piątek, 26 sierpnia 2016

Skromność jest cnotą

"I uczynił Pan Bóg Adamowi i jego żonie odzienie ze skór, i przyodział ich" (1. Księga Mojżeszowa 3, 21)
Choć Adam i Ewa, póki nie zlekceważyli postanowienia, które usłyszeli z ust Boga, i nie dopuścili się grzechu, chodzili po ogrodzie Eden nago, to jednak wolą Boga jest, by człowiek nosił ubrania. Bóg był w pewnym sensie... pierwszym krawcem w historii! Konieczność noszenia ubrań jest jedną z konsekwencji grzechu. Jest aktem litości dla ludzi, który nagle poczuli się skrępowani swą nagością. Ubranie nie jest karą, lecz nałożoną na nas ochroną. Bóg nauczył nas nie tylko, byśmy nosili ubiór, lecz także by ubiór nasz był skromny, by nie odsłaniał zbyt wiele, by chronił przed grzechem (nie wzbudzał pożądliwości).

"Niestosowne" burkini
Ostatnio głośno się mówi o tzw. "burkini". "Burkini" to jest plażowy strój muzułmański, zaprojektowany tak, by gorliwe muzułmanki mogły korzystać z plaży i kąpieli, nie łamiąc przy tym zasad islamu. "Z powodu obaw o bezpieczeństwo publiczne władze Cannes na południu Francji zakazały na plażach kostiumów całkowicie zakrywających ciało, czyli burkini. (...) Zgodnie z nowymi przepisami wstępu na plaże nie mają osoby 'ubrane w nieodpowiednią odzież, która nie wyraża poszanowania dla norm moralnych i świeckości państwa'" (źródło: Lex.pl). Jako chrześcijanin jestem przeciwny islamowi i islamizacji Europy, lecz jednocześnie jestem za swobodami obywatelskimi, w tym także swobodą dot. życia religijnego. Jeśli ktoś zabrania noszenia ubioru zgodnego z przekonaniami religijnymi, czy symboli religijnych, mamy do czynienia z systemem opresyjnym, antywolnościowym. Lecz nie o tym chcę dziś pisać.

Tym, co mnie zdumiewa w owym rozporządzeniu jest fakt, że za "nieodpowiedni" i "niezgodny z normami moralnymi" uznany został strój, który okrywa dość dokładnie noszącą go kobietę. Równocześnie całkowicie dopuszczalna i uznawana za "odpowiednią" i "zgodną z normami moralnymi" jest... niemal całkowita nagość! Dziś, gdy idzie się na plażę, widzi się wokół same wypięte do słońca pośladki! Wiecie czym rózni się moda plażowa z początków XX wieku od tej z początków XXI wieku? Wyjaśnia to nieco rubaszny dowcip: "Na początku XX wieku kobieta musiała zdjąć majtki, żeby można było zobaczyć pośladki, a na początku XXI wieku musi rozchylić pośladki, żeby można było zobaczyć majtki". I taka jest, niestety, prawda. Niektóre "stroje" kąpielowe to już właściwie tylko skraweczki materiału o kilkucentymetrowej powierzchni. Tzw. "mikro-bikini" oferowane są nawet w rozmiarach... dziecięcych! Nie służą już do zakrywania czegokolwiek, lecz wprost przeciwnie - mają to ukazywać, przyciągać uwagę i wzbudzać pożądanie. Szokujące jest to, że takie "stroje" (nawet zupełnie odsłaniajace "wstydliwe miejsca"!) są uznawane za "stosowne" i "zgodne z normami moralnymi". Cóż, nie świadczy to, niestety, dobrze o owych "normach moralnych" naszego "postępowego świata"!

"Stosowne" bikini
Na polskich plażach jeszcze nie jest najgorzej, niektóre trendy jeszcze się (na szczęście!) u nas nie przyjęły. Jednak i u nas już widać "sznureczki między poślad- kami" i osobiście widziałem już także na naszych plażach nawet... 12 - 13 letnie dziewczynki "ubrane" w ten właśnie sposób. To, co możemy widzieć na plażach konkuruje już w zasadzie z... pornografią i czasem zastanawiam się, czy dzieci należy prowadzić na plażę, by nie chłonęły takich współczesnych "norm moralnych".

Plaża. Woda. Słońce. To wszystko są dary Boga dla nas i Boga cieszy, gdy znajdujemy dzięki nim wytchnienie i przyjemność. Mamy prawo korzystać z plaży i wody, jednak równocześnie powinniśmy dbać o skromność ubioru, w którym z nich korzystamy. Nie znaczy to, że mamy się ubierać, jak nasi dziadkowie, czy pradziadkowie, jednak winniśmy się ubierać także na plażę tak, by nagość nasza była okryta i by strój nasz był "tarczą", by chronił nas i innych nie pobudzał do grzesznych myśli. Nasz strój, także ten plażowy, powinien odzwierciedlać naszą wiarę i także na plaży powinniśmy być ubrani i zachowywać się tak, by podobać się naszemu Panu. W kwestii moralności więcej sympatii i szacunku mam do muzułmanek w "burkini", które szanują same siebie i poważnie traktują swą wiarę, niż do pań "ubranych" w "sznureczki i paseczki".  Podobnie trudno mi szanować młode dziewczyny, które wychodzą z domu ubrane jak "panienki" wcale nie z "dobrego domu". Myślę, że muzułmanki są nam "solą w oku" w dużej mierze dlatego, że nasze społeczeństwo upadło pod względem moralnym tak bardzo nisko.

Byłbym skończonym hipokrytą, gdybym nie dodał: kiedyś postrzegałem te kwestie zupełnie inaczej; podobało mi się to, że panie pokazują piersi i pośladki; to, co widziałęm na plażach i zdjęciach, wzbudzało we mnie pożądanie i ciągnęło na dno, do samego piekła. Potrzebowałem naprawdę długiego czasu, by dojrzeć do zrozumienia, że skromność, ostrożność w odsłanianiu swego ciała, jest naprawdę wielką cnotą.

piątek, 19 sierpnia 2016

Wiara i rozum

"A rodzice [Jezusa] chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. I gdy miał dwanaście lat, poszli do Jerozolimy na to święto, jak to było w zwyczaju. A gdy te dni dobiegły końca i wracali, zostało dziecię Jezus w Jerozolimie, o czym nie wiedzieli jego rodzice, a mniemając, iż jest pośród podróżnych, uszli dzień drogi i szukali go między krewnymi i znajomymi. I gdy go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy, szukając go. A po trzech dniach znaleźli go w świątyni, siedzącego wpośród nauczycieli, słuchającego i pytającego ich." (Ewangelia Łukasza 2, 41 - 46)
Odwiedziłem dziś, zupełnie tego nie planując, Szamotuły. W zbiorach tamtejszego muzeum na Zamku Górków jest wiele ciekawych ikon ruskich, głównie z XVIII - XIX wieku. Ikony a protestantyzm zdają się być bardzo od siebie odległe, lecz odrzucając kult wizerunków, równocześnie bardzo interesuję się sztuką. Na dłużej zatrzymałem się przy ikonie ukazującej Pana Jezusa rozmawiającego z mędrcami w świątyni i wykładającego im pisma.


Gdy tak stałęm i patrzyłem na tą ikonę ujrzałem coś więcej, niż bogatych w wiedzę, mądrość i doświadczenie żydowskich nauczycieli wiary, zdumionych tym, co słyszą od dziecka. Ujrzałem także Boga, który znajduje ogromną przyjemność w rozmowie z człowiekiem i który ceni sobie mądrość i wiedzę. Boga, któremu ogromną przyjemność sprawia rozmowa z ludźmi inteligentnymi, o umysłach pełnych wiedzy, lecz wciąż chłonnych i otwartych, niestrudzonymi poszukiwaczami prawdy. Boga cieszy, gdy człowiek korzysta z rozumu - który jest wspaniałym Bożym darem - i pragnie poszerzać nasze horyzonty, byśmy rozumieli coraz więcej i coraz lepiej. Bóg kocha, gdy myślimy i wykładamy przed Nim to, co nam przychodzi do głowy, gdy pytamy i gdy słuchamy.

Wiara i rozum są jakby dwiema stronami tej samej ścieżki, którą człowiek przybliża się do Boga. Prostota wiary w niesamowity sposób łączy się z nabywaniem mądrości, z nienasyconym pragnieniem, by dowiadywać się więcej i więcej, szukać zrozumienia i poznania. Wiara pobudza łaknienie wiedzy i zrozumienia. Chrześcijaństwo to uczniostwo - to nie tylko wiara i rozwój duchowy, lecz także wiedza i rozwój intelektualny. Bóg raduje się, gdy człowiek czyni właściwy użytek i rozwija dar rozumu. Rozmawiając z nami Bóg nam w tym dopomaga i ukierunkowuje, byśmy mieli korzyść z naszego rozumu.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Jedność

A to jest żywot wieczny, aby poznali ciebie, jedynego prawdziwego Boga i Jezusa Chrystusa, którego posłałeś. (...) Ja za nimi proszę, nie za światem proszę, lecz za tymi, których mi dałeś, ponieważ oni są twoi. (...) Ojcze święty, zachowaj w imieniu twoim tych, których mi dałeś, aby byli jedno, jak my. (...) [Ja] za nich poświęcam siebie samego, aby i oni byli poświęceni w prawdzie. A nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy przez ich słowo uwierzą we mnie. Aby wszyscy byli jedno, jak Ty, Ojcze, we mnie, a Ja w tobie, aby i oni w nas jedno byli, aby świat uwierzył, że Ty mnie posłałeś." (Ewangelia Jana 17, 3 - 25) "Każdy z was powiada: Ja jestem Pawłowy, a ja Apollosowy, a ja Kefasowy, a ja Chrystusowy. Czy rozdzielony jest Chrystus? Czy Paweł za was został ukrzyżowany albo w imię Pawła zostaliście ochrzczeni?" (1. List do Koryntian 1, 12 - 13)
Bóg kieruje krokami ludzi i Bóg stawia na drodze człowieka innych, fantastycznych, czasem jemu podobnych. Tak właśnie Bóg dał mi poznać w tych dniach brata Piotra i jego żonę z jednej z gdańskich społeczności chrześcijańskich. Gdy zapytałem, rozmawiając i by lepiej poznać, o zbór i denominację, usłyszałem: "Jesteśmy z .............., ale dla nas to właściwie nie ma żadnego znaczenia." Dziś wybraliśmy się razem na nabożeństwo do Malborka i usłyszałem od nich: "Właściwie nie wiemy nawet co to jest za zbór ten, do którego jedziemy. nieważne..."

Kościół Chrystusowy tu na ziemi jest bardzo podzielony na denominacje: taki a taki Kościół tu, taki a taki zaś Kościół gdzieś obok. Dla niektórych ma to jakieś absurdalnie wielkie znaczenie, kto gdzie jest i kogo słucha. Chcę, byście wiedzieli, że dla Boga nie ma żadnego znaczenia, gdzie jesteśmy w Kościele i czyich kazań z uwagą słuchamy. Bóg, gdy skończy się nasz ziemski czas, nie będzie rozsądzał o naszym zbawieniu lub potępieniu na podstawie przynalzęności do tej czy tamtej społeczności, czy słuchania tego a tego nauczyciela wiary, a jedynie na podstawie przynależności do Chrystusa - który wziął na siebie nasze grzechy i uwolnił nas ku zbawieniu. Powołani zostaliśmy do Kościoła Chrystusowego, a ziemskie podziały to tylko forma organizacyjna i kwestia różnych "duchowych temperamentów", sposobów przeżywania wiary, modlitwy, uwielbienia... Zaryzykuję stwierdzenie, że im większa dojrzałość chrześcijańska, tym mniejsze znaczenie mają "kwestie instytucjonalne".

Społeczności wierzących są liczne i skrajnie róznorodne, lecz Chrystus jest jeden i Kościół jest jeden. Gwarantuję też, że w Królestwie Niebieskim nie będzie ani jednego katolika, luteranina, baptysty, czy też zielonoświątkowca, a tylko same dzieci Boga.

środa, 10 sierpnia 2016

Wycieczka do nieba

Śmierć zawsze niepokoiła, ale i fascynowała ludzi. Chrześcijanie nie muszą lękać się śmierci, lecz być może równie często myślą o tym, czego doświadcza się w chwili przejścia z tego świata do tamtego. Temat “życia po życiu” opisują książki okultystyczne, ale przedziwnych zdarzeń doświadczają także chrześcijanie. Opowieści o śmierci i zmartwychwstaniu... ludzi, którzy zaufali Panu, chrześcijan, są jednymi z najbardziej kontrowersyjnych świadectw.  Po długich wahaniach pozwalam sobie na prezentację wybranych opowieści z kart książki pastora Ralpha Wilkersona pt. “Trzydzieści minut w niebie” (ang. “Beypnd and back”). Nie chcę nikogo przekonywać, czy to prawda - każdy powinien to przemyśleć sam. 

Czy ja w to wierzę? Wierzę w to, co Jezus uczynił wobec Łazarza i wierzę też, że jeśli mógł to uczynić wówczas, może też czynić dziś, gdyż jest niezmiennie tym samym wielkim i wszechmogącym Bogiem. Wieloma z tych historii moje serce zostało mocno poruszone. Oto pierwsza z nich.

-----

Ralph Wilkerson: Stało się to 29 grudnia 1971 roku. Marvin Ford doznał ciężkiego, ostrego zawału serca. W tamtej chwili nie zdawał on sobie sprawy z tego, że odbędzie fantastyczną podróż w życie pozagrobowe, z której powróci po to, aby rozpocząć służbę duchową, która powiedzie go w najdalsze zakątki świata. Oto jego opowieść, którą przytaczamy za międzynarodowym magazynem "Voice":

Marvin Ford: W 1963 roku, wraz z moją żoną Olive, związaliśmy się z Christian Center (obecnie Melodyland) w Anaheim w Kaliforni. W każdą niedzielę podczas pięciu nabożeństw moja żona grała na pianinie, ja zaś kierowałem śpiewem w Zborze. W tamtych czasach zostałem awansowany na nadzorcę w jednym z największych tartaków w południowej Kalifornii. 
Od dłuższego czasu cierpiałem na silne bóle krzyża, które sprawiały mi wiele kłopotu. Wiedziałem, że pewnego dnia nie będę już w stanie zrobić ani kroku. Dlatego też 13 grudnia 1971 roku znalazłem się na oddziale La Habra Community Hospital, celem ogólnego przebadania. Wykonano wtedy u mnie wszelkie możliwe testy lekarskie.
Po pięciu dniach doktor zwolnił mnie, wyjaśniając, że cierpię na zwyrodnienie stawów kręgosłupa.
- Ale za to serce masz - powiedział - jak 25-letni mężczyzna. Powróciłem do pracy. Spędziliśmy wspaniałe Boże Narodzenie, podczas którego uwagę naszą koncentrowaliśmy wyłącznie na Chrystusie. 29 grudnia rano, podczas przesuwania ciężarów po pochylni, zsunął się nagle ładunek. Zrozpaczony próbowałem go podtrzymać, lecz obciążenie było zbyt wielkie. Poczułem, jakby coś nagle się we mnie zerwało. miałem takie uczucie, jak gdyby słoń nadepnął mi na klatkę piersiową. Ból był rozdzierający. Promieniował w dół do lewej ręki i w górę do policzka. Próbowałem podnieść lewe ramię. Bez skutku. Mimo tak wielkich dolegliwości, z uporem odmówiłem, kiedy szef ofiarował się odwieźć mnie do domu. Przydzieliłem pracę moim podwładnym i pojechałem do domu, osobiście prowadząc samochód. Mimo bólu cały czas oddychałem głęboko, aby złapać do płuc jak najwięcej tlenu. Żona odwiozła mnie do szpitala.
W ciągu paru minut kilka pielęgniarek rozpoczęło przy mnie pracę. Jedna z nich umieściła przyssawki na całej mojej klatce piersiowej, żeby zrobić EKG. Druga próbowała oznaczyć moje tętno i nie potrafiła go wyczuć. Oderwały więc przyssawki i zawiozły mnie na łóżku na Oddział Intensywnej terapii, podłączyły kroplówkę z lekami i podały mi morfinę, by złagodzić bóle.
Przyjechał mój lekarz domowy i włączył znajdujący się nad moją głową monitor, żeby obserwować każde uderzenie serca. Ponieważ doktor cierpiał akurat na zapalenie płuc, żartowaliśmy sobie, który z nas bardziej potrzebuje lekarza. Pomodliłem się za niego. Pan dotknął go i następnego ranka mój doktor już czuł się świetnie.
Stan mój rozpoznano jako ostry, głęboki zawał mięśnia sercowego. Po południu zaczęła się arytmia i migotanie serca. Przywołano kardiologa. Usłyszałem, jak powiedział do mojego doktora:
- Jim, nie ma już potrzeby wzywać mnie do tego przypadku. ten pacjent nie przeżyje nocy. Prawdopodobnie nie będzie żył dłużej, niż dwie godziny.
Myśleli, że jestem nieprzytomny i nie słyszę ich rozmowy. W międzyczasie moja żona próbowała skontaktować się z pastorem Ralphem Wilkersonem z Melodyland. Wyjechał on do Teksasu, ale spodziewano się, że wróci jeszcze tego samego dnia.Około szóstej wieczorem pastor Wilkerson przyjechał do szpitala. Doprowadził go  do mojego pokoju strażnik, który "jak się złożyło" był chrześcijaninem. (...)

Ralph Wilkerson: Śmierć jest wrogiem. W pokoju unosił się zapach śmierci. Zauważyłem jej barwę na Marvinie. Wyraźnie wyczułem ducha sprzeciwu. Modliłem się. Pielęgniarki podawały choremu tlen. Walczyłem z opozycją. Cytowałem dotyczące zmartwychwstania wersety biblijne, na przykład: "Większy jest ten, który jest we mnie, niż ten, który jest w świecie" (1. List Jana 4, 4 - przyp Br. M.). Marvin opowiada dalej:

Powołani na "anioły"



Ten krótki film jest doprawdy fascynującym obrazem ze świata zwierząt. Widzimy, jak żółw pomaga żółwiowi, wsposób intencjonalny i inteligentny - w pewnym sensie wie, co należy uczynić i czyni to, co powinien. Swego czasu było głośno o psie, który z ruchliwej autostrady odciągał drugiego psa, swego towarzysza, ranionego przez samochód. Zresztą ledwie kilka tygodni temu podobna sytuacja zdarzyła się także w moim mieście - pies usiadł na jezdni, osłaniając innego, potrąconego przez auto psa. Wygląda na to, że takie zachowania wcale nie są rzadkością. Zwierzęta potrafią się zachować tak bardzo "po ludzku", że wiele osób wierzy, że też mają duszę tak i są "istotami świadomymi", czującymi i myślącymi w takim samym stopniu, jak człowiek. Oczywiście takie poglądy to czysta herezja. Tylko człowiek ma duszę, czyli coś znacznie więcej, niż tylko "tchnienie życia", którym Bóg obdarzył zwerzęta. Bóg wyróżnił też człowieka rozumem - choć zwierzęta również zostały nim obdarzone, to jednak w tak ograniczonym zakresie, że rozum dany człowiekowi jest również naprawdę unikalnym darem. Wszystko to stawia nas wysoko ponad zwierzętami.

Skąd więc ta wrażliwość i trud włożony w niesienie pomocy, jakie widzimy choćby na tym filmiku? Myślę, że tak właśnie funkcjonuje jakiś element "podstawowego oprogramowania", jakie Bóg "wgrał" we wszystkie żywe istoty, by świat był piękny. Bóg w swej dobroci dał zwierzętom nie tylko częściowy rozum, lecz także pewne zdolności do emaptii, miłości, przywiązania... Myślę, że taki widok to wejrzenie w to, jak funkcjonowało życie w raju. Odpowiednie "oprogramowanie" zostało wgrane także w nas, lecz gdy sięgnęliśmy po "zakazany owoc", lekceważąc Boży zakaz i ostrzeżenia, ściągnęliśmy także "wirusa" grzechu, ułożonego przez diabła i ów "wirus" zamieszał mocno w naszym "systemie" i dokonał wielu zniszczeń. Bóg przygotował także "program naprawczy", "antywirusa", którym jest Słowo Boże pełne wezwań do miłości i służby dla bliniego. A może Bóg "zaprogramował" zwierzęta do takiego działania na rzecz drugiej istoty, by... zawstydzić ludzi, które serca stwardniały i oziębły? Zostaliśmy stworzeni jako lepsi od zwierząt, a tymczasem zwierzęta potrafią zachować sę tak, że skłania to do myslenia, czy aby nie stalismy się - a przynajmniej część spośród nas - wskutek grzechu od nich gorsi.

Bóg powołuje nas, byśmy służyli sobie wzajemnie z miłością, byśmy troszczyli się jeden o drugiego. Nie tylko o własną rodzinę i nie tylko o brata czy siostrę w Panu, lecz byśmy tą troską otaczali każdego człowieka postawionego na naszej drodze życia. Miłując i troszcząc się o innych, stwarzamy na tym świecie jakąś niewielką namiastkę raju, który utraciliśmy i sprawiamy, że świat staje się piękniejszy i żyć na nim jest choćby trochę lżej. Bóg powołuje nas, byśmy dla bliźnich byli "aniołami", byśmy byli przed ludźmi świadectwem i odbiciem tej miłości, jaką Bóg żywi wobec każdego człowieka.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Klucz

"Mówił więc Jezus do Żydów, którzy uwierzyli w Niego: Jeżeli wytrwacie w słowie moim, prawdziwie uczniami moimi będziecie i poznacie prawdę, a prawda was wyswobodzi" (Ewangelia Jana 8, 31 - 32)
Zostałem dziś poproszony o to, bym podzielił się świadectwem swej wiary - jak doszedłem do poznania Pana i jakie jest moje życie w Chrystusie. Historia mojego życia, także doświadczeń duchowych i relacji z Bogiem, jest dosyć zawiła i nawet opowiedziana w ogromnym skrócie zajmuje sporo miejsca i czasu. Może "telegraficznie": byłem katolikiem STOP zaangażowałem się w ekumenizm STOP byłem jednak zniewolony przez diabła w ruchu new age STOP zostałem uwolniony przez Chrystusa STOP poznałem luteran STOP zachwyciła mnie prostota wiary i miłość do Bibli STOP odwiedziłem sanktuaria maryjne STOP zrozumiałem, że treści objawień są sprzeczne z Biblią STOP porównałem dogmaty z Biblią STOP Dogmaty katolickie przegrały ze Słowem Bożym STOP znalazłem się w nurcie ewangelicznym STOP jestem wolny w Chrystusie Panu! STOP Sami widzicie, że nawet za telegraf (funkcjonował kiedyś taki wynalazek!) bym słono zapłacił gdybym chciał przekazać tylko to, co najważniejsze!

Urodziłem się i wychowałem w rodzinie katolickiej. Jako młodzieniec zaangażowałem się w Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży, Odnowę w Duchu Świętym i diecezjalne duszpasterstwo młodzieży. W każdym z tych obszarów wszyscy byliśmy bardzo gorliwi, ale... w naszych rękach nie było Biblii. Gdy zaangażowałem się w ekumenizm, zacząłem odkrywać jakby "nowy świat" - przede wszystkim poznałem ludzi, których ciągłe cytowanie i powoływanie się na autorytet Słowa Bożego zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Byli to luteranie. Pewna "surowość" i radykalizm tej wiary trafiły w moim sercu na podatny grunt - ziarno zostało zasiane. Mam do nich po dziś dzień ogromny sentyment i szacunek - i tym boleśniej przeżywam upadek moralny wielu luteran, co zaczyna się widoczne także w Polsce. Podobało mi się to: Biblia, Biblia, Biblia... Tak to tak, nie to nie... Taka przejrzystość zasad wiary i solidny fundament. Podobał mi się też brak "świętych" obrazów - co najwyżej sceny i postacie z Biblii - i wszelkiego rodzaju kultów. bardzo mi to odpowiadało, więc starałem się bywać jak najczęściej. Kupiłem też sobie Biblię - najpierw "Tysiąclatkę", a potem "Brytyjkę". I tak właściwie się zaczęła prawdziwa przygoda z Bogiem. Kolejnym krokiem było związanie się z ewangelicznym chrześcijaństwem, nurtem jeszcze bardziej radykalnego nawrotu do Słowa Bożego i Kościoła apostolskiego. Mając wybór pomiędzy nauczaniem płynącym ze Słowa Bożego, a nauczaniem katolickim, wybrałem to pierwsze.

Gdy pada pytanie o moją wiarę, gdy ktoś pragnie usłyszeć moje świadectwo, zawsze czuję w sercu trochę drżenie. W katolickim kraju i często wobec katolików wcale nie jest łatwo powiedzieć: "Jestem byłym katolikiem. Porzuciłem tą wiarę, gdyż..." Wielu ludzi - nie wyłączając mojej rodziny i znajomych - tak bardzo jest przywiązanych do katolicyzmu, że nawet pójście na nabożeństwo protestanckie uważają za grzech (to usłyszałem nawet wprost), a odejście od wiary katolickiej postrzegają jak zupełne zaparcie się wiary, zdradę Boga. Dokładnie tak! W swoim życiu usłyszałem także i to: "Wy wierzycie w fałszywego boga, musicie się nawrócić do naszego, katolickiego, prawdziwego Boga!" Historie odejścia od Kościoła katolickiego i jego doktryn są dla wielu ludzi bardzo trudne do przyjęcia i zrozumienia, zawsze są w mniejszym czy większym stopniu "konfrontacyjne" i nie da się uniknąć dyskusji na tematy doktrynalne i jasnego określenia co i dlaczego odrzucamy, bo jest nieakceptowalne w świetle Słowa Bożego. Nic się na to nie poradzi.

środa, 3 sierpnia 2016

Katastrofa czy szansa?

"...Nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie oddawali czci Ojcu. (...) nadchodzi godzina i teraz jest, kiedy prawdziwi czciciele będą oddawali Ojcu cześć w duchu i w prawdzie; bo i Ojciec takich szuka, którzy by mu tak cześć oddawali" (Ewangelia Jana 4, 21 i 23)
"Wierni kościoła pw. św. Rity znajdującego się w XV dzielnicy Paryża zostali brutalnie zaatakowani przez oddziały policji. Bronili swojej świątyni. Budowla została sprzedana agencji nieruchomości i ma zostać zniszczona. W akcie sprzeciwu wierni rozpoczęli protest w kościele. (...) Zgodnie z planami dewelopera, który kupił świątynię, po jej zburzeniu na miejscu mają stanąć apartamentowce i parkingi (źródło: Niezależna.pl). W ten sposób w minioną środę potraktowano wiernych katolickiej wspólnoty gallikańskiej, która nie potrafi pogodzić się z tym, że prawowity własciciel kościoła, Stowarzyszenie Kapic Katolickich i Apostolskich, sprzedał swą dawną, a im wynajmowaną, świątynię i że ma ona zostać zburzona. Plany te są o tyle bulwersujące, że jest to obiekt zabytkowy (ukończony w 1900 roku), o ciekawej, neogotyckiej architekturze. Bardzo przykre jest to, że kolejny znak krzyża ma zniknąć z ulic Paryża. Mam też głeboko w sercu sprzeciw wobec niszczenia klasycznego piękna, by zastąpić ją nowoczesnym obiektem. Wiadomo, że na kościele nie zarobi się wiele, a apartamentowiec czy biurowiec przybiosą ogromne pieniądze, ale pieniądze nigdy nie powinny być dla nas najwazniejsze! Z drugiej strony... dostrzegam szansę na duchowe odrodzenie właśnie tam, gdzie "świątynie" sypią się ruiny.


Wspaniała była świątynia w Jerozolimie w czasach Chrystusa. Wprawdzie nie była już u szczytu swej wspaniałości, i od wielu wieków nie było już tam Arki Przymierza, lecz wciąż była wspaniała i wielu ludzi - w tym sam Pan Jezus - przychodziło tam modlić się, sprawować rytuały. W zacytowanych na wstępie słowach Jezus mówi samarytańskiej kobiecie: już wkrótce to nie będzie miało żadnego znaczenia. Mówi to, mając na myśli ostateczny "rytuał", własną śmierć na krzyżu. Od momentu, gdy to się dokonało nie potrzeba już żadnych rytuałów ani liturgii, a co za tym idzie także i świątynie - jako miejsce sprawowania rytuałów religijnych - straciły rację bytu. Bóg, który, choć był zawsze wszechobecny, w sposób szczególny był obecny w Świątyni, "odszedł z niej" i pozwolił, by została zburzona, by przestała być miejscem rytuałów religijnych, a nawet by poganie wystawili w tym miejscu swemu bożkowi meczet! Ja zawsze podkreślam prawa Żydów do Jerozolimy i Wzgórza Świątynnego, lecz z drugiej strony nogi pogan depczące do miejsce i ich modły do własnego bóstwa, są też znakiem, że miejsce to utraciło swój szczególny status. 

Fakt, że kościoły, czasem nawet wspaniałe, są odbierane wierzącym i nawet obracane w ruinę, jest z pewnością ogromnie przykrym doświadczeniem i jest w tym coś niewątpliwie diabelskiego. Z drugiej strony nic nie dzieje się wbrew woli Boga. Diabeł dla Boga nie jest żadnym przeciwnikiem, gdyż choć jego siła i możliwości przekraczają ludzkie pojęcie, to jednak nie może się z Bogiem równać potęgą. Bóg wie, że dobrze jest, gdy chrześcijanie mają się gdzie zgromadzać na modły i mają gdzie służyć innym. W mieście są potrzebne budynki z krzyżem - miejsca zgromadzeń, służby i "grzmienia" Słowa Bożego. Z drugiej strony, gdy są one niszczone, to czyż nie jest to świadectwem na prawdziwość słów: "Bóg, który stworzył świat i wszystko, co na nim, Ten, będąc Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach ręką zbudowanych" (Dzieje Apostolskie 17, 24)? Gdyby Bóg zamieszkiwał w świątyniach, gdyby były one miejscem, gdzie "jest obecny szczególnie", jak ongiś w Jerozolimie na górze Moria, potrafiłby On tych miejsc bronić i broniłby ich, bo jest Bogiem mocnym. 

Może więc, gdy obracają się one w ruinę, jest to dla ludzi lekcja, by nie przywiązywać się do miejsc i rytuałów, by nic z tego, co zbudujemy własnymi rękoma - nawet jeśli czynimy to dla Boga - i co wymyślimy jako formę naszego uwielbienia, nie traktować jak świętość? Może jest to wezwanie, by to wszystko po prostu zostawić, a wrócić do czystej Ewangelii, głoszonej przez Chrystusa i Apostołów, którzy nie mieli ani "miejsc świętych" (świątyń) ani też rytuałów... Na ruinach świątyń może wyrosnąć odnowiony, wspaniały i silny Kościół, jeśli zrozumiemy, że tylko Ewangelia Jezusa Chrystusa, a nie świątynie, liturgie i rytuały religijne są nam potrzebne.

Miłość

Być chrześcijaninem zawsze oznacza być za życiem. Chrześcijanin - tak z przyczyn czysto humanitarnych, jak i przede wszystkim duchowych - musi być "prolajferem". Nie ma innej opcji! Słowo Boże mówi: "Nie morduj!" (2. Księga Mojżeszowa 20, 13 - tłum. Tora Pardes Lauder), ale nawet gdyby miało to nie obejmować nienarodzonych, to mówi także: "Potem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas i niech panuje nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad bydłem, i nad całą ziemią, i nad wszelkim płazem pełzającym po ziemi.  I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich" (1. Księga Mojżeszowa 1, 26 - 27). Zaś Dawid wyśpiewywał taką pieśń wdzięczności: "Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie, godne podziwu są Twoje dzieła." (Psalm 139, 13 - 14).

Życie jest cudem! Już dawno obalono baśnie o początkach życia, jakoby było ono z przypadku. Jesteśmy stworzeniami, które zostały stworzone przez Boga - skażonymi wprawdzie śmiertelnie przez grzech, i czasem nawet w buncie przeciwko Ojcu kwestionującymi istnienie Stwórcy, lecz jednak jego najdoskonalszym dziełem. Jeśliby więc wiara nie łączyła się z najgłębszym szacunkiem do życia, nie byłaby wcale wiarą, a raczej pewną ideologią, zespołem przekonań po części tylko nawiązujących do wiary. Czy może być uznany za wielbiciela sztuki ktoś, kto obraz mistrza zrywa ze ściany, łamie ramy, depcze płótno i wyrzuca na śmietnik? Nie. I to samo się tyczy chrześcijaństwa i kwestii aborcji lub eutanazji. Ponieważ jesteśmy zakochani w Bogu, jesteśmy zakochani także w jego stworzeniu, człowieku. Jesteśmy też powołani do tego, by powstrzymywać ręce szaleńców, którzy niszczą arcydzieła Boga - tak, jak ktoś powinien koniecznie powstrzymać tych, którzy niszczą piękne obrazy (a przecież tak prymitywne w porównaniu z człowiekiem!). Miłość do człowieka jest naturalną konsekwencją miłości do Boga i nie może być inaczej!

Każdy człowiek jest cudem - choćby ułomny i "pokraczny". Każdy człowiek jest też darem dla innych. Czasem ciężkim i ekstremalnie trudnym do udźwignięcia, lecz zawsze darem. Czasem właśnie ten najcięższy i najtrudniejszy dar okazuje się największym błogosławieństwem dla tego, któremu jest dany - wszystko zależy nie od skali trudności i bólu, z jakim przychodzi się zmierzyć, lecz od tego, jak go przyjmujemy. Jeśli zdecydujemy się na miłość, będzie on doskonalił miłość i nasze serce. Miłość tak obciążona może tylko wzrastać, a przez to ciężar przestaje być ciężarem. Każdy człowiek jest też wyzwaniem, zadaniem do wykonania, a z tego, jak go przyjmiemy i co uczynimy trzeba będzie kiedyś zdać sprawę przed Bogiem. W gruncie rzeczy bowiem kiedyś, gdy nadejdzie czas sądu, Bóg zapyta ludzi tylko o jedno, o MIŁOŚĆ, bowiem każde z danych nam słów i przykazań skoncentrowane jest na MIŁOŚCI.