niedziela, 29 maja 2016

Nie wstydźmy się Jezusa!

"Nie zapalają też świecy i nie stawiają jej pod korcem, lecz na świeczniku, i świeci wszystkim, którzy są w domu. Tak niechaj świeci wasza światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie" (Ewangelia Mateusza 5, 15 - 16) "Każdego więc, który mię wyzna przed ludźmi, i Ja wyznam przed Ojcem moim, który jest w niebie" (Ewangelia Mateusza 10, 32)
 Louis Armstrong był jednym z największych geniuszy muzycznych XX wieku, a może nawet jeszcze szerszych ram czasowych. Jego trąbka oraz charakterystyczny głos z wieczną chrypką po dziś dzień wywołują niezwykle przyjemne "ciarki" u ludzi wrażliwych na muzykę. Choć od jego śmierci minęło już blisko pół wieku, on żyje i żyć będzie. W sensie "kulturowym", "symbolicznym" żyje dzięki swojej muzyce. Ale ma też prawdziwe życie, choć ciało jego jest w grobie. Był bowiem człowiekiem głębokiej wiary. Już w pierwszym rozdziale jego wydanej w 1954 roku autobiografii pt. "Satchmo: My life in New Orleans", wyznaje on swą wiarę: "Chodziłem regularnie do kościoła, bo babka i prababka były kobietami religijnymi. Oprócz tego posyłały mnie one do szkoły i szkółki niedzielnej. W kościele i w szkółce niedzielnej dużo śpiewałem. Myślę, że stamtąd wyniosłem swoje umiejętności wokalne. (...) W kościele wkładałem serce w każdą pieśń, którą śpiewałem. Do dzisiaj jestem głęboko wierzący i chodzę do kościoła, kiedy tylko mam okazję" ("Moje życie w Nowym Orleanie", wyd. Polskie Wydawnictwo Muzyczne 1988, str. 8). Swą wiarę wyrażał także poprzez muzykę, dziękując Bogu za talent  wspaniałymi pieśniami wiary. Posłuchajmy!


To wyznanie Armstronga: "wierzę w Boga i chodzę do kościoła" jest tak bardzo naturalne i tak piękne! Bez krzty egzaltacji i dewocji, bez "nadymania się"... Nie zaliczał się on z pewnością do osób, które wciąż mówiły o wierze, ale potrafił powiedzieć: "Tak, wierzę w Boga i jest to dla mnie bardzo ważne". Pamiętam, jak bardzo się zdziwiłem, gdy po raz pierwszy usłyszałem pieśni gospel w jego wykonaniu. Jeśli już pokazuje się Armstronga w telewizji, lub puszcza w radiu, to zawsze są to popularne melodie rozrywkowe. Tak, jakby komuś bardzo zależało na tym, aby wiara wykonawcy została zapomniana, zmarginalizowana, zepchnięta ze "sceny". On przez pieśni gospel opowiadał swą wiarę - i gdy pierwszy raz usłyszałem, poznałem w nim Brata w Panu.

Jest wielu ludzi, którzy wprawdzie wierzą w Boga, lecz traktują swoją wiarę, jako coś bardzo osobistego, niemal intymnego i bardzo krępują się o tym mówić. Potrafią mówić na wszelkie możliwe tematy, lecz gdy mają powiedzieć coś o Bogu i wierze, nagle czują się... zażenowani i zaczynają się kryć. Myślę, że są oni... ofiarami diabła, który głosi przez "tuby tego świata", że "nie wypada mówić o wierze", że "wiara jest OK, jeśli zachowujemy ją tylko dla siebie"... Diabeł poprzez ludzi wmawia nam: wiara to bardzo osobista sprawa każdego człowieka. A to znaczy: powinna być praktykowana dyskretnie i w żaden sposób nie okazywana, a nawet z budynków kościelnych lepiej pozdejmować krzyże, by kogoś nie "urazić". Wielkie kłamstwo diabła! Kosz na nasze światło!

Gdy z całego serca wyznajemy Jezusa Chrystusa swoim Panem i Zbawicielem i gdy mówimy o tym wobec ludzi: "Jezus jest moim Panem, a wiara moim sposobem na życie", w niebie Jezus też mówi: "Ten człowiek do mnie należy!" A co, jeśli zapieramy się Go? Co jeśli czynimy swoją wiarę czymś tylko na własny użytek, o czym nie mamy odwagi mówić głośno? "Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie" (Ewangelia Mateusza 10, 33 - tłum. "Biblia Tysiąclecia"). Ten, kto wstydzi się Jezusa i wiary, ten nie jest go godzien i nie jest godzien bycia jego uczniem. Myślę, że gdy serce człowieka jest wypełnione prawdziwą wiarą, wypełnia je jednocześnie odwaga, by o tej wierze opowiadać. Ba! Prawdziwa wiara jest źródłem tak wielkiej radości, że pobudza pragnienie opowiadania o tym innym - choćby przez pieśni i kilka prostych słów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz