czwartek, 19 maja 2016

Lek gorzki, lecz zbawienny

"A jeśliby zgrzeszył brat twój, idź, upomnij go sam na sam; jeśliby cię usłuchał, pozyskałeś brata swego. Jeśliby zaś nie usłuchał, weź z sobą jeszcze jednego lub dwóch, aby na oświadczeniu dwu lub trzech świadków była oparta każda sprawa. A jeśliby ich nie usłuchał, powiedz zborowi; a jeśliby zboru nie usłuchał, niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik." (Ewangelia Mateusza 18, 15 - 17) 
W naszym życiu są decyzje, które nie są wcale łatwe. Dotyczy to zarówno życia osobistego, jak i życia społecznego, kościelnego... Jesteśmy uczeni miłości braterskiej, miłości bliźniego, a jednak sam Bóg mówi nam, że są sytuacje, gdy musimy od siebie kogoś oddzielić. W pierwotnym chrześcijaństwie było to postępowanie dość powszechne - zatwardziałych grzeszników usuwano ze zgromadzenia, nie tylko nie pozwalano im przystępować do Wieczerzy, ale zwykle nie mogli uczestniczyć też w nabożeństwach. Takie wykluczenie z pewnością było bolesne, lecz było konieczne, by zły przykład i zgorszenie nie szerzyły się w Kościele, by nie dopuścić do rozluźnienia dyscypliny duchowej. Leśniczy też przecież wycinają chore drzewa, aby las był zdrowy Odseparowanie to nie było nigdy wyrazem pogardy - odwieczną chrześcijańską praktyką jest miłość i modlitwa za błądzących. zazwyczaj, jak sądzę, grzesznik mógł powrócić, jeśli zrozumiał, że zgrzeszył i konieczność naprawy swego życia. Zdarzały się jednak wykluczenia ostateczne - zazwyczaj, gdy doszło do zaparcia się wiary, grzechu przeciwko Duchowi Świętemu. Obecnie zbory chrześcijańskie niezwykle rzadko postępują tak rygorystycznie - osobiście znam jeden tylko przypadek, gdy pewnemu człowiekowi zabroniono przychodzenia na zgromadzenia Kościoła z powodu jego wichrzycielskich praktyk.

Myślę, że staliśmy się może zbyt miękcy i zbyt pobłażliwi. Chyba zbyt często myślimy: "To nie moja sprawa, to jego sprawa, co ja będę się odzywał". Czasem boimy się otworzyć usta, a może nawet wolimy udawać, że "nie ma problemu". Być może czasem grzech brata czy siostry z Kościoła staje się dla nas problemem dopiero, gdy nabrzmiał już tak bardzo, że jest oczywisty i może dojść do zgorszenia, czy nawet skandalu, który zaszkodziłby opinii o Kościele i... o nas samych, jako jego członkach. Jeśli pojawia się grzech, to nie można tego traktować pobłażliwie. Grzech brata czy siostry w Panu to nie jest jedynie "jego sprawa" - bo razem stanowimy jedność, rodzinę dzieci Bożych, Ciało Chrystusowe, i nie ma rozgraniczenia: "moja sprawa", "jego sprawa" - jest zawsze "nasza sprawa". "Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego" (Ewangelia Mateusza 22, 39) - więc jeśli troszczymy się o siebie, dbamy o własną "duchową higienę", to i o brata czy siostrę mamy się troszczyć i powinniśmy umieć napominać (lecz w duchu pokory i miłości), gdy błądzą. Uważam to nie tylko za nasze prawo, ale też obowiązek. Czasem trzeba wiele odwagi, by drugiemu człowiekowi powiedzieć "gorzką prawdę" i wiele mądrości od Ducha Świętego, by powiedzieć to umiejętnie i z miłością.

Jezus mówi w bardzo ciekawy sposób: "...jeśliby cię usłuchał, pozyskałeś brata swego". Gdy rozmyślałem nad tym wersetem, przyszło mi na myśl, że przeciwieństwem słowa "zysk" jest "strata" i tym samym przeciwieństwem "pozyskania" jest "stracenie". I gdyby do sprawy podejść czysto po ludzku, to faktycznie: Kościół traci ludzi, którzy odpadają od niego lub są wykluczani z powodu grzechu. Ale jako chrześcijanie żyjemy raczej w rzeczywistości duchowej, gdzie prosta, ludzka arytmetyka nie działa. Dalej Jezus mówi: "...a jeśliby zboru nie usłuchał, niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik". Jeśli ktoś uparcie tkwi w grzechu i nie chce słuchać, co o tym mówi Bóg - słów Biblii i braterskich napomnień, to można mieć w pełni uzasadnione wątpliwości, czy w ogóle był naprawdę częścią Kościoła, czy też tylko przychodził i modlił się, w mniejszym czy większym stopniu zafascynowany Słowem Bożym i chrześcijaństwem. Ten, kto wybiera życie w grzechu, być może tak naprawdę nigdy nie związał się z Bogiem. Słowa: "... niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik" nie oznaczają skrajnego ostracyzmu, lecz stwierdzają fakt pogaństwa w sercu grzesznika. Nie mogą być tacy ludzie członkami ewangelizującego Kościoła, ale są wciąż "polem misyjnym", na którym trzeba siać ziarno Słowa Bożego. Jezus mówi, ni mniej, ni więcej, tylko tyle, że należy ich traktować jak ludzi, którzy nigdy nie słyszeli Ewangelii i nie byli częścią Kościoła, z którymi nie mamy duchowo nic wspólnego, nie ma żadnej jedności. Bóg ich nie przekreśla i póki żyją, wzywa ich, by stali się uczniami, by byli posłuszni i by stali się naprawdę częścią Kościoła. Odsunięcie i zerwanie relacji duchowych są konieczne i czasem zbawienne.

Czy wiecie, co się dzieje z Kościołem, gdzie ludzie tracą odwagę, by przeciwstawiać się grzechowi i pielęgnować świętość w Kościele? Znane jest przysłowie: łyżka dziegciu beczkę miodu popsuje. Chwasty na polu także potrafią zadusić zboże, zniszczyć cały plon. I wiele jest wspólnot, które kiedyś były silnymi Kościołami, lecz upadły i rozsypały się, obróciły się w bród tego świata i nie chcą już słuchać Słowa Bożego, bo wolą swoją "teologię (de)formowaną", która "mówi im co Bóg miał na myśli". Gdy są konfrontowani ze Słowem Bożym, podnoszą krzyk: "nie rozumiesz Boga, bo nie znasz teologii!" Jest też wiele Kościołów, które dopiero się chwieją, lecz są już bliskie upadku - jeden z reformowanych (jeszcze) Kościołów już ma swoich "tęczowych duchownych" - choć jeszcze nie błogosławi parom homoseksualnym, to już deleguje swych "teologów" do zagranicznych wspólnot, gdzie tak się dzieje i nie godzi się na to, by homoseksualizm nazywać dewiacją i grzechem. Inny Kościół niedawno zaprosił "panią biskup" z byłego (już) Kościoła, który  już jest cały "tęczowy". Nie słuchają napomnień chrześcijańskich - zapatrzeni w siebie i swoją "nieomylną teologię postępową". Tym samym już nie pojedynczy ludzie, ale w skutek grzechu od Boga i Biblii odpadają całe Kościoły i przestają być w tym samym momencie Kościołami - i powinny być niezwłocznie odsunięte od dialogu ekumenicznego, bo stanowią zgorszenie i gniazdo, z którego rozprzestrzenia się grzech. To jakby rodzaj "kwarantanny" spowodowanej przez grzech, który jest najstraszniejszą zarazą.

Napominanie i duchowa separacja są niezbędne nie powinniśmy się wahać - zarówno jako poszczególni wierzący, jak i Kościoły - by to czynić. Napominanie i nawet odseparowanie są uczynkami miłości bliźniego i świadectwem, że zależy nam na nim. Jeśli zaś milczymy, bo "to nie moja sprawa", jest to przejaw obojętności na los innych, oziębłości serca, duchowej i społecznej znieczulicy. Wiecie, Bóg kocha człowieka i dlatego posyła do niego takich, co mu powiedzą, w jakim gnoju życiowym się znalazł. Grzech potwornie ogłupia ludzi - mnie nie wyłączając - i Bóg działa bardzo zdecydowanie, by do takich przez grzech otumanionych dotrzeć. Gdy jesteśmy chorzy, czasem potrzebna jest bardzo "gorzka pigułka", by nas ozdrowić. Napomnienie od ludzi z Kościoła, i przypomnienie Słowa Bożego są takim lekiem. Tacy ludzie, którzy troszczą się i napominają, są błogosławieństwem dla tego świata, dla wspólnot lokalnych i dla całego Kościoła Chrystusowego! Dla upadłego człowieka może być goryczą, lecz jeśli powstanie z upadku, gorycz ta w słodycz się zamieni. Nigdy nie wahajmy się podawać Bożej PRAWDY tym, którzy zostali zainfekowani grzechem i są zagrożeni śmiercią.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz