środa, 10 sierpnia 2016

Wycieczka do nieba

Śmierć zawsze niepokoiła, ale i fascynowała ludzi. Chrześcijanie nie muszą lękać się śmierci, lecz być może równie często myślą o tym, czego doświadcza się w chwili przejścia z tego świata do tamtego. Temat “życia po życiu” opisują książki okultystyczne, ale przedziwnych zdarzeń doświadczają także chrześcijanie. Opowieści o śmierci i zmartwychwstaniu... ludzi, którzy zaufali Panu, chrześcijan, są jednymi z najbardziej kontrowersyjnych świadectw.  Po długich wahaniach pozwalam sobie na prezentację wybranych opowieści z kart książki pastora Ralpha Wilkersona pt. “Trzydzieści minut w niebie” (ang. “Beypnd and back”). Nie chcę nikogo przekonywać, czy to prawda - każdy powinien to przemyśleć sam. 

Czy ja w to wierzę? Wierzę w to, co Jezus uczynił wobec Łazarza i wierzę też, że jeśli mógł to uczynić wówczas, może też czynić dziś, gdyż jest niezmiennie tym samym wielkim i wszechmogącym Bogiem. Wieloma z tych historii moje serce zostało mocno poruszone. Oto pierwsza z nich.

-----

Ralph Wilkerson: Stało się to 29 grudnia 1971 roku. Marvin Ford doznał ciężkiego, ostrego zawału serca. W tamtej chwili nie zdawał on sobie sprawy z tego, że odbędzie fantastyczną podróż w życie pozagrobowe, z której powróci po to, aby rozpocząć służbę duchową, która powiedzie go w najdalsze zakątki świata. Oto jego opowieść, którą przytaczamy za międzynarodowym magazynem "Voice":

Marvin Ford: W 1963 roku, wraz z moją żoną Olive, związaliśmy się z Christian Center (obecnie Melodyland) w Anaheim w Kaliforni. W każdą niedzielę podczas pięciu nabożeństw moja żona grała na pianinie, ja zaś kierowałem śpiewem w Zborze. W tamtych czasach zostałem awansowany na nadzorcę w jednym z największych tartaków w południowej Kalifornii. 
Od dłuższego czasu cierpiałem na silne bóle krzyża, które sprawiały mi wiele kłopotu. Wiedziałem, że pewnego dnia nie będę już w stanie zrobić ani kroku. Dlatego też 13 grudnia 1971 roku znalazłem się na oddziale La Habra Community Hospital, celem ogólnego przebadania. Wykonano wtedy u mnie wszelkie możliwe testy lekarskie.
Po pięciu dniach doktor zwolnił mnie, wyjaśniając, że cierpię na zwyrodnienie stawów kręgosłupa.
- Ale za to serce masz - powiedział - jak 25-letni mężczyzna. Powróciłem do pracy. Spędziliśmy wspaniałe Boże Narodzenie, podczas którego uwagę naszą koncentrowaliśmy wyłącznie na Chrystusie. 29 grudnia rano, podczas przesuwania ciężarów po pochylni, zsunął się nagle ładunek. Zrozpaczony próbowałem go podtrzymać, lecz obciążenie było zbyt wielkie. Poczułem, jakby coś nagle się we mnie zerwało. miałem takie uczucie, jak gdyby słoń nadepnął mi na klatkę piersiową. Ból był rozdzierający. Promieniował w dół do lewej ręki i w górę do policzka. Próbowałem podnieść lewe ramię. Bez skutku. Mimo tak wielkich dolegliwości, z uporem odmówiłem, kiedy szef ofiarował się odwieźć mnie do domu. Przydzieliłem pracę moim podwładnym i pojechałem do domu, osobiście prowadząc samochód. Mimo bólu cały czas oddychałem głęboko, aby złapać do płuc jak najwięcej tlenu. Żona odwiozła mnie do szpitala.
W ciągu paru minut kilka pielęgniarek rozpoczęło przy mnie pracę. Jedna z nich umieściła przyssawki na całej mojej klatce piersiowej, żeby zrobić EKG. Druga próbowała oznaczyć moje tętno i nie potrafiła go wyczuć. Oderwały więc przyssawki i zawiozły mnie na łóżku na Oddział Intensywnej terapii, podłączyły kroplówkę z lekami i podały mi morfinę, by złagodzić bóle.
Przyjechał mój lekarz domowy i włączył znajdujący się nad moją głową monitor, żeby obserwować każde uderzenie serca. Ponieważ doktor cierpiał akurat na zapalenie płuc, żartowaliśmy sobie, który z nas bardziej potrzebuje lekarza. Pomodliłem się za niego. Pan dotknął go i następnego ranka mój doktor już czuł się świetnie.
Stan mój rozpoznano jako ostry, głęboki zawał mięśnia sercowego. Po południu zaczęła się arytmia i migotanie serca. Przywołano kardiologa. Usłyszałem, jak powiedział do mojego doktora:
- Jim, nie ma już potrzeby wzywać mnie do tego przypadku. ten pacjent nie przeżyje nocy. Prawdopodobnie nie będzie żył dłużej, niż dwie godziny.
Myśleli, że jestem nieprzytomny i nie słyszę ich rozmowy. W międzyczasie moja żona próbowała skontaktować się z pastorem Ralphem Wilkersonem z Melodyland. Wyjechał on do Teksasu, ale spodziewano się, że wróci jeszcze tego samego dnia.Około szóstej wieczorem pastor Wilkerson przyjechał do szpitala. Doprowadził go  do mojego pokoju strażnik, który "jak się złożyło" był chrześcijaninem. (...)

Ralph Wilkerson: Śmierć jest wrogiem. W pokoju unosił się zapach śmierci. Zauważyłem jej barwę na Marvinie. Wyraźnie wyczułem ducha sprzeciwu. Modliłem się. Pielęgniarki podawały choremu tlen. Walczyłem z opozycją. Cytowałem dotyczące zmartwychwstania wersety biblijne, na przykład: "Większy jest ten, który jest we mnie, niż ten, który jest w świecie" (1. List Jana 4, 4 - przyp Br. M.). Marvin opowiada dalej:

Marvin Ford: W czasie, gdy pastor modlił się za mnie, panowała atmosfera pełna wielkiej chwały. Mimo to ciało moje stawało się coraz słabsze. tak w czwartek, jak i w piątek, nastąpiła zapaść żylna. W pierwszy dzień Nowego Roku żyły moje zapadły się po raz trzeci.
Rzuciłem okiem na wiszący na ścianie w pobliżu zegar. Było około 14.10. Do mojego pokoju zaczęła wpełzać ponura ciemność. Zaczęło się to jeszcze przed zapaścią żylną. gdy ciemność ta rozprzestrzeniała się od lewej strony mojego łóżka, równocześnie po stronie prawej zaczęło zanikać światło. Uświadamiałem sobie, że śmierć i życie prowadzą walkę o moje ciało. Chwilami przewagę zyskiwało światło, lecz za moment znów ta straszna ciemność brała górę. nagle wszystko stało się tak czarne, jak noc. Było to tak, jak w jaskiniach Carlsbad w stanie Nowy Meksyk, gdzie turystów zawozi się głęboko pod ziemię i nagle, w jednej chwili, gasi się wszystkie światła.
czułem, jak mój duch opuszcza ciało - podobnie, jak wyrwany z termosu korek. . Coraz szybciej i szybciej, jak gdyby pod kątem 45 stopni. duch mój sunął w przestrzeni, aż zacząłem widzieć mieniące się barwami tęczy, opalizujące światła, które wabiły mnie do najpiękniejszego ze wszystkich miast, jakie kiedykolwiek widziałem.
Było ono ogromne! Nie jestem w stanie opisać słowami wielkości i wspaniałości tego miasta. Wszystko w nim było przejmująco jasne. Było to tak, jak gdybym w okresie Bożego Narodzenia, podczas nocy bez smogu wleciał do Los Angeles, gdy iskrzące się światła wszelkich barw i odcieni wiszą w rzędach, sprawiając efekt zapierający dech w piersiach. Ale tutaj było to wyolbrzymione we wspaniałość i olśnienie miliony razy większe, niż cokolwiek, co nasza planeta byłaby w stanie wytworzyć.
Widziałem zrobione z perły bramy tego miasta, ulice ze złota - nie po prostu brukowane złotem, lecz same będące prawdziwym, najszczerszym złotem. Oglądałem jego ściany z będącego niebiańską zielenią jaspisu, niepodobne do niczego, co kiedykolwiek przedtem widziałem. Widziałem również jakby żyłę marmuru biegnącą przez całe miasto. Istniały tam barwy nie do opisania, bo jak można opisać kolor, nie porównując go do innych barw? Nie można uczynić żadnego porównania.
Potem zobaczyłem jedno lśniące światło, emanujące blask ze swego centrum, usytuowane po prawej stronie tronu Boga. Rozpoznałem je jako Jezusa, swego Zbawcę (por. Ewangelia Marka 16, 19: "A gdy Pan Jezus to do nich powiedział, został wzięty w górę do nieba i usiadł po prawicy Boga" - przyp. Br. M.). Chociaż nie widziałem Go jako istoty cielesnej, powitał On mnie serdecznie w Swej obecności. Zacząłem oddawać Mu cześć i chwalić Go. Nie istnieje tam nic z lekkomyślności, którą czasami widzimy w naszych ziemskich domach modlitwy. Nie potrafię wyrazić tej wspaniałości, ponieważ jest ona bezgranicznie nieskończona!
Wtedy wydarzyła się rzecz dziwna. Uwagę moją przykuł szpital. Ujrzałem swoje ciało leżące na łóżku. Przy szpitalnej bramie stał zaparkowany biały samochód. Do budynku weszła znajoma osoba. Widziałęm to wszystko poprzez tamte ulice ze złota. Wyglądało to tak, jak gdyby szpital nie miał dachu. Nie znałem wtedy planu pomieszczeń szpitala. Obserwując dalej, widziałem jak pastor Wilkerson wchodzi, idzie korytarzem w kierunku Oddziału Intensywnej Terapii i puka do drzwi.

Ralph Wilkerson: Tego samego dnia wcześniej, gdy w swoim gabinecie przygotowywałem się do niedzielnego kazania, poczułem nagle, że wolą Ducha Świętego jest, abym się udał do La Habra Community Hospital, żeby ponownie modlić się za Marvina. swe kroki skierowałem prosto na Oddział Intensywnej Terapii. (...) pani Ford właśnie wyszła, zmęczona godzinami oczekiwania i bezsenności. Pielęgniarka wpuściła mnie do pokoju. Podszedłem do stojącego w narożniku łóżka Marvina. Zaciągnąłem za sobą zasłonę. (...)

Marvin Ford: Pastor Wilkerson uniósł moją lewą, pozbawioną życia rękę i zaczął karcić śmierć we wszechwładnym Imieniu Jezusa, rozkazują memu duchowi powrócić do ciała.
W pokoju były trzy pielęgniarki. Dwie z nich zajęte były pracą przy moim ciele, a trzecia telefonowała. Nie mogła dostać połączenia z lekarzem, ponieważ, jak sądzę, większość personelu była w ten dzień noworoczny zajęta rozmaitymi rozrywkami. Lekarz domowy też wyszedł, pilnie wezwany do chorego. Powiedziałem:
- Panie, zdaje się, że tam na dole mają jakiś kłopot.
Poczułem szarpnięcie w kierunku ziemi. Wierzcie mi, "wiele może usilna modlitwa sprawiedliwego" (List Jakuba 5, 16). Spytałem Jezusa, co powinienem zrobić. Jego odpowiedź była pytaniem:
- A co chciałbyś uczynić?
Odpowiedziałem, że wolałbym zostać z Nim,lecz jeśli On będzie ze mną i da mi duchowe posłannictwo do spełnienia, to wtedy wybiorę powrót na Ziemię. Być może brzmi to fantastycznie i niewiarygodnie, lecz każde z tych słów jest prawdą. W dalszej rozmowie Pan zganił mnie delikatnie za zwątpienie i dał mi polecenie, którego nigdy nie zlekceważę:
- Synu, idź z powrotem. A idź z pełnomocnictwem, jako oficer, aby zjednoczyć siły z tymi z mojej armii, którzy będą wprowadzać erę panowania Mojego Królestwa.
Nie jestem w stanie wyjaśnić wszystkiego, co z tego polecenia wynika. Wiem tylko jedno - że to jest to, co On mi powiedział.
Z tymi słowami duch mój powrócił do ciała. Czułem, że jest mi zimno.  Wyjaśniono mi potem, że było to spowodowane wstrząsem. Uśmiechnąłem się do jednej z pielęgniarek, a ona znów włączyła wtyczkę do monitora. Natychmiast usłyszałem znajomy dźwięk - odgłos pracy aparatu. gdy pomyślałęm o spojrzeniu na zegar, była 14.50. Z tego czasu, który zdążył upłynąć, przynajmniej pół godziny przebywałem z Jezusem.

Ralph Wilkerson: Natychmiast po wyklęciu śmierci zauważyłem, że Marvin reaguje na otoczenie. Nie tylko uśmiechnął się do pielęgniarki, ale i powiedział:
- Och, dziękuje pastorze, dziękuję za przyjście!
Zauważyłem, że miał on jakieś przeżycie duchowe, chociaż nie wiedziałem, na czym ono polegało.
Kilka dni później ponownie odwiedziłem Marvina. zaczął mi wtedy opowiadać o swym nowym, świadomym posłannictwie zdobywania świata dla Chrystusa. Zastanawiałem się, jak ten prosty stolarz mógłby zdobywać świat. Wtedy Pan przemówił do mego serca: "Ja byłem cieślą - i Ja zdobyłem świat". Marvin opowiadał mi głównie o Ameryce Południowej, oraz o paru innych krajach, do których Pan go posłał. A oto dalszy ciąg jego opowieści:

Marvin Ford: Przez kilka następnych dni Chwała Boża wypełniała mój pokój szpitalny. Moje fizyczne oczy nie były w stanie wytrzymać takiej światłości. Musiałem nie tylko zamykać oczy, ale i nakrywać je rękoma. Czy spoglądałem w górę, czy w dół, w prawo, czy w lewo - Jezus wszędzie był obecny. Doktor powiedział, że byłem "klinicznie" umarły i że byli przekonani, że "stracili" mnie, ponieważ, choćby nawet udało się przywrócić mnie dożycia za pomocą urządzeń mechanicznych, zdolny byłbym jedynie do wegetacji, dlatego, że mózg nie może pozostać przy życiu bez dopływu tlenu dłużej, niż przez 3 lub 4 minuty - potem ulega uszkodzeniu.

-----

Długo się zastanawiałem nad tym czy tą historię da się pogodzić z tym, co Biblii wiemy o "krainie umarłych" o stanie istoty ludzkiej po śmierci a przed wskrzeszeniem. Wiemy, że zmarli są głusi, ślepi i niemi - że nie mogą nas słyszeć, ani też do nas przemawiać, nie mogą modlić się ani uwielbiać Boga - bo do tego wszystkiego potrzeba mózgu. Dusze zmarłych oczekują w spokoju dnia zmartwychwstania. Jak więc pogodzić te wnioski z tą historią?  Być może jest jeszcze jakiś stan pomiędzy życiem w ciele a przejściem do "krainy umarłych", gdy dusza już ciało opuściła, lecz wciąż w mózgu coś się dzieje i jest wciąż jakieś współdziałanie? To wie tylko Bóg - my raczej do tego poznania nie dojdziemy. W każdym razie nie za tego życia. Nie widzę powodu, by nie wierzyć, że Bóg potrafi ten czas "pomiędzy" wykorzystać, poruszyć człowieka wizjami i odesłać z powrotem. Bóg ma pod kontrolą i życie i śmierć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz