niedziela, 29 maja 2016

Nie wstydźmy się Jezusa!

"Nie zapalają też świecy i nie stawiają jej pod korcem, lecz na świeczniku, i świeci wszystkim, którzy są w domu. Tak niechaj świeci wasza światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie" (Ewangelia Mateusza 5, 15 - 16) "Każdego więc, który mię wyzna przed ludźmi, i Ja wyznam przed Ojcem moim, który jest w niebie" (Ewangelia Mateusza 10, 32)
 Louis Armstrong był jednym z największych geniuszy muzycznych XX wieku, a może nawet jeszcze szerszych ram czasowych. Jego trąbka oraz charakterystyczny głos z wieczną chrypką po dziś dzień wywołują niezwykle przyjemne "ciarki" u ludzi wrażliwych na muzykę. Choć od jego śmierci minęło już blisko pół wieku, on żyje i żyć będzie. W sensie "kulturowym", "symbolicznym" żyje dzięki swojej muzyce. Ale ma też prawdziwe życie, choć ciało jego jest w grobie. Był bowiem człowiekiem głębokiej wiary. Już w pierwszym rozdziale jego wydanej w 1954 roku autobiografii pt. "Satchmo: My life in New Orleans", wyznaje on swą wiarę: "Chodziłem regularnie do kościoła, bo babka i prababka były kobietami religijnymi. Oprócz tego posyłały mnie one do szkoły i szkółki niedzielnej. W kościele i w szkółce niedzielnej dużo śpiewałem. Myślę, że stamtąd wyniosłem swoje umiejętności wokalne. (...) W kościele wkładałem serce w każdą pieśń, którą śpiewałem. Do dzisiaj jestem głęboko wierzący i chodzę do kościoła, kiedy tylko mam okazję" ("Moje życie w Nowym Orleanie", wyd. Polskie Wydawnictwo Muzyczne 1988, str. 8). Swą wiarę wyrażał także poprzez muzykę, dziękując Bogu za talent  wspaniałymi pieśniami wiary. Posłuchajmy!


To wyznanie Armstronga: "wierzę w Boga i chodzę do kościoła" jest tak bardzo naturalne i tak piękne! Bez krzty egzaltacji i dewocji, bez "nadymania się"... Nie zaliczał się on z pewnością do osób, które wciąż mówiły o wierze, ale potrafił powiedzieć: "Tak, wierzę w Boga i jest to dla mnie bardzo ważne". Pamiętam, jak bardzo się zdziwiłem, gdy po raz pierwszy usłyszałem pieśni gospel w jego wykonaniu. Jeśli już pokazuje się Armstronga w telewizji, lub puszcza w radiu, to zawsze są to popularne melodie rozrywkowe. Tak, jakby komuś bardzo zależało na tym, aby wiara wykonawcy została zapomniana, zmarginalizowana, zepchnięta ze "sceny". On przez pieśni gospel opowiadał swą wiarę - i gdy pierwszy raz usłyszałem, poznałem w nim Brata w Panu.

Jest wielu ludzi, którzy wprawdzie wierzą w Boga, lecz traktują swoją wiarę, jako coś bardzo osobistego, niemal intymnego i bardzo krępują się o tym mówić. Potrafią mówić na wszelkie możliwe tematy, lecz gdy mają powiedzieć coś o Bogu i wierze, nagle czują się... zażenowani i zaczynają się kryć. Myślę, że są oni... ofiarami diabła, który głosi przez "tuby tego świata", że "nie wypada mówić o wierze", że "wiara jest OK, jeśli zachowujemy ją tylko dla siebie"... Diabeł poprzez ludzi wmawia nam: wiara to bardzo osobista sprawa każdego człowieka. A to znaczy: powinna być praktykowana dyskretnie i w żaden sposób nie okazywana, a nawet z budynków kościelnych lepiej pozdejmować krzyże, by kogoś nie "urazić". Wielkie kłamstwo diabła! Kosz na nasze światło!

Gdy z całego serca wyznajemy Jezusa Chrystusa swoim Panem i Zbawicielem i gdy mówimy o tym wobec ludzi: "Jezus jest moim Panem, a wiara moim sposobem na życie", w niebie Jezus też mówi: "Ten człowiek do mnie należy!" A co, jeśli zapieramy się Go? Co jeśli czynimy swoją wiarę czymś tylko na własny użytek, o czym nie mamy odwagi mówić głośno? "Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie" (Ewangelia Mateusza 10, 33 - tłum. "Biblia Tysiąclecia"). Ten, kto wstydzi się Jezusa i wiary, ten nie jest go godzien i nie jest godzien bycia jego uczniem. Myślę, że gdy serce człowieka jest wypełnione prawdziwą wiarą, wypełnia je jednocześnie odwaga, by o tej wierze opowiadać. Ba! Prawdziwa wiara jest źródłem tak wielkiej radości, że pobudza pragnienie opowiadania o tym innym - choćby przez pieśni i kilka prostych słów.

czwartek, 26 maja 2016

Czas powrócić...


Edukacja seksualna nie jest wynalazkiem naszych czasów. Edukację seksualną człowieka rozpoczęła się od słów: "Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię" (1. Księga Mojżeszowa 1, 28), które Bóg wypowiedział do Adama i Ewy. Bóg mówi nam w tych słowach, jaki jest cel współżycia seksualnego - pomnażanie rodzaju ludzkiego, sprowadzanie na świat kolejnych ludzi, których Bóg zaplanował. Przyjemność od początku była dodatkiem i zachętą. Później Bóg ustanowił zasady korzystania z tej przyjemności, wraz z naczelną: "Nie cudzołóż" (2. Księga Mojżeszowa 20, 14), które potem Jezus rozwinął: "Słyszeliście, iż powiedziano: Nie będziesz cudzołożył. A Ja wam powiadam, że każdy kto patrzy na niewiastę i pożąda jej, już popełnił z nią cudzołóstwo w sercu swoim" (Ewangelia Mateusza 5, 27 - 28). Akt seksualny Bóg zarezerwował tylko dla małżeństwa - związku kobiety i mężczyzny, o których mówi nam: "Dlatego opuści mąż ojca swego i matkę swoją i złączy się z żoną swoją, i staną się jednym ciałem" (1. Księga Mojżeszowa 2, 24). Bóg mówi też: "Nie morduj" (2. Księga Mojżeszowa 20, 13), bo jesteśmy powołani do tego, by życie się krzewiło i nie mamy prawa podnosić ręki na drugiego człowieka, który jest już kształtowany przez Boga w łonie matki, wskutek współżycia seksualnego.

Próba stworzenia dobrej koncepcji edukacji seksualnej jest jak "wyważanie otwartych drzwi", bo dobra koncepcja istnieje i jest "stara jak świat". To, czego świat potrzebuje, to zrozumieć, że nic nie potrzeba wymyślać i wprowadzać w życie, a trzeba po prostu zacząć słuchać, co ma do powiedzenia Bóg - stwórca życia i seksualności! Nastolatki przedwcześnie podejmują współżycie i zachodzą w ciążę? Seksuolodzy im mówią: poczekajcie, a jeśli trudno wam wytrzymać, to masturbujcie się i pieśćcie, a potem możecie popróbować czegoś więcej, ale w prezerwatywie, żeby uniknąć problemu. Czy to ma rozwiązać sprawę? Nie. To jest tak naprawdę deprawacja, która jest nazywana "edukacją seksualną"! Mówienie: "poczekaj na właściwy moment w swym życiu, a gdy nadejdzie pamiętaj o gumce" jest tylko alternatywną drogą deprawacji, którą nie da się naprawić tego świata. Można to uczynić tylko przez wskazywanie na Boga i przypominanie Słowa Bożego.

Oczywiście jestem świadomy tego, że to, co napisałem, wywoła wściekłość u libertyńskich "postępowców". Bo dla nich Bóg, Biblia i ustalone na wsze czasy zasady moralne stanowią problem, bo nie zgadzają się z ich światopoglądem i ich zasadami. Choć nigdy nie przyznają tego głośno, chcą oni tylko takiej edukacji seksualnej młodych ludzi, która będzie oparta tylko na ich filozofii, a Boże zasady chcą stłamsić i pokazać młodym jako "przestarzałe", "nienaukowe" i "nic nie warte" - dążą wszelkimi sposobami do tego, by jedynie ich światopogląd i koncepcje były szerzone na tym świecie i to jako obowiązujące wszystkich. Uchowaj nas, Boże przed takimi "edukatorami", będącymi na służbie u "niosącego światło" Lucyfera!

poniedziałek, 23 maja 2016

Kościół to MY!

"Przystąpcie do niego, do kamienia żywego, przez ludzi wprawdzie odrzuconego, lecz przez Boga wybranego jako kosztowny. I wy sami jako kamienie żywe budujcie się w dom duchowy, w kapłaństwo święte, aby składać duchowe ofiary przyjemne Bogu przez Jezusa Chrystusa" (1 List Piotra 2, 4 - 5) "Tak więc już nie jesteście obcymi i przychodniami, lecz współobywatelami świętych i domownikami Boga, zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, którego kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus, na którym cała budowa mocno spojona rośnie w przybytek święty w Panu, na którym i wy się wespół budujecie na mieszkanie Boże w Duchu" (List do Efezjan 2, 19 - 23) "Bóg, który stworzył świat i wszystko, co na nim, Ten, będąc Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach ręką zbudowanych" (Dzieje Apostolskie 17, 24)
Podróżowałem ostatnio z pewnym człowiekiem, pochodzącym gdzieś z białostocczyzny. Ilekroć przeje- żdżaliśmy koło jakiegoś kościoła, on czynił na sobie "znak krzyża". Wyglądało to dosyć zabawnie: raz, dwa, trzy, cztery... Na szczęście nie składał na koniec rąk, bo mogłoby to być poważnie niebezpieczne! Oczywiście spotykam się nieraz ze zdejmowaniem czapki przed mijanym kościołem lub krzyżem przydrożnym przez starszych mężczyzn, co oczywiście nie ma żadnego sensu, ale z takim rytuałem spotkałem się po raz pierwszy.

W Kościele katolickim panuje przekonanie, że kościół - budynek to "miejsce święte" i "dom Boga" - ale Słowo Boże zaprzecza tym przekonaniom. Bóg nie przywiązuje żadnego znaczenia do tego, co pobudowane z kamienia, drewna czy cegły. Bóg nie przywiązuje żadnego znaczenia do tego, że ktoś ten kamień, drewno lub cegłę pokropił wodą, modląc się. Bóg nie przywiązuje żadnego znaczenia ani do ich piękna, ani też do zupełnej ruiny. W Europie zachodniej wiele takich miejsc zamieniono w bary lub dyskoteki - nie myślcie, że dla Boga ma to jakiekolwiek znaczenie, czy że Bogu jest z tego powodu przykro. Nie, nie jest! Boga boli tylko to, że ludzie żyją bezbożnie, że nie ma Kościoła. Bogu zależy bowiem tylko na Kościele - ludziach, nie zaś na budynkach nazywanych "kościołami". 

Gdy budynek nazywamy "kościołem" to dlatego, że przejął on miano od Kościoła, czyli zgromadzenia wiernych, któremu ma służyć jako miejsce spotkań. Budynek nie jest "kościołem" i nie ma w nim nic świętego (według Słowa Bożego). Nie jest miejscem szczególnym, "wybranym" na tym świecie... Nie jest "miejscem świętym"! Nie ma żadnych "świętych miejsc" - jest tylko święty czas, gdy Kościół zgromadza się na modlitwę. Posiadanie budynku na potrzeby zgromadzeń jest wielką łaską dla Kościoła. Bardzo często w dziejach chrześcijanie nie mieli gdzie się spotykać, lub nawet musieli się ukrywać, z powodu prześladowań (było tak także na ziemiach polskich). Nawet teraz w wielu miejscach na świecie chrześcijanie nie mogą postawić nawet małej kaplicy, a nawet słyszymy o burzonych "domach modlitwy" (to dużo lepsze określenie). To oczywiście trudna sytuacja, ale fakt, że nie ma budynku, nie oznacza, że nie ma Kościoła, a też ruina budynku wcale nie znaczy, że Kościół przestał istnieć. Bo Kościół to my!

Bóg dał nam polecenie budowania i umacniania żywego Kościoła - w którym każdy z nas, wierzących jest "żywym kamieniem". Tego dzieła dokonujemy modląc się, czytając Słowo Boże, trwając w jedności braterskiej i pozyskując kolejnych ludzi. To jest dzieło, na którego wykonaniu Bogu jedynie zależy - wszystko inne, w tym przystosowane do potrzeb Kościoła budynki, to tylko przydatny dodatek, dany nam, byśmy mogli rozwijać służbę chrześcijańską. Kościelny budynek nie jest i nie może być dla nas "świętością" - jest tylko obiektem, który możemy wykorzystywać do dobrych celów, do budowy jedynego prawdziwego Kościoła. Dodam: jedynego, który naprawdę warto kochać i się o niego troszczyć.

niedziela, 22 maja 2016

Boży ład

"Do kobiety zaś [Bóg] rzekł: Pomnożę dolegliwości brzemienności twojej, w bólach będziesz rodziła dzieci, mimo to ku mężowi twemu pociągać cię będą pragnienia twoje, on zaś będzie panował nad tobą" (1. Księga Mojżeszowa 3, 16). "Żony, bądźcie uległe mężom swoim jak Panu, Bo mąż jest głową żony, jak Chrystus Głową Kościoła, ciała, którego jest Zbawicielem" (List do Efezjan 5, 22 – 23).
Choć zwykle narażam się tym stwierdzeniem bardzo wielu osobom, to jednak zawsze mówię: patriarchat nie jest wymysłem mężczyzn. Choć nie ma cienia wątpliwości, że Mojżesz był 100% facetem i Paweł był 100% facetem, to jednak nie pisali oni od siebie, lecz jako „sekretarze” Pana Boga. To nie faceci mówią: „To jest nasz świat, my tutaj rządzimy”. Patriarchat jest Bożym porządkiem w tym świecie, Bożym porządkiem w rodzinie, Bożym porządkiem w Kościele – a nam pozostaje tylko ten fakt zaaprobować, bo kimże my jesteśmy, by mówić Bogu, jak powinien być ten świat urządzony? Możemy tego nie rozumieć, może być to (i jest!) niezgodne ze współczesnymi trendami, ale my w swoim rozumieniu i filozofii życia jesteśmy bardzo ograniczeni, a mądrość Boga nie ma granic – i dlatego właśnie Bogu powinniśmy ufać, a nie światowym trendom czy też własnej filozofii.

Gdy rozmawiam z ludźmi niewierzącymi o wierze i Bożym porządku w tym świecie, bardzo często słyszę: „Patriarchalna religia zepchnęła kobietę do roli służki mężczyzn, podczłowieka, a właściwie prawie przedmiotu. Ma gotować, sprzątać, prać, rodzić dzieci i zajmować się nimi, a w dodatku nie mieć prawa głosu”. Oczywiście w minionych wiekach pisano wiele bzdur na temat kobiet i ich roli w świecie – pisali je m.in. Tzw. „Ojcowie Kościoła”, bazując nie na Słowie Bożym, ale właśnie na filozofii czysto ludzkiej, na ówczesnych trendach w myśleniu o człowieku i społeczeństwie. I to jest dowód nie na „męski szowinizm” w Kościele, ale właśnie na to, jak wielkie spustoszenie w Kościele czynią okresowe trendy w myśleniu i życiu społecznym. Ja myślę, że ci filozofowie religijni dobrze znali Pismo Święte, lecz nie mieli jasności spojrzenia na to, co ono naprawdę mówi o kobietach – ich zrozumienie w kwestii kobiet było poważnie zmącone. Nie widzę żadnego powodu, byśmy mieli dziś tłumaczyć się ze słów napisanych przez kogoś tysiąc, półtora tysiąca, a nawet więcej lat temu. Bóg nie zepchnął kobiety do roli "inkubatora", kucharki, praczki i sprzątaczki.

„I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich” (1. Księga Mojżeszowa 1, 27). Od samego początku kobieta ma tą samą godność, co mężczyzna. Przed Bogiem jesteśmy absolutnie równi! Słowo Boże mówi nam też, że mężczyzna potrzebuje kobiety. „Potem rzekł Pan Bóg: Niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam. Uczynię mu pomoc odpowiednią dla niego” (1. Księga Mojżeszowa 2, 18). Mężczyzna – taki, jakim stworzył go Bóg – ma zdolności przywódcze, ma odwagę, ma siłę. Te cechy zostały mu dane nie po to, by pomiatał kobietą, lecz by ją chronił i jej służył. Z drugiej strony mężczyzna ma pewne „luki w systemie” - i nie zawsze sam w sobie znajduje siłe, mądrość, zdecydowanie, determinację... Myślę, że pod pewnymi względami mężczyzna ma nawet bardziej delikatną strukturę psychiczną i bardzo często przechodzi słabość, lęki i zniechęcenie – choć zwykle trudno mu to okazać, bo jest uczony; „facet musi być facet, trzeba być twardym i nieugiętym”. Kobieta ma od Boga „patcha” do tego systemu – ma w sobie takie cechy, taką siłę, którymi może wesprzeć faceta, by... był facetem i by był on dla niej użytecznym, by dostawała to, czego jej potrzeba. Bóg ustanowił patriarchat, ale ten patriarchat to nie „pan” i „służaca”, lecz mężczyzna, który dzięki swoim szczególnym cechom może zadbać o kobietę i jej potrzeby. Bóg co prawda stworzył najpierw Adama, a potem Ewę, ale nie stworzył nas osobno – mężczyzna jest potrzebny kobiecie, a kobieta mężczyźnie.

Wiele razy mnie pytano o to, czy naprawdę wierzę w to, że Bóg dokonał „operacji chirurgicznej”, uśpił Adama, wyjął żebro i z tego żebra uczynił kobietę. Wierzę, że On mógł to naprawdę uczynić – literalnie tak, jak o tym czytamy w Biblii. Dla mnie jest to przede wszystkim piękny obraz – Bóg wydziela kobietę (człowieka) z mężczyzny (człowieka), by zaraz ich na nowo ze sobą połączyć, które to zespolenie jest tak naprawdę ukoronowaniem dzieła stworzenia. „Dlatego opuści mąż ojca swego i matkę swoją i złączy się z żoną swoją, i staną się jednym ciałem” (1. Księga Mojżeszowa 2, 24). „Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i połączy się z żoną swoją, i będą ci dwoje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, ale jedno ciało” (Ewangelia Mateusza 19, 5 – 6). Wielokrotnie jesteśmy wzywani przez Boga do miłości bliźniego i usługiwania innym. Jeśli zaś mamy miłowac ludzi wokół nas i im usługiwać, to czy tym bardziej nie jest to zobowiązanie wobec naszej „drugiej połowy”?

Patriarchat nie wyklucza partnerstwa. Bóg ustanowił patriarchat, ale też wzajemne powinności. I nie myślcie, że Bogu się podoba, gdy mężczyzna rozkłada się na kanapie, pokazuje tylko palcem kobiecie, co ma robić i chce, by wszystko ogarnęła i jeszcze na co tylko ma ochotę, podsunęła mu pod nos, i w dodatku była zawsze gotowa na seks. Boży patriarchat jest tak naprawdę systemem wzajemnej służby – określa rolę kobiety, ale też powinności mężczyzny względem kobiety.

Zaburzanie tego systemu pociąga za sobą poważne konsekwencje. Lubię  podróżować autostopem. Jedną z takich podróży odbyłem ostatnio z pewną młodą kobietą (to w sumie rzadkość) i ona w pewnym momencie zapytała: „co się w naszych czasach dzieje z facetami? Kiedyś facet to był facet, a dzisiaj – zwłaszcza, gdy się patrzy na młodych – to niektórzy są 'jak laleczka'?” Myślę, że to jest bardzo dobre pytanie. Mamy wokół sporo „wiernych kopii” np. Justina Biebera (choć akurat on od jakiegoś czasu próbuje zmienić „image” na bardziej „maczo”). Naprawdę się cieszę, że nasz rodzimy Michał Szpak jest – póki co przynajmniej -  w jednym tylko „metroseksualnym” oryginale. Widuję czasem gdzieś na ulicy emo-facecików, w „rurkach” (taki krój spodni), ulizanych włoskach i nawet z makijażem. Psycholodzy już dawno zauważyli, że proces ten zadziwiająco pokrywa się w czasie z narastającą wciąż emancypacją kobiet. Uważam, że jeśli facet ma być facetem, to potrzebuje do tego kobiet, które będą po prostu kobietami.

Bóg bardzo dobrze uczynił ten świat i bardzo dobrze wyznaczył nam na tym świecie role. Jeśli mamy dobrze funkcjonować w tym świecie, to niezwykle ważne jest zachowanie Bożych reguł, Bożego porządku. Każdy z nas znaczy tyle samo i jest tak samo potrzebny, ale każdy ma w tym świecie swoje,  z góry określone przez Boga, miejsce i zadania. Diabeł podjudza nas do buntu przeciwko Bogu i jego dekretom – a z buntu i burzenia porządku, jaki Bóg ustanowił, nigdy nie było nic dobrego.

sobota, 21 maja 2016

Bariera do przełamania

"I już nie jestem na świecie, lecz oni są na świecie, a Ja do ciebie idę. Ojcze święty, zachowaj w imieniu twoim tych, których mi dałeś, aby byli jedno, jak my. (...) A nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy przez ich słowo uwierzą we mnie. Aby wszyscy byli jedno, jak Ty, Ojcze, we mnie, a Ja w tobie, aby i oni w nas jedno byli, aby świat uwierzył, że Ty mnie posłałeś" (Ewangelia Jana 17, 11 i 20 - 21)
Powyższe fotografie są dokumentacją zdjęć umieszczonych
na tablicy informacyjnej Teatru im. A. Fredry w Gnieźnie
Prasa krajowa rozpisuje się w ostatnich dniach o skandalu, do jakiego doszło w Gnieźnie w ostatnią Niedzielę, kiedy to wspominane jest zesłanie Ducha Świętego. To bardzo ważne święto i dla chrześcijan ewangelicznych (zwłaszcza zaś tych bardziej charyzmatycznych), jak i dla katolików. Tego właśnie dnia do gnieźnieńskiej katedry - w ramach teatralnego "permormensu" - wtargnęła grupka dziewcząt ubranych w czarne szmaty, mające przypominać islamskie burki. Niby włączyły się w modlitwy, niby przystąpiły do komunii, a na koniec wyszły przed ołtarz i zaczęły bić pokłony w stylu muzułmańskim. Oczywiście jest to zachowanie zupełnie nie do przyjęcia i jest to porażka wychowawcza rodziców tych panienek. Jest to także nieodpowiedzialności (w najlepszym razie), lub wręcz arogancji organizatorów, którzy do tego dopuścili. Jest to przykład nietolerancji i braku szacunku dla katolików - i to jest pewien paradoks, bowiem teatr, który to zorganizował, chciał "walczyć ze stereotypami" i właśnie uczyć "szacunku" i "tolerancji"! Ja nie podzielam wiary katolickiej, ale wchodzenie do kościoła i robienie "scenek", wykorzystywanie czyichś praktyk religijnych do własnych celów (nawet jeśli nie zakłóca się bezpośrednio przebiegu), jest poniżej wszelkiej krytyki. Słuszne byłoby usuwanie takich osób ze zgromadzenia. Uważam, że zarówno Teatr, jako organizator, i uczestniczki zajścia, lub ich rodzice, powinni publicznie za to, co się stało, przeprosić - tylko tak da się wyjść z tej sprawy z godnością.

Jedną z gazet, które opisują zdarzenie, jest "Newsweek" - czasopismo lewicowe i mocno "ideologicznie poprawne", więc i artykuł jest skrajnie tendencyjny. Moją uwagę zwróciło tam jedno, bardzo długie, zdanie: "Nie bez znaczenia jest też samo Gniezno - historyczna kolebka Polski Piastów i termin – Dzień Zesłania Ducha Świętego, w którym zgodnie z wykładnią katolicką ludzie przełamują wszelkie bariery, jednocząc się w Duchu Świętym." Wokół tych słów rozwinęła się mała dyskusja z pewnym moim znajomym, który jakiś czas był w Kościele i nawet przyjął chrzest (jednak w 2 - 3 tygodnie później już go na zgromadzeniach Kościoła nie było). Przypomniał on zapis Katechizmu Kościoła Katolickiego: "Teksty prorockie dotyczące wprost zesłania Ducha Świętego są wyroczniami, przez które Bóg mówi do serca swego ludu językiem obietnicy, z akcentami 'miłości i wierności'; ich wypełnienie ogłosi Piotr w poranek Pięćdziesiątnicy. Według tych obietnic, w 'czasach ostatecznych' Duch Pana odnowi serca ludzi, wypisując w nich nowe prawo; On zgromadzi i pojedna rozproszone i podzielone narody; przekształci pierwsze stworzenie i Bóg zamieszka w nim razem z ludźmi w pokoju" (KKK 715). Jednak "przełamywanie barier", o jakich mówią "postępowi lewicowcy", jest czymś najzupełniej odmiennym od tego, czego naucza Słowo Boże i co odnośnie zesłania Ducha Świętego jest zawarte w KKK.

Gdy Bóg mówi o jedności i gdy - jako Chrystus Pan - o nią zabiega w modlitwie, jedność ta dotyczy Dzieci Bożych. Bóg nie mówi o żadnym "multi-kulti", o przyjmowaniu "imigrantów" - a raczej... kolonizatorów, nie mówi: wszystko jedno w co kto wierzy, i o wszystkim tym, co "postępowi lewicowcy" definiują jako "przełamywanie barier". Wprost przeciwnie, w Biblii znajdujemy potężną barierę, bowiem Słowo Boże mówi, że wśród ludzi jest podział na Dzieci Boże (chrześcijan) i... dzieci diabła (całą resztę). "Kto grzeszy, jest dzieckiem diabła, ponieważ diabeł trwa w grzechu od początku" (1. List Jana 3, 8 - tłum. "Biblia Tysiąclecia"). "Nie wprzęgajcie się z niewierzącymi w jedno jarzmo. Cóż bowiem na wspólnego sprawiedliwość z niesprawiedliwością? Albo cóż ma wspólnego światło z ciemnością? Albo jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem lub wierzącego z niewiernym? Co wreszcie łączy świątynię Boga z bożkami? Bo my jesteśmy świątynią Boga żywego..." (2. List do Koryntian 6, 14 - 16). Często gdy mówię o tym bardzo podstawowym podziale, jaki jest między ludźmi, słyszę: "Jak ty możesz nazywać się chrześcijaninem? gdzie jest chrześcijaństwo w tym, co głosisz? Chrześcijaństwo to przecież otwartość na innych i miłość bliźniego, a ty jesteś zwykłym faszystowskim fanatykiem, który gardzi innymi i nienawidzi ich!"

Wróćmy do jedności, jakiej oczekuje Bóg. Gdy Jezus modlił się o jedność, nie miał na myśli jedności całej ludzkości, lecz tylko jedność wśród swego ludu. I nie chodziło już o Izrael, czy jakąkolwiek inną nację, lecz o wszystkich tych, którzy nawróciwszy się całym sercem słuchają Ewangelii i oddają cześć jedynemu  prawdziwemu i żywemu Bogu. Apostoł Paweł tak pisze o tej jedności: "Napominam was tedy ja, więzień w Panu, abyście postępowali, jak przystoi na powołanie wasze, z wszelką pokorą i łagodnością, z cierpliwością, znosząc jedni drugich w miłości, starając się zachować jedność Ducha w spójni pokoju: jedno ciało i jeden Duch, jak też powołani jesteście do jednej nadziei, która należy do waszego powołania; jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest; jeden Bóg i Ojciec wszystkich, który jest ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich" (List do Efezjan 4, 1 - 6). To są fundamenty jedności, która obejmuje wszystkie narody. Oczywiście chrześcijanie wywodzą się z różnych kultur i w różny sposób praktykują swą wiarę, ale jeśli fundamentem jest Pan i Ewangelia, nie trzeba przełamywać żadnych barier, bo one znikają same. 

Mam wielu przyjaciół na całym świecie - z Afryki, Indii, Pakistanu, czy też z wysokich Andów. Pod względem kulturowym różni nas bardzo wiele i wciąż się uczymy siebie nawzajem, ciesząc się różnorodnością kulturową i odmiennością sposobu myślenia i przeżywania wiary, ale nie ma między nami żadnej bariery, którą musielibyśmy przełamywać, bo jesteśmy dziećmi jednego Boga, braćmi i siostrami w Chrystusie Panu. Czasem się w czymś nie zgadzamy - nawet wytykamy sobie błędy - ale miłość i jedność na tym nie cierpią. Tak naprawdę wszystko to, co mówi Bóg, to wezwanie do jednoczenia się i... chciałoby się napisać "przełamywania barier", ale tak naprawdę one zostały przełamane przez Chrystusa na krzyżu i jedyne, co muszą zrobić ludzie, to przyjść pod krzyż, zgromadzić się wokół Boga. Jeśli więc ktoś musi "przełamywać bariery", to jedynie ci, którzy nie są w tej jedności, nie oddali swego życia (i wszystkich swych grzechów) Jezusowi Chrystusowi i tkwią wciąż w opozycji do Boga, w niewierze lub pogańskich religiach.

piątek, 20 maja 2016

Miłość w działaniu

"Pewien człowiek szedł z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców, którzy go obrabowali, poranili i odeszli, zostawiając go na pół umarłego. (...) Pewien Samarytanin zaś, podróżując tędy, podjechał do niego i ujrzawszy, ulitował się nad nim. I podszedłszy opatrzył rany jego, zalewając je oliwą i winem, po czym wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i opiekował się nim" (Ewangelia Łukasza 10, 30 i 33 - 34) "Wtedy powie król tym po swojej prawicy: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczcie Królestwo, przygotowane dla was od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie, byłem nagi, a przyodzialiście mnie, byłem chory, a odwiedzaliście mnie, byłem w więzieniu, a przychodziliście do mnie. Wtedy odpowiedzą mu sprawiedliwi tymi słowy: Panie! Kiedy widzieliśmy cię łaknącym, a nakarmiliśmy cię, albo pragnącym, a daliśmy ci pić? A kiedy widzieliśmy cię przychodniem i przyjęliśmy cię albo nagim i przyodzialiśmy cię? I kiedy widzieliśmy cię chorym albo w więzieniu, i przychodziliśmy do ciebie? A król, odpowiadając, powie im: Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście" (Ewangelia Mateusza 25, 34 - 40)
Przy okazji niedawnej dyskusji o pomyśle, by przywrócić krzyż na karetkach pogotowia, pewien człowiek napisał mniej więcej tak: "A co ma Kościół do służby zdrowia? Nie życzę sobie krzyży na karetkach i w szpitalach." Odpowiedziałem mu, że to ma Kościół / Kościoły do służby zdrowia, że to właśnie ludzie wierzący kładli podwaliny pod współczesną służbę zdrowia. Przyczynili się do jej rozwoju m.in. zakładając szpitale, tworząc organizacje i misje medyczne (włącznie z Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem - będąc przed laty w Genewie miałem przywilej uczestnictwa w nabożeństwie w kaplicy, gdzie odbyło się zgromadzenie założycielskie MCK!), czy wreszcie prowadząc badania naukowe i wdrażając najnowsze osiągnięcia medycznej technologii. Wiele najstarszych, najlepszych i najbardziej znanych szpitali na całym świecie, jeśli przyjrzymy się ich historii, ma gdzieś na początku swego istnienia jakiś Kościół, katolicki zakon czy też jakiegoś chrześcijanina o samarytańskiej postawie. Także i dzisiaj to głównie chrześcijanie tworzą placówki medyczne w krajach słabo rozwiniętych.

Na powyższej ilustracji jest ukazany szpital w moim rodzinnym mieście - był to pierwszy szpital z prawdziwego zdarzenia w Gnieźnie; istnieje po dziś dzień i wciąż pełni swe funkcje. Został założony i był prowadzony przez Kościół luterański. W całej Polsce są zapewne dziesiątki lecznic, które od początku były tworzone pod znakiem krzyża Chrystusa Pana. Wiele zawdzięczamy w tym zakresie zwłaszcza katolickim zakonom. A dziś niektórzy mają czelność mówić, że Kościół (czy też Kościoły) mają się trzymać z dala od służby zdrowia! Jest to przejaw albo ignorancji, albo arogancji. Z jakiej racji mamy się, jako chrześcijanie, odsuwać od czegoś, co od początku chrześcijanie współtworzyli? 

Prawdziwe chrześcijaństwo zawsze łączyło się i zawsze musi się łączyć ze szczególną wrażliwością na drugiego człowieka i jego potrzeby - bowiem przykazaniem danym nam od Boga jest miłość. "Umiłowani, miłujmy się nawzajem, gdyż miłość jest z Boga, i każdy, kto miłuje, z Boga się narodził i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością. (...) Umiłowani, jeżeli Bóg nas tak umiłował, i myśmy powinni nawzajem się miłować. Boga nikt nigdy nie widział; jeżeli nawzajem się miłujemy, Bóg mieszka w nas i miłość jego doszła w nas do doskonałości. (...)  Miłujmy więc, gdyż On nas przedtem umiłował. Jeśli kto mówi: Miłuję Boga, a nienawidzi brata swego, kłamcą jest; albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. A to przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego" (1. List Jana 4, 7 - 21). Ten, kto miłuje ludzi i kierując się tą miłością służy im, ten podoba się Bogu. Pierwszym zadaniem chrześcijanina jest zawsze nauczanie Ewangelii. Jednak słowa to zbyt mało, bo cóż będzie znaczyło, gdy głodnemu będziemy mówić o krzyżu Chrystusa i zbawieniu, a nie damy mu wpierw chleba? Jakież znaczenie będzie miała mowa do chorego i poranionego o wspaniałościach nieba, jeśli nie zajmiemy się jego ranami? Słowami można przekazać wielką mądrość, ale tylko czynami można szerzyć miłość. 

Gdy Jezus chodził po ziemi, wiele godzin poświęcił nauczaniu, lecz nie była to jedyna jego służba na ziemi. Ewangelie zawierają wiele opisów, gdy dotykał się chorych - nie pielęgnował wprawdzie, lecz uzdrawiał, bo było to w jego mocy. W naszej mocy nie jest uzdrowienie, o to możemy tylko prosić Boga, ale jest w niej zdobywanie wiedzy medycznej i leczenie, zdobywanie wiedzy i umiejętności pielęgniarskich czy rehabilitacyjnych i pielęgnowanie. Drugie spostrzeżenie: Jezus nie ograniczał swej posługi tylko do tych, którzy szli za nim, jako jego uczniowie. Nie odmawiał swej łaski nawet tym, którzy wcale potem za nim nie poszli. Tak i chrześcijanie są powołani do tego, by służyć każdemu, kto potrzebuje pomocy - głosić Ewangelię, ale służyć też tym, którzy są na nią i na krzyż Chrystusa obojętni czy nawet niechętni. Czasem właśnie dzięki służbie chrześcijan, serca zatwardziałych grzeszników bywają skruszone. Stetoskop, skalpel i bandaż mogą być doskonałymi narzędziami w służbie Ewangelii. Nie są od niej ważniejsze, ale są cennym dodatkiem do nauki opartej na Słowie Bożym i zachęty, by zaufać Bogu, które zawsze mają wychodzić z naszych ust.

Na przestrzeni wieków chrześcijanie często szli tam, gdzie właśnie było najtrudniej - tam, gdzie były najgorsze warunki sanitarne, gdzie panowały najgorsze choroby, gdzie niosąc pomoc, sami ryzykowali własne zdrowie i życie. Czyniło to wielu protestantów, ale największy rozgłos zyskali katolicy i chociaż jestem krytycznie nastawiony do nauk i praktyk katolickich, to jednak wielkim szacunkiem darzę Matkę Teresę z Kalkuty, ojca Damiana de Veuster czy też naszego rodaka, ojca Mariana Żelazka (którego zresztą miałem okazję przed wielu laty poznać osobiście). Wielu, służąc innym, samym się zaraziło ich chorobami i pomarło - m.in o. de Veuster, który, służąc lata trędowatym na Moloka'i (Hawaje), sam uległ tej chorobie i na nią zmarł. "Większej miłości nikt nie ma nad tę, jak gdy kto życie swoje kładzie za przyjaciół swoich" (Ewangelia Jana 15, 14). "Albowiem dla mnie życiem jest Chrystus, a śmierć zyskiem" (List do Filipian 1, 22). Głęboko wierzę w to, że naszym powołaniem jest być błogosławieństwem dla świata - poprzez nauczanie i służbę ludziom (jedno i drugie zawsze razem!) - bez względu na koszty. Nawet jeśli w zamian doświadczamy niewdzięczności - bo Bogu mamy służyć, a nie dla ludzkiej wdzięczności i własnej chwały.

czwartek, 19 maja 2016

Lek gorzki, lecz zbawienny

"A jeśliby zgrzeszył brat twój, idź, upomnij go sam na sam; jeśliby cię usłuchał, pozyskałeś brata swego. Jeśliby zaś nie usłuchał, weź z sobą jeszcze jednego lub dwóch, aby na oświadczeniu dwu lub trzech świadków była oparta każda sprawa. A jeśliby ich nie usłuchał, powiedz zborowi; a jeśliby zboru nie usłuchał, niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik." (Ewangelia Mateusza 18, 15 - 17) 
W naszym życiu są decyzje, które nie są wcale łatwe. Dotyczy to zarówno życia osobistego, jak i życia społecznego, kościelnego... Jesteśmy uczeni miłości braterskiej, miłości bliźniego, a jednak sam Bóg mówi nam, że są sytuacje, gdy musimy od siebie kogoś oddzielić. W pierwotnym chrześcijaństwie było to postępowanie dość powszechne - zatwardziałych grzeszników usuwano ze zgromadzenia, nie tylko nie pozwalano im przystępować do Wieczerzy, ale zwykle nie mogli uczestniczyć też w nabożeństwach. Takie wykluczenie z pewnością było bolesne, lecz było konieczne, by zły przykład i zgorszenie nie szerzyły się w Kościele, by nie dopuścić do rozluźnienia dyscypliny duchowej. Leśniczy też przecież wycinają chore drzewa, aby las był zdrowy Odseparowanie to nie było nigdy wyrazem pogardy - odwieczną chrześcijańską praktyką jest miłość i modlitwa za błądzących. zazwyczaj, jak sądzę, grzesznik mógł powrócić, jeśli zrozumiał, że zgrzeszył i konieczność naprawy swego życia. Zdarzały się jednak wykluczenia ostateczne - zazwyczaj, gdy doszło do zaparcia się wiary, grzechu przeciwko Duchowi Świętemu. Obecnie zbory chrześcijańskie niezwykle rzadko postępują tak rygorystycznie - osobiście znam jeden tylko przypadek, gdy pewnemu człowiekowi zabroniono przychodzenia na zgromadzenia Kościoła z powodu jego wichrzycielskich praktyk.

Myślę, że staliśmy się może zbyt miękcy i zbyt pobłażliwi. Chyba zbyt często myślimy: "To nie moja sprawa, to jego sprawa, co ja będę się odzywał". Czasem boimy się otworzyć usta, a może nawet wolimy udawać, że "nie ma problemu". Być może czasem grzech brata czy siostry z Kościoła staje się dla nas problemem dopiero, gdy nabrzmiał już tak bardzo, że jest oczywisty i może dojść do zgorszenia, czy nawet skandalu, który zaszkodziłby opinii o Kościele i... o nas samych, jako jego członkach. Jeśli pojawia się grzech, to nie można tego traktować pobłażliwie. Grzech brata czy siostry w Panu to nie jest jedynie "jego sprawa" - bo razem stanowimy jedność, rodzinę dzieci Bożych, Ciało Chrystusowe, i nie ma rozgraniczenia: "moja sprawa", "jego sprawa" - jest zawsze "nasza sprawa". "Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego" (Ewangelia Mateusza 22, 39) - więc jeśli troszczymy się o siebie, dbamy o własną "duchową higienę", to i o brata czy siostrę mamy się troszczyć i powinniśmy umieć napominać (lecz w duchu pokory i miłości), gdy błądzą. Uważam to nie tylko za nasze prawo, ale też obowiązek. Czasem trzeba wiele odwagi, by drugiemu człowiekowi powiedzieć "gorzką prawdę" i wiele mądrości od Ducha Świętego, by powiedzieć to umiejętnie i z miłością.

Jezus mówi w bardzo ciekawy sposób: "...jeśliby cię usłuchał, pozyskałeś brata swego". Gdy rozmyślałem nad tym wersetem, przyszło mi na myśl, że przeciwieństwem słowa "zysk" jest "strata" i tym samym przeciwieństwem "pozyskania" jest "stracenie". I gdyby do sprawy podejść czysto po ludzku, to faktycznie: Kościół traci ludzi, którzy odpadają od niego lub są wykluczani z powodu grzechu. Ale jako chrześcijanie żyjemy raczej w rzeczywistości duchowej, gdzie prosta, ludzka arytmetyka nie działa. Dalej Jezus mówi: "...a jeśliby zboru nie usłuchał, niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik". Jeśli ktoś uparcie tkwi w grzechu i nie chce słuchać, co o tym mówi Bóg - słów Biblii i braterskich napomnień, to można mieć w pełni uzasadnione wątpliwości, czy w ogóle był naprawdę częścią Kościoła, czy też tylko przychodził i modlił się, w mniejszym czy większym stopniu zafascynowany Słowem Bożym i chrześcijaństwem. Ten, kto wybiera życie w grzechu, być może tak naprawdę nigdy nie związał się z Bogiem. Słowa: "... niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik" nie oznaczają skrajnego ostracyzmu, lecz stwierdzają fakt pogaństwa w sercu grzesznika. Nie mogą być tacy ludzie członkami ewangelizującego Kościoła, ale są wciąż "polem misyjnym", na którym trzeba siać ziarno Słowa Bożego. Jezus mówi, ni mniej, ni więcej, tylko tyle, że należy ich traktować jak ludzi, którzy nigdy nie słyszeli Ewangelii i nie byli częścią Kościoła, z którymi nie mamy duchowo nic wspólnego, nie ma żadnej jedności. Bóg ich nie przekreśla i póki żyją, wzywa ich, by stali się uczniami, by byli posłuszni i by stali się naprawdę częścią Kościoła. Odsunięcie i zerwanie relacji duchowych są konieczne i czasem zbawienne.

Czy wiecie, co się dzieje z Kościołem, gdzie ludzie tracą odwagę, by przeciwstawiać się grzechowi i pielęgnować świętość w Kościele? Znane jest przysłowie: łyżka dziegciu beczkę miodu popsuje. Chwasty na polu także potrafią zadusić zboże, zniszczyć cały plon. I wiele jest wspólnot, które kiedyś były silnymi Kościołami, lecz upadły i rozsypały się, obróciły się w bród tego świata i nie chcą już słuchać Słowa Bożego, bo wolą swoją "teologię (de)formowaną", która "mówi im co Bóg miał na myśli". Gdy są konfrontowani ze Słowem Bożym, podnoszą krzyk: "nie rozumiesz Boga, bo nie znasz teologii!" Jest też wiele Kościołów, które dopiero się chwieją, lecz są już bliskie upadku - jeden z reformowanych (jeszcze) Kościołów już ma swoich "tęczowych duchownych" - choć jeszcze nie błogosławi parom homoseksualnym, to już deleguje swych "teologów" do zagranicznych wspólnot, gdzie tak się dzieje i nie godzi się na to, by homoseksualizm nazywać dewiacją i grzechem. Inny Kościół niedawno zaprosił "panią biskup" z byłego (już) Kościoła, który  już jest cały "tęczowy". Nie słuchają napomnień chrześcijańskich - zapatrzeni w siebie i swoją "nieomylną teologię postępową". Tym samym już nie pojedynczy ludzie, ale w skutek grzechu od Boga i Biblii odpadają całe Kościoły i przestają być w tym samym momencie Kościołami - i powinny być niezwłocznie odsunięte od dialogu ekumenicznego, bo stanowią zgorszenie i gniazdo, z którego rozprzestrzenia się grzech. To jakby rodzaj "kwarantanny" spowodowanej przez grzech, który jest najstraszniejszą zarazą.

Napominanie i duchowa separacja są niezbędne nie powinniśmy się wahać - zarówno jako poszczególni wierzący, jak i Kościoły - by to czynić. Napominanie i nawet odseparowanie są uczynkami miłości bliźniego i świadectwem, że zależy nam na nim. Jeśli zaś milczymy, bo "to nie moja sprawa", jest to przejaw obojętności na los innych, oziębłości serca, duchowej i społecznej znieczulicy. Wiecie, Bóg kocha człowieka i dlatego posyła do niego takich, co mu powiedzą, w jakim gnoju życiowym się znalazł. Grzech potwornie ogłupia ludzi - mnie nie wyłączając - i Bóg działa bardzo zdecydowanie, by do takich przez grzech otumanionych dotrzeć. Gdy jesteśmy chorzy, czasem potrzebna jest bardzo "gorzka pigułka", by nas ozdrowić. Napomnienie od ludzi z Kościoła, i przypomnienie Słowa Bożego są takim lekiem. Tacy ludzie, którzy troszczą się i napominają, są błogosławieństwem dla tego świata, dla wspólnot lokalnych i dla całego Kościoła Chrystusowego! Dla upadłego człowieka może być goryczą, lecz jeśli powstanie z upadku, gorycz ta w słodycz się zamieni. Nigdy nie wahajmy się podawać Bożej PRAWDY tym, którzy zostali zainfekowani grzechem i są zagrożeni śmiercią.


sobota, 14 maja 2016

Niechby krzyż powrócił

"Co zaś do mnie, niech mnie Bóg uchowa, abym miał się chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa" (List do Galatów 6,14)
"Radny PiS walczy o powrót czerwonego krzyża na karetki pogotowia" - informuje dziś "Gazeta Pomorska". "'To marzenia milionów polskich katolików' - pisze w liście do ministra zdrowia Jarosław Mrówczyński, inowrocławski radny Prawa i Sprawiedliwości. 'W okresie Polski ludowej krzyż był umieszczany na każdej karetce. Od kilkunastu lat krzyż znika i jest zastępowany symbolem węża Eskulapa, który nie ma nic wspólnego z tradycją i wiarą chrześcijańską' - czytamy w liście. 'Wypieranie krzyża z przestrzeni publicznej jest bardzo smutne, przykre i dotykające nas katolików i wierzących Polaków. Krzyż chrześcijański, krzyż naszego zbawiciela jest to znak, który szczerze, otwarcie i zawsze bardzo realistycznie obrazuje prawdę o naszym życiu. Wizerunek krzyża na karetce ma również olbrzymie znaczenie dla chorych, którzy w wierze i oddaniu Bogu szukają pomocy i ratunku w trudnych momentach swego życia' - pisze Jarosław Mrówczyński. Prosi ministra o to, by skorzystał ze swoich uprawnień i znowelizował rozporządzenie w sprawie oznaczenia systemu Państwowe Ratownictwo Medyczne."

Młode pokolenie już nie pamięta, ale ja jeszcze dobrze pamiętam, jak kiedyś wyglądały nasze karetki. Nawet w najgorszych czasach komuny, gdy władza "ludowa" zwalczała wszelkimi sposobami wszystko, co związane było z wiarą, krzyż trwał tam, gdzie ratowano ludzkie zdrowie i życie - jako znak nadziei i ratunku. Fakt ten, że krzyż trwał w tych czasach, jest wręcz zdumiewający - być może ocalał ten znak, gdyż niezbyt światłym komunistom wcale nie kojarzył się jako symbol wiary? A przecież, choć różni się on od tych krzyży, jakie na ogół spotykamy - jest to tzw. "krzyż grecki" - to wciąż jest on tym samym znakiem Jezusa Chrystusa. Przyjrzyjmy się karetkom z czasów PRL:

 
Krzyż był znakiem stosowanym nie tylko w Polsce. Był znakiem służby zdrowia wszędzie tam, gdzie były wpływy chrześcijańskie. Być może należy to wiązać z faktem, że to właśnie chrześcijanie kładli podwaliny nowoczesnego systemu służby zdrowia, zakładając przytułki, szpitale i misje - włącznie z największą i najbardziej znaną misją medyczną na świecie, Międzynarodowym Czerwonym Krzyżem. Tak, Czerwony Krzyż był od początku dziełem chrześcijańskim - choć dziś się od tego mocno oddalił, a też już niektórzy mówią, by krzyż usunąć z nazwy i symboliki! Przyjrzyjmy się starym ambulansom z różnych krajów:

piątek, 13 maja 2016

Bóg kontra system

Pani Premier Beata Szydło spotkała się z papieżem Franciszkiem. To w sumie fakt bez większego znaczenia. Zastanowiło mnie jednak, że co która z pań z naszych "elit" jedzie na taką wizytę, to ubiera się, jakby zmarł ktoś z najbliższej rodziny - głęboka czerń żakietów, spódnic, sukienek i koszul i głowa okutana chustą. Nasza obecna pani Premier szczególnie nieciekawie w takim stroju wygląda. Poszperałem trochę i... okazuje się, że Watykan WYMAGA takiego właśnie stroju, że w otoczeniu papieża obowiązuje DWORSKA ETYKIETA. Papież czyni wyjątek tylko dla niektórych par królewskich i książęcych - jak się wydaje z rodzin szczególnie zasłużonych dla Kościoła lub szczególnie cenionych! To pokazuje, że dla Kościoła katolickiego ludzie nie są sobie równi, że jest to wciąż system feudalny, tkwiący wciąż głęboko w przeszłości - jest w nim wciąż podział na elity wyższe i niższe, oraz "szarą masę". Franciszek był nadzieją na zmiany, ale zmian nie ma.

Spójrzmy teraz na Chrystusa. Nigdy nie mieszkał w pałacach i nie nosił specjalnych i kosztownych strojów. Nigdy nie ustanowił żadnej etykiety dla ludzi ze swego otoczenia i dla tych, którzy do niego przychodzili. Dostojnik i robotnik (sam przecież był synem kobiety z małego miasteczka, która poślubiła cieślę!) a nawet żebrak i trędowaty zawsze mieli dla niego taką samą pozycję i godność. Nigdy - nigdy! - nie dzielił ludzi na elity i resztę. Każdy mógł przyjść do niego, w swym zwyczajnym stroju, i z nim rozmawiać. Mógł przyjść takim, jakim jest i tak, jak lubi chodzić - i mógł się zawsze czuć swobodnie. Jezus wiele razy pokazywał, jak bardzo nieważne są wszelkie zasady etykiety, wiele razy szokował i gorszył, łamiąc wszelkie zasady. I dziś można do Jezusa przyjść w podartych dżinsach, trampkach i bawełnianej koszulce za kilka złotych! Do papieża - nazywanego "namiestnikiem chrystusowym" - tak ubranego człowieka nigdy nie wpuszczą, a do Króla królów i Pana panów drzwi są zawsze otwarte, bez żadnych wymogów i bez formalności. Choć Jezus nie jest anarchistą, to jednak zawsze był zupełnie "niesystemowy". Bóg jest Panem, lecz takim, który zstąpił z nieba i wszedł między ludzi.

Chce mi się śmiać, bo właśnie wyobraziłem sobie Pana Jezusa w progach Watykanu. Wyobraziłem sobie Pana w sandałach na zakurzonych po wędrówce nogach, w prostej sukmanie - może gdzieniegdzie nawet przybrudzonej i pocerowanej, bo "w drodze różnie bywa" - i z kosturem wędrowca w ręku. Pewnie odesłano by go ze słowami: "Sorry, papież jest zbyt zajęty, by spotkać się z każdym, kto by do niego chciał wejść, a poza tym nie spełnia pan norm etykiety"!

Pokuta

"Dwóch ludzi weszło do świątyni, aby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak się w duchu modlił: Boże, dziękuję ci, że nie jestem jak inni ludzie, rabusie, oszuści, cudzołożnicy albo też jak ten oto celnik. Poszczę dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę z całego mego dorobku. A celnik stanął z daleka i nie śmiał nawet oczu podnieść ku niebu, lecz bił się w pierś swoją, mówiąc: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu. Powiadam wam: Ten poszedł usprawiedliwiony do domu swego, tamten zaś nie; bo każdy, kto siebie wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony" (Ewangelia Łukasza 18, 10 - 14)

czwartek, 12 maja 2016

Służba życiu na 100%

„Nie morduj” (Księga Wyjścia 20, 13 – tłum. Tora Pardes Lauder) „Jedni drugich brzemiona noście, a tak wypełnicie zakon Chrystusowy” (List do Galatów 6, 2)
Będąc niedawno w Toruniu, napotkałem działaczy
Fundacji PRO, których zaangażowanie szczerze podziwiam.
Zbierali podpisy w obronie życia - nie odmówiłem swojego.
Uważam bowiem, że obecnie prawo nie chroni dzieci
w należytym stopniu
Regularny powrót tematu aborcji jest praktycznie tak samo pewny, jak fakt, że każdy z nas kiedyś umrze (o ile Pan nie powróci wcześniej). To, że temat aborcji wróci, gdy PiS wygra wybory, było wiadome. Także i to, że trzeba się liczyć ze zmianami w prawie, bo środowiska „pro-life” zyskały obecnie ogromną siłę, gdyż środowisko PiS jest konserwatywne i przywiązane do tradycyjnych wartości i norm moralnych (i to bardzo doceniam!). Nie mam ani cienia wątpliwości, że zmiany w prawie zostaną wprowadzone. Środowiska liberalne i lewicowe mogą się oburzać, demonstrować i krzyczeć – demokracja daje im do tego pełne prawo, które trzeba szanować – ale są na przegranej pozycji i lepiej dla nich, by nie łudzili się, że mogą wygrać. Nie mogą!

Obowiązujące dotąd prawo jest bardzo liberalne i kompromisowe. Ale im nie zależy na tym, aby ten kompromis zachować, lecz... domagają się prawa do aborcji na życzenie. Tymczasem już obecnie funkcjonujące prawo jest zbyt liberalne i nieludzkie, bowiem pozwala zabijać dzieci nie tylko w sytuacji ciężkiego uszkodzenia „płodu” (bardzo nie lubię tego słowa!), czy zagrożenia życia matki, lecz także w przypadku, gdy jest podejrzenie, że dziecko może być chore, niepełnosprawne. Na USG coś „wygląda nie tak” i już pojawia się „wyjście z kłopotu”: aborcja. Ba! Kobiety coraz częściej namawiane są przez „lekarzy” do tego rozwiązania. Znam historie kobiet, które przeszły piekło w szpitalu, broniąc się przed agresywną proaborcyjną agitacją. Komu i dlaczego aż tak na tym zależy, by „pozbyły się problemu”? Nie chcę oskarżać wszystkich lekarzy, którzy w działalności aborcyjnej uczestniczą, bo może rzeczywiście wierzą, że to, co robią jest dobre i słuszne i służą ludziom, ale musimy być świadomi, że aborcja to nie tylko „zabiegi” - „tajemnicą polyszynela” jest fakt, że jest to ogromny biznes, kierowany przez wielkie instytucje i holdingi. Gdy kobieta decyduje się na aborcję, oni zarabiają – a oni bardzo chcą zarabiać, i to jak najwięcej. To działa podobnie, jak w każdym wielkim biznesie naszych czasów – wielkie koncerny wcale nie próbują zaspokajać potrzeb ludzi, ale je tworzyć, przekonując, że oni dają nam to, co jest nam potrzebne i dobre. A my się dajemy im na to nabrać i często zapominamy, że potrafiliśmy bez tego żyć i być szczęśliwi. Biznes aborcyjny czyni tak samo! Oni mówią: wasze życie powinno być łatwiejsze i przyjemniejsze, a my pomożemy wam pozbyć się waszego kłopotu. Żaden wielki koncern nigdy nie powie: chcemy waszych pieniędzy, a reszta nas nie obchodzi. Koncernom produkującym żywność i napoje nie zależy na naszym zdrowiu. Co gorsza: instytucjom medycznym i firmom farmaceutycznym również nie, bo oni nie zarabiają, gdy człowiek jest zdrowy. I coraz więcej ludzi to dostrzega. Naiwny jest ten, kto sądzi, że w aborcji chodzi o życie i dobro kobiet! Gdy słyszę o „dobrodziejstwie aborcji” i „prawie kobiet do ich brzucha”, jestem świadomy, że nie jest to nic innego jak sprytny marketing, sterowany przez światową elitę specjalistów od socjotechniki / psychomanipulacji. Jako chrześcijanin i zdeklarowany „pro-lifer” nie jestem przeciwnikiem tych, którzy walczą o prawo do aborcji, o liberalizację przepisów – ja chcę tylko powiedzieć: jesteście oszukiwani i wykorzystywani! I to nie jest obelga czy pogarda – bo widzę w ludziach o poglądach "pro-choice", ofiary bezwzględnego, diabelskiego systemu. Ofiary  - a więc ludzi, którzy potrzebują nie  tylko zrozumienia, ale miłości i pomocy, a to wyklucza pogardę czy traktowanie tych ludzi jako przeciwników. Nie ma też  mowy o poczuciu wyższości, bo sam nie jestem 100% odporny na psychomanipulację i nie wątpię, że każdego dnia wpadam w różne pułapki.

Niemal zawsze, gdy jest mowa o aborcji jako o „prawie wyboru”, ja przypominam jedno słowo: ODPOWIEDZIALNOŚĆ. Nie traktuję kobiet jako istot upośledzonych, u których inteligencja nie rozwinęła się i zakładam, że mają one „pewną wiedzę” z zakresu „skąd się biorą dzieci” i są świadome tego, że seks służy prokreacji. Oczywiście każda kobieta ma prawo wyboru – dokonuje go (zasadniczo) w momencie, gdy decyduje się na współżycie. Gdy decyzja jest już podjęta, trzeba pogodzić się z jej skutkami. Myślę, że każdy mniej więcej rozgarnięty człowiek wie także i to, że dziecko (skutek podjętej decyzji o współżyciu) wcale nie musi być zdrowe i sprawne. ODPOWIEDZIALNOŚĆ to także gotowość przyjęcia je takim, jakim będzie. Bo dziecko to jest KTOŚ, a nie coś – nie można go zwrócić do „dystrybutora” jak wadliwy telewizor czy komputer. ODPOWIEDZIALNOŚĆ to także gotowość do miłości – do kochania dziecka takim, jakim będzie. Gdy zapada decyzja o współżyciu, musi ona łączyć się ze świadomością: być może będę już nie tylko ja. Jeśli ktoś traktuje seks jako rozrywkę a dziecko jako „przykrą wpadkę”, to jest to przejaw nieodpowiedzialności i niedojrzałości. Jednym z największych problemów naszych czasów jest znaczna ilość pełnoletnich, a przy tym niedojrzałych, ludzi, którzy chcą seksu jako rozrywki, bez tego, czemu seks służy! To jest TRAGEDIA!