy im jeść. Oni zaś mu powiedzieli: Mamy tutaj tylko pięć chlebów i dwie ryby. A On rzekł: Przynieście mi je tutaj. I rozkazał ludowi usiąść na trawie, wziął pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, pobłogosławił, potem chleby łamał i dawał uczniom, a uczniowie ludowi. I jedli wszyscy, i byli nasyceni; i zebrali z pozostałych odrobin dwanaście pełnych koszów. A tych, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężów oprócz niewiast i dzieci" (Ewangelia Mateusza 14, 15 - 21)
Bóg jest dobry i szczodry.  Bóg obdarza ludzi tym, czego potrzebują, by żyć - bez względu na to, czy w Niego wierzą i słuchają jego słów. Ci, którzy szukali Jezusa, by go naprawdę słuchać, stanowili być może tylko niewielką część tego tłumu. Pozostałych wabiła rosnąca sława Jezusa i nadzieja oglądania cudów. A jednak Bóg polecił uczniom karmić nie tylko uczniów - tych, którzy słuchają, by się uczyć i doskonalić - lecz wszystkich ludzi, którzy tam byli. Bóg jest łaskawy także i dla tych, którzy nie wierzą w niego, a nawet dla tych, którzy czczą fałszywe bóstwa i demony. Plony ziemi nie są dane tylko wierzącym w Boga - jedynego prawdziwego Boga - lecz wszyscy otrzymują od Boga to, czego im potrzeba do życia, nawet jeśli nie znają Go lub znać nie chcą i są niewdzięczni za to, co otrzymują. Tak! Ten, kto spożywa chleb, inne "płody ziemi" i mięso, a nie dziękuje Bogu i nie uwielbia Go, jest niewdzięcznikiem! Ale łaska Boga jest wielka i obdarza On także z miłością niewdzięczników i nawet nienawistników, którzy bluźnią przeciwko Niemu. Ba! Pozwala im nawet na życie w dostatku a nawet bogactwie! I wierzący i niewierzący, i chrześcijanin i żyd i poganin, jeśli jedzą chleb i mięso, z rąk Pana je otrzymują, bo Bóg stworzył rośliny i zwierzęta, z których my mamy pokarm.

Jest to też dla nas nauka, by dzielić się z ludźmi Bożymi darami. Bóg pobudza nas do tego, byśmy troszczyli się o innych - właściwie raczej o innych, niż o samych siebie - i byśmy nie mijali nigdy obojętnie tych, którzy są w "życiowej potrzebie". Nie mamy się w tej służbie ograniczać do grona uczniów Chrystusa, ani też uzależniać świadczenia pomocy od deklaracji przyjęcia wiary czy gotowości słuchania Chrystusa. Chrystus, mnożąc ryby i chleby, nie podzielił ludzi, nie określił ani kto ma jedzenie otrzymać, ani też na jakich zasadach. Nasz Pan nie widział przed sobą w tym momencie wiernych i niewiernych, lecz zwyczajnie ludzi potrzebujących, by zaspokoić głód. Jeśli mamy przed sobą człowieka, który potrzebuje, by się nim zająć, by zatroszczyć się o jego sprawy, to naprawdę nie jest ważne, kim on jest - ważne jest to, byśmy swoim postępowaniem względem niego odzwierciedlali Jezusa Chrystusa. Nasze ręce, gdy służymy, są rękoma Chrystusa okazującego łaskę ludziom. Tak, jak wówczas Bóg uczynił łaskę ludziom poprzez ręce swych uczniów.

piątek, 16 września 2016

Wolność

„Chrystus wyzwolił nas, abyśmy w tej wolności żyli” (List do Galatów 5, 1)
Zostaliśmy stworzeni, jako istoty obdarowane przez Stwórcę wolnością. Dokonaliśmy jednak fatalnego wyboru. Poskutkowało to utratą wolności. Zostaliśmy spętani przez diabła siecią grzechu. Diabeł, Wielki kłamca nazywa to „wolnością”, mówiąc: jesteście wolni, róbcie, co chcecie, nie musicie się niczym przejmować. Wmawia nawet, że... to Bóg ogranicza wolność człowieka jakimiś swoimi zasadami. Bardzo długo w swoim życiu żyłem w tej niby-wolności, a gdy próbowałem zerwać ze swoim życiem takim, jakie ono było, pętla się zaciskała i zrozumiałem, że wolny wcale nie jestem. 

Jezus przyszedł na ten świat, by zerwać te pęta, by przywrócić nam wspaniały Boży dar wolności. Posłuszeństwo Bogu, podporządkowywanie się Słowu Bożemu, nie jest ograniczeniem wolności, lecz jej pielęgnowaniem. „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko jest pożyteczne. Wszystko mi wolno, lecz ja nie dam się niczym zniewolić” (1. List do Koryntian 6, 12)


środa, 14 września 2016

Z miłości do Słowa

Wspominałem już w lipcu o nowym polskim przekładzie Biblii, dokonanym w głównej mierze i pod kierunkiem jednego z moich przyjaciół, pastora Piotra Zarembę. Jest to pierwszy przekładzie dokonany w polskim środowisku chrześcijaństwa ewangelicznego.  Brata Piotra znam od lat co najmniej 20, a może i ćwierć wieku. Jest człowiekiem zakochanym w Bogu i Człowieku Bożym, o którym może opowiadać godzinami. I cudownie jest go słuchać. Zapraszam dziś do posłuchania jego mowy o Piśmie Świętym, zarejestrowanej w sierpniu br. podczas spotkania w Centrum Chrześcijańskim "Nowe Życie" w Gdańsku. Zachęcam także do zakupu nowego przekładu Pisma Świętego. Można je nabyć m.in bezpośrednio u wydawców: Ewangeliczny Instytut Biblijny i Liga Biblijna.


poniedziałek, 12 września 2016

Powołani, by walczyć

„Jak się wam wydaje? Gdyby jakiś człowiek miał sto owiec i jedna z nich zabłąkałaby się czyż nie zostawi w górach dziewięćdziesięciu dziewięciu i nie pójdzie szukać zbłąkanej? A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę powiadam wam, że się z niej bardziej raduje, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu, które się nie zabłąkały.” (Ewangelia Mateusza 18, 12 – 13)

Odwiedziłem jakiś czas temu zaprzyjaźnionego księdza katolickiego. Znamy się od bardzo wielu lat. Poznałem go jako księdza bardzo zaangażowanego duszpastersko i ewangelizacyjne. Wymyślił on chyba najbardziej zwariowany festiwal ewangelizacyjne w Polsce, a podejrzewam nawet, że żadnej podobnej imprezy nie było na całym świecie. Miał wiele zapału i twórczych pomysłów. W ubiegłym roku wspólnie zorganizowaliśmy Wielki (i głośny!) koncert ewangelizacyjny. Ponieważ i w tym roku współtworzyłem wielką trasę misyjną, postanowiłem z nim porozmawiać o możliwym koncercie. Jakież było moje zdziwienie, gdy zupełnie nie był zainteresowany. Z dalszej rozmowy wynikało, że nie tyle nie czuję się na siłach, by coś robić, lecz nie ma siły zmagać się z innymi księżmi wokół, którzy sami nic nie robią i nie podoba im się, gdy inny ksiądz robi, bo wówczas wypadają słabo. „Ale ludzie znikają z parafii, tracą zainteresowanie jakąkolwiek duchowością i z tym trzeba coś zrobić” – powiedziałem. Usłyszałem: „No i co? Nawrócisz ich? No nie nawrócisz!” Usłyszałem też: „Ty mógłbyś zostać księdzem. Mszę byś odprawił, zaplecze do działania byś miał i święty spokój.” 

Nie jesteśmy powołani do tego, aby szukać życiowej stabilizacji i świętego spokoju. Jesteśmy powołani do walki. „Bierz udział w trudach i przeciwnościach jako dobry żołnierz Chrystusa Jezusa” (2 List do Tymoteusza 2, 3). Jesteśmy powołani do tego, by iść i nauczać, pozyskiwać ludzi dla Królestwa Bożego. Ale też odzyskiwać tych, którzy się zagubili. Jest to powołanie dusz pasterzy, lecz także każdego chrześcijanina. Czyż mamy wiedzieć spokojnie i patrzeć obojętnie na to, że ludzie znikają gdzieś na bezdrożach? Dobry pasterz to nie ten, kto rozkłada się na słoneczku i słucha, jak pobrzękują dzwoneczki na językach owiec, lecz ten, kto dogląda stada, troszczy się o owce, dba o to, by się nie rozchodziły i by nie spotkało ich nic złego. Jeśli jako Kościół nie interesujemy się ludźmi, gdzie znikają i dokąd idą, i nie próbujemy do nich dotrzeć i ich zawrócić do stada, to wiedzmy, że na pewno interesuje się nimi kto inny. Jeśli odpuszczamy, tym samym dajemy „wolną rękę” do działania diabłu.

 „Dobry pasterz życie swoje kładzie za owce. Najemnik, który nie jest pasterzem, do którego owce nie należą, widząc wilka nadchodzącego, porzuca owca i ucieka, a wilk porywa je i rozprasza ponieważ jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach” (Ewangelia Jana 10, 11 – 13). Jezus siebie nazywa pasterzem i w tym krótkim fragmencie zapowiada, co uczyni dla nas wszystkich. Jednocześnie jednak jest to dla nas lekcja dobrego dusz pasterstwa, współpracy z Pasterzem. Chrześcijanin to nie tylko „owca Pana”, ale także i juchas według Bożego powołania u boku najlepszego Bacy – Pana Jezusa. Nie dajmy się oszukać, że poszukiwanie i walka o ludzi nie mają sensu, że tylko tracimy siły i czas, zamiast zadowalać się tym, co jest, i rozkoszować się "świętym spokojem". 

piątek, 9 września 2016

Pewny fundament

"Dopóki nie przeminie niebo i ziemia, ani jedna jota, ani jedna kreska nie przeminie z zakonu, aż wszystko to się stanie" (Ewangelia Mateusza 5, 18), "Wszelkie ciało jest jak trawa, a wszelka chwała jego jak kwiat trawy. Uschła trawa, i kwiat opadł, ale Słowo Pana trwa na wieki. A jest to Słowo, które wam zostało zwiastowane" (1. List Piotra 1, 24 - 25)
Są tacy ludzie, którym wiara wydaje się być przeżytkiem, a Biblię uważają za przestarzałą księgę bez znaczenia. Martwi mnie fakt, że tak właśnie myśli coraz większe i większe grono ludzi. Cały swój świat, zamiast na trwałym fundamencie Słowa Bożego, budują na zmieniających się trendach kulturowych i "filozofiach życia". "Każdy więc, kto słucha tych słów moich i wykonuje je, będzie przyrównany do męża mądrego, który zbudował dom swój na opoce. I spadł deszcz ulewny, i wezbrały rzeki, i powiały wiatry, i uderzyły na ów dom, ale on nie runął, gdyż był zbudowany na opoce. A każdy, kto słucha tych słów moich, lecz nie wykonuje ich, przyrównany będzie do męża głupiego, który zbudował swój dom na piasku. I spadł ulewny deszcz, i wezbrały rzeki, i powiały wiatry, i uderzyły na ów dom, i runął, a upadek jego był wielki" (Ewangelia Mateusza 7, 24 - 27). Tak, jak dom potrzebuje mocnego fundamentu, tak samo nasze życie potrzebuje solidnej podstawy i stałęgo punktu odniesienia w ważnych kwestiach życiowych i moralnych.

Lubię dyskutować z ludźmi o ważnych sprawach życiowych i moralnych. Rozmowy takie bywają oczywiście bardzo trudne, bo jest to ścieranie się nie tylko różnych poglądów i sposobów życia, lecz także dwóch potęg duchowych. Przy okazji jednej z takich rozmów, gdy przypomniałem co Słowo Boże mówi o omawianym problemie moralnym, pewna młoda kobieta napisała: "stare przeminęło, nastało nowe". To znaczy: "chrześcijaństwo jest passe! Biblia jest passe!" Dłuższy czas zastanawiałęm się, co jej odpowiedzieć, aż wreszcie napisałem: "Wiesz, Bóg stworzył ten świat, a potem diabeł wniósł w ten świat coś 'nowego'..." Nim przyjmie się coś nowego i nim zacznie się według niego żyć, warto rozważyć skąd to pochodzi i dokąd prowadzi.

środa, 7 września 2016

Zbliżenie

"Potem ukazał mu się Pan w dąbrowie Mamre, gdy siedział u wejścia do namiotu w skwarne południe. A podniósłszy oczy, ujrzał trzech mężów, którzy stanęli przed nim. Ujrzawszy ich, wybiegł od wejścia do namiotu na ich spotkanie..." (1. Księga Mojżeszowa 18, 1 - 2)
Scenę tą przedstawia kolejna ikona ze zbiorów muzeum na Zamku Górków w Szamotułach, jaką chciałbym się z wami podzielić. Również przed nią spędziłem sporo czasu, nie tylko kontemplując sztukę, lecz także medytując nad jej treścią


Na obrazie tym mamy ten sam motyw, co na "Świętej Trójcy" Rublowa. Malowidło, które wyszło spod ręki Rublowa jest nie tylko ikoną samą w sobie, ikoną jako obrazem, lecz także ikoną - symbolem starotestamentalnego objawienia Boga Trójjedynego. Obraz Rublowa jest doskonały, jako dzieło sztuki i jako pewnego rodzaju "traktat teologiczny", lecz równocześnie jest niepełnym obrazem tego, co zdarzyło się w Mamre. Ta XIX - wieczna ikona ruska, napisana przez anonimowego ikonopisa, ujęła mnie właśnie pełnią biblijnej treści, gdyż prócz Boga - objawiającego się pod postacią aniołów - jak u Rublowa, mamy także Abrahama i Sarę. Cóż takiego wyczytuję z tej jakże wspaniałej sceny?

Oto Bóg przychodzi do człowieka! Bóg zniża się do ludzi, by dać okazję bliskiego obcowania z sobą, by stać się dla ludzi bliższym, by rozmawiać, by  zawrzeć przymierze... Najpełniej Bóg przyszedł do nas znacznie później, jako Jezus Chrystus. Cofnijmy się teraz o wiele wieków. Adam i Ewa mieli niezwykły przywilej życia w prawdziwej bliskości z Bogiem w raju, lecz sami zerwali tą więź, przez grzech oddalili się od Boga. Gdy skryli się w zaroślach, słyszeli, jak Bóg ich woła i poszukuje. Bóg wiedział, że się skryli, wiedział dlaczego i wiedział gdzie. Gniewało go nieposłuszeństwo i wiedział, że musi osądzić postępek ludzi. Jego "poszukiwanie" po ogrodzie jest dla mnie znakiem wyjścia naprzeciw człowiekowi. Bóg zawsze wychodzi człowiekowi naprzeciw. Pierwszy krok do zbliżenia się człowieka i Boga zawsze jest robiony przez Boga. My nie możemy nic uczynić, by być bliżej Niego, więc On na wiele sposobów zbliża się bezustannie do nas. To nie my nawiązujemy relacje z Bogiem - to Bóg nawiązuje relacje z nami, objawia się nam różnymi sposobami, odnawia zerwane niegdyś więzy. Bo w nas nie ma życia, póki życie w nas nie jest odnowione przez przyjaźń z Bogiem - żyjąc bez Boga, w grzechu jesteśmy tak naprawdę... martwi za życia, a trup jest trupem i nie może nic zrobić. Bóg wychodzi ku człowiekowi, bo człowiek nie może wyjść naprzeciw Bogu.

Ikona ta jest dla mnie pięknym obrazem tego, jak bardzo Bóg ceni sobie relacje z człowiekiem. Patrząc na nią, dziękuję Bogu za to, że nigdy się od nas nie odwrócił, że nigdy nie przestał nas szukać, że niezmiennie od wieków wychodzi ku nam, byśmy mogli żyć w odnowionych relacjach, by na nowo uczynić nas swoimi dziećmi, byśmy na nowo mieli życie i to życie w pełni obfitości.

Droga, prawda i życie

"Niechaj się nie trwoży serce wasze; wierzcie w Boga i we mnie wierzcie! W domu Ojca mego wiele jest mieszkań; gdyby było inaczej, byłbym wam powiedział. Idę przygotować wam miejsce. A jeśli pójdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do siebie, abyście, gdzie Ja jestem, i wy byli. I dokąd Ja idę, wiecie, i drogę znacie. Rzekł do niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz, jakże możemy znać drogę? Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie" (Ewangelia Jana 14, 1 - 6)

Gdy trafiłem na to zdjęcie, nie mogłem się nie uśmiechnąć. :) Ten przedziwny wrak, pewnie pozostawiony gdzieś na pustkowiu, jest wielce oryginalną pamiątką po ciekawych ludziach i ciekawych czasach. Były to lata 60-te i początek 70-tych, czas wielkich, kulturowych przemian wśród młodych, epoka hipisów i świetnego folk-rocka. Właściwie nie były to przemiany kulturowe, lecz kulturowa rewolucja, bunt przeciw światu, przeciw skostniałym strukturom, przeciw przemocy i wojnom. Rewolta ta - trzeba powiedzieć otwarcie - wywołana została i sterowana była przez ludzi niegodziwych, którzy wyeksportowali na zachód demoniczne wierzenia i praktyki z Azji, okultyzm i narkotyki. Byli jednak wśród hipisów i tacy, którzy wbrew temu wszystkiemu poszli w inną drogę. Ich hasłem było "ONE WAY", a drogą tą był Jezus. Nie wstydzili się przyznawać do Niego, śpiewać o Nim i głosić Jego Ewangelię swym zbuntowanym rówieśnikom. Patrzę z uśmiechem na tego starego grata, bo... chętnie bym ruszył w drogę do ludzi, tak właśnie w stylu "Jesus people", jak sami siebie określali chrześcijańscy hipisi.

Chrystus jest DROGĄ, po której możemy stąpać pewnie. DROGĄ, która... sama nas prowadzi do celu, którym jest Bóg. Potrzeba tylko, byśmy pilnowali kursu, nawigując przez życie według Słowa Bożego, baczyli na zawarte w nim drogowskazy. Chrystus jest PRAWDĄ, która czyni nas wolnymi i uskrzydla. Prawda jest niczym wiatr, który ma moc nadać nam prędkość i siłę, byśmy mogli przebijać się przez naszą codzienność. Chrystus jest wreszcie ŻYCIEM - jest tym, za którego sprawą jesteśmy odrodzeni, który żyje w nas, dzięki czemu jesteśmy bardziej żywi niż ci, którzy wprawdzie oddychają i chodzą, lecz nie znają Pana - bo Chrystus jest sam w sobie ŻYCIEM.

Chrystus jest JEDYNĄ DROGĄ. 
Chrystus jest CZYSTĄ PRAWDĄ. 
Chrystus jest PEŁNIĄ ŻYCIA.

Czy chrzczenie dzieci ma sens?



Od kilku dni wokół tego - trzeba przyznać zabawnego filmiku - opublikowanego na jednym z serwisów społecznościowych, rozgorzała dyskusja nad sensownością chrztu dzieci. Nie w kwestii chrztu niemowląt - jak to jest u katolików, prawosławnych, anglikanów, luteran, etc. - lecz w kwestii wieku, w którym należy dokonywać chrztu. Filmik ten można określić słowami: "i śmieszno, i straszno", bowiem jest obrazem zbłądzenia wspólnot chrześcijańskich, które zbyt lekko traktują sprawę chrztu. Widzimy tu dziecko, które wyraźnie nie rozumie, czym jest chrzest i pastora, który... najwyraźniej też tego nie rozumie, bo śmieje się i uważa chrzest za dokonany - tymczasem żaden chrzest się w rzeczywistości nie odbył, a po prostum dziecko zanurkowało w chrzcielnicy.

Chrzest to nie jest samo zanurzenie w wodzie. Chrzest ma sens tylko wówczas, gdy jest konsekwencją nawrócenia i wiary, gdy jest świadomym wyborem Chrystusa jako drogi życia. Nigdzie w Słowie Bożym nie mamy określonego minimalnego wieku dla chrztu, jednak uważam, że nie powinno się chrzcić osób poniżej 12 - 13 roku życia. Dlaczego? Bowiem dopiero w tym wieku zaczyna się rozwijać silnie świadomość i osobowość. Nie jest przypadkiem, że bywa to określane jako "trudny wiek" - okres buntu, prób stawiania na swoim... To czas dojrzewania, dorastania do samostanowienia. Gdy człowiek ma 14 - 15 lat, jest to czas pierwszych "życiowych" decyzji. I to jest dobry okres na chrzest, który jest przymierzem z Bogiem zawieranym na całe życie. Tak więc, chociaż Bóg nie mówi nam od jakiego wieku należy chrzcić, to podpowiada to zdrowy rozsądek i rozeznanie w kwestii dojrzewania.

Zadziwia mnie fakt, że są społeczności, które chrzczą dzieci, a wciąż określają się jako "ewangeliczne - baptystyczne". Gdy przy filmiku wyraziłem swoje zdanie w kwestii minimalnego wieku kandydatów do chrztu, pewien człowiek napisał: "W większości naszych Kościołów nie ma minimalnego wieku, kiedy można dokonać chrztu. Jeśli potrzeba, zawsze możemy potem oddać swoje życie Jezusowi albo ochrzcić się ponownie. Jutro nie jest obiecane i nie ma pewności, że ktoś dożyje wieku 12 ./ 13 lat." W Słowie Bożym znajdujemy wspomnienie pewnego zdarzenia: "A gdy tak jechali drogą, przybyli nad jakąś wodę, a eunuch rzekł: Oto woda; cóż stoi na przeszkodzie, abym został ochrzczony? Filip zaś powiedział mu: Jeśli wierzysz z całego serca, możesz. A odpowiadając, rzekł: Wierzę, że Chrystus jest Synem Bożym. I kazał zatrzymać wóz, zeszli obaj, Filip i eunuch, do wody, i ochrzcił go" (Dzieje Apostolskie 8, 36 - 38). Owo "jeśli wierzysz" jest niezwykle istotne i choć nie powtarza się w Biblii dosłownie, to zawsze, gdy jest mowa o chrzcie, jest też mowa najpierw o wierze, i to będącej świadomym wyborem. 

W Słowie Bożym nie ma też nic o powtórnym chrzczeniu "w miarę potrzeby". Jest zawsze tylko jeden chrzest. Owszem, chrzest powinien być dokonany, jeśli wcześniej człowiek został ochrzczony bez świadomej włąsnej wiary - jako niemowlę czy dziecko. Ale to znaczy tylko tyle, że to, co zostało dokonane wcześniej, żadnym chrztem tak naprawdę nie było i nie ma żadnego duchowego znaczenia - ani dla Boga, ani dla człowieka. To oczywiście prawda, że nie ma żadnych gwarancji, że dziecko dożyje wieku 12 czy 13 lat. Ale nie ma też przecież żadnych gwarancji, że dożyje wieku 5 lat. Nie ma też żadnej pewności, że dożyje 5 dnia po urodzeniu. Ba! Nikt nie zagwarantuje też, że na pewno nie umrze, zanim się narodzi, więc może należałoby znaleźć metodę chrzczenia jeszcze nienarodzonych tak "na wszelki wypadek"?! Oczywiście ironizuję. Teraz już na poważnie: nie chrzest zbawia człowieka, lecz wiara, której chrzest jest tylko konsekwencją i przypieczętowaniem. Ponadto Słowo Boże mówi: "Wtedy mu przyniesiono dzieci, aby włożył na nie ręce i modlił się; ale uczniowie gromili ich. Lecz Jezus rzekł: Zostawcie dzieci w spokoju i nie zabraniajcie im przychodzić do mnie; albowiem do takich należy Królestwo Niebios. I włożył na nie ręce, po czym odszedł stamtąd" (Ewangelia Mateusza 19, 13 - 15). "Gdybyście byli ślepi, nie mielibyście grzechu..." (Ewangelia Jana 9, 41). Nie potrzeba ratować dzieci przed wiekuistym zatraceniem, bowiem Bóg odpuszcza im ze względu na nieświadomość. A jeśli dzieciom potrzebny jest chrzest, to dlaczego Jezus tego nie mówił i tylko im błogosławił?

Możemy się śmiać z tego filmiku, lecz naprawdę pokazuje on poważny kryzys wiary i praktyki chrześcijańskiej. Słowa: "nie ma ustalonego minimalnego wieku dla chrztu" nasunęły mi skojarzenie: nie ma też ustalonego minimalnego wieku, od którego można być nauczycielem w Kościele, kaznodzieją i... są takie społeczności, gdzie dzieci wpuszczono na kazalnice i pozwolono nauczać! A przecież aby nauczać wpierw samemu trzeba być dojrzałym w wierze i posiadać mądrość i wiedzę. Kościół musi kierować się nie tylko wiarą, lecz także rozsądkiem, by nie stać się karykatorą samego siebie. Wróćmy na koniec do chrztu. Chrzest to polecenie dane nam od Boga, nie zaś zabawa, i musi być praktykowany rozważnie i traktowany z należytą powagą.

wtorek, 6 września 2016

Zapomniałem o okularach

"Idąc drogą, Jezus zobaczył człowieka niewidomego od urodzenia. (...) Następnie plunął na ziemię, zrobił błoto i wysmarował nim oczy niewidomego. Idź i umyj się w sadzawce Siloam (to znaczy „Posłany”) – rzekł Jezus. Niewidomy poszedł, zmył błoto i wrócił uzdrowiony" (Ewangelia Jana 9, 1 i 6 - 7 - tłum. "Słowo Życia")
Wierzę, że to, co Bóg czynił kiedyś, przed wiekami, to samo może czynić także dzisiaj. Wielu z nas zmaga się z licznymi i różnorakimi chorobami. Być może jednak znacznie poważniejszym problemem, niż nasze choroby i boleści jest fakt, że pod wpływem zmieniających się czasów i coraz większej wiedzy ludzkości, staliśmy się zbyt "racjonalnie myślącymi" ludźmi i zwyczajnie trudno nam uwierzyć w cuda? Jest zdumiewające, że możemy dziś spotkać wielu ludzi, którzy nawet wierzą w Boga, ale nie wierzą w cuda. Potrafią zaakceptować fakt, że Jezus chodził i uzdrawiał a nawet wskrzeszał z martwych, ale gdy ktoś opowiada, że to samo dzieje się dziś, gotowi są go uznać za religijnego dziwaka. W sytuacji, gdy doświadczamy cudu, skłonni jesteśmy - nawet my, wierzący - szukać racjonalnych wyjaśnień dla tego, co się stało. Być może zresztą własne przez ów racjonalizm, brak wiary i zaufania do Boga, zamknięte na głucho przed mocą Boga serce, nie otrzymujemy od Pana naszego - potężnego i miłosiernego - wielu darów i cudów, jakie On dla nas ma?

Od dwóch tygodni przebywają w naszym kraju członkowie międzynarodowej grupy misyjnej Vinesong. Nad ich przyjazdem do Polski pracowałem ciężko od jesieni ubiegłego roku. Jako organizator trasy pojawiłem się w kilku miejscach, gdzie dotąd usługiwali - w Poznaniu, Gdańsku i Elblągu. Od szeregu lat zmagam się z chorobami, które utrudniają w znacznym stopniu życie. Zarówno choroby, jak i przyjmowane lekarstwa, nie wpływają dobrze na wzrok - zakłócają widzenie na przemian na dal lub na bliż, zmienia się to bardzo powoli. W ostatnim czasie byłem zmuszony sięgnąć po okulary ze szkłami +2. Gdy brałem do ręki książkę, lub jakieś czasopismo, bez okularów widziałem w ostatnim czasie zamiast rzędów liter, szare paski, a drobny druk nawet przez okulary było niezwykle trudno odczytać. Problem ten był wciąż bardzo poważny, gdy jechałem do Gdańska. W sobotni wieczór, zachęcony przez pastora Johna, modliłem się podczas wieczornego uwielbienia, mówić Bogu o swoich problemach. W niedzielę rano, gdy przyszedłem na nabożeństwo, wciąż potrzebowałem okularów, by cokolwiek przeczytać z wyłożonej literatury. bez nich wciąż widziałem irytujące szare paski, które powinny być ciągiem liter. Tak, jak wcześniej wieczorem, był też czas modlitwy o to, co nam doskwiera. Po nabożeństwie podszedłem do zborowej księgarenki i wziąłem do ręki interesującą mnie książkę. Zapomniałem przy tym nałożyć na nos okulary. Minęło kilka minut, nim zorientowałem się, że czytam bez okularów...

Oczywiście, mógłbym próbować wyjaśnić to zupełnie "racjonalnie": ciągłe zmiany ostrości widzenia. Ale wiem jedno: normalnie zmiany te zachodzą powoli i płynnie, tymczasem teraz w ciągu kilkudziesięciu minut wzrok mój się poprawił w niebywałym stopniu, tak, że z chwili na chwilę mogłem odłożyć okulary! Nie znaczy to, że nagle wszystkie problemy ustąpiły, ale fakt, że mogę dziś napisać to świadectwo bez okularów i męczenia oczu, jest dla mnie cudem.

Jedność w Prawdzie

"Napominam was tedy ja, więzień w Panu, abyście postępowali, jak przystoi na powołanie wasze, z wszelką pokorą i łagodnością, z cierpliwością, znosząc jedni drugich w miłości, starając się zachować jedność Ducha w spójni pokoju: jedno ciało i jeden Duch, jak też powołani jesteście do jednej nadziei, która należy do waszego powołania; jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest;  jeden Bóg i Ojciec wszystkich, który jest ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich" (List do Efezjan 4, 1 - 6)
Bardzo często słyszę: "czcimy jednego Boga, a reszta to mało istotne szczegóły". Równie często słyszę: "szukajmy tego, co nas łączy, a nie tego co nas dzieli". W XX i XXI wieku dwa słowa: kedność" i "ekumenizm" zrobiły oszałamiającą karierę. Przypominane są często boże wezwania do jedności, np. chrystusowe "aby byli jedno", lecz równocześnie zupełnie zapomina się o warunkach jedności, jakie mamy przekazane od Boga za pośrednictwem apostoła Pawła - nie tylko jeden Pan, ale także jedna wiara i jeden chrzest. Jedność nie może opierać się tylko na czczeniu tego samego Boga. Nie ma jedności chrześcijańskiej tam, gdzie nie ma jedności doktrynalnej i obrzędowej. Nie ma jedności tam, gdzie jeden czci tylko Boga, a inny też Maryję i świętych. Nie ma jedności tam, gdzie jeden uznaje chrzest na wyznanie wiary, a drugi chrzci dzieci. Kwestie związane z wiarą i chrztem nie są "mało istotnymi szczegółami", lecz sprawami kluczwymi dokładnie tak samo jak wiara w tego samego Boga.

Jeśli nie ma zgodności w tych kwestiach wiary, to znaczy, że potrzeba usiąść nad Biblią i szukać jedności w prawdzie, którą podaje Słowo Boże! Bóg wzywa nas do jedności, lecz sam kładzie pod tą jedność fundament. Jeśli są między nami podziały, powinniśmy dążyć do tego, by znieść je z pomocą Słowa Bożego. Słowo Boże jest tym poziomem, do którego mamy równać swoje przekonania, swoją wiarę, by była możliwa jedność. Jedność mamy budować na prawdzie, bez kompromisów. Nie próbujmy szukać jedności na innych płaszczyznach, poza Słowem Bożym - bo tam znajdziemy tylko diabelskie złudzenia. Gdy słyszymy: "ważne jest, że wierzymy w tego samego Boga", bądźmy ostrożni, bo diabeł stworzył na swoje potrzeby kuszącą podróbkę "jedności chrześcijańskiej"!