środa, 3 lutego 2016

966 - (niegodziwy) "chrzest Polski"

"[Jan] Mówił więc do tłumów, które przychodziły, aby się dać ochrzcić przez niego: Plemię żmijowe, któż wam poddał myśl, aby uciekać przed przyszłym gniewem? Wydawajcie więc owoce godne upamiętania" (Ewangelia Łukasza 3, 7 - 8)
Jednym z często omawianych tematów w ostatnim czasie jest tzw. "chrzest Polski", dokonany w roku 966. Powodem jest obchodzona w tym roku 1050. rocznica tego niewątpliwie ważnego w naszych dziejach wydarzenia. Wiemy jednak o nim wprost szokująco mało, jak na tak ważne wydarzenie - nie odnotowano nawet gdzie ów "chrzest" został dokonany: w Gnieźnie (gdzie była stolica kraju), na Lednicy (gdzie był drugi niezwykle ważny ośrodek władzy), czy też w Poznaniu (gdzie dwa lata później ustanowiono pierwsze biskupstwo misyjne). Możemy być niemal pewni, że odbył się on na Wielkanoc, które to święto miało ogromne znaczenie symboliczne i wówczas dokonywano chrztów, zwłaszcza tych o największej doniosłości. Trzeba podkreślić, że nie ma żadnych dokumentów czy świadectw, które poświadczałyby rzeczywiste nawrócenie Mieszka I. Wszystko, co wiemy, wskazuje natomiast na to, że była to decyzja stricte polityczna. A jeśli tak było, to ów "chrzest" nie ma żadnej wartości dla Boga, a może był dla naszego Pana nawet... obrzydliwością, i nie ma dla ans żadnego duchowego znaczenia, a jedynie historyczne.

Wmówiono nam, że to początek "polskiej państwowości", więc rocznica ta to także "rocznica istnienia państwa polskiego". Jest to jednak co najmniej wątpliwe, bo niby dlaczego istnienie państwa miałoby się zaczynać od chrztu władcy i podporządkowania się jego samego i całego kraju Kościołowi katolickiemu? Chrzest rozpoczął proces przekształcania państwa plemiennego w królestwo uznawane na "arenie międzynarodowej". "Chrzest" był wówczas niezbędnym elementem gry politycznej, gdyż (i teraz muszę napisać bardzo ostro), rzymscy papieże zdobyli sobie podstępnie wielką władzę i w swojej pysze uznali się za "władców świata". Zagarnęli też dla siebie prawo wywyższania władców, którzy się im podporządkowywali poprzez "chrzest", wynoszenia ich do godności królewskiej i koronacji i traktowania ich jako... wasali. Mieszko I rozpoczął proces uzależniania kraju od władzy kościelnej, m.in. by zwiększyć jego bezpieczeństwo od "chrześcijańskich" niemieckich sąsiadów, chętnych "ewangelizować" za pomocą ognia i miecza, a zapewne także zyskać poparcie dla własnych akcji "ewangelizacyjnych" wśród pogańskich sąsiadów, przyłączania kolejnych państewek plemiennych i wypleniania stamtąd - zwykle przemocą - pogaństwa. Uzasadnione wydaje się zresztą przekonanie, że także na ziemiach księstwa wierzenia pogańskie tępiono z ogromną brutalnością, niszcząc miejsca kultu (na ich zgliszczach często budowano potem świątynie katolickie), wyrębując "święte gaje", paląc lub topiąc w jeziorach figury bóstw i srodze - nawet śmiercią - karząc tych, którzy nie chcieli się wyrzec dawnej wiary. Metody, jakimi wprowadzano nową wiarę były równie obrzydliwe, jak postępowanie i wierzenia pogan. Jedne diabelskie praktyki wypierano innymi, równie diabelskimi. Czyż więc jest powód, by świętować rocznicę wydarzenia, z którym związane było tyle diabelskiego okrucieństwa?

"Wydawajcie więc owoce godne upamiętania..." Mieszko I sprowadził do swego kraju wielu misjonarzy katolickich - zapewne głównie zakonnych, doprowadził do ustanowienia pierwszego biskupstwa misyjnego w Poznaniu (drugim wówczas z najważniejszych grodów księstwa a niewątpliwie największym i najludniejszym), z pewnością ufundował wiele kościołów i kaplic (w tym też w Gnieźnie, w miejscu wcześniejszego niewielkiego oratorium chrześcijańskiego z ok. 800 roku, w którym też później stanęła katedra). Jednak czyż można to nazwać "owocami godnymi upamiętania", o które nawoływał Jan Chrzciciel, "dobrymi owocami", o których mówił też Jezus Chrystus? "Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w odzieniu owczym, wewnątrz zaś są wilkami drapieżnymi! Po ich owocach poznacie ich. Czyż zbierają winogrona z cierni albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, ale złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo rodzić złych owoców, ani złe drzewo rodzić dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, wycina się i rzuca w ogień. Tak więc po owocach poznacie ich. Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie. W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie" (Ewangelia Mateusza 7. 15 - 23). Słowa o "fałszywych prorokach" w równym stopniu dotyczą fałszywych chrześcijan, którzy z pozoru przyjmują wiarę, a serce i czyny pozostają tak naprawdę pogańskie. Nawet jeśli przyjmujesz chrzest, a potem żyjesz i czynisz tak, jak się Bogu nie podoba, łamiąc boskie przykazania, to znaczy, że chrzest nie miał żadnego znaczenia, bowiem nie wiązało się z nim prawdziwe nawrócenie.


Choć zasada "cuius regio, eius religio" ("czyja władza, tego religia") została zapisana dopiero w XVI wieku w Niemczech, to jednak było to praktyką wczesnego średniowiecza i "chrzest Polski" w 966 r. może być tego doskonałym przykładem. Mieszko I był feudalnym panem, który nie po to sprowadził kapłanów Kościoła katolickiego, będącego głęboko feudalnym systemem wyznaniowym, by przekonywali lud do nowej wiary, lecz by jedną religię zastąpili nową. Mieszko I był z całą pewnością sprytnym politykiem i znakomitym wojownikiem, lecz był także... tyranem, który myślał, że ma prawo decydować o wszystkim za swoich poddanych, także w tak osobistej sferze, jak wiara.

Oczywiście można próbować uspra-wiedliwić Mieszka I, stwierdzając, że takie były po prostu czasy i Mieszko I był po prostu "władcą na miarę swoich czasów". Nie znał on Boga ani Słowa Bożego i nie mógł wiedzieć, jak na jego postępowanie patrzy Bóg. Ale dlaczego nie powstrzymali go sprowadzeni przez niego do kraju ci, którzy uważali się za "kapłanów chrystusowych"? Tak samo dlaczego nie powstrzymali oni mieszkowego syna, Bolka, gdy ten wybijał zęby swym poddanym za nieprzestrzeganie postów? Swymi złymi czynami źle świadczył nie tylko o sobie samym, ale też o własnym ojcu i "nauczycielach wiary". To, że fundowali i wyposażali kościoły, że śpiewano w ich kraju nabożne pieśni i składano ręce do modlitw, nie ma wielkiego znaczenia wobec ogromu bezprawia, którego byli sprawcami. Wina za krzywdę bardzo wielu ludzi spada na Mieszka i Bolka, a także - w większym jeszcze stopniu - na "kapłanów", których sprowadzili i których władzy duchowej sami się podporządkowali. Jest mi WSTYD za ludzi, którzy w ten sposób "chrystianizowali" nasz kraj. Biorąc pod uwagę fakt, jak brutalnie wprowadzano znak krzyża na ziemie polskie, poważnie się zastanawiam, czy w ogóle powinno się tą rocznicę świętować.

Czy Jezus, który tyle razy nawoływał: "Miłujcie!" i który powstrzymał niegdyś ręce ludzi, którzy chcieli wykonać wyrok na jawnogrzesznicy, byłby dumny z tego, co czyniono "w Jego imię" na ziemiach polskich od 966 roku? Jestem pewien, że nie. Ten, kto wyrządza krzywdę innym, jest w mocy diabelskiej i diabłu służy, choćby nawet niósł przed sobą krzyż i śpiewał psalmy i hymny "na chwałę Boga". W swoim arcydziele, "Kronikach Narni", C.S. Lewis włożył w usta Wielkiego Lwa Aslana, będącego literackim wyobrażeniem Jezusa Chrystusa, takie oto mądre słowa: "Ja i on [Tasz, literacki odpowiednik szatana] tak bardzo się różnimy, iż żaden niegodziwy czyn nie może być dokonany w moje imię, a żaden czyn, który jest godziwy, nie może być dokonany w jego imię. Dlatego, jeśli ktokolwiek przysięga na Tasza i dotrzymuje przysięgi, ponieważ ją złożył, naprawdę przysięga mnie, choć o tym nie wie, i to ja udzielam mu nagrody. I jeśli ktokolwiek wyrządza okrucieństwo w moje imię, wówczas, choć wymawia imię Aslana, naprawdę służy Taszowi, i to Tasz przyjmuje jego czyn" ("Ostatnia bitwa", tłum. Andrzej Polkowski). Choć to tylko piękny obraz literacki, to jest on niezwykle poruszający i doskonale oddający ewangeliczny przekaz.

Przede wszystkim od strony biblijnej nie ma czegoś takiego, jak chrzest całego kraju. Czytając Biblię, można zauważyć, że Bóg ma bardzo indywidualne podejście do każdego człowieka. Tam, gdzie my widzimy tłum ludzi, wśród których nie zawsze jesteśmy w stanie nawet rozróżnić jednego od drugiego, a już wcale nie potrafimy o poszczególnych osobach cokolwiek powiedzieć, tam Bóg widzi tysiąc czy milion osób, każdego z osobna i o każdym wiedząc absolutnie wszystko. Gdy Jezus polecił swoim uczniom: "Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem" (Ewangelia Mateusza 28, 19 - 20), także nie miał na myśli odgórnego narzucania chrześcijaństwa. Nawrócenie i wiara to bowiem sprawa bardzo osobista i indywidualna - jest to bowiem nawiązanie bliskiej więzi z Bogiem. Także w tej kwestii na kartach Biblii widzimy bardzo indywidualne podejście Boga do każdego człowieka. Bóg wzywa przez usta apostoła Piotra: "Upamiętajcie się i niechaj się każdy z was da ochrzcić w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie dar Ducha Świętego" (Dzieje Apostolskie 2, 38), pozostawiając każdemu wolną wolę i prawo decydowania. Nie wolno nikogo przymuszać do zmiany wiary, nawet jeśliby była to wiara w Boga prawdziwego i nikogo nie wolno chrzcić, jeśli nie poprzedza tego nauka i nawrócenie, a także osobista wola ochrzczenia. Chrzest wbrew woli chrzczonego jest nie tylko nieważny, ale wręcz niegodziwy i nie ma dla takiej praktyki żadnego usprawiedliwienia!

Im więcej myślę o tzw. "chrzcie Polski" i o tym, jak "stawiano krzyż" na Polskiej ziemi, tym większe mam wątpliwości, czy naprawdę mamy powody do dumy i świętowania. Dumni Polacy - katolicy wskazują nam na wody chrztu i "światło wiary chrześcijańskiej", a ja - jako chrześcijanin - widzę z dala, poprzez dziesięć minionych wieków, rzeki łez i krwi ludzi, którym pod groźbą miecza lub topora kazano przyjmować chrzest, bo tak postanowił ich władca, zamiast głosić im Ewangelię. Ani dla włodarzy, ani dla Kościoła i duchowieństwa nie liczyło się, by byli oni zbawieni, a jedynie to, by byli oni posłuszni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz