wtorek, 9 sierpnia 2016

Klucz

"Mówił więc Jezus do Żydów, którzy uwierzyli w Niego: Jeżeli wytrwacie w słowie moim, prawdziwie uczniami moimi będziecie i poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi" (Ewangelia Jana 8, 31 - 32)
Zostałem dziś poproszony o to, bym podzielił się świadectwem swej wiary - jak doszedłem do poznania Pana i jakie jest moje życie w Chrystusie. Historia mojego życia, także doświadczeń duchowych i relacji z Bogiem, jest dosyć zawiła i nawet opowiedziana w ogromnym skrócie zajmuje sporo miejsca i czasu. Może "telegraficznie": byłem katolikiem STOP zaangażowałem się w ekumenizm STOP byłem jednak zniewolony przez diabła w ruchu new age STOP zostałem uwolniony przez Chrystusa STOP poznałem luteran STOP zachwyciła mnie prostota wiary i miłość do Bibli STOP odwiedziłem sanktuaria maryjne STOP zrozumiałem, że treści objawień są sprzeczne z Biblią STOP porównałem dogmaty z Biblią STOP Dogmaty katolickie przegrały ze Słowem Bożym STOP znalazłem się w nurcie ewangelicznym STOP jestem wolny w Chrystusie Panu! STOP Sami widzicie, że nawet za telegraf (funkcjonował kiedyś taki wynalazek!) bym słono zapłacił gdybym chciał przekazać tylko to, co najważniejsze!

Urodziłem się i wychowałem w rodzinie katolickiej. Jako młodzieniec zaangażowałem się w Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży, Odnowę w Duchu Świętym i diecezjalne duszpasterstwo młodzieży. W każdym z tych obszarów wszyscy byliśmy bardzo gorliwi, ale... w naszych rękach nie było Biblii. Gdy zaangażowałem się w ekumenizm, zacząłem odkrywać jakby "nowy świat" - przede wszystkim poznałem ludzi, których ciągłe cytowanie i powoływanie się na autorytet Słowa Bożego zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Byli to luteranie. Pewna "surowość" i radykalizm tej wiary trafiły w moim sercu na podatny grunt - ziarno zostało zasiane. Mam do nich po dziś dzień ogromny sentyment i szacunek - i tym boleśniej przeżywam upadek moralny wielu luteran, co zaczyna się widoczne także w Polsce. Podobało mi się to: Biblia, Biblia, Biblia... Tak to tak, nie to nie... Taka przejrzystość zasad wiary i solidny fundament. Podobał mi się też brak "świętych" obrazów - co najwyżej sceny i postacie z Biblii - i wszelkiego rodzaju kultów. bardzo mi to odpowiadało, więc starałem się bywać jak najczęściej. Kupiłem też sobie Biblię - najpierw "Tysiąclatkę", a potem "Brytyjkę". I tak właściwie się zaczęła prawdziwa przygoda z Bogiem. Kolejnym krokiem było związanie się z ewangelicznym chrześcijaństwem, nurtem jeszcze bardziej radykalnego nawrotu do Słowa Bożego i Kościoła apostolskiego. Mając wybór pomiędzy nauczaniem płynącym ze Słowa Bożego, a nauczaniem katolickim, wybrałem to pierwsze.

Gdy pada pytanie o moją wiarę, gdy ktoś pragnie usłyszeć moje świadectwo, zawsze czuję w sercu trochę drżenie. W katolickim kraju i często wobec katolików wcale nie jest łatwo powiedzieć: "Jestem byłym katolikiem. Porzuciłem tą wiarę, gdyż..." Wielu ludzi - nie wyłączając mojej rodziny i znajomych - tak bardzo jest przywiązanych do katolicyzmu, że nawet pójście na nabożeństwo protestanckie uważają za grzech (to usłyszałem nawet wprost), a odejście od wiary katolickiej postrzegają jak zupełne zaparcie się wiary, zdradę Boga. Dokładnie tak! W swoim życiu usłyszałem także i to: "Wy wierzycie w fałszywego boga, musicie się nawrócić do naszego, katolickiego, prawdziwego Boga!" Historie odejścia od Kościoła katolickiego i jego doktryn są dla wielu ludzi bardzo trudne do przyjęcia i zrozumienia, zawsze są w mniejszym czy większym stopniu "konfrontacyjne" i nie da się uniknąć dyskusji na tematy doktrynalne i jasnego określenia co i dlaczego odrzucamy, bo jest nieakceptowalne w świetle Słowa Bożego. Nic się na to nie poradzi.


Czasem ludzie też myślą: "ten stał się protestantem to teraz walczy z nami, przeszedł do wrogiego obozu ludzi, którzy chcą zdeptać i zniszczyć katolicyzm". Myślę, że wielkim nieszczęściem dla świata były tumulty i wojny religijne. Problem w tym, że tzw. "protestanci" niekoniecznie bywali tylko ofiarami, ale także wszczynali wiele zamieszek, demolowali katolikom kościoły, wypędzali, itp. Często popełnianym przez nas błędem, mentalnym defektem w mózgu, jest pewna "polaryzacja" - podkreślamy wszelkie dobro czynione "po naszej stronie a przemilczamy lub usprawiedliwiamy zło, jakie wyrządzili "nasi", a z drugiej strony doskonale pamiętamy i wypominamy wszelkie zło, jakie nam wyrządzili "inni", a nawet chętnie dokładamy do faktów ile się tylko da, i nie wiemy lub nie chcemy wiedzieć o niczym, co uczynili dobrego. Wielu katolikom zdaje się, że jeśli ktoś wybiera protestantyzm, to staje się przeciwnikiem Boga, Kościoła i "katolikożercą".

Oczywiście, wśród protestantów są "katolikożercy" - ludzie, którzy pogardzają katolicyzmem w całości i wszystkim, co z nim jest związane. Niejeden taki "katolikożerca" jest aktywny w internecie, głównie na różnych forach. Myślę, że i ja za takiego uchodziłem i ze wstydem muszę przyznać, że była to moja wina, bo odkrywszy, jak wiele nauk i praktyk w Kościele katolickim jest całkowicie przeciwieństwem tego, co mamy podane w Słowie Bożym, "ewangelizowałem" katolików za pomocą oskarżeń i ciskanych w nich cytatów biblijnych. Zgadnijcie jak wielu przekonałem w ten sposób do swoich racji? NIKOGO! Tylko bitwa na słowa i... często oszczerstwa i obelgi była coraz bardziej zacięta i spustoszenie z powodu zgorszenia coraz większe. Paradoksalnie, otrzeźwiałem z tego czytając wypowiedzi znacznie bardziej niż ja wojowniczych "katolikożerców" i pukając się w czoło nad idiotyzmami, jakie mieszały się u nich z prawdą. Cóż, twierdzenia w rodzaju, że egipski obelisk stojący pośrodku placu św. Piotra to przejaw kultu pogańskiego, że symbol Trójcy Świętej powszechny w katolicyzmie, trójkąt z wpisanym weń "okiem opatrzności" i promieniami wokół, to symbol egipski (tzw. "oko Chorusa" - "katolikożercy" nie wiedzą jednak, że wygląda ono zupełnie inaczej!) i masoński, że opłatek "eucharystyczny" i okrągłe witraże to "kult słońca", że w samym układzie Watykanu zawarta jest okultystyczna symbolika, że papież Jan Paweł II świadomie zasiadał podczas jednej z podróży po świecie na tronie z "satanistycznym" odwróconym krzyżem (w istocie jest to krzyż św. Piotra, którego katolicy uważają za pierwszego papieża, a późniejszych za jego następców - stąd ta symbolika), itd. itd. Gdy przeciw temu protestowałem i gdy pojechałem na festiwal organizowany przez katolików, gromy sypały się na moją głowę ze strony "prawdziwie ewangelicznie wierzących": kryptokatolik, zdrajca, hipokryta, "grób pobielany", wywalić go z forum! 

Wielu ludzi, którzy odchodzą z Kościoła katolickiego wpada w drugą skrajność, negacji wszystkiego, buntu. I jest to poniekąd naturalne. Ważne jest to, by po odejściu z katolicyzmu zacząć wzrastać i dojrzewać. A wzrost i dojrzewanie prowadzi też do zrozumienia, że nauka Chrystusa to nie jest żadna z tych skrajności - ani katolickie przekonania, ani też antykatolickie przekonania i odkrywania, że w tym drugim człowieku są nie tylko fałszywe doktryny, ale jest w jego sercu i piękno i dobro i gorliwość. Św. Paweł, gdy rozpoczął dialog z Ateńczykami, zaczął od zauważenia, że są bardzo pobożni, że poszukują Boga, że gorąco pragną Boga. Potrafił to pragnienie docenić i uszanować, choć równocześnie powiedział im: jesteście związani własną religijnością i nie możecie Boga poznać w ten sposób. Nie była to mowa zbyt skuteczna, bo Paweł się "potknął" potem na filozofii greckiej, ale jest to mowa, która dla nas jest nauką by nawet wśród fałszywych nauk i kultów umieć dostrzec to, co jest piękne i dobre, co warto zacząć pielęgnować i rozwijać, dawać szansę przebicia się do światła, jakim jest Boża prawda. Ten, kto potrafi tylko potępiać i oskarżać, a nawet siać oszczerstwami, jest jak ktoś, kto idąc przed siebie w wielkich wojskowych butach, wdeptuje w ziemię rzadki i piękny kwiat. 

Dojrzałość w wierze to nie tylko dobra znajomość Pisma Świętego i radykalność w realizacji Bożych postanowień - to przede wszystkim pokora i miłość. Dojrzałość w wierze to wzrastanie do samoumniejszania się i gotowości nie tylko nauczania, ale także słuchania innych, doceniania i przyjmowania od nich tego, co dobre i co może nam służyć na naszej drodze z Bogiem. Dojrzewanie w wierze to nie poznanie wytycznych ze Słowa Bożego i walenie nimi po łbie każdego, kto idzie gdzie indziej, bo pobłądził, lecz doskonalenie własnej pokory i miłości. Apostoł Paweł, gdy spotkał sługę pewnej królowej na drodze, nie krzyknął: "Ty baranie, czytasz Słowo Boże a nic nie pojmujesz, boś durny i omamiony, i trwasz w swym pogaństwie jak ostatni tępak!", lecz stanął przed nim, jako człowiek gotów mu z miłością świadczyć o Jezusie Chrystusie i tłumaczyć pisma, i tak doprowadził go do wiary i chrztu.  Są tacy ludzie, którzy - niestety - tylko starzeją się w swej wierze i swych radykalnych przekonaniach, zamiast dojrzewać i przynosić owoce. Mają oni o sobie i swoim chrześcijańskim życiu bardzo wysokie mniemanie, ale na podstawie własnych doświadczeń nie wierzę, by kogokolwiek zdołali przekonać do wiary, do racji Słowa Bożego, do chrztu.

Słowo Boże jest prawdą. Prawdą jest także wszystko to, co Słowo Boże mówi przeciwko naukom i praktykom przeróżnych religii. Słowo Boże zmusza nas do konfrontacji na tle religijnym. Wszelkie religijne nauki i praktyki powinny być skonfrontowane ze Słowem Bożym i samym Bogiem. Czasem trzeba tym wszystkim bardzo mocno wstrząsnąć. Prawda Słowa Bożego musi być podana. Natomiast bardzo ważne jest nie tylko to, co mówimy światu, ale także jak to mówimy. Gdy stajemy do konfrontacji znając prawdę, ale patrząc na innych z wyższością i pogardą dla wszystkiego, co w sercu mają, to prawda tak podana nie ma żadnej mocy, nie przyniesie zwycięstwa ani żadnej korzyści nikomu, nikt nie zostanie zbawiony i Królestwo Boże nie ma z tego żadnego pożytku. Prawda nabiera mocy wówczas, gdy jest przekazywana ze skruszonego, pokornego i miłującego serca. To miłość nadaje prawdzie autentycznej mocy, mocy, która wyzwala! 

Jeśli chcemy być nośnikiem wyzwolenia dla innych, najpierw sami musimy być naprawdę wyzwoleni - także z przekonania o własnej nad tymi "doktryniarzami" katolickimi (czy innymi) wyższości i (niemal) pełni poznania. Wiecie... spotykam katolików, którzy więcej czasu spędzają nad Biblią, niż ja (czy niejeden znany mi protestant) i więcej czasu spędzają na pokornej modlitwie, rozmowie z Bogiem, niż ja (czy niejeden znany mi protestant) i gorliwiej słuchają Jezusa, niż ja (czy niejeden znany mi protestant). Pewne katolickie praktyki także bardzo mi odpowiadają - np. modlitwa kontemplacyjna, która naprawdę pomaga na serce i uwzniośla ducha. Sprzeciwiam się katolickim doktrynom i praktykom, ale jakież mam prawo potępiać? Zdecydowanie wolę kochać, starać się wskazywać pewne kwestie do przemyśleń, iść obok jako nie ten, który "wie wszystko lepiej", lecz jako współtowarzysz w poszukiwaniu prawdy, który o tyle może prowadzić, że posunął się już kawałek dalej. Zamiast wyszukiwać wciąż "punktów" w wierze drugiego człowieka, do których można wsadzić wielką szpilę, lepiej szukać "punktów", w których potrzeba bardziej kochać - czasem zresztą są to te same punkty, a różnica polega tylko na tym, czy chcemy wbić szpilę, czy namaścić je balsamem.

Prawda wyzwala, zaś miłość niczym klucz otwiera prawdzie drzwi do ludzkich serc. Kiedyś mocno kopałem w drzwi serc innych ludzi, bo... brakowało mi "klucza"!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz