środa, 10 lutego 2016

Droga do Boga

"Przeto poddajcie się Bogu, przeciwstawcie się diabłu, a ucieknie od was. Zbliżcie się do Boga, a zbliży się do was. Obmyjcie ręce, grzesznicy, i oczyśćcie serca, ludzie o rozdwojonej duszy. Biadajcie i smućcie się, i płaczcie; śmiech wasz niech się w żałość obróci, a radość w przygnębienie" (List Jakuba 4, 7 - 9)
Wracam dziś do tego, co napisali autorzy mojego ulubionego kalendarzyka "Dobry Zasiew" do rozważania na dzień 2 stycznia br.: "...droga do poznania Boga zaczyna się od szczerości." Musisz obejrzeć sobie, jakie jest twoje życie; musisz zrozumieć, że twoje sumienie jest obciążone przez liczne "kamienie" zła i że ich ciężar pcha cię do piekła; musisz w końcu zrozumieć, że twoją jedyną nadzieją jest Chrystus i jeden po drugim złożyć u jego stóp wszystkie te "kamienie" grzechów, nie tając ani jednego, każdy po kolei okazując Bogu i nazywając zgodnie z tym, czym jest.

W swym życiu popełniłem bardzo wiele zła. Niektóre grzechy "wyłaziły na wierzch" i było mi wówczas bardzo wstyd: "Ooops! Ale wpadka! Trzeba się lepiej pilnować na drugi raz, aby nie było wstydu znowu." Innych nie wyznałem nigdy nikomu - nie byłem przecież aż tak szalony, aby być aż tak szczerym! Od czasu do czasu była rytualna spowiedź, po której można było się poczuć lepiej: "Teraz aby do niedzieli, żeby można było do komunii pójść... Może do kolejnej też jakoś dociągnę..." Pamiętam, jak bardzo się starałem "odfajkować" tzw. "dziewięć pierwszych piątków miesiąca", by... nie musieć później się już tak bardzo przejmować grzechami! Pamiętam, jak "bardzo ważne" było, aby się wyspowiadać, by mieć wpis na karteczce - najpewniej było się wyspowiadać tuż przed piątkową mszą. I tak - o ile dobrze pamiętam - nigdy nie udało mi się tych dziewięciu piątków zaliczyć, a gdy jakiś "umknął", trzeba było zaliczać od nowa. Choć po spowiedziach czułem chwilową ulgę, to "kamieni" w mym sercu nie ubywało - opadała na nie tylko taka jakby "zasłonka", która się z czasem (zwykle dość szybko) rozwiewała. Mówiono w konfesjonale: "Bóg odpuszcza tobie grzechy, idź w pokoju", ale to nie była prawda, tylko "rytuał oczyszczający" - pusty i najzupełniej nieskuteczny. Grzechy jak leżały, tak leżały - aż znienawidziłem samego siebie za ten ciężar - i trzeba było dopiero, zamiast do konfesjonału, pójść pod krzyż Chrystusa i tam je jeden o drugim złożyć, nazywając każdy z nich po imieniu i okraszając je łzami skruchy, by serce wreszcie było wolne.

Nie zna Boga ten, kto pierwej nie poszedł - w sensie czysto duchowym - na Golgotę, by tam złożyć swe grzechy. Do Boga nie można się zbliżyć inaczej, jak tylko przez krzyż, na którym On sam umarł za nas. Do Boga nie można się zbliżyć inaczej, jak tylko wpierw oczyściwszy swe zniszczone przez "głazy" grzechu serce w Jego świętej krwi, która za nas została przelana na krzyżu. A bez zbliżenia, nie można poznać Boga - co najwyżej tylko "coś niecoś" o nim wiedzieć. Czasem ktoś kogoś pyta: "Znasz może Jana Nowaka?" i dostaje odpowiedź: "A tak ze słyszenia..." Taka sama to też "wiedza" o Bogu u kogoś, kto nigdy nie poszedł pod krzyż, by tam opróżnić swoje serce z "kamlotów"! Wielu mówi: "Boga nie ma!", albo mówią lub piszą na temat Boga jakieś głupoty - a to dlatego, że wiedza ich jest znikoma a serce ciężkie, bo nigdy nie poszli drogą na Golgotę, by tam spocząć i zapoznać się z Panem. Bóg nie ucieka, ani też nie ukrywa się przed człowiekiem - to raczej człowiek ucieka i ukrywa się przed Bogiem, jak Adam i Ewa w raju. "Mission impossible", bo Bóg i tak wszystko wie i wszystko widzi! Bóg nie jest nieprzystępny - On zachęca człowieka do zbliżenia; wzywa każdego i czeka na pierwszy krok człowieka ku Niemu, akt woli i skruchy serca...

Jezus mówi: "Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest miłe, a brzemię moje lekkie" (Ewangelia Mateusza 11, 28 - 30).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz