poniedziałek, 4 lipca 2016

Zawierzenie

„A (Jezus) idąc wzdłuż wybrzeża Morza Galilejskiego, ujrzał dwu braci: Szymona, zwanego Piotrem, i Andrzeja, brata jego, którzy zarzucali sieć w morze, byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie ze mną, a zrobię was rybakami ludzi! A oni natychmiast porzucili sieci i poszli za nim” (Ewangelia Mateusza 4, 18 – 20)
Na ten fragment zwykle patrzymy dwojako. Z jednej strony jest to dla nas pewien zapis historyczny. Mam takie skojarzenie z mechanizmem powstawania życia. Nim rodzi się dziecko, najpierw jest ono formowane w łonie swej matki. Król Dawid pięknie, poetycko napisał: „Ty utkałeś mnie w łonie mej matki” (Psalm 139, 13). Tak, jak Bóg zaczyna „tkać” człowieka od chwili poczęcia, tak w tym fragmencie mamy zawarty opis, jak Bóg zaczyna „tkać” Kościół, który narodzi się mniej więcej trzy lata później. Z drugiej strony jest to treść powołania. Łukasz uzupełnia to powołanie: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił” (Ewangelia Łukasza 5, 10). Jest to powołanie apostolskie, danie nie tylko Dwunastce, nie tylko pozostałym apostołom, którzy towarzyszyli Jezusowi, lecz każdemu, kto postanawia iść za Jezusem. Jest to powołanie skierowane do każdego z nas, bo każdy z nas jest powołany do apostolstwa! A co ten fragment mówi nam o Jezusie oraz o tobie czy o mnie? Z pozoru nic, a jednak.

Trafiła ostatnio w moje ręce książka "Dzieje ludzi, którzy uwierzyli w Chrystusa". Jej autorem jest znany katolicki duszpasterz, kaznodzieja i pisarz, ks. Mieczysław Maliński. Na samym wstępie książki podał on bardzo interesująca myśl: "Co to znaczy wierzyć w Jezusa. Spróbuj wyobrazić sobie, co by było, gdyby przyszedł do ciebie taki sam w końcu człowiek, jak ty, i żądał abyś w niego uwierzył". Nasze wyobrażenia Jezusa są często "ikonowe" - i to nawet, gdy wcale nie jesteśmy katolikami czy prawosławnymi. W malarstwie katolickim czy prawosławnym Jezus i "święci" mają aureole nad głowami, ale Jezus nie chodził wśród ludzi z jakimś światłem wokół głowy. W ilustracjach protestanckich nie ma aureoli, ale często "jaśnieje", ubrany w śnieżnobiałe szaty. Jezus tak naprawdę nie "jaśniał" w żaden szczególny sposób, z wyjątkiem krótkiego wydarzenia na górze Tabor, które nazywamy "Przemienieniem Pańskim". Nie był nawet nadzwyczajnie urodziwy - Izajasz tak o nim prorokował: "Nie miał postawy ani urody, które by pociągały nasze oczy i nie był to wygląd, który by nam się mógł podobać" (Księga Izajasza 53, 2). Bóg, stając się człowiekiem, uczynił się po prostu człowiekiem, cieleśnie zupełnie przeciętnym - myślę, że ni brzydszym, ni ładniejszym od innych.

No właśnie. Staje przed nami człowiek dokładnie taki, jak my, nieznajomy dla nas, i mówi: "Zostaw wszystko. Zostaw swój dom, z kuchnią i wygodnym łóżkiem. Zostaw swoich bliskich i przyjaciół. Zostaw pracę, która daje ci pieniądze. Zostaw to wszystko i chodź za mną!" Czy byłbym na to gotowy? Czy byłbyś na to gotowy / gotowa? W swoim życiu często słyszałem: "bądźże ty rozsądny!" i myślę, że każdy z nas słyszał to samo tysiące razy. Myślę, że wezwanie to - tak po ludzku na to patrząc - było w tamtych czasach równie absurdalne, jak dzisiaj. A jednak wielu (nie wszyscy!) z tych, którzy je usłyszeli, nie wahało się, odłożyło wszystko - jako mniej istotne, lub w ogóle nieistotne - i poszło za nim! Mieli swoje domy, mieli swoją pracę, mieli ryby i chleb, życie może niebogate, ale spokojne - nazywamy to "stabilizacją". On zaś jednym zdaniem pociągnął ich na włóczęgę, spanie byle gdzie, jedzenie co się nadarzy, żar z nieba, kurz drogi i nie wiadomo co jeszcze. Pierwszy krok, jaki uczynili za Jezusem wcale nie zachwiał ich życiem - wywrócił je do góry nogami! Mała dygresja: życie z Chrystusem nie jest życiową stabilizacją, lecz duchowym szaleństwem, życiem opartym na wierze, nie na racjonalnych przekonaniach i kalkulacjach, nie na naszej ludzkiej pewności. Krok uczyniony za Jezusem, to często krok w stronę tego, czego my nie wiemy, ale Bóg wie.

Swego czasu bardzo wiele czytałem nt. przeróżnych sekt religijnych. Nie brakuje w naszych czasach przeróżnych "guru", którzy za pomocą obietnic i psychomanipulacji, przeróżnych trików psychologicznych włącznie z hipnozą, wciągają ludzi do swoich sekt. Skłaniają oni ludzi do porzucenia swoich domów, rodzin, przyjaciół, pracy i całkowitego oddania się sekcie. Ich celem nie jest prawda, lecz władza i korzyści - członkowie sekty, stają się niewolnikami pracującymi ponad siły dla swej sekty i ofiarami rabunku, gdyż często wyprzedają wszystko to, co mają, i oddają swym przywódcom. Jezus jest ich zupełnym przeciwieństwem! Jego: "chodź za mną" nigdy nie łączyło się z hipnozą i psychomanipulacją. Zawsze był wobec ludzi całkowicie uczciwy i prostolinijny - bo taka jest natura Boga! On od początku mówił, że droga życia, na którą on wzywa, to szlak trudny, wymagający "hartu ducha" i odwagi. Nigdy też nie szukał poklasku, ani nie kierował się interesem. Był więc całkowitym przeciwieństwem wszelkich sekciarskich "guru"! On sam uczynił się ubogim, by nam wskazać drogę pokory i prostoty.

Jezus nie potrzebował żadnych psychologicznych trików, żadnej hipnozy czy manipulacji. Za jego ziemską fizjonomią kryła się bowiem zupełnie nieziemska osobowość, moc i autorytet. Ci, do których przyszedł, od początków świata zostali wyznaczeni na tych, którzy rozpoczną budowę Kościoła z Jezusem. Patrząc w jego oczy i słuchając jego słów ulegli Bożej mocy. Nie wiedzieli wówczas, że w rzeczy samej jest On Bogiem, lecz w jego słowach i spojrzeniu musiała być w tym momencie cała jego boska osobowość i ona skłoniła ich do uległości. Ich serca były przez Boga przygotowane na to wezwanie,  a jego słowa i spojrzenie - głębokie spojrzenie w oczy aż po ich serca - było "iskrą", która zainicjowała działanie. Nie wiedzieli kim jest, ani czego od nich chce. Nie wiedzieli, czego będzie ich uczył, ani też w jakim celu. Nie wiedzieli, dokąd chce ich prowadzić. Jednak, gdy ujrzeli i usłyszeli Chrystusa, od razu jemu zaufali - innymi słowy: zawierzyli. I to jest właśnie to, czego Bóg oczekuje od każdego z nas na początek. Tylko tyle, czy może aż tyle?

Ogromnie zazdroszczę tym pierwszym uczniom tego, że mogli spojrzeć w oczy Jezusa, gdy mówił do nich "chodź za mną". Mieli niezwykły przywilej. Jezus jest wciąż obecny i gdy teraz wzywa: "chodź za mną" jego obecność jest nie mniej realna, niż 2000 lat temu, lecz inna. My, obecnie żyjący, na tą szansę spojrzenia w oczy Chrystusa musimy cierpliwie czekać. Ci pierwsi uczniowie spojrzeli w oczy Pana, zawierzyli mu i poszli za nim - my zaś musimy wpierw zawierzyć mu i pójść za Nim, by kiedyś móc spojrzeć w oczy Pana. W pewnym sensie mamy łatwiej, niż ci pierwsi uczniowie - bo mamy nauki, które poprzez nich zostawił nam Jezus i ich świadectwa o Zbawicielu. Mamy też od nich zachętę, by zawierzyć Panu i wyruszyć na "przygodę życia", by stać się dziećmi Boga i dziedzicami w Królestwie Niebieskim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz