niedziela, 31 lipca 2016

Uśmiech aniołów

"Jeśli świat was nienawidzi, wiedzcie, że mnie wpierw niż was znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat miłowałby to, co jest jego; że jednak ze świata nie jesteście, ale Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Wspomnijcie na słowo, które do was powiedziałem. Nie jest sługa większy nad pana swego. Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą" (Ewangelia Jana 15, 18 - 20) "Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat" (Ewangelia Jana 16, 33)
Kiedyś bardzo przeżywałem każdą tego rodzaju sytuację. Moje reakcje bywały gniewne. Obrywała poduszka, dudniło od walenia pięściami w co popadło, aż kiedyś nawet monitor komputera zakończył swój żywot... Pewnie, że żałuję tych złości, bo kosztowało to mnie sporo zdrowia, o nowym monitorze nie wspominając. Dziś, z perspektywy czasu, myślę jednak, że było to potrzebne, by Bóg mnie mógł nauczyć, że... nie warto. Z biegiem czasu zrozumiałem, że powodem ataków, które się zdarzają, jest moje życie według PRAWDY - a raczej często nieudolne starania życia według niej - i moja duchowa wolność z jednej, a życie innych w diabelskim KŁAMSTWIE i duchowej niewoli z drugiej strony. Gdy to zrozumiałem, przestałem się tak bardzo denerwować i wyładowywać swą złość na ludziach, którzy są tylko otumanionymi narzędziami w rękach szatana, i na wszystkim dookoła; przestałem tym samym dawać diabłu frajdę demolowania mojego serca.

Diabeł, ojciec kłamstwa, tak bardzo nienawidzi PRAWDY, że gdy jest ona głoszona, dostaje szału i wyładowuje się poprzez ludzi, którzy zło mając głęboko w swym sercu, złorzeczą i zło czynią tym, którzy pragną żyć według PRAWDY i głoszą PRAWDĘ - tą PRAWDĄ zaś jest Słowo Boże.  Jeśli z powodu swej wiary i związanych z nią przekonań jesteśmy wyśmiewani, poniżani a nawet nam grożą, bądźmy spokojni - to wyraźny znak, że nasze życie bardzo nie podoba się diabłu. Gdy widzę, jak diabeł znów wpada w szał, doświadczam spokoju, bo wiem, że anioły w tym czasie się do mnie uśmiechają. "Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! Radujcie i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami" (Ewangelia Mateusza 5, 11 - 12).

czwartek, 28 lipca 2016

Cudowna moc pokory

"Serce ludzkie jest wyniosłe przed upadkiem, ale prawdziwą chwałę poprzedza pokora" (Przypowieści Salomona 18, 12 - tłum. przekład literacki EIB) "Przyszła pycha - przyjdzie hańba, mądrość zaś mieszka u skromnych" (Przypowieści Salomona 11, 2 - tłum. przekład literacki EIB)
Jeśli w sercu człowieka brak jest pokory, to nawet jego religijność może przekształcić się w groźną chorobę psychiczną i duchową. Brak pokory jest źródłem fanatyzmu, który jest z gruntu demoniczny - łączy się z pogardą dla innych i pcha do agresji, choćby tylko werbalnej. Fanatyzm może być tylko formą prymitywnej i płytkiej religijności, nigdy zaś prawdziwej pobożności. Fanatyzm, pycha i wyrosła na tym gruncie agresja wobec innych są ciężkim grzechem i nie mogą podobać się Bogu. Gdy w sercu człowieka brak jest pokory, działa on jak tornado, niszcząc wszystko w okół. Wiele razy w dziejach ludzie wprawdzie "wierzący", lecz butni, uczynili na tym świecie ogromne spustoszenia - wojny religijne, płonące stosy, etc. Diabeł jest prawdziwym "bogiem" pyszałków i arogantów.

Prawdziwa pobożność rodzi się w pokorze i cichości serca i jest jak lekki, ożywczy powiew nie tylko dla bogobojnego człowieka, który takie życie praktykuje, lecz także dla jego otoczenia.  Pokora i cichość serca są drogą, którą wskazuje Chrystus: "...uczcie się ode mnie łagodności i pokory serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych" (Ewangelia Mateusza 11, 29 - tłum. przekład literacki EIB). Pokora i cichość serca same w sobie nie są co prawda chrześcijaństwem - występują one także poza chrześcijaństwem - ale autentyczne chrześcijaństwo zawsze przejawia się pokorą i cichością serca. Pokora i cichość serca przychodzą do nas od Boga, lecz ich zakorzenienie w naszym życiu zależy od naszej dyscypliny duchowej, opartej na nauce z Ewangelii i słuchaniu Boga w modlitwie, która nie jest niczym innym, jak pielęgnacją i kształtowaniem własnego serca. Duchowy ład zaś czyni nasze życie pięknym i przekłada się na naszą postawę wobec innych. 

Wiele lat temu o pewnym człowieku napisałem: "tam, gdzie przechodzi pośród ludzi, tam zdają się wśród nich rozkwitać duchowe kwiaty". A było tak dlatego, że był on pełen pobożności "nasączonej" ogromną łagodnością i pokorą serca. Choć od dawna nie żyje, po dziś dzień jest błogosławieństwem dla tego świata, bo jego pełna pokory i miłości wiara przyniosła tysiące wspaniałych owoców, tysiące przemienionych serc! On "siał" pokój w ludzkie serca na ogromną skalę - tych, których "obsiewał" były miliony. Nie mam ambicji, by jemu dorównać i osiągnąć tą samą skalę, lecz pragnieniem mojego serca jest współuczestniczyć w tym siewie, w którym i on uczestniczył. 

Pokora i miłość przez wielu uważane są za naiwne, za przejaw słabości. Jednak właśnie "to, co u świata głupiego, wybrał Bóg, aby zawstydzić mądrych, i to, co u świata słabego, wybrał Bóg, aby zawstydzić to, co mocne, i to, co jest niskiego rodu u świata i co wzgardzone, wybrał Bóg, w ogóle to, co jest niczym, aby to, co jest czymś, unicestwić..." (1. List do Koryntian 1, 27 - 28). W pokorę i miłość Bóg włożył ogromną moc, a z nimi przychodzi do ludzi mądrość. Pokora i miłość są wciąż deptane przez pychę i arogancję, a jednak trwają, niczym nie udało się ich zniszczyć! Czyż więc nie są większą potęgą, niż ta, która służy ich niszczeniu? Ludzie cisi i pokornego serca mogą nawet życie postradać, a jednak być zwycięzcami! Duchowe piękno wciąż się odradza. Nadejdzie też taki czas, gdy wszelkie siły niszczące będą same zniszczone, a wówczas pozostanie tylko to, co piękne i wzniosłe i ludzie, którzy pielęgnowali to we własnych sercach.

środa, 27 lipca 2016

Ku wolności!

"Opamiętajcie się - odpowiedział Piotr - i niech każdy z was da się ochrzcić w Imię Jezusa Chrystusa dla odpuszczenia waszych grzechów..." (Dzieje Apostolskie 2, 38)
Śledziłem dzisiaj z uwagą relację z Krakowa, z rozpoczynających się Światowych Dni Młodzieży. W pamięci utkwiły mi słowa goszczącego w studiu TVN24 publicysty "Gazety Wyborczej", który powiedział mniej więcej tak: "chciałbym móc przestać być chrześcijaninem, by dać się ochrzcić jako świadomie wierzący". Myślę, że tego problemu, takiej duchowej rozterki, doświadcza niejeden katolik, który czyta Słowo Boże i o chrztach takich, jakie były dokonywane w czasach Jezusa - będących aktem wiary i woli, konsekwencją nawrócenia. Tylko tak dokonany chrzest jest chrztem w pełnym tego słowa znaczeniu, ma w sobie "ładunek" emocjonalny i duchowy, ma znaczenie dla Królestwa Niebieskiego. Każdy, kto odkrywa w swoim sercu wiarę i przeżywa więź z Bogiem może przyjąć biblijny chrzest, nie oglądając się wcale na to, co dokonano nad nim, jako dzieckiem. Tylko w tej sprawie nie może iść do księdza - dla którego takie rozterki to "bluźnierstwo" i "herezja" - lecz szukać ewangelicznych chrześcijan.

Bóg od samego początku obdarzył człowieka wolną wolą. Od tysięcy lat mówi człowiekowi, jak należy żyć, ale nigdy do takiego życia nie przymusza. Z paroma tylko wyjątkami w dziejach, pozostawia nam swobodę decydowania o sobie. I gdy Jezus mówił o chrzcie, a za nim apostołowie, to nigdy nie był to chrzest na siłę czy z pominięciem woli chrzczonego - zawsze był to akt wiary i woli. Bóg uczynił nas wolnymi, choć wiedział, że źle z tej wolności będziemy korzystali. Bóg do niczego nas nie przymusza, nie ogranicza, ani też nie stawia w "sytuacji bez wyjścia", "przed faktem dokonanym". Chrzest z pominięciem woli chrzczonego, dla Boga nie jest żadnym chrztem i nie musimy się na to oglądać, gdy w naszym sercu pojawia się pragnienie chrztu takiego, o jakim czytamy w Biblii. Ten chrzest "nie istnieje", bo nie ma związku z naszą wiarą, bo dopiero wiara i pragnienie czynią chrzest czymś realnym, mającym znaczenie. Bóg bowiem kocha naszą wolność i nasze dobre decyzje - które sprawiają, że wolność ta staje się wolnością prawdziwą w Chrystusie, błogosławieństwem. To diabeł człowieka ogranicza i niewoli (w tym także religijnymi praktykami), a Bóg tylko kruszy kajdany!

wtorek, 26 lipca 2016

Oczyszczenie

"[Miłość] nie prowadzi rachunku krzywd" (1. List do Koryntian 13, 5)
Inaczej: "miłość nie zachowuje w myślach złego". Każdy z nas doświadcza w tym świecie zła, ale też każdy z nas czyni zło. Nie ma sensu rozważać wciąż zła, które nam uczyniono, gdyż to prowadzi tylko do zgorzknienia i grzechu, do pomnażania zła. Jezus wzywa nas do przebaczania. Nie ma tak wielkiego zła, tak wielkiej krzywdy, by nie dałoby się tego przebaczyć! Bo jeśli mamy w sercu miłość, daną od Boga, jest ona większa niż całe zło. Przebaczenie to niekoniecznie kwestia tego, co czujemy, lecz kwestia decyzji - gdy ją podejmujemy, sami doznajemy oczyszczenia poprzez miłość.

Zdarza się, że doznaję od ludzi przykrości i zła. Czy miałbym im to sumować?  Bóg podpowiada: zsumuj własne grzechy! No tak. Wyobraźnia podsuwa mi obraz wagi o dwóch szalkach. Na jedną mogę położyć grzechy innych względem mnie. Na drugą zaś moje grzechy wobec innych i Boga. Czy byłaby choćby równowaga? Nie sądzę! Tylko własne grzechy warto zliczać, nie cudze, i iść z nimi z żalem pod krzyż Pana naszego, Jezusa Chrystusa, tam zostawić ten ciężar.

Nauczyciel



poniedziałek, 25 lipca 2016

Gonitwa za wiatrem

"Pobożność jest prawdziwym zyskiem, jeżeli łączy się z umiarem. Bo nic na świat nie przynieśliśmy i nic nie dadzą na rozstanie. Jeśli więc mamy strawę i odzienie, przyjmijmy to z zadowoleniem. Ci bowiem, którzy chcą być bogaci, wystawiają się na pokusy i zasadzki, mogą paść ofiarą bezsensownych i szkodliwych pragnień, które pogrążają ludzi w zgubę i zatracenie. Korzeniem wszelkiego zła jest miłość pieniędzy. (...) Ty zaś, Boży człowieku, od tego wszystkiego uciekaj" (1. List do Tymoteusza 6, 6 - 11 - tłum. przekład literacki EIB)
"Ziemia dostarcza dość, by zaspokoić potrzeby każdego człowieka, ale nie chciwość każdego człowieka" (Mahatma Gandhi). Chciwość niszczy człowieka i niszczy także ten świat. Chciwość i przesyt jednych, innych skazuje często na nędzę i śmierć.

"Z badań bogactwa na świecie wynika, że 1 procent najbogatszych mieszkańców ziemi zgromadził niemal tyle bogactwa, co pozostałe 99 procent ludzkości. Koncentracja bogactwa w rękach wąskiej elity będzie jeszcze postępować. Brytyjska organizacja Oxfam opublikowała raport dotyczący bogactwa na świecie. Okazuje się, że w 2014 roku 48 procent światowego majątku spoczywało w rękach zaledwie jednego procenta mieszkańców kuli ziemskiej - oczywiście tych najbogatszych. Pozostałe 52 procent posiadała cała reszta ludzi. Co ciekawe, bogaci będą coraz bogatsi, a biedni, coraz biedniejsi. Najbogatsza elita potrafi dbać o to, by jej bogactwo jeszcze bardziej się powiększało... " (PolskaTimes.pl, 19 stycznia 2015)

Bóg stworzył ten świat i powierzył ludziom. Mamy prawo korzystać z zasobów tego świata, z tego, co jest nam potrzebne. Jednak obowiązkiem naszym jest troska o ten świat i o innych ludzi. Jeśli wiele pozyskujemy, wiele powinniśmy też oddawać, bo ten świat nie jest naszą własnością, lecz własnością Boga, którą On nam powierzył. "Bezbożny pożycza i nie oddaje, Sprawiedliwy zaś lituje się i rozdaje" (Psalm 37, 21). Bóg wzywa nas do zupełnie innego zarządzania majątkiem, do wrażliwości społecznej, do sprawiedliwego gospodarowania tym, co jest nam dane. Gdyby tylko ludzie chcieli żyć według tego, co mówi Bóg, na ziemi nie byłoby ani miliarderów, ani też obdartych i głodnych! Ten, kto bogaci się, a nie służy drugim, straci kiedyś wszystko. Miliardy na nic się chciwcowi nie przydadzą i "cóż za korzyść, że trudził się dla wiatru?" (Kaznodziei Salomona 5, 15). "Albo czy nie wiecie, że niesprawiedliwi Królestwa Bożego nie odziedziczą? Nie łudźcie się! (...) Ani złodzieje, ani chciwcy, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy Królestwa Bożego nie odziedziczą" (1. List do Koryntian 6, 9 - 10). Ten zaś, kto wierzy i poprzestaje na małym, a tym, co otrzymuje w nadmiarze potrafi się dzielić z tymi, którzy cierpią niedostatek - wszystko zyska: "...pokorni posiądą ziemię i napawać się będą pełnią pokoju" (Psalm 37, 11 - tłum. Izaak Cylkow).

Co do mnie. Nie zazdroszczę niczego chciwcom, którzy niszczą ten świat, którzy eksploatują go bez umiaru, którzy wyzyskują innych, by samemu zarabiać jeszcze więcej. Wolę być dziedzicem przyszłego świata, gdzie pieniądz, złoto i diamenty nie będą miały żadnej wartości, gdzie żaden  bogacz, któremu zależy tylko na własnym bogactwie i wystawnym życiu nie wejdzie. "Wchodźcie przez ciasną bramę; albowiem szeroka jest brama i przestronna droga, która wiedzie na zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. A ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do żywota; i niewielu jest tych, którzy ją znajdują" (Ewangelia Mateusza 7, 13 - 14). "Jezus zaś rzekł do uczniów swoich: Zaprawdę powiadam wam, że bogacz z trudnością wejdzie do Królestwa Niebios. nadto powiadam wam: Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego" (Ewangelia Mateusza 19, 23 - 24). "Nie kręci mnie" bogactwo tego świata, które wcześniej czy później w pył się rozsypie. Nie chcę w swym życiu "gonić za wiatrem"? "Kręci" mnie za to treść obietnic danych wierzącym - bogactwo "nie z tej ziemi", które nie przemija.

niedziela, 24 lipca 2016

Przeciw "tęczowej herezji"

Dziesiątki i setki tysięcy młodych katolików z całego świata pojawią się niebawem w Krakowie, by przeżywać ze swoim papieżem Światowe Dni Młodzieży. tego typu wielkie spotkania wykorzystują zawsze przeróżne sekty i grupy zwolenników przeróżnych ideologii. Wielokrotnie w swym życiu obserwowałem bezpośrednio takie działania. Zwykle działają niejawnie. W Krakowie jest inaczej - organizacja "Wiara i Tęcza" przygotowuje swój punkt dla "tęczowych pielgrzymów". Ciekawie mówi o tym brat Damian. Jedno tylko wyjaśnienie: inicjatywa ta nie ma akceptacji Kościoła katolickiego, a zaproszenie na ŚDM dotyczy tylko osób żyjących w tym grzechu, nie zaś organizacji i jej inicjatywy.

Roztropni i niewinni

"Oto Ja posyłam was jak owce między wilki, bądźcie tedy roztropni jak węże i niewinni jak gołębice" (Ewangelia Mateusza 10, 16)
Chrześcijańska misja na tym świecie jest pewnego rodzaju "grą wojenną". Jesteśmy posłani do tego świata jako Armia Pana, a świat ten jest terenem bitwy. Napotykamy na nim zasieki duchowych pułapek, bunkry zatwardziałych serc, miny grzesznych pokus. Zostaliśmy posłani, by iść do przodu, do ludzi i by pozyskiwać ich dla naszego Pana. Jesteśmy narażeni na wiele niebezpieczeństw - musimy liczyć się nawet z utratą życia w tej walce. Powinniśmy wykazywać się mądrością i sprytem, nie tylko by przetrwać, ale zdobywać. Musimy być dobrze przygotowani, uzbrojeni w Słowo Boże, mieć przemyślaną taktykę a także wyrobić w sobie umiejętności kluczenia i szukania najmniejszej drogi dostępu do dusz ludzkich. Bóg potrzebuje "cwaniaków", którzy nie tylko będą dobrze wyposażeni, czyli będą dobrze znali Słowo Boże, lecz także będą umieli się nim świetnie posługiwać i będą umieli "podchodzić ludzi" tak, by pozyskiwać słuchaczy. Potrzebujemy umieć "kombinować na potęgę", wyszukiwać najmniejszą szczelinę, najwęższą drogę, którą możemy się przecisnąć, a gdy trzeba, wyrąbywać szlak.

Aby być dobrymi wojownikami, musimy w pierwszym rzędzie walczyć wciąż o samych siebie, by być czystymi przed Bogiem i ludźmi, by nasze życie było świadectwem wiary. Musimy się wystrzegać tego, co może nas obciążać. Musimy zawsze opierać się na prawdzie i pielęgnować świętość.


sobota, 23 lipca 2016

O naturze Boga myśli kilka

"Kto nie miłuje, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością" (1. List Jana 4, 8)
Tak. Ja bym to nawet zapisał inaczej: Bóg jest Miłością, bowiem Miłość jest dla mnie jakby kolejnym imieniem Boga. Słowo Boże mówi o doskonałej miłości Boga do człowieka. Mówi też o doskonałej nienawiści Boga do grzechu. Czy Bóg mógłby nienawidzić człowieka za grzech? Gdy nad tym rozmyślam, dochodzę do wniosku, że na tak postawione pytanie są dwie odpowiedzi: "tak" i "nie" - sprzeczne, a jednocześnie obie prawdziwe. "Tak" - bo Bóg mógłby nienawidzić, lecz nie chce; jest to Jego wola. "Nie" - bo doskonała miłość znosi całkowicie nienawiść. Ale gdyby Bóg nie mógł nienawidzić, to czyż nie znaczyłoby to, że nie wszystko może? Głowa może od tego rozboleć. Bóg mówi nam o sobie tyle, ile możemy pojąć. Kiedyś - w nowym świecie, gdzie będziemy żyli wiecznie i bliżej obcowali z Bogiem - pewnie powie nam o sobie więcej, bo więcej będziemy w stanie pojąć. Jednak nigdy, jak sądzę, nie będziemy w stanie w pełni zrozumieć natury Boga...

Druga myśl. W Słowie Bożym znajdujemy zapewnienia, że Bóg nienawidzi grzechu. Jednak nie ma ani słowa o tym, by nienawidził szatana - jest mowa tylko o nienawiści do tego, co szatan czyni. Czyżby podobnie jak w przypadku ludzi, których kocha, lecz nienawidzi ich grzechów, inne uczucia miał do szatana, a inne do zła, które szatan czyni? Oczywiście jest znacząca różnica - Bóg kocha człowieka, ale na pewno nie miłuje szatana; Bóg daje człowiekowi szansę, a szatan jest "na straconej pozycji"... Myślę, że Bóg ani nie miłuje szatana, ani też nie nienawidzi go. Jest jeszcze jedno uczucie, które jest pośrodku między tymi dwoma, a nie jest aż tak "naładowane emocjonalnie" - to ŻAL. Żal może być równie doskonały, jak miłość czy nienawiść, nie będąc równocześnie żadną z nich. Bóg nie okaże szatanowi litości (a i szatan nigdy nie okaże skruchy), jego los jest przesądzony, lecz kara, której doświadczy, nie sprawia Bogu żadnej satysfakcji.

Przy okazji. Kalwiniści - w uproszczeniu - uważają, że Bóg stwarzając ten świat napisał też całą jego historię i scenariusz życia każdego człowieka. Twierdzą, że Bóg zna przyszłość każdego człowieka i nasze życiowe wybory, ale nie dlatego, że "po prostu wie", lecz dlatego, że sam to wszystko zaplanował - i że wybranych przeznaczył na zbawienie, a resztę posłał (bardzo dosłownie) "do diabła". Już tylko to by starczało, by orzec: to nie jest miłość! Ale załóżmy na moment, że mają oni rację i że tak właśnie jest. W takim razie Lucyfer wcale by nie był buntownikiem, lecz wykonawcą zamierzeń Boga. A jeśli tak, to jakże Bóg mógłby go karać tak strasznie, jak jest to zapowiedziane? Od kiedy to się karze kogoś za to, że wykonał dobrze zadanie, które się mu powierzyło? Jakżeby można wówczas Boga uważać za sprawiedliwego? A jeśli tak by było, że byłby to boży scenariusz, to czy nie trzeba by uznać, że od Boga pochodzi nie tylko całe dobro / dobrodziejstwa, ale też całe zło /  grzechy? Taki właśnie sposób myślenia prowadzi do tego, że niektórzy uznali, że Bóg tylko tak "grozi palcem", ale ostatecznie zbawi wszystkich, włącznie z diabłami. Ponownie: szach - mat kalwiniści!

Jak wygrać w tej wojnie?

Jestem jedynym z tych ludzi, u których "długo w nocy stukają klawisze, nocna lampka się pali do świtu", jak śpiewała Wolna Grupa Bukowina. Noc bowiem to dla mnie czas spokoju, gdy można się lepiej skupić nad tym, co się chce przeczytać lub napisać. Tak było też w ubiegłym tygodniu. W tym nocnym spokoju włączyłem na chwilę telewizor i z przerażeniem dowiedziałem się, że dla tysięcy ludzi w Nicei ta noc nie była spokojna. Po pięknej promenadzie szalał demon w ciężarówce, zabijając i raniąc. Pisząc "demon" nie mam na myśli młodego człowieka, który siedział za kierownicą, lecz złego ducha, który siedział w tym młodym człowieku i kierował jego czynami. 


Od początku spodziewałem się, że gdy policja poda informacje o sprawcy, będzie to arabskie imię i nazwisko. Nie jestem w żaden sposób uprzedzony do Arabów i muzułmanów, ale faktem jest, że islam wiąże się z terrorem i że choć nie każdy muzułmanin jest terrorystą to (niemal) każdy terrorysta, o którym słyszymy, jest muzułmaninem. Nie zdziwiło mnie więc zupełnie, gdy jeszcze tej samej nocy agencje przekazały relacje świadków, że ów opętany człowiek wrzeszczał: "Allahu akbar!" Później podano więcej informacji o nim - że był Tunezyjczykiem i zupełnie "niereligijnym muzułmaninem" - pijącym alkohol, ćpającym, jedzącym wieprzowinę i w nosie mającym posty, a nawet wolącym robić wszystko inne, byle tylko nie iść w piątek do meczetu. Te informacje o mordercy z Nicei są niewątpliwie "na rękę" postępowym propagandystom, którzy próbują odciąć islam od terroryzmu i przekonują, że terroryzm nie ma nic wspólnego z islamem. Jednak krzyk: "Allahu akbar!" dowodzi ponad wszelką wątpliwość, że ów straszny czyn miał podłoże religijne. Początkowo mówiono, że ten człowiek oszalał, że pokłócił się ze znajomymi i coś "mu odwaliło", ale dziś wiemy, że bardzo dokładnie przygotował swój zamach. Być może nie był "dżihadystą", lecz doznał jakiegoś "religijnego olśnienia", i żeby się spodobać swojemu Allahowi, jednym śmiałym ruchem wymazać swoje grzechy i dostać się do islamskiego raju pełnego hurysek, postanowił wymordować tylu niewiernych, ilu tylko zdoła. On mógł nie być "religijny" w swym życiu, lecz islam był mu wpajany od dziecka i myślę, że właśnie demony, które są w islamie, których nauki są zawarte w Koranie, pchnęły go, by dokonał tej okrutnej masakry. Tak w gruncie rzeczy żal mi tego młodego człowieka tak samo, jak tych, których pokaleczył i pozabijał - nim  bowiem inni stali się jego ofiarami, najpierw on sam stał się ofiarą bytów niezrównanie gorszych niż najgorszy z ludzi.

Jest taki dowcip - w sumie mało śmieszny. Jak sobie poradzić z tłokiem w autobusie w godzinach szczytu, jeśli chcemy mieć dla siebie sporo miejsca? Otóż należy ubrać się w burnus, szeptać jakieś niezrozumiałe słowa i powtarzać "Allahu akbar!" Terroryzm to nic nowego. Terroryzm islamski to nic nowego. Jednak po 11 września 2001 roku świat zmienił się w sposób dramatyczny. Terroryzm - i to właśnie terroryzm islamski - przyjął zupełnie nową formę, a my przekonaliśmy się, że nie tylko nigdzie nie możemy się czuć naprawdę bezpieczni, lecz także, że nie tylko trudno nam będzie przewidzieć kto i kiedy nas zaatakuje, ale także czym to uczyni. Przed 2001 rokiem porwano bardzo wiele samolotów, ale do 2001 roku nikt nie myślał o samolocie jako o potencjalnej broni. Podobnie teraz - kto by pomyślał, że bronią w rękach terrorysty może być... zwykła ciężarówka? Myślę o tych wszystkich zamachach, do jakich doszło w ciągu minionych lat i miesięcy - Nowy Jork, Londyn, Madryt, Paryż, Bruksela, Orlando, Nicea a wczoraj Monachium... Wszystkie te zdarzenia łączy jedno: islam! Tak! Mamy prawo się obawiać i mamy solidne podstawy do tego, aby się obawiać. Powinniśmy też słuchać tych, którzy znają islam i ostrzegają nas przed nim - nie tych, którzy mówią, że "islam to religia pokoju" i nawołują do życzliwej koegzystencji, bowiem muzułmanie oczywiście mówią, że ich religia jest "religią pokoju", ale nigdy nie powiedzą, że warunkiem tego pokoju jest... panowanie islamu. Musimy być świadomi ekspansji islamu i związanych z tym zagrożeniami. Musimy być świadomi tego, że migracja muzułmanów do krajów nieislamskich nie jest czymś przypadkowym. Z całą pewnością nie możemy na to spokojnie patrzeć...

Nie lubię postrzegać drugiego człowieka jako potencjalne zagrożenie. Jednak moje serce mocno drżało, gdy do Europy wdarła się milionowa fala "uchodźców". Wiemy dobrze, że w tej fali przedostało się wielu terrorystów. Wiemy dobrze, że w tej fali przybyło wielu, którzy wcale nie potrzebowali znikąd uciekać, a szukają tylko łatwego życia i... miejsc do skolonizowania. Wiemy wreszcie też, że w tej fali przybyli ludzie, którzy w ostatnich miesiącach dopuścili się wielu ohydnych czynów wobec europejskich kobiet - wiemy o molestowaniu, gwałtach a nawet morderstwach. Kolejne setki tysięcy ludzi chcą pójść śladem tego miliona! Nie wolno nam się godzić na to, by przychodził, kto chce i robił w naszych krajach, co chce. Nie powinniśmy się godzić na szerzenie islamu, na pospolite łajdactwa i żerowanie na społeczeństwie. Uważam, że nie tylko mamy prawo , ale obowiązek, się temu przeciwstawiać, bronić. Z drugiej zaś strony... tak bardzo kocham ludzi, że gdy się ów milion przetaczał przez Europę, w moim sercu pojawiła się myśl: pilnie potrzebujemy miliona Biblii po arabsku! W ogóle Słowo Boże jest w gruncie rzeczy jedynym ratunkiem dla Europy - Europa wymaga odbudowania na fundamencie Słowa Bożego, rdzenni mieszkańcy Europy muszą wracać do Boga i Słowa Bożego i stawać z Biblią w ręku przed tymi, którzy przychodzą i wzywać ich do Boga...

Dobroć serca - dobry owoc

"Mówił więc [Jan] do tłumów, które przychodziły, aby się dać ochrzcić przez niego: Plemię żmijowe, któż wam poddał myśl, aby uciekać przed przyszłym gniewem? Wydawajcie więc owoce godne upamiętania. A nie próbujcie wmawiać w siebie: Ojca mamy Abrahama; powiadam wam bowiem, że Bóg może z tych kamieni wzbudzić dzieci Abrahamowi. A już i siekiera do korzenia drzew jest przyłożona; wszelkie więc drzewo, które nie wydaje owocu dobrego, zostaje wycięte i w ogień wrzucone. I pytały go tłumy: Cóż więc mamy czynić? A on odpowiadając, rzekł im: Kto ma dwie suknie, niechaj da temu, który nie ma, a kto ma żywność, niech uczyni podobnie" (Ewangelia Łukasza 3, 7 - 11)

piątek, 22 lipca 2016

Nadzieja dla Polski

"Przede wszystkim więc usilnie zachęcam, żeby błagania, modlitwy, wstawiennictwa, dziękczynienia zanoszono za ludzi wszelkiego pokroju, za królów i wszystkich zajmujących wysokie stanowiska - abyśmy mogli dalej wieść spokojne i ciche życie w pełni zbożnego oddania i powagi" (1. List do Tymoteusza 2, 2 - tłum. "Biblia Poznańska")
Źródło: Facebook, autor nieznany
Od dawna nie angażuję się w żaden sposób w życie polityczne naszego kraju. To znaczy: nie chodzę do wyborów. Dlaczego? Powód jest prozaiczny: nie mam na kogo głosować! Wybór pomiędzy naszymi ugrupowaniami politycznymi to jak wybór... między dżumą a cholerą. Brakuje mi ogromnie na polskiej scenie politycznej chrześcijańskiej partii, której członkowie byliby tak w życiu prywatnym, jak i publicznym prawdziwymi naśladowcami Jezusa Chrystusa. Przy rozdziale Kościoła od Państwa, potrzeba jednak chrześcijaństwa w polityce - ludzi, którzy kierowaliby się miłością i troską o ludzi, którzy kształtowaliby życie polityczne i sprawy naszego kraju na sposób chrześcijański, szanując przy tym ludzi myślących odmiennie. Tacy politycy, których mógłbym poprzeć, to, niestety, "unikalne sztuki" i ku mojej rozpaczy... żaden z nich nie występuje w moim regionie. Zawsze podziwiałem na przykład Johna Abrahama Godsona, który jest człowiekiem wielkiego serca i rozumu. On spośród wszystkich naszych polityków jest najlepszym... Polakiem i patriotą, któremu naprawdę chodzi o dobro ludzi i kraju. Boleję nad tym, że nie ma go już w naszym Parlamencie. 

Niestety, w Polsce, aby wygrać trzeba mieć albo polityczne poparcie "wielkich" - co często oznacza podporządkowanie się lub wręcz "wazeliniarstwo" - albo populistyczne hasełka. No i stąd ławy parlamentarne są pełne miernot, które wzajemnie sobą pogardzają, wydzierają się, komentują w sposób obraźliwy i dbają głównie o własne interesy. Jeszcze bardziej obrzydliwe jest, gdy postępując w taki sposób, próbują jeszcze pozować na "ludzi wierzących" i "bronić krzyża". Gdy mówię o potrzebie obecności chrześcijan w życiu politycznym i kształtowaniu polityki i życia kraju na sposób chrześcijański, nie mam na myśli używania krzyża do walki politycznej, lecz klęczenie przed krzyżem i szukanie u Boga mądrości, co robić. Modlę się o takich polityków dla naszego kraju, którzy będą się modlić tak wiele, że nie starczy im sił i ochoty na kłótnie i wzajemne ubliżanie sobie. Jeśli ktoś się awanturuje i ubliża innym, to znaczy, że za mało się modli i za mało słucha Jezusa Chrystusa - o ile w ogóle. I nie mam na myśli pana Posła ze zdjęcia, czy konkretnego ugrupowania politycznego - powyższe zdjęcie (zrobione podczas dzisiejszej nocnej awantury) jest dla mnie tylko symbolem tego, co się dzieje w naszej polityce.

Jestem głęboko rozczarowany demokracją i parlamentaryzmem. DEMOkracja = rządy LUDU, ale lud łatwo daje sobą manipulować sprytnym cwaniakom wspieranym przez cynicznych spin-doktorów. Jedni słuchają z uwielbieniem jednego partyjnego guru, drudzy innego, kolejni jeszcze innych i dają w siebie wsączać kłamstwa i pogardę dla "tych idiotów" o odmiennych poglądach politycznych. Polak Polakowi - w imię interesów politycznych grupki zacietrzewionych "wodzów ludu" - zaciętym wrogiem, zamiast bratem - rodakiem. Jeśli w ludzkim sercu jest wrogość i pogarda, to nic nie pomogą krzyże na ścianach i składanie rąk do modlitwy, bo w takim sercu nie ma Boga i życia wiecznego! Życie wieczne zaczyna się bowiem od przemiany serca za życia doczesnego. Jeśli ktoś ma w sercu wrogość i pogardę dla innych, jego droga prowadzi "w dół", ku piekłu. Wielu "wodzów ludu" nią idzie i pociągają za sobą tłumy, pod sztandarami rzekomego (!) "patriotyzmu".

To, czego potrzeba w naszej polityce, to wiara, pokora i miłość. Tylko na takim fundamencie można budować Polskę z nadzieją na wspaniałą przyszłość. Modlę się i czekam na polityków, którzy na takim fundamencie będą budować. Potrzeba gruntownego odnowienia naszych elit - zmiany serc ludzi, którzy są u władzy, lub zmiany ludzi u władzy. Lecz to się nie dokona, jeśli my najpierw nie klękniemy do modlitwy, jeśli zmiany nie będą zachodziły w nas i jeśli nie będziemy wprowadzali ich we własnych domach i otoczeniu. Jeśli Polska ma rozkwitnąć i umocnić się, to musi dojść do duchowego przebudzenia, rewolucji Ducha Świętego. Polska musi stać się krajem prawdziwie chrześcijańskim, żeby stać się krajem błogosławionym pod każdym względem. Prawdziwy patriotyzm rodzi się w modlitwie na kolanach! Prawdziwy patriota jest tak zajęty modlitwą i pracą na rzecz ogółu, że nie ma czasu, sił ani ochoty się kłócić. Prawdziwy patriota tak wyraźnie widzi, jak jest mały i jak wiele potrzebuje pracować nad sobą, by być lepszym i lepiej działać, że nie będzie opluwał innych. O takich się modlę!

sobota, 16 lipca 2016

Czy Chrystus umarł bez powodu?

"Lecz nie tak jak z upadkiem ma się sprawa z łaską; albowiem jeśli przez upadek jednego człowieka umarło wielu, to daleko obfitsza okazała się dla wielu łaska Boża i dar przez łaskę jednego człowieka, Jezusa Chrystusa." (List do Rzymian 5, 15)
Wielu ludzi, którzy uważają siebie za wierzących uwierzyło w twierdzenia ewolucjonistów i są przekonani, że choć to Bóg stworzył świat, to jednak nie dokonało się to tak, jak to nam podaje Słowo Boże. On wierzą, że Bóg stworzył świat, ale że posłużył się do tego ewolucją, a zapis biblijny jest tylko historią mającą nam coś pokazać, czegoś nauczyć. A więc nie odbyło się to w sześć dni. Nie było też Adama, ani Ewy. Nie biegali sobie oni na golasa po ogrodzie Eden. Nie było też i tego drzewa, z którego Bóg zabronił im zrywać owoce i spożywać je. A więc nie było także szatana pod postacią węża i kuszenia. Tym samym Ewa nie zerwała owocu i nie dała też skosztować go Adamowi. Biblia pokazuje nam to jako upadek ludzkości i od tego zaczęło się grzeszne życie. No, ale przecież "to się nigdy nie stało" - mówi wielu, głównie katolicy, którzy równocześnie z wiarą w ewolucję wierzą... w "grzech pierworodny". Ich Kościół przyjmuje ewolucję, a równocześnie głosi o "grzechu pierworodnym", będącym skutkiem tego, co... uczyniła Ewa, której istnienie ewolucjonizm wyklucza! Czujecie to?

Ale wróćmy do tematu - jeśli przyjmie się ewolucjonistyczne spojrzenie na świat, to trzeba uznać, że Biblia podaje nam mity o początku świata, a więc żaden upadek się nie dokonał. Jednak pojawia się poważny teologiczny problem, którego wierzących w Chrystusa zwolennicy ewolucjonizmu zdają się nie dostrzegać. jeśli nie było upadku, to odkupienie nas nie byłoby konieczne! Jeśli nie było Ewy i Adama, jeśli Biblia nie mówi nam prawdy o początku świata i ludzkości, to Jezus Chrystus wcale nie musiał cierpieć za nasze grzechy, iść za nas na krzyż, abyśmy my byli zbawieni. A jeśli poszedł, to albo trzeba Go uznać za szaleńca, którym nie był, albo trzeba się naprawdę poważnie zastanowić, bo jeśli poszedł dla nas na krzyż to musiał mieć powód - a powodem tego była nasza grzeszność, nasz upadek! Zrozumcie to - jeśli wykreślimy Adama i Ewę,m cały ten biblijny opis, to ofiara złożona przez Chrystusa nie ma sensu i w ogóle wiara nie ma sensu! Jeśli to uznamy za mit, za przenośnię, to uderza co w całą Biblię i w istotę wiary chrześcijańskiej!

Prawda jest taka, że wiara chrześcijańska i ateistyczny ewolucjonizm to dwa zupełnie inne bieguny - na jednym religia ewolucjonistyczna (tak! Ewolucjonizm ma pewne cechy religii!), na drugim zaś Biblia i wiara chrześcijańska. Uważam, że nie można być chrześcijaninem, człowiekiem w pełni wierzącym i ufać darwinowi i innym ewolucjonistom. Nadziwić się nie mogę ideologicznym akrobacjom, które robią katoliccy i niektórzy protestnccy teolodzy, by pogodzić te dwa - jakże odległe - systemy wierzeń i tłumaczyć Biblię tak, by pasowała do ideologii ewolucjonizmu. Dziwię się, że owi nauczyciele, którzy głoszą tak pokrętną naukę (nazywajmy rzeczy po imieniu) nie widzą poważnych teologicznych konsekwencji twierdzenia, że ewolucja jest faktem! Dziwię się też, że nie widzą tego także ludzie, którzy ich słuchają. A są jeszcze inne problemy związane z uznaniem ewolucji za "fakt". O innym ciekawym teologicznym problemie postaram się wkrótce napisać...

Dziś zakończę taką myślą: Jeśli ewolucję uznać za fakt, to cierpienie i śmierć Chrystusa nie miała sensu, gdyż nie miała dla nas żadnego znaczenia! Jeśli ewolucja jest "faktem", to nie potrzebujemy żadnego odkupienia, gdyż nie było grzechu! Jeśli za prawdę przyjmujemy to, co nam mówią ewolucjoniści to po co czcimy Jezusa jako Zbawiciela? Po co chodzimy do Kościoła? Za co wielbimy Chrystusa? Za to, że jak frajer dał się bez sensu ukrzyżować? NIE! za to, że nas odkupił! Za to, że uwolnił nas z bagna, w które wdepnęli Adam i Ewa! Ja wierzę w to, że Chrystus jest Bogiem i wierzę w to, że umarł za nas na krzyżu dla naszego zbawienia. Ja wierzę, że to było konieczne i że ma sens. I to mnie przekonuje, że pierwsze rozdziały Biblii mówią prawdę - jeśli one by miały być mitem lub przenośnią, jeśli prawda miałaby być zawarta w teorii ewolucji, to równie dobrze całą Biblię można wyrzucić na śmietnik!

czwartek, 14 lipca 2016

Odrzuceni

"Nad jego głową przybito do krzyża tabliczkę z napisem: 'To jest król Żydów'. Jeden z przestępców wiszących obok, również drwił: - Ty jesteś Mesjaszem? ocal więc siebie i nas przy okazji. Lecz drugi go upomniał: - Czy nawet w godzinie śmierci nie boisz się Boga? Myśmy swymi uczynkami zasłużyli na śmierć, lecz ten człowiek nie uczynił nic złego. I dodał: - Jezusie, wspomnij o mnie, gdy znajdziesz się w swoim Królestwie! A Jezus odpowiedział: - Uroczyście ci przyrzekam, że dziś jeszcze będziesz ze mną w raju." (Ewangelia Łukasza 23, 38 - 43 - tłum. "Słowo Życia")
Nam, ludziom, tak łatwo przychodzi przekreślać ludzi. Tak łatwo ich skazujemy i odrzucamy. Tak łatwo mówimy: "Z niego nic nie będzie! On nie jest nic wart! szkoda czasu, by jeszcze się nim zajmować. On i tak się nie zmieni!" Z tego pijaka nic już nie będzie! Ten złodziej nigdy się nie zmieni! Zawsze będzie kradł! Zabijmy tego mordercę - śmierć za śmierć! Wykastrować tego pedofila! Ten chuligan z ulicy to gorszy niż pies! To nie człowiek! Nie ma w sobie nic ludzkiego! Nie zasługuje na to, by się nim zająć...  Najlepiej omijać takich ludzi. Cokolwiek byśmy dla nich nie zrobili, to nic nie da, bo oni się nie zmienią. nie są warci naszej litości! Czyż nie tak właśnie często myślimy? Czyż nie patrzymy na leżącego w kałuży pijaka z obrzydzeniem lub szyderstwem? Czyż nie odwracamy się od ludzi skazanych za występki? Ja obserwuję ten świat i widzę jak często to właśnie czynimy. Tak często skreślamy ich, a wręcz wolelibyśmy, aby przestali istnieć, aby zniknęli z naszego doskonałego świata i wówczas my, przecież tacy "doskonali" byśmy się czuli miło i komfortowo.

Bóg tak bardzo się od nas różni! Bóg nigdy nikogo nie skreśla - póki w ludzkim ciele jest duch, póki serce bije, póki jest oddech... I nam też nie wolno przekreślać ludzi. Ich czyny mogą nam się nie podobać, ich wygląd i zapach nam się może nie podobać, ich zachowanie i mowa mogą nam się nie podobać - ale cokolwiek by nie uczynili, są ludźmi. I póki żyją ich życie może się zmienić. I jest wielu ludzi - i znam osobiście takich ludzi - którzy niekiedy wiele lat żyli w rynsztoku. Uczynili wiele zła i ich życie było podłe Wielu ludzi z pewnością nimi wzgardziło, odwracało się od nich i mówiło: "Z tego to już nic nie będzie!" Ale Bóg się od nich nie odwrócił i wyciągnął ich z błota. Niejeden złodziej, gangster, homoseksualista, narkoman, alkoholik czy morderca jest dziś w Kościele! Niektórzy są nawet pastorami! Niekochani i skreśleni przez ludzi, lecz miłowani przez Boga w końcu do Niego przyszli, a On dotknął się ich życia i przemienił je. Bo zawierzyli Mu! A ci, którzy mają się za lepszych nie wierzą: "Przecież to niemożliwe, że oni się zmienili! Przecież oni nic nie blki warci i z pewnością się tak naprawdę nie zmienili! Bandyta zostanie bandytą! Pijak zostanie pijakiem! Nie... Nie wierzę... On się z pewnością nie zmienił, to tylko pozory..." nawet tzw. "chrześcijanie" tak często odrzucają tych ludzi - nawet wówczas, gdy zaczyna się dla nich nowe życie, życie z Chrystusem.

Ten człowiek, który zawisł na krzyżu obok Chrystusa, uczynił wiele złego. On sam widział to i z pewnością żałował swych czynów. Uznał siebie za grzesznego i zwrócił się do Jezusa. Uwierzył, że jest On Bogiem i że, choć nie ściągnie go z krzyża i nie ocali przed śmiercią, może tyle dla Niego uczynić. Jezus nie wzgardził Nim, nie przekreślił go... On go zapewnił, że jeszcze dziś będzie z Nim w raju! Przebaczył mu wszystkie jego winy. Ten łajdak, którym ludzie gardzili, na krzyżu, umierając, zaczął żyć na nowo! Jest wiele świadectw ludzi, którzy żyli w brudzie i grzechu. Wielu było zwykłymi zbrodniarzami. Dziś są zbawieni i będą w niebie! tak! w niebie będzie niejeden morderca, niejeden gwałciciel, niejeden narkoman, niejeden pijak, co pół życia przepił! A niejeden tak zwany "porządny człowiek" pójdzie do zupełnie innego miejsca. Bo kluczem do zbawienia nie jest to, jak wyglądało nasze życie, ale czy zawierzyliśmy Chrystusowi, czy nawróciliśmy się i uwierzyliśmy w Niego.

Na marginesie. Ów złoczyńca, który zwrócił się do Jezusa, zwany jest zwyczajowo "Dobrym Łotrem". Jest to klasyczna antylogia, sprzeczność. Jednak to określenie jest niezwykle trafne, gdyż ukazuje nam przemianę, jakiej może doświadczyć człowiek w kontakcie z Bogiem. Tak naprawdę każdy chrześcijanin ma w sobie takiego "dobrego łotra", bo każdy z nas uczynił w swym życiu wiele złego - nawet już po przemianie serca, bo nie jesteśmy grzechoodporni. Chrześcijanie to zgromadzenie... świętych grzeszników (znów oksymoron!), którzy podobnie jak ów złoczyńca z krzyża, zrozumieli swój grzech i powierzyli się Bogu. A skoro wszyscy zgrzeszyliśmy w swym życiu, nie mamy prawa odwracać się od innych grzeszników - w przeciwnym razie bowiem stajemy się faryzeuszami bez prawdziwej wiary, obrzydliwymi Bogu. Bóg powołuje nas na wojowników, byśmy walczyli o dusze ludzkie, "łowili ludzi" w morzu grzechu dla Boga. Bóg wzywa nas do wytrwałości i spoglądania na ludzi z nadzieją, nigdy zaś ze zniechęceniem i wzgardą.

środa, 13 lipca 2016

Doskonałość w wierze

"W drodze do Galilei Jezus musiał przejść przez Samarię. Po drodze mijał samarytańskie miasteczko o nazwie Sychar, położone obok pola, które Jakub przekazał swemu synowi, Józefowi. Znajdowała się tam studnia Jakuba. Jezus więc, zmęczony podróżą, usiadł przy tej studni. Było samo południe. I wtedy z Samarii przyszła pewna kobieta. Chciała zaczerpnąć wody. Jezus poprosił: Daj mi pić. Bo właśnie jego uczniowie udali się do miasteczka na zakupy. Co się stało? - zapytała kobieta. - Ty, Żyd, prosisz mnie, Samarytankę, o wodę? (Żydzi bowiem nie utrzymują kontaktów z Samarytanami)" (Ewangelia Jana 4, 4 - 9 - tłum. przekład literacki EIB)
Niechęć Żydów do Samarytan miała podłoże dwojakiego rodzaju - religijnego i narodowościo- wego. Samarytanie byli ludnością napływową, obcą kulturowo i wierzeniowo, która swą nazwę przejęła od opustoszałego terenu, na którym się osiedlili. "Historia lubi się powtarzać" - jest to identyczna sytuacja, jak w naszych czasach z Palestyńczykami. Samaria została spustoszona w 772 p.Chr. przez wojowników Sargona II, władcy Asyrii, co odnotowują kroniki: "Na początku moich rządów zdobyłem Samarię. (...) Uprowadziłem 27290 ludzi. Ludność wiejską pozostawiłem na miejscu." Owi uprowadzeni mieszkańcy samarytańskich miasteczek nigdy z niewoli nie wrócili - dziesięć pokoleń Izraela przepadło, "roztopiło się" pośród ludów Bliskiego Wschodu. Na ich miejsce ściągnęli zaś osadnicy z głębi Asyrii. Zgodnie z panującymi wówczas zwyczajami przyjęli oni wiarę w lokalne bóstwo - w tym wypadku Boga Jahwe - nie wyrzekając się przy tym swoich wcześniejszych wierzeń i praktyk. Siłą rzeczy zmieszały się oba ludy - resztki Izraelitów i przybysze. Tak zrodził się nowy naród, Samarytanie. Uznali się oni za część "narodu wybranego", za lud Izraela. Gdy w 2 poł. VI w. p.Chr. Żydzi wracają z niewoli w Babilonie i odbudowują zrujnowaną doszczętnie świątynię w Jerozolimie, również Samarytanie pragną mieć swój udział w tym dziele, na co jednak Żydzi się nie zgadzają, w trosce o czystość religijną i narodowościową. Nie chcieli mieć nic wspólnego z "przybłędami", lecz przede wszystkim - myślę, że to odegrało główną rolę - pragnęli żyć w duchowej czystości, podobać się Panu i nie do pomyślenia było, by bratać się z poganami i pozwolić by swą obecnością i pracą bezcześcili święte miejsce. Tak więc, gdy czytamy o "nie utrzymywaniu stosunków" pomiędzy Żydami a Samarytanami w czasach Jezusa, jest to określenie nadzwyczaj delikatne - raczej należałoby mówić o "zapiekłej" pogardy Żydów względem Samarytan z jednej, a nienawiści Samarytan do Żydów z drugiej strony, i to z ośmiowiekową tradycją!

W całej tej historii godne podziwu jest pragnienie zachowania czystości wiary. Pragnienie wierności Bogu i jego przykazaniom jest z pewnością chwalebne! Gdybyż tylko Żydzi w swojej historii zawsze byli tak radykalnie wierni Panu, uniknęliby wielu przykrych kar, wojen, zesłań i okupacji. Może byliby dziś potęgą, jak za króla Salomona, z którą musieliby się liczyć żyjący wokół poganie (muzułmanie). Była z pewnością wielka mądrość w odrzuceniu tej pogańskiej pomocy. Mądrość, której setki lat później zabrakło chrześcijańskim przywódcom, którzy dopuścili, by poganie, uwierzywszy w Chrystusa, wnieśli do Kościoła kult wizerunków, przedmiotów i ludzi. Mądrość, której i dziś brakuje wielu - często już tylko nominalnym - chrześcijanom, którzy bratają się z poganami i nawet uznają ich wierzenia za "alternatywną drogę duchową" do tego samego boga. Bóg pragnie, byśmy byli wierni i doskonali, byśmy wyznawali i praktykowali czystą wiarę. "Nie chodźcie w obcym jarzmie z niewiernymi; bo co ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością albo jakaż społeczność między światłością a ciemnością? Albo jaka zgoda między Chrystusem a Belialem, albo co za dział ma wierzący z niewierzącym? Jakiż układ między świątynią Bożą a bałwanami? Myśmy bowiem świątynią Boga żywego, jak powiedział Bóg: Zamieszkam w nich i będę się przechadzał pośród nich, I będę Bogiem ich, a oni będą ludem moim. Dlatego wyjdźcie spośród nich i odłączcie się, mówi Pan,I nieczystego się nie dotykajcie" (2. List do Koryntian 6, 14 - 17). Żydzi jednak uchybili poważnie w doskonałości, gdyż ich wiarę splamiła pogarda wobec innych, postawa obca i obrzydliwa Bogu.

Wróćmy jednak do "studni jakubowej" i siedzącego koło niej Jezusa. W opisanej scenie znajdujemy dowód na to, że "Bóg nie ma względu na osobę" (Dzieje Apostolskie 10, 34), że miłuje w równym stopniu każdego człowieka i pragnie się do niego zbliżyć, bez względu na płeć lub pochodzenie. Pewnego dnia zaszokował "bogobojnych" i troszczących się o rytualną czystość i przestrzeganie Prawa do ostatniej kropki Żydów, opowiadając o poganinie, który pomimo błędnej wiary, lepiej rozumiał o co chodzi Bogu: "Pewien człowiek szedł z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców, którzy go obrabowali, poranili i odeszli, zostawiając go na pół umarłego. Przypadkiem szedł tą drogą jakiś kapłan i zobaczywszy go, przeszedł mimo. Podobnie i Lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, przeszedł mimo. Pewien Samarytanin zaś, podróżując tędy, podjechał do niego i ujrzawszy, ulitował się nad nim. I podszedłszy opatrzył rany jego, zalewając je oliwą i winem, po czym wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i opiekował się nim. A nazajutrz dobył dwa denary, dał je gospodarzowi i rzekł: Opiekuj się nim, a co wydasz ponad to, ja w drodze powrotnej oddam ci" (Ewangelia Łukasza 10, 30 - 35). "Bóg nie ma względu na osobę, lecz w każdym narodzie miły mu jest ten, kto się go boi i sprawiedliwie postępuje" (Dzieje Apostolskie 10, 34 - 35). Jezus pokazuje nam, że każdego pragnie poprowadzić do wiary czystej i doskonałej i że nikt nie jest niegodnym tego, by słuchać Ewangelii i wejść do Królestwa Niebieskiego. 

Prawdziwą doskonałość w wierze można osiągnąć tylko poprzez naśladowanie Chrystusa; poprzez wierność Bogu i Słowu Bożemu połączoną z pokorą i miłością pielęgnowanymi w sercu. Doskonałości nie osiąga się poprzez miłość do swych zasad wiary i ludzi, którzy je podzielają, a surowość wobec innych, lecz raczej poprzez surowość wobec siebie i swojego życia (postaw życiowych), a miłość wobec innych ludzi z naszego otoczenia.

Uleczony

"I odchodząc stamtąd, ujrzał Jezus człowieka, siedzącego przy cle, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: Pójdź za mną. A on wstał i poszedł za nim. A gdy Jezus siedział w domu za stołem, wielu celników i grzeszników przyszło, i przysiedli się do Jezusa i uczniów jego. Co widząc faryzeusze, mówili do uczniów jego: Dlaczego Nauczyciel wasz jada z celnikami i grzesznikami? A gdy to usłyszał, rzekł: Nie potrzebują zdrowi lekarza, lecz ci, co się źle mają. Idźcie i nauczcie się, co to znaczy: Miłosierdzia chcę, a nie ofiary. Nie przyszedłem bowiem wzywać sprawiedliwych, lecz grzeszników." (Ewangelia Mateusza 9, 9 - 13)
Mateusz był grzesznikiem. Zaliczał się do celników - ludzi, którymi Izraelici pogardzali, gdyż kolaborowali z Rzymem, bogacili się ich kosztem (zdzierając z nich często niemiłosiernie), a ich sposób życia był dla nich gorszący. Byli to ludzie żyjący w upadku. To kim byli i jacy byli sprawiło, że ludzie się od nich odwrócili, nie chcieli z nimi obcować. Brzydzili się nimi, odsuwali ich od siebie, traktowali jak trędowatych, nieczystych - ich trądem były ich grzechy, ich nieprawość. A Jezus nie stronił od tych ludzi, przebywał z nimi, rozmawiał, głosił i niektórzy zostali pozyskani dla nieba - zrozumieli jak złe było ich życie, żałowali swych grzechów i wrócili do Boga, dostając nowe życie, otrzymując zbawienie. Jezus przyszedł do wszystkich, bo każdy człowiek zgrzeszył i nikt nie był i nie jest i nie będzie doskonały i czysty. Ale z największą troską patrzył na tych, którzy żyli w największym duchowym brudzie. Pochylał się nad nimi z miłością i wzywał ich. Dzięki miłości Chrystusa, dzięki Jego pomocnej dłoni wyciągniętej do człowieka, można wyjść z najgorszego życiowego bagna.

Znam pewnego człowieka. Janek (tak go nazwijmy) jest z mojego miasta. Ma już dorosłych synów. Pracuje i jest zaangażowany w życie Kościoła. Ale jego życie kiedyś wyglądało inaczej. Miał pracę, dom, żonę, wspaniałe dzieci i... alkohol, który stał się jego panem. Tan nałóg zniszczył jego rodzinę. Nie pytałem go nigdy o szczegóły, ale wiem, że przez alkohol także doprowadził do jakiegoś nieszczęścia - za co pokutował przez wiele lat swego życia, spłacając odszkodowanie. Sytuacja w rodzinie stała się tak dramatyczna, że jego żona podjęła w końcu decyzję - wyrzuciła go z domu. Znalazł się na bruku, bez niczego, kochający alkohol... Bezdomny... Ludzie tak często odwracają się o bezdomnych, wolą ich nie zauważać... I od niego też wielu się zapewne odwracało, nie chciało nawet na niego patrzeć... Ale Bóg się od niego nie odwrócił. Pan nasz i Bóg, Jezus Chrystus, pochylił się nad nim z miłością. Trafił on do jednego z ośrodków dla bezdomnych, prowadzonego przez ludzi wierzących. Nie była to "noclegownia", gdzie dają ciepłę pomieszczenie i posiłek, ale ośrodek, gdzie pomagano radzić sobie z problemami i przezywciężać je, gdzie uczono na nowo żyć. 

Była tam im udzielana wszechstronna pomoc, ale także była zwiastowana Ewangelia - każdego dnia bywał tam któryś z pastorów i mówił o Chrystusie. Tam mój przyjaciel o Nim usłyszał. Usłyszał nie tylko piękne opowieści, ale usłyszał także wezwanie od Pana: "Chodź za mną!" Oddał swoje życie Jezusowi i wkrótce postanowił się ochrzcić. Wówczas, gdy narodził się na nowo, został całkowicie uwolniony od uzależnienia alkoholowego. Któregoś dnia na ulicy spotkał swoją żonę. Ona nie chciała z nim mieć nic wspólnego - niemal na siłę zaciągnął ją do kawiarni i zaczął opowiadać o tym przez co przeszedł i co dla niego uczynił Jezus. Zaprosił ją też na chrzest. Pamiętam, jak przyjechała razem z ich synkiem. Nie dowierzała wciąż temu, co usłyszała. Chyba nie wierzyła w to, że z jej mężem mogło się coś stać, że jego życie się zmieniło, że naprawdę jest już innym człowiekiem. Pamiętam dobrze chwilę, gdy jej mąż przyjmował chrzest - i widać było jak wiele to dla niego znaczy. Jego żona była w szoku i nie bardzo chyba wiedziała co robić, jak się do tego odnieść. Ale dała mu drugą szansę, zobaczyła to coś, co się stało w jego życiu i po jakimś czasie mógł on opuścić ośrodek i zamieszkać razem z rodziną. Pół roku po nim także jego żona przyjęła chrzest. 

Od tej chwili minęło już kilka lat. Bóg uczynił wielki cud w życiu tego człowieka. Dziś są szczęśliwą i kochającą się rodziną. Trwają w Panu. A wszystko to dzięki Cudownemu Lekarzowi, który przyszedł do chorego i uleczył go - Jezusowi Chrystusowi, który pochylił się nad grzesznikiem i przemienił całe jego życie. Bóg niegdyś z powodu grzechu musiał wyrzucić ludzi z raju, lecz nigdy nie przestał nas kochać i każdemu daje szansę.

wtorek, 12 lipca 2016

Wierzyć w Jezusa

"Niechaj się nie trwoży serce wasze; wierzcie w Boga i we mnie wierzcie!" (Ewangelia Jana 14, 1)
   "Co to znaczy wierzyć w Jezusa. Spróbuj wyobrazić sobie, co by było, gdyby przyszedł do ciebie taki sam w końcu człowiek jak ty i zażądał, abyś w niego uwierzył. To znaczyłoby po pierwsze i przede wszystkim: uwierz w moje życie; uwierz, że tak żyć, jak ja żyję - w takiej bezinteresowności, poświęceniu się prawdzie, pięknu, dobru, służbie dla drugich - jest jedynie sensowne, że tak należy żyć. Jezus przyszedł na świat z miłości ku ludziom, aby ludziom pokazać, co to znaczy żyć, co to znaczy być człowiekiem, co to znaczy służyć prawdzie - jak to sam powiedział przed Piłatem: 'Jam się na to narodził i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie'.
   Ale to słowo: uwierz we mnie, oznaczało jeszcze coś więcej: żyj tak; naśladuj mnie. Bo ten, kto żyje tak, jak ja, ten żyje w prawdzie, w pięknie, w dobru, ten się łączy z Bogiem, ten jest Jego synem. Zaufaj mi, że się nie zawiedziesz, nie przegrasz, bo kto mi zaufa, zaufa temu, który jest moim Ojcem. 
   Jeżeli tak, to człowiek wpatrzony w Chrystusa, naśladując Jego życie, służy - tak jak On - prawdzie, dobru, pięknu - Miłości, Bogu samemu"
(Ks. Mieczysław Maliński, "Dzieje ludzi, którzy uwierzyli w Chrystusa", Księgarnia Św. Wojciecha, Poznań 1983, str. 6)

Wierzyć w Jezusa. Naśladować Go. Trwać przy Nim i przy Jego nauce. Wiernie iść Jego śladem przez życie. Być w całości oddanym Ojcu i sprawom Królestwa Niebieskiego. Być światłem dla świata i solą ziemi. Służyć bliźnim z miłością i wskazywać im drogę do nieba. Być chrześcijaninem - obrazem Chrystusa przed ludźmi - tak, by patrząc na nas i widząc nasze życie mogli mieć wejrzenie w Królestwo Boże, w nieziemskie cudowności. Żyć tak, by nasze życie było świadectwem o Tym, któremu swe życie w zaufaniu złożyliśmy.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Wakacje do kwadratu

"Wy sami idźcie na osobność, na miejsce ustronne i odpocznijcie nieco" (Ewangelia Marka 6, 31)
Nasze siły są ograniczone. Nasza odporność psychiczna także. Praca jest jedynym z obowiązków człowieka, lecz abyśmy mogli ją wykonywać, potrzebujemy także regeneracji sił, by potem znów kontynuować swoją pracę. Bóg troszczy się o nas i gdy widzi, że jesteśmy zmęczeni, mówi: "czas, byście odpoczęli!" Bogu jest miłe, gdy człowiek pracuje i czyni to "z sercem", lecz nie jest miłe, gdy pracuje ponad swoje siły, gdy niszczy swoje zdrowie nadmierną pracą, gdy nie zostawia sobie czasu na wypoczynek. Spotykam czasem ludzi, którzy... nie potrafią odpoczywać. Z jednej pracy biegną do drugiej, biorą nadgodziny, jeśli urlop, to... okazja, by wykonać jeszcze inną pracę. Prowadząc taki tryb życia człowiek staje się kandydatem na oddział kardiologiczny lub psychiatryczny. W gruncie rzeczy takie postępowanie jest grzechem, gdyż podpada pod boskie przykazanie "nie morduj" - bowiem mordować "można" nie tylko bliźniego, ale także samego siebie. Bóg, który jest dawcą życia, pragnie, byśmy szanowali życie - nie tylko innych ludzi, ale także własne.

Wakacje to piękny czas, dany nam od Boga. Jednym z największych osiągnięć XX wieku jest wywalczenie praw pracowniczych, w tym prawa do urlopu (niestety, w naszych czasach, gdy wielu ludzi jest zmuszonych pracować na "umowach śmieciowych", uległo to zaburzeniu i sytuacja znów wymaga uzdrowienia). "Idźcie na osobność, na miejsce ustronne" - dobrze jest zostawić na trochę dom, wyjechać, oddalić się od codziennych swoich spraw i obowiązków, wyłączyć telefon czy choćby "przepaść" dla pracodawcy. Ważne jest też, by w czasie wakacji dać sobie także czas z Bogiem. Na wakacjach mamy czas, "nic nas nie goni", więc dobrze jest usiąść gdzieś z Biblią w ręku, czytać i modlić się, znaleźć w okolicy społeczność chrześcijańską (lub w ogóle skorzystać z gościny w chrześcijańskich ośrodkach). Czas, jaki oddajemy Bogu, to "duchowe spa" - to "wakacje do kwadratu", z których wrócimy w dwójnasób zregenerowani i umocnieni. Bóg daje prawdziwe odpocznienie i nowe siły, i jest przy tym niezwykle hojny.



niedziela, 10 lipca 2016

Miłujmy - we właściwym porządku

"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Innego przykazania, większego ponad te, nie masz" (Ewangelia Marka 12, 31)
Coś bardzo dziwnego i wielce niepokojącego dzieje się w naszym świecie.
1. Od wielu lat jest moda na walkę z cyrkami, w których występują zwierzęta. Często przy tej okazji czytam i takie wypowiedzi: "oby ci treserzy zostali kiedyś rozszarpani i stratowani za to, co robią zwierzętom!"
2. Od wielu lat trwa walka o "prawa zwierząt". Chwalebne, ale często ci sami ludzie nawołują do... "prawa kobiety" do wykonywania aborcji. Płaczą oni nad biednym, skatowanym przez ludzi pieskiem czy kotkiem, równocześnie dziecko nienarodzone traktując jako "zlepek komórek", nazywając  "płodem", nigdy zaś człowiekiem.
3. Właśnie wczoraj w Hiszpanii zginał toreador, przebity rogiem i stratowany przez byka. Jaka jest reakcja "piewców wartości humanitarnych"? "Cieszę się, że zginął kolejny bydlak", "Juhuuuuuuu!!!", "I bardzo dobrze!", "oni wszyscy na to zasługują!", "Smutna wiadomość... nie wiadomo nic o byku. W jakim jest stanie? Czy doznał jakiś obrażeń? Oby wszystko było w porządku", "I dobrze mu", "Mam nadzieję że więcej ich będzie stratowanych :) Byczki sobie urządza atrakcje , zabawę by zabić czas"...

Jest sprawą oczywistą, że znęcanie się nad zwierzętami jest niegodziwe, nieludzkie. Zwierzęta zostały stworzone przez Boga i poddane człowiekowi, co jednak nie oznacza, że możemy z nimi robić, co tylko chcemy. Możemy je udamawiać i tresować. Bóg tego nie zakazuje i nawet tresura cyrkowa nie jest grzechem. Bóg pozwolił je także zabijać i spożywać mięso - ci, którzy twierdzą, że Bóg tego zabrania i że Jezus był wegetarianinem są kłamcami. Wszystko to jednak musi być robione w sposób jak najbardziej humanitarny, bez znęcania się nad zwierzętami. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla okrucieństwa - dla tortur i zabijania dla przyjemności.

Czy okrucieństwo wobec zwierząt jest grzechem? To sprawa dość skomplikowana i zarówno stwierdzenie "tak", jaki i "nie" jest dość ryzykowne. Słowo Boże nie daje zwierzętom żadnych praw i żadne z przykazań nie chroni zwierząt inaczej, jak tylko jako własność kogoś spośród ludzi: "Nie kradnij. (...) Nie pożądaj domu bliźniego swego, nie pożądaj żony bliźniego swego ani jego sługi, ani jego służebnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego" (2. Księga Mojżeszowa 20, 15 i 17). Wszystkie przykazania odnoszą się bowiem do życia ludzkiego i do relacji człowieka z Bogiem. Życie, które Bóg uczynił, dzieli się na trzy grupy: rośliny, zwierzęta i ludzie, a pomiędzy zwierzętami a ludźmi są pewne podobieństwa, ale przy tym tak znaczne różnice, że jest między nami ogromna przepaść. Jako, że człowiek jest stworzony na obraz i podobieństwo Boga, cała przyroda została mu poddana - choć prawda jest taka, że ze swego panowania często robimy bardzo zły użytek. Z drugiej jednak strony znęcanie się nad zwierzętami można określić jako grzech, gdyż jest to brak szacunku wobec Boga jako stwórcy - jeśli ktoś niszczy czyjeś dzieło, zwraca się tym samym przeciwko temu, który je stworzył, kierując się bądź to głupotą, bądź też pogardą.

Troska o przyrodę i zwierzęta jest sprawą chwalebną - jeśli tylko nie posuwamy się do przesady. natomiast rozczulanie się nad losem zwierząt, nad sponiewieranym psem czy kotem, lub na zabijanym na arenie bykiem, przy braku szacunku dla ludzi i życia ludzkiego, jest hipokryzją i skrajnym ogłupieniem! Ocalenie 100.000 zwierząt jest pięknym czynem, ale jeden człowiek zawsze jest ważniejszy i jest więcej wart, niż te 100.000 zwierząt - nawet, jeśli jest to ten, kto dręczy je i pędzi na śmierć! Dlaczego? Bowiem nawet jeśli jest grzeszny i głupi, a nawet gdyby był strasznym zbrodniarzem bez serca i rozumu, to wciąż stoi on wysoko ponad zwierzętami, bo został stworzony człowiekiem i umiłowany przez Boga. Bóg kocha zwierzęta, lecz nie tak bardzo, jak człowieka. Nie wiem, ile byków w swoim życiu zabił ten hiszpański toreador, ale wiem, że Jezus Chrystus nie umarł za te pozabijane byki, lecz za tego toreadora! Bogu nie zależy na bykach, czy innych zwierzętach, lecz na człowieku.

Okrucieństwo wobec zwierząt trudno nazwać grzechem, skoro Słowo Boże na ten temat milczy. Natomiast z całą pewnością jest ono skutkiem grzechu, który opanował serca ludzi. Myślę, że zwykle ci, którzy są okrutni wobec zwierząt, są także okrutni wobec ludzi - ich sumienie jest tak obciążone przeróżnymi grzechami, że okrucieństwo wobec zwierząt nie ma już naprawdę żadnego znaczenia. Im więcej zła jest w sercu człowieka, tym bardziej jest on godny współczucia i miłości, i żalu, gdy ginie w swoim ciężkim stanie. Nawet, jeśli czyni wiele zła, jest on wciąż niewyobrażalnie cenny. Nawet jeśli na szalę "boskiej wagi" położyłoby się wszystkie zwierzęta świata (a może i wszechświata - bo może gdzieś tam żyją jakieś inne zwierzęta), a na drugiej jednego człowieka, to ten jeden człowiek przeważy, bo cenniejszy jest w oczach Boga. Z powodu szczególnej godności człowieka i miłości Boga do człowieka, człowiekowi, który myśli na sposób boży, zawsze będzie żal człowieka, a szacunek i miłość dla człowieka zawsze będą pielęgnowane nasamprzód, zaraz po szacunku i miłości do Boga (zgodnie z porządkiem: Będziesz miłował Pana Boga swego a bliźniego swego jak siebie samego").

Kolejna myśl: okrucieństwo wobec zwierząt nie jest określone jako grzech w "biblijnym katalogu występków", natomiast pogarda wobec innych ludzi i ich życia jest bardzo jasno jako grzech wymieniana. Jeśli ktoś kocha zwierzęta bardziej od ludzi, jeśli cieszy się z krzywdy czy śmierci człowieka, jeśli złorzeczy ludziom, którymi pogardza, sam dopuszcza się w swoim sercu zbrodni. Ten, który godzi się na zabijanie ludzi, lub cieszy się gdy doświadczają zła, sam jest złoczyńcą w oczach Pana i stacza się w dół, ku piekłu, wraz z tymi, którzy czerpią "sadystyczną przyjemność" ze znęcania się nad zwierzętami. Bo jest taki sam, jak ci, którymi pogardza, bo żyje w grzechu, bo dla braku miłości w sercu nie ma żadnego usprawiedliwienia.

To, od czego zacząłem dzisiejsze rozważanie, to obraz dzisiejszego świata - świata o zaburzonym (przez diabła) porządku, o poprzestawianych wartościach, świata ludzi pogrążonych w szaleństwie. Czytając Biblię, warto zwrócić uwagę, że mamy tam tylko: będziesz miłował Pana Boga swego i swego bliźniego. Bóg nigdzie nie mówi: będziesz miłował ptaszki, krówki, byczki, słoniki, itp.! To wcale nie znaczy, że nie mamy ich kochać i o nie się troszczyć. To znaczy, że nie mają one tak wielkiego znaczenia - że najpierw powinien być dla nas Bóg, potem ludzie, a cała reszta dopiero w tle. Jeśli jest inaczej, to znaczy, że... jest problem, i to poważny!  

Miłość do przyrody jest głęboko wpisana w chrześcijaństwo. Ten, kto ma prawdziwie chrześcijańskie serce, nigdy nie będzie spokojnie patrzył, jak niszczony jest ten świat, arcydzieło Boga. Nie będzie spokojnie patrzył na cierpienie zwierząt, które także są bożymi stworzeniami, choć w najmniejszym stopniu nie mogącymi się równać z człowiekiem. Lecz zawsze będzie miłował drugiego człowieka bardziej, niż zwierzęta czy lasy tropikalne! Bóg - człowiek - świat. To jest właściwy porządek w naszych priorytetach, w naszej miłości. To naprawdę super, jeśli ktoś ma "serce dla zwierząt", ale znacznie ważniejsze jest, by w pierwszym rzędzie mieć "serce dla ludzi" i to bez żadnych wyjątków i pomimo wszystko. To postawa względem ludzi, a nie wobec zwierząt definiuje nas - po ludzku rzecz biorąc - jako dobrego i przyzwoitego człowieka. Ten, kto miłuje ludzi i dobrze ich traktuje, zwykle miłuje także przyrodę i o nią dba.

środa, 6 lipca 2016

Nowa Biblia w moich rękach!

"Twoje Słowo jest pochodnią dla mych nóg,
Jest światłem dla moich ścieżek"
(Psalm  119, 105 - przekład literacki EIB)
Miniona niedziela była dla mnie prawdziwym świętem i to bardzo szczególnym. Otóż wybrałem się do Poznania, do baptystycznego zboru K5N, by radować się z Bożego daru dla Kościoła Chrystusowego w Polsce, jakim jest nowy przekład całego Pisma Świętego na nasz piękny język. To "dzieło życia" mojego drogiego brata, pastora Piotra Zaremby i licznego grona jego współpracowników. Piotr jest człowiekiem, który z miłości do Słowa Bożego nauczył się biblijnych języków,  by poznawać je głębiej i lepiej nauczać. Tłumaczeniu na współczesny język polski poświęcił 16 lat - w międzyczasie jego dzieci, dla których m.in. podjął się tego dzieła, wyrosły i stały się jego współpracownikami w tym dziele.

Pierwszą styczność z tym przekładem miałem przed mniej więcej 10 laty - wpierw poprzez kazania i konspekty Piotra, a potem, gdy wydano "Nowe Przymierze". Nie "Nowy Testament", ale właśnie "Nowe Przymierze", gdyż - jak zwykł mówić Piotr - Bóg nie umarł. Od tego momentu zaczęto też używać tego przekładu w Kościele, z którym byłem związany. Szczerze mówiąc... nie byłem tym zachwycony. Ten nowy przekład traktowałem wówczas bardziej jako narzędzie ułatwiające zrozumienie Słowa Bożego. Uważałem, że podczas nabożeństw należałoby raczej trzymać się "Biblii warszawskiej" i nawet - pamiętam to dobrze - prosiłem Piotra, by jako de facto lokalny biskup nie dopuścił do odsunięcia od użytkowania mojego ulubionego przekładu. Byłem nawet zły na niego, gdy odmówił i próbował mi wyjaśnić, dlaczego potrzeba, by w Kościele pojawił się nowy przekład. Prawda jest taka, że popularne przekłady, jak "Biblia Tysiąclecia" (katolicka), czy "Biblia Warszawska", zwana także "Brytyjką" (protestancja) mają już "swoje -dziesiąt lat", a język, jakim się posługujemy, już się zmienił i dlatego potrzebny był nowy przekład - wierny, lecz łatwiejszy do czytania. Myślę, że bardzo przypominałem wówczas braci i siostry, których traktowałem jako "religijnych dziwaków" z tego powodu, że za jedyne "prawowierne" tłumaczenie Biblii uważali anglojęzyczne "King James Version". Potrzebowałem czasu, by oswoić się z tym nowym przekładem. Z czasem stał się on dla mnie nie tylko "ułatwiaczem", lecz niezbędnym narzędziem dla lepszego zrozumienia tego, co pragnie nam przekazać Bóg. Nie tylko bowiem jest to przekład w "ludzkim języku", lecz także wzbogacony o interesujące objaśnienia lub alternatywne tłumaczenie niektórych sformułowań.

W końcu zaś zacząłem ogromnie tęsknić za przekładem całej Biblii. Mijały miesiące i lata. W tym czasie z Poznania w miarę regularnie docierały wiadomości o postępie prac i prośby o wsparcie modlitewne. Każda kolejna wiadomość: "ukończyliśmy kolejną księgę..." była jak promyk słońca! Lecz koniec zdawał się tak bardzo odległy. Czekanie to trudna droga, a cierpliwość to prawdziwa sztuka. Wreszcie jednak przyszła też wiadomość: "praca nad tłumaczeniem skończona!" Oczywiście nie był to jeszcze kres czekania, bo nie starczy przetłumaczyć, lecz trzeba jeszcze dokładnie sprawdzić strona po stronie i opracować. Wreszcie w zeszłym tygodniu przyszła najważniejsza wiadomość: Biblia jest wydrukowana i jedzie do Polski (druk bowiem zlecono na Białorusi). Moje serce zaczęło tańczyć z radości!

Jasne było, że na 3 lipca nie mogę mieć innych planów, jak tylko wyjazd do Poznania, by "powitać" naszą nową Biblię i oddać Bogu chwałę za ten wspaniały dar. Nawet jeśli akurat pieniędzy jest bardzo mało, musiałem (!) pojechać, być, przeżywać i... choćby potrzymać w ręku nową Biblię. Oczywiście mam w domu wiele różnych wydań Biblii, ale... to zupełnie co innego, niż gdy możesz dotknąć owocu dzieła, o którym marzyłeś i modliłeś się nie raz. Nie potrafię sobie wyobrazić wzruszenia pastora Piotra, gdy klęczał nad paczkami z Bibliami i modlił się, by tak wieloletnia praca była owocna i by Biblia ta była błogosławieństwem dla naszego ludu. I w moim sercu było wzruszenie - choć było jak pyłek wobec wzruszenia Piotra. Przyznam, że jego modlitwa bardzo mi się dłużyła. Nie mogłem się doczekać, kiedy rozetnie karton i wyjmie pierwszy egzemplarz. Jednak przecież to oddanie chwały Bogu, błogosławienie i modlitwa o plon były tym, co trzeba było uczynić przede wszystkim. Sam "pierwszy egzemplarz" to była tylko "wisienka na torcie" - Piotr nawet specjalnie nie celebrował tego otwarcia. Właściwie... mrugnąłem tylko oczami i nie widziałem jak wyjmuje Biblię, zobaczyłem ją dopiero w jego rękach. Na zakończenie nabożeństwa zespół zaśpiewał znaną pieśń (nota bene jej polskie słowa to też dzieło Piotra): "Słowo Twe jest pochodnią dla mych stóp, ono światłem ścieżek mych..."

Słowo Boże jest bezcenne. Choć w moich kieszeniach nie było pieniędzy, mogłem nie tylko dotknąć Biblii, ale także wrócić z nią do domu. W moim sercu jest ogromna radość i wdzięczność za ten dar. Od razu zdarłem folię, zacząłem czytać, a także... wsadziłem nos w Świętą Księgę, by poczuć miłą woń papieru i farby drukarskiej. Prawdopodobnie wyglądałem w tym momencie trochę dziwnie. A po powrocie do domu zasnąłem ze zmęczenia... przytulony do Biblii. Był to sen człowieka szczęśliwego!

-----

Nową Biblię możecie zakupić w księgarni internetowej Ligi Biblijnej oraz w sklepie internetowym Ewangelicznego Instytutu Biblijnego (także w niedrogiej i rozbudowanej wersji pdf).

poniedziałek, 4 lipca 2016

Zawierzenie

„A (Jezus) idąc wzdłuż wybrzeża Morza Galilejskiego, ujrzał dwu braci: Szymona, zwanego Piotrem, i Andrzeja, brata jego, którzy zarzucali sieć w morze, byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie ze mną, a zrobię was rybakami ludzi! A oni natychmiast porzucili sieci i poszli za nim” (Ewangelia Mateusza 4, 18 – 20)
Na ten fragment zwykle patrzymy dwojako. Z jednej strony jest to dla nas pewien zapis historyczny. Mam takie skojarzenie z mechanizmem powstawania życia. Nim rodzi się dziecko, najpierw jest ono formowane w łonie swej matki. Król Dawid pięknie, poetycko napisał: „Ty utkałeś mnie w łonie mej matki” (Psalm 139, 13). Tak, jak Bóg zaczyna „tkać” człowieka od chwili poczęcia, tak w tym fragmencie mamy zawarty opis, jak Bóg zaczyna „tkać” Kościół, który narodzi się mniej więcej trzy lata później. Z drugiej strony jest to treść powołania. Łukasz uzupełnia to powołanie: „Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił” (Ewangelia Łukasza 5, 10). Jest to powołanie apostolskie, danie nie tylko Dwunastce, nie tylko pozostałym apostołom, którzy towarzyszyli Jezusowi, lecz każdemu, kto postanawia iść za Jezusem. Jest to powołanie skierowane do każdego z nas, bo każdy z nas jest powołany do apostolstwa! A co ten fragment mówi nam o Jezusie oraz o tobie czy o mnie? Z pozoru nic, a jednak.

Trafiła ostatnio w moje ręce książka "Dzieje ludzi, którzy uwierzyli w Chrystusa". Jej autorem jest znany katolicki duszpasterz, kaznodzieja i pisarz, ks. Mieczysław Maliński. Na samym wstępie książki podał on bardzo interesująca myśl: "Co to znaczy wierzyć w Jezusa. Spróbuj wyobrazić sobie, co by było, gdyby przyszedł do ciebie taki sam w końcu człowiek, jak ty, i żądał abyś w niego uwierzył". Nasze wyobrażenia Jezusa są często "ikonowe" - i to nawet, gdy wcale nie jesteśmy katolikami czy prawosławnymi. W malarstwie katolickim czy prawosławnym Jezus i "święci" mają aureole nad głowami, ale Jezus nie chodził wśród ludzi z jakimś światłem wokół głowy. W ilustracjach protestanckich nie ma aureoli, ale często "jaśnieje", ubrany w śnieżnobiałe szaty. Jezus tak naprawdę nie "jaśniał" w żaden szczególny sposób, z wyjątkiem krótkiego wydarzenia na górze Tabor, które nazywamy "Przemienieniem Pańskim". Nie był nawet nadzwyczajnie urodziwy - Izajasz tak o nim prorokował: "Nie miał postawy ani urody, które by pociągały nasze oczy i nie był to wygląd, który by nam się mógł podobać" (Księga Izajasza 53, 2). Bóg, stając się człowiekiem, uczynił się po prostu człowiekiem, cieleśnie zupełnie przeciętnym - myślę, że ni brzydszym, ni ładniejszym od innych.

No właśnie. Staje przed nami człowiek dokładnie taki, jak my, nieznajomy dla nas, i mówi: "Zostaw wszystko. Zostaw swój dom, z kuchnią i wygodnym łóżkiem. Zostaw swoich bliskich i przyjaciół. Zostaw pracę, która daje ci pieniądze. Zostaw to wszystko i chodź za mną!" Czy byłbym na to gotowy? Czy byłbyś na to gotowy / gotowa? W swoim życiu często słyszałem: "bądźże ty rozsądny!" i myślę, że każdy z nas słyszał to samo tysiące razy. Myślę, że wezwanie to - tak po ludzku na to patrząc - było w tamtych czasach równie absurdalne, jak dzisiaj. A jednak wielu (nie wszyscy!) z tych, którzy je usłyszeli, nie wahało się, odłożyło wszystko - jako mniej istotne, lub w ogóle nieistotne - i poszło za nim! Mieli swoje domy, mieli swoją pracę, mieli ryby i chleb, życie może niebogate, ale spokojne - nazywamy to "stabilizacją". On zaś jednym zdaniem pociągnął ich na włóczęgę, spanie byle gdzie, jedzenie co się nadarzy, żar z nieba, kurz drogi i nie wiadomo co jeszcze. Pierwszy krok, jaki uczynili za Jezusem wcale nie zachwiał ich życiem - wywrócił je do góry nogami! Mała dygresja: życie z Chrystusem nie jest życiową stabilizacją, lecz duchowym szaleństwem, życiem opartym na wierze, nie na racjonalnych przekonaniach i kalkulacjach, nie na naszej ludzkiej pewności. Krok uczyniony za Jezusem, to często krok w stronę tego, czego my nie wiemy, ale Bóg wie.

Swego czasu bardzo wiele czytałem nt. przeróżnych sekt religijnych. Nie brakuje w naszych czasach przeróżnych "guru", którzy za pomocą obietnic i psychomanipulacji, przeróżnych trików psychologicznych włącznie z hipnozą, wciągają ludzi do swoich sekt. Skłaniają oni ludzi do porzucenia swoich domów, rodzin, przyjaciół, pracy i całkowitego oddania się sekcie. Ich celem nie jest prawda, lecz władza i korzyści - członkowie sekty, stają się niewolnikami pracującymi ponad siły dla swej sekty i ofiarami rabunku, gdyż często wyprzedają wszystko to, co mają, i oddają swym przywódcom. Jezus jest ich zupełnym przeciwieństwem! Jego: "chodź za mną" nigdy nie łączyło się z hipnozą i psychomanipulacją. Zawsze był wobec ludzi całkowicie uczciwy i prostolinijny - bo taka jest natura Boga! On od początku mówił, że droga życia, na którą on wzywa, to szlak trudny, wymagający "hartu ducha" i odwagi. Nigdy też nie szukał poklasku, ani nie kierował się interesem. Był więc całkowitym przeciwieństwem wszelkich sekciarskich "guru"! On sam uczynił się ubogim, by nam wskazać drogę pokory i prostoty.

Jezus nie potrzebował żadnych psychologicznych trików, żadnej hipnozy czy manipulacji. Za jego ziemską fizjonomią kryła się bowiem zupełnie nieziemska osobowość, moc i autorytet. Ci, do których przyszedł, od początków świata zostali wyznaczeni na tych, którzy rozpoczną budowę Kościoła z Jezusem. Patrząc w jego oczy i słuchając jego słów ulegli Bożej mocy. Nie wiedzieli wówczas, że w rzeczy samej jest On Bogiem, lecz w jego słowach i spojrzeniu musiała być w tym momencie cała jego boska osobowość i ona skłoniła ich do uległości. Ich serca były przez Boga przygotowane na to wezwanie,  a jego słowa i spojrzenie - głębokie spojrzenie w oczy aż po ich serca - było "iskrą", która zainicjowała działanie. Nie wiedzieli kim jest, ani czego od nich chce. Nie wiedzieli, czego będzie ich uczył, ani też w jakim celu. Nie wiedzieli, dokąd chce ich prowadzić. Jednak, gdy ujrzeli i usłyszeli Chrystusa, od razu jemu zaufali - innymi słowy: zawierzyli. I to jest właśnie to, czego Bóg oczekuje od każdego z nas na początek. Tylko tyle, czy może aż tyle?

Ogromnie zazdroszczę tym pierwszym uczniom tego, że mogli spojrzeć w oczy Jezusa, gdy mówił do nich "chodź za mną". Mieli niezwykły przywilej. Jezus jest wciąż obecny i gdy teraz wzywa: "chodź za mną" jego obecność jest nie mniej realna, niż 2000 lat temu, lecz inna. My, obecnie żyjący, na tą szansę spojrzenia w oczy Chrystusa musimy cierpliwie czekać. Ci pierwsi uczniowie spojrzeli w oczy Pana, zawierzyli mu i poszli za nim - my zaś musimy wpierw zawierzyć mu i pójść za Nim, by kiedyś móc spojrzeć w oczy Pana. W pewnym sensie mamy łatwiej, niż ci pierwsi uczniowie - bo mamy nauki, które poprzez nich zostawił nam Jezus i ich świadectwa o Zbawicielu. Mamy też od nich zachętę, by zawierzyć Panu i wyruszyć na "przygodę życia", by stać się dziećmi Boga i dziedzicami w Królestwie Niebieskim.