poniedziałek, 29 lutego 2016

Wielki cel

"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego" (Ewangelia Mateusza 22, 39)
"Wierzycie sobie, to sobie wierzcie, ale nie wasza to sprawa, co kto robi w swoim życiu i przestańcie się mieszać w życie innych ludzi i mówić im, jak mają żyć." Takie mniej więcej głosy podnoszą się, gdy mówimy ludziom o grzechach, które niczym złośliwy rak toczą ten świat i ludzkie dusze.  Ciekawe, że ci sami ludzie często mówią także: "Kościół powinien się troszczyć o ludzi, więcej środków i zaangażowania przeznaczyć na pomoc dobroczynną"  - czasem mówią to wręcz w jednym zdaniu: "Nie mieszajcie się w to, jak kto żyje, a zajmijcie się pomocą, jakiej potrzebują ludzie"! Co więc mamy czynić? Mamy mijać ludzi obojętnie, zostawiając ich w spokoju i nie mieszając się do ich życia, czy też zajmować się nimi, ingerować w ich życie?

Chrześcijanin, który mówi człowiekowi: "To, co robisz, jest złe, jest grzechem i musisz przestać, bo to droga do piekła" i drugi, który pochyla się, by dać głodnemu chleb, lub opatrzyć rannego, wykonują tak naprawdę dokładnie tą samą służbę, opartą na chrystusowym wezwaniu miłości bliźniego. Wsparcie ubogiego, posiłki dla bezdomnych, prowadzenie szpitali, domów starców czy sierocińców, itd - to wszystko jest bardzo chwalebne i Kościoły się tym rzeczywiście zajmują, poświęcając wiele czasu i środków. Kościół katolicki bardzo trafnie to określił, jako "uczynki miłosierdzia wobec ciała". Jednak podstawowa misja Kościoła jest inna - uświadamianie o grzechu i wzywanie do nawrócenia, a więc "uczynki miłosierdzia wobec duszy". Jezus mówi: "Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem" (Ewangelia Mateusza 28, 19 - 20). Wszystko inne jest podporządkowane temu nadrzędnemu celowi i jemu służyć ma także czynienie dobra. "Tak niechaj świeci wasza światłość przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie" (Ewangelia Mateusza 5, 16).

Dusza człowieka wymaga z pewnością nie mniejszej troski, niż ciało, a raczej zdecydowanie większej. Dusze wielu ludzi są w opłakanym stanie - często gorszym niż kondycja cielesna. Karmiąc, odziewając czy opatrując ludzi, zajmujemy się ich ciałem, które i tak umrze i zgnije i nic na to poradzić nie można, nasza troska i zabiegi nic na to nie pomogą. Gdy zaś mówimy o grzechu (i dobrze jest nawet "grzmieć", byle zawsze z miłością bliźniego w sercu!) a także o zbawieniu i o tym, jak je uzyskać - jest to pielęgnacja duszy, dobroczynność, której efekty sięgają poza grób, bo dusza pozostaje żywa, gdy ciało się rozsypuje w proch. Gdy dochodzi do wypadku, przybywający na miejsce zdarzenia lekarz może się zająć potłuczeniami i zadrapaniami, ale w pierwszej kolejności zajmuje się tym, co zagraża życiu poszkodowanego. Jeśli, jako chrześcijanie, byśmy zajmowali się tylko doczesnymi potrzebami bliźnich, nie zaglądając wcale w ich "prywatne życie" i nie mówiąc o grzechach, które są śmiertelnymi ranami na duszy człowieka, to ciało ich sczeźnie i dusza też sczeźnie. Nasz "dobry uczynek" nie będzie też miał żadnej wartości dla Królestwa Niebieskiego, bo nie wyrówna grzechu zaniedbania. Natomiast gdy zajmiemy się duszą, a przy okazji także tym, co potrzebne jest w ich życiu doczesnym, taki człowiek - jeśli tylko misja nasza się powiedzie - żyć będzie na wieki, i to życiem, jakiego sobie nawet nigdy nie potrafił wyobrazić. "Ja przyszedłem, aby owce miały życie, i to życie w całej pełni" (Ewangelia Jana 10, 10 - przekład literacki EIB).

Na świecie toczy się duchowa walka a chrześcijanin to "żołnierz frontowy", który ma wyznaczony cel i do niego ma dążyć, przechodząc tylko przez "cele pośrednie", realizując pomniejsze zadania w ramach swego zadania głównego. Jeśli ludzie mówią nam, byśmy "nie włazili w ich życie" z mową o grzechu, a lepiej zrobili coś dobrego dla innych, to jest to... głos szatana, który bardzo chce, byśmy się angażowali w wiele spraw i realizowali wiele celów, ale skupiali się tylko na tych pośrednich, nigdy nie dążąc do głównego celu, wyznaczonego przez Jezusa Chrystusa. Diabła bardzo by ucieszył Kościół pełen aktywistów, którzy będą oddani wszelkim pomniejszym sprawom - byle tylko nie parli do realizacji wielkiego celu wskazanego przez Boga.

Prawdziwa miłość

"Błogosławieni są (...) ci, którzy słuchają Słowa Bożego i strzegą go" (Ewangelia Łukasza 11, 28)
Pamiętam, gdy jako dziecko oglądałem listy przewiązane wstążeczką, pisane przez moich rodziców, schowane gdzieś w szafie na pamiątkę. Nie rozumiałem wówczas, po co właściwie trzymać jakieś stare listy, lecz wiedziałem, że dla moich rodziców są one wyjątkowe - jakby "relikwia". Listy te były pisane z miłością i na pewno były też czytane po wiele razy - bo ten, kto kocha, rozkoszuje się każdym słowem takiego listu. Wielu ludzi zachowywało takie listy przez całe swoje życie, a często zachowywały je też kolejne pokolenia. Jakże wiele straciliśmy dziś, w "epoce" SMSów i e-maili! Piękno umiera...

List jest zazwyczaj bardzo lekki i niezbyt gruby. Jego waga zwykle nie przekracza 20 - 30 gramów (no, ja dość często wysyłałem nawet dziesięciokrotnie cięższe). Jeden list to tak niewiele! Jednak gdy listów przybywa, robi się z tego spora paczka. Wprawdzie nigdy nie ważyłem Biblii, lecz sądzę, że może ważyć około kilograma. Biblia to taka "paczka listów" - to zapis korespondencji miłosnej od Boga do człowieka. Tym, co je różni od "miłosnych liścików" od ukochanego lub ukochanej, jest fakt, że nie zawiera ona samych "słodkich słówek", miłosnego "tju tju tju", lecz także trudne słowa prawdy, a nawet zapis bożej złości, spowodowanej niewiernością i wszelką ohydą, jakich dopuścił się człowiek. Tylko ten, kto naprawdę kocha, potrafi się także zezłościć i otwarcie powiedzieć człowiekowi, że wlazł w coś doprawdy ohydnego i śmierdzącego, że zachowuje się obrzydliwie... Tylko dla tego, kto kocha nie jest obojętne to, w jakim stanie jest człowiek i dokąd zmierza! Słowa Boga bywają bardzo surowe nie dlatego, że Bóg jest surowy i oschły, lecz dlatego, że nam jest potrzebna surowość Boga, by dostrzec, że wdepnęliśmy w "wielkie g****" i móc z niego wyjść i się oczyścić. Ten, kto miłuje, potrafi także skarcić - a ten drugi, jeśli miłuje, potrafi także przyjąć skarcenie. Nawet, gdy Bóg krzyczy o naszych nieprawościach i o piekle, jest to wciąż list miłosny. Bóg milczałby - nie siekłby nas prawdą o naszych brudach i smrodach i by nas nie "straszył" piekłem - gdyby nas nie miłował, gdybyśmy byli mu obojętni!

Spotykam czasami ludzi, którzy twierdzą, że "kochają Boga", ale odsuwają od siebie Słowo Boże - nie są nim wcale zainteresowani lub też skłonni są przyjąć tylko wybrane jego fragmenty. Trudno mi sobie wyobrazić, by ktoś, kto kocha, odsuwał od siebie list od ukochanej osoby, kto nie byłby zainteresowany jego treścią. Wyobraźmy sobie dwoje młodych ludzi. Dajmy na to, że mają na imię Tomek i Ania. Tomek mówi często, jak bardzo kocha Anię, Ania pisze do Tomka pełen miłości list (albo i wiele listów), a Tomek, otrzymawszy go, rzuca go gdzieś w kąt i już do niego nie wraca. Czy to jest miłość? Nie! Czyniąc w ten sposób Tomek okazuje Ani lekceważenie, a jego "miłość" jest tylko pustym słowem! Dokładnie tak jest z człowiekiem, który deklaruje wiarę, ale zaniedbuje lub odrzuca Słowo Boże. Nie miłuje wcale Boga ten, kto nie miłuje Słowa Bożego! Lekceważąc Słowo Boże, człowiek okazuje lekceważenie samemu Bogu! Wówczas deklaracja: "wierzę" ma taką samą "wartość", jak "miłość" owego Tomka z tej krótkiej historyjki - jest tylko pustym słowem bez znaczenia.

Być chrześcijaninem to znaczy spędzać swe życie z Bogiem. Dlatego niezwykle ważne jest, by każdego dnia pochylać się nad Słowem Bożym, a to, co w nim znajdujemy, realizować we własnym życiu. Biblia nie jest do użytku w niedzielę, albo "od święta", lecz na każdy dzień. Biblia ma bardzo wiele stron i wydaje się, że przeczytać ją jest bardzo trudno. Pewnie, że potrzeba na to wiele czasu, ale po kawałku da się ją przeczytać w rok. A potem zaczyna się od początku, i gdy znów się skończy, znowu też wraca się do pierwszego rozdziału "Genesis"... "Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, do wszelkiego dobrego dzieła przygotowany" (2. List do Tymoteusza 3, 16 - 17). Poprzez Słowo Bóg "rzeźbi" serce człowieka, kształtując go na nowo. Im częściej człowiek ma w rękach Biblię, i wchłania Słowo Boże do serca, tym lepszym jest człowiekiem, tym wyżej wzbija się jego duch, tym bardziej wzrasta jego mądrość a także i łagodność w stosunku do innych, bo im wyżej jest wznoszony przez Słowo Boże, tym bardziej uniżone jest jego serce.  Są nawet tacy, którzy tak miłują Boga, że nie starcza już im czasu na czytanie czegokolwiek innego, bo wciąż mają w rękach Biblię. Niektórzy co roku kupują nową Biblię, bo im się rozpada od czytania! Ludzie gotowi są to nazwać "dziwactwem", jednocześnie ze zrozumieniem patrząc na zakochanego człowieka, który po raz setny czyta ten sam list miłosny od dziewczyny. A to jest właśnie MIŁOŚĆ - prawdziwa, szczera, piękna i szalona!

wtorek, 23 lutego 2016

Kulka czy miłość?

"Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego" (Ewangelia Mateusza 22, 39) "Włóż miecz swój do pochwy; wszyscy bowiem, którzy miecza dobywają, od miecza giną" (Ewangelia Mateusza 26, 52)
Nie ustają dyskusje wokół tematu używania broni przez chrześcijan, zabijania ludzi w obronie siebie, swojej rodziny, czy też innych osób. W ostatnich dniach się nawet bardzo nasiliły, w związku z wizytą w Polsce Sama Childersa, znanego jako "Machine Gun Preacher" ("Kaznodzieja z Karabinem Maszynowym"), bohatera hollywoodzkiego filmu pod tym samym tytułem - niezłego komandosa, który ratuje dzieci w Afryce, ale niestety także opowiada się za powszechnym dostępem do broni, co czyni go człowiekiem bardzo kontrowersyjnym. Stąd zresztą także kilka moich ostatnich wpisów tutaj. :)

Bardzo ciekawą myślą podzielił się na swoim blogu pastor Marian Biernacki: "Nowy Testament poucza, że chrześcijanie nie walczą cielesnym orężem (2 Kor 10,4). Ani Jezus, ani apostołowie nie bronili pokrzywdzonych sięganiem po miecze. Piotrowi raz przytrafiło się tak zrobić, lecz - jak powszechnie wiadomo - nie dostał za to pochwały. (...) Przypominam, że pierwsi chrześcijanie, w tym kobiety i dzieci, codziennie ginęli prześladowani za wiarę. Nie tworzyli jednak formacji paramilitarnych w celu obrony przed prześladowcami. Nie bali się tych, którzy zabijają ciało, ale duszy zabić nie mogą (Mt 10,28). Duch ewangelii Chrystusowej i świadectwo Wczesnego Kościoła pozostaje niezmienne przez wszystkie pokolenia i świeci przykładem" (źródło: dzisiajwswietlebiblii.blogspot.com).

Broń niby, jak nazwa wskazuje, służy do obrony. Wielu mówi: jest nieodłącznym elementem tego świata, była z nami zawsze. Naprawdę? Nie znajduję jej nigdzie w opisach pierwszych ludzi żyjących w Edenie. Za najwcześniejszą wzmiankę o użyciu broni - w sensie narzędzia walki - uznać należy być może fragment: "Potem rzekł Kain do brata swego Abla: Wyjdźmy na pole! A gdy byli na polu, rzucił się Kain na brata swego Abla i zabił go" (1. Księga Mojżeszowa 4, 8). Co prawda nie ma tu wzmianki o broni, ale zakładam, że Kain był inteligentny i zapewne użył kamienia, jako skuteczniejszego od pięści. Potem już tylko doskonalono ten pomysł. Broń więc pojawiła się na tym świecie w skutek grzechu i jej pierwsze użycie było związane z grzechem.

"Będziesz miłował bliźniego swego, jak siebie samego" - mówi Pan. Istotne pytanie: czy dadzą się ze sobą pogodzić miłość bliźniego i gotowość zabicia go? Czy można kogoś miłować i wycelować w niego broń z gotowością użycia jej? To prawda, że są przypadki, gdy - tak po ludzku patrząc - użycie broni jest uzasadnione. Ja zawsze mówię: posiadania broni nie traktuję jako grzechu (jednocześnie: fascynacja bronią jest ryzykowna i bardzo często zgubna) i nie każde zabicie drugiego człowieka jest grzechem, ale nie jest też niczym chlubnym (i zauważam, że Sam Childers nigdy nie odpowiada, gdy ktoś go pyta czy musiał się posunąć do zabijania). Niektórzy mówią: ale Stary Testament jest pełen opisów wojen i zabijania. To niewątpliwie prawda, ale to Bóg określał konieczność takiego postępowania, a w międzyczasie przyszedł Jezus i ogłosił nam nowe zasady. Najdziwniejszy argument, jaki przeczytałem, to: "W psalmie 23 jest napisane 'choćbym nawet szedł ciemną doliną zła się nie ulęknę', a do tego trzeba być dobrze uzbrojonym..." Zdumiałem się bardzo, bowiem dalej Psalmista napisał: "...boś Ty ze mną", a nie: "...bo jestem dobrze uzbrojony"! Nawet w czasach Króla Dawida, kiedy Izrael walczył, bo taka była wówczas potrzeba, jako jedyną konieczną ochronę wskazywano Boga.
 

Jest jeszcze jedna istotna kwestia. Chrześcijanin wie, że po śmierci spotka się z Chrystusem i że żyć będzie z Nim wiecznie. Wie także równie dobrze, że jeśli zabije napastnika nastającego na jego życie, ten trafi w łapy szatana i niechybnie skończy w piekle. Czyż nie jest bardziej chwalebne, by zamiast wyciągać broń, spróbować powiedzieć zgubionemu grzesznikowi o miłości Boga. Gdybym był w takiej sytuacji, mając świadomość, że mogę odebrać komuś życie, a ten ktoś trafi do piekła, już bez żadnej szansy i nadziei na ratunek, nie potrafiłbym chyba pociągnąć za spust - nawet jeśli cała wina (grzech) spada tylko na agresora. Wyciągnięcie pistoletu i wymierzenie z niego do przeciwnika to wojowanie na poziomie ludzkim. Miłość zaś i Ewangelia to wojowanie na poziomie niebiańskim. Rozumiem tych, którzy bezpieczniej się czują z bronią i pokładają nadzieję w jej możliwościach i swoich umiejętnościach, ale podziwiam tych, którzy wspaniałe boje staczają bez użycia broni.

sobota, 20 lutego 2016

Do czego wystarczą dwa miecze?

"I rzekł do nich: Gdy was posłałem bez trzosa, bez torby, bez sandałów, czy brakowało wam czegoś? A oni na to: Niczego. On zaś rzekł do nich: Lecz teraz, kto ma trzos, niech go weźmie, podobnie i torbę, a kto nie ma miecza, niech sprzeda suknię swoją i kupi. Albowiem mówię wam, iż musi się wypełnić na mnie to, co napisano: Do przestępców był zaliczony; to bowiem, co o mnie napisano, spełnia się. Oni zaś rzekli: Panie, oto tutaj dwa miecze. A On na to: Wystarczy" (Ewangelia Łukasza 22, 35 - 38)
Te słowa Jezusa powodują wiele nieporozumień. Część wierzących interpretuje je jako przyzwolenie na posiadanie i używanie broni. Przykład znajduję choćby w artykule o Samie Childersie, znanym jako "Machine Gun Preacher": "Sam mówił, że to nikt inny jak sam Jezus nakazał swoim uczniom aby kupili sobie miecze, po to aby mogli się obronić kiedy będzie taka potrzeba. Tym czym 2000 lat był miecz, tym dzisiaj tym karabinek AK. Chrześcijanie powinni walczyć o swoje prawa, a pacyfiści nie znają Biblii". Jakoś zupełnie nie pasują te słowa do Jezusa, który nawoływał: "Błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni synami Bożymi będą nazwani" (Ewangelia Mateusza 5, 9), "Nie sprzeciwiajcie się złemu, a jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. (...) A kto by cię przymuszał, żebyś szedł z nim jedną milę, idź z nim i dwie" (Ewangelia Mateusza 5, 39 - 41). "Miłujcie nieprzyjaciół waszych, dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą, błogosławcie tym, którzy was przeklinają, módlcie się za tych, którzy was krzywdzą" (Ewangelia Łukasza 6, 27 - 28), "Włóż miecz swój do pochwy; wszyscy bowiem, którzy miecza dobywają, od miecza giną" (Ewangelia Mateusza 26, 52)... Przecież na podstawie nauk Jezusa także apostoł Paweł: "Nikomu złem za złe nie oddawajcie, starajcie się o to, co jest dobre w oczach wszystkich ludzi. Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie. Najmilsi! Nie mścijcie się sami, ale pozostawcie to gniewowi Bożemu, albowiem napisano: Pomsta do mnie należy, Ja odpłacę, mówi Pan" (List do Rzymian 12, 17 - 19). Wielu w oparciu o te zaskakujące słowa Jezusa stara się zrozumieć całą resztę, dopasować ją do przekonania, że Jezus wcale "nie to miał na myśli", czego otwarcie nauczał - ja zaś opierając się na całej reszcie staram się zrozumieć te zaskakujące słowa.

Przez wielu biblistów jest to interpretowane jako nowe zalecenie, dane ze względu na zmieniającą się sytuację. Tłumaczą, że Bóg nie wycofał się wprawdzie z opieki nad uczniami Chrystusa, ale zalecił, by zatroszczyli się teraz już także sami o swój byt i bezpieczeństwo. Ale to by przecież znaczyło, że Bóg albo nie może im już zapewnić ochrony i wszystkiego, czego potrzebują (nie jest wszechmocny?), albo może, ale nie chce: "ok, moi drodzy, było fajnie, ale teraz musicie sobie poradzić" (nie jest dobry i troskliwy?). Szczerze mówiąc taki wykład do mnie zupełnie nie przemawia - zwłaszcza, że gdy uczniowie z zadowoleniem pokazują swą zapobiegliwość: "Popatrz, Panie, my to przewidzieliśmy i mamy dwa miecze!", Jezus mówi: "Wystarczy!" Przepraszam, ale do czego mogły starczyć dwa miecze? I to nie jakieś średniowieczne "rębacze" oburęczne, ale niewielkie mieczyki, nie mogące się nawet równać z uzbrojeniem legionisty? Czy dwoma mieczami wszyscy uczniowie mieli się sami ochraniać przed wszystkimi złymi ludźmi tego świata i legionami rzymskimi?

Owe dziwne słowa o mieczu Jezus wypowiada w bardzo specyficznym momencie. Chwilę wcześniej przepowiedział gorliwemu Piotrowi - zarzekającemu się przed Jezusem, że pójdzie za nim choćby i na śmierć - że się go zaprze i potrzebuje nawrócenia. Chwilę później zaś ruszył z uczniami do Ogrodu Oliwnego, gdzie już zmierzał Judasz - dobrze znający przyzwyczajenia Chrystusa - wraz z rzymskimi żołdakami, aby Go pojmać. Tam też rozegrała się kolejna wymowna scena: "I oto jeden z tych, którzy byli z Jezusem, wyciągnął rękę, dobył miecza swego, uderzył sługę arcykapłana i uciął mu ucho. Wtedy rzecze mu Jezus: Włóż miecz swój do pochwy; wszyscy bowiem, którzy miecza dobywają, od miecza giną" (Ewangelia Mateusza 26, 51 - 52), "Wówczas Szymon Piotr, mając miecz, dobył go i uderzył sługę arcykapłana, i odciął mu prawe ucho. A słudze temu było na imię Malchus. Na to rzekł Jezus do Piotra: Włóż miecz swój do pochwy; czy nie mam pić kielicha, który mi dał Ojciec? Wtedy oddział żołnierzy i dowódca, i słudzy żydowscy pojmali Jezusa i związali go" (Ewangelia Jana 81, 10 - 12). Fakt, że uczniowie byli uzbrojeni i mogli zrobić użytek z mieczy - a Piotr nawet to uczynił - służy podkreśleniu dobrowolności ofiary Chrystusa, który poddał się bez oporu, a nawet wyświadczając jeszcze dobro jednemu z tych, którzy przyszli, by go związać i zaprowadzić do więzienia, skąd potem miał pójść na sąd i krzyż. Do tej symbolicznej sceny dwa miecze w rękach uczniów rzeczywiście w zupełności starczyły.

Droga do zwycięstwa

"Oto Ja posyłam was jak owce między wilki, bądźcie tedy roztropni jak węże i niewinni jak gołębice.  I strzeżcie się ludzi, albowiem będą was wydawać sądom i biczować w swoich synagogach. I z mego powodu zawiodą was przed namiestników i królów, abyście złożyli świadectwo przed nimi i poganami. (...) A wyda na śmierć brat brata i ojciec syna i powstaną dzieci przeciwko rodzicom i przyprawią ich o śmierć. I będziecie w nienawiści u wszystkich dla imienia mego, ale kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. (...) Nie mniemajcie, że przyszedłem, przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić człowieka z jego ojcem i córkę z jej matką, i synową z jej teściową. Tak to staną się wrogami człowieka domownicy jego. Kto miłuje ojca albo matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien; i kto miłuje syna albo córkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien. I kto nie bierze krzyża swego, a idzie za mną, nie jest mnie godzien. Kto stara się zachować życie swoje, straci je, a kto straci życie swoje dla mnie, znajdzie je" (Ewangelia Mateusza 10, 16 - 39) "Jeśli świat was nienawidzi, wiedzcie, że mnie wpierw niż was znienawidził. Gdybyście byli ze świata, świat miłowałby to, co jest jego; że jednak ze świata nie jesteście, ale Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. Wspomnijcie na słowo, które do was powiedziałem. Nie jest sługa większy nad pana swego. Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą; jeśli słowo moje zachowali i wasze zachowywać będą. A to wszystko uczynią wam dla imienia mego, bo nie znają tego, który mnie posłał" (Ewangelia Jana 15, 18 - 21)
Bóg nie obiecuje nam szczęśliwego i wygodnego życia doczesnego. Bóg nie oferuje nam pięknych willi, ludzkiego podziwu czy choćby szacunku, luksusowych samochodów ani wakacji na Karaibach. Bóg mówi nam, że świat będziemy mieli przeciwko nam - że będziemy nierozumiani, wyszydzani, poniżani, ścigani, torturowani i mordowani przez niewolników diabła. Nie powinniśmy szukać zrozumienia i uznania w tym świecie - nie znajdziemy go, bo świat jest pogrążony w chaosie i ciemności, a droga chrześcijańska to droga jasno oświetlona i uporządkowana. 

Żyjemy w stosunkowo spokojnym rejonie świata i jakoś nie dociera do nas, że gdzieś tam w dalekim świecie za krzyżyk na szyi albo Biblię w ręce można trafić do więzienia. Idziemy w niedzielę do przyjemnego kościoła i nie myślimy, że gdzieś w świecie nasi bracia i siostry nie mogą zrobić tego samego. Żyjemy w dobrobycie i trudno nam myśleć, że gdzieś tam chrześcijanie nie mają dachu nad głową, a wszystko, co mieli, zostało rozkradzione. Gdy idziemy do kościoła, patrzymy na krzyż Chrystusa, ale czy mamy świadomość, że krzyż może też czekać na nas? I nie chodzi mi o choroby, biedę czy utrapienia codzienne, lecz o rzeczywisty krzyż, rzeczywistą mękę. Tak spokojnie sobie żyjemy, że tak trudno uwierzyć w to, że i dla nas mogą się spełnić słowa Jezusa. A przecież wiemy, że demon podnosi łeb na Bliskim Wschodzie, że chrześcijanie są masowo mordowani przez ludzi będących na służbie u zaciętego wroga Boga i człowieka, diabła. Nie myślmy, że w Europie możemy się czuć bezpieczni, bo dla diabła nie ma granic i odległości. Ma on dwie wielkie armie: ateizm i pogaństwo.

Czasem ktoś pyta: jaki jest twój ulubiony werset z Biblii? Wiecie, jakoś tak... nie sądzę, by ktoś wskazał akurat te, nad którymi teraz się skupiam. Bo wolimy słowa słodkie i pełne obietnic, jak to dobrze jest z Bogiem i jak słodko będzie w raju. Bóg obiecuje wiele i wszystko to się niezawodnie wypełni, ale Bóg też ostrzega, że wcześniej droga może być ekstremalnie trudna, że nasza droga wiary może być drogą krzyżową. Bóg szkoli nas do duchowej walki z diabłem i jego sługami. Bóg nie chce nas straszyć, ale uzbroić i postawić w stan gotowości, byśmy mogli bronić się i zwyciężać. Patrzę na krzyże, jakie sto lat temu stanęły na tureckiej ziemi (zdjęcie poniżej - widzimy na nim ludobójstwo dokonane przez Turków na Ormianach), a także patrzę na krzyże, na których dziś diabeł wiesza chrześcijan w Syrii... I wiecie? Widzę na nich ZWYCIĘZCÓW! Wprawdzie odartych ze wszystkiego i poszarpanych, ale ZWYCIĘZCÓW, przed którymi otwarły się bramy krainy prawdziwego życia. Bowiem ich klęska jest tylko pozorna i czasowa - podobnie, jak pozorna i czasowa była niegdyś śmierć Chrystusa. Ten, kto wytrwa z Chrystusem, będzie miał także udział w chrystusowym tryumfie nad diabłem, śmiercią i wszelkimi działaniami piekła.


Prze... święcone

Źródło: Gniezno24.com i Gniezno NaszeMiasto.pl / Facebook

Dlaczego przy takich okazjach w 9 przypadkach na 10 w mediach pojawia się zdjęcie z poświęcenia? I dlaczego w ogóle się go dokonuje? Jako człowiek wierzący nie znajduję dla tego działania żadnego uzasadnienia. Jestem za rozdziałem Państwa od Kościoła - choć jednocześnie za przyjaznym współdziałaniem ku dobremu. Gdy jest mowa o poświęceniach, zwykle pytam: czy radiowozy, karetki i pojazdy strażackie dzięki temu będą szybsze i sprawniejsze, a poświęcone drogi bezpieczniejsze? Czy ktokolwiek jest w stanie wykazać, że fakt dokonania poświęcenia miejsc czy przedmiotów ma jakikolwiek wpływ na ich bezpieczeństwo i lepsze wykorzystywanie? Nasuwa się też inne pytanie: dlaczego w mieście, w którym są też zbory protestanckie: luteranie, baptyści, charyzmatycy, adwentyści na wszelkie mniejsze i większe uroczystości zapraszani są tylko i wyłącznie duchowni katoliccy? Gdzie jest "neutralność światopoglądowa" Państwa, o której mówi Konstytucja RP? 

Wróćmy jednak do święcenia pojazdów. Mam takie skojarzenie z pewną znaną historią biblijną. "A anioł Pański rzekł do Filipa, mówiąc: Wstań i idź na południe drogą, która prowadzi z Jerozolimy do Gazy. Jest to droga pustynna. I powstawszy, poszedł. A oto Etiopczyk, eunuch, dostojnik królowej etiopskiej Kandaki, który zarządzał jej wszystkimi skarbami, a przyszedł do Jerozolimy, aby się modlić, powracał, a siedząc na swoim wozie, czytał proroka Izajasza. I rzekł Duch Filipowi: Podejdź i przyłącz się do tego wozu. A gdy Filip podbiegł, usłyszał, jak tamten czytał proroka Izajasza, i rzekł: Czy rozumiesz to, co czytasz? Ten zaś powiedział: Jakżebym mógł, jeśli mnie nikt nie pouczył? I poprosił Filipa, aby wsiadł i zajął przy nim miejsce. A ustęp Pisma, który czytał, był ten: Jak owca na rzeź był prowadzony I jak baranek milczący wobec tego, który go strzyże, Tak nie otwiera ust swoich; W poniżeniu jego wyjęty został spod prawa, O jego rodzie któż opowie? Bo życie jego z ziemi zgładzone zostaje. Wtedy eunuch odezwał się do Filipa i rzekł: Proszę cię, o kim to prorok mówi? O sobie samym, czy też o kim innym? A Filip otworzył swoje usta i zwiastował mu dobrą nowinę o Jezusie, począwszy od tego ustępu Pisma. A gdy tak jechali drogą, przybyli nad jakąś wodę, a eunuch rzekł: Oto woda; cóż stoi na przeszkodzie, abym został ochrzczony? Filip zaś powiedział mu: Jeśli wierzysz z całego serca, możesz. A odpowiadając, rzekł: Wierzę, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. I kazał zatrzymać wóz, zeszli obaj, Filip i eunuch, do wody, i ochrzcił go. Gdy zaś wyszli z wody, Duch Pański porwał Filipa i eunuch nie ujrzał go więcej, lecz radując się jechał dalej swoją drogą" (Dzieje Apostolskie 8, 26 - 39). Zauważmy co uczynił apostoł Filip? Ochrzcił sługę królowej. A teraz zauważmy czego nie uczynił? Otóż nie poświęcił wozu, którym ten podróżował. A przecież ten miał w dodatku przed sobą długą i niekoniecznie bezpieczną podróż, więc gdyby poświęcenie miało jakiś sens, to z pewnością właśnie w tej sytuacji warto było je uczynić!

W całym Piśmie Świętym nie znajdujemy ani jednego przypadku poświęcenia pojazdów, czy też zwierząt wykorzystywanych wówczas do podróżowania, ani też domów, czy czegokolwiek innego służącego codziennemu użytkowi. Ba! Nie znajdujemy też najmniejszej wzmianki o "wodzie święconej", która by miała jakieś szczególne znaczenie i właściwości duchowe. Co najwyżej miała ona znaczenie w symbolice - chrzest dokonywany wodą, obmywanie rąk ( o którym wspominają m.in. Tertulian i Klemens Aleksandryjski). "Woda święcona" pojawia się dopiero w IV wieku, a upowszechnia na dobre w średniowieczu! "W opinii wielu apologetów rzymskokatolickich wprowadzenie danej praktyki na stosunkowo wczesnym etapie historii Kościoła jest argumentem za jej historycznością, ortodoksyjnością i prawowiernością. W ten sposób, kilka dni temu, jeden z czytelników mego bloga uzasadnił użycie wody święconej. Stwierdził: 'błogosławienie wody zostało wprowadzone przez Kościół w II wieku, więc taka woda ma swoją funkcję i nie jest to zwykła woda'. Dwa wieki po Chrystusie i apostołach to całkiem długi czas. Oznacza to, że święci w Starym Przymierzu oraz przez dwieście lat w Nowym Przymierzu  pozbawieni byli wiedzy o tym, jak wodę uczynić 'święconą' i że można za jej pomocą „poświęcać” budynki, pokarmy, środki transportu, ludzi... Z perspektywy protestanckiej jest dokładnie odwrotnie. Szukanie źródeł danej praktyki dwa wieki po Chrystusie świadczy o jej nieobecności w okresie apostolskim. To zaś oznacza, że nie należała do depozytu wiary przekazanej przez proroków i apostołów, na których zbudowany jest Kościół" - stwierdza pastor Paweł Bartosik ("Czy istnieje woda święcona?" na Fronda.pl). Sami katolicy zresztą stwierdzają, że jest to zwyczaj ustanowiony przez Kościół katolicki.

Ktoś kiedyś zarzucił mi, że "boję się wody święconej", a to - w jego przekonaniu - oznacza, że jestem... "opętany". Nie. Nie boję się "wody święconej" - bo jest to zwykła H2O. Może o tyle tylko straszna, że - jak wykazują badania - skażona wieloma groźnymi bakteriami. Czasem ktoś się powołuje na egzorcyzmy i na rzekomą reakcję demonów na "wodę święconą", czy też na... wypowiedzi demonów podczas egzorcyzmów, jak to "boją się wody święconej" (a także "Matki Bożej"). Tylko... od kiedy to niby można wierzyć szatanowi, o którym Jezus zaświadcza, że "jest kłamcą i ojcem kłamstwa" (Ewangelia Jana 8, 44)? Każdego roku rozbija się niewątpliwie - choć nie prowadzi się takich statystyk - wiele "poświęconych" aut i ginie w nich wielu ludzi. Wiele aut niepoświęconych zaś jeździ latami bez jednej nawet ryski na karoserii. Gdzież więc "moc" owej wody i jaki sens święcenia pojazdów? 

Jeśli księża tak bardzo wierzą w moc "wody święconej" i przywiązują tak duże znaczenie do aktu "poświęcenia", traktując je ewidentnie jako rodzaj "nadzwyczajnego ubezpieczenia", to... może powinni wystawiać certyfikaty "poświęcenia" pojazdu, a w razie wypadku lub kradzieży wypłacać odszkodowanie. Może by tak podejść do księdza "święcącego" pojazdy i zagadnąć: "Poświęcenie auta jest takie ważne? Wierzy ksiądz, że to pomoże? Dobrze, proszę mi tu podpisać kwicik". Tylko czy ich wiara w "wodę święconą" jest aby na pewno aż na tyle mocna?

czwartek, 18 lutego 2016

Na froncie, czy na tyłach?

"Przywdziejcie całą zbroję Bożą, abyście mogli ostać się przed zasadzkami diabelskimi. Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich. Dlatego weźcie całą zbroję Bożą, abyście mogli stawić opór w dniu złym i, dokonawszy wszystkiego, ostać się. Stójcie tedy, opasawszy biodra swoje prawdą, przywdziawszy pancerz sprawiedliwości i obuwszy nogi, by być gotowymi do zwiastowania ewangelii pokoju, a przede wszystkim, weźcie tarczę wiary, którą będziecie mogli zgasić wszystkie ogniste pociski złego; weźcie też przyłbicę zbawienia i miecz Ducha, którym jest Słowo Boże" (List do Efezjan 6, 11 - 17) "Weź udział w trudach i przeciwnościach jako dobry żołnierz Chrystusa Jezusa!" (2. List do Tymoteusza 2, 3)
Rys. autor nieznany; źródło: Chad Hunt / Facebook
To jedna z lepszych grafik, jakie ostatnimi czasie widziałem, a w każdym razie dająca wiele do myślenia. Jakie są nasze Kościoły? I chyba najważniejsze pytanie: jacy jesteśmy my sami, jakie jest nasze chrześcijaństwo? Przypomina mi się fragment przesłania jednego z przywódców podziemnego, prześladowanego Kościoła w Chinach, który zarzucił chrześcijanom i Kościołom zachodu, że... posnęli, że czują się zadowoleni z bycia w Kościele i nie są wcale zainteresowani tymi, dla których boje są codziennością, nie są wcale zainteresowani bojowaniem.

To niestety prawda, że wielu chrześcijan urządziło sobie bardzo wygodne Kościoły i są tylko w umiarkowanym stopniu zainteresowani tym, co się poza nimi dzieje. Niestety, wielu wyznawcom Chrystusa zależy w dużej mierze na tym, by ich kościół był "mega" - liczny (bo dobrze się czują, gdy jest dużo ludzi, gdy jest "masowo"), dobrze wyposażony i estetyczny. Dużą wagę przywiązują do tego, by nabożeństwo było "spektakularne" - żeby była wspaniała oprawa muzyczna i wizualna, a najlepiej jeszcze kilka cudów, które pozwalają nasycić się bożym działaniem i pokrzyczeć sobie: "alleluja!". No i koniecznie musi być piękne kazanie.

Ale Kościół nie jest po to, abyśmy się czuli dobrze. Kościół  powinien być obozem treningowym, służącym szkoleniu bożych wojowników. Nie jesteśmy powołani do tego, aby zamykać się w Kościele, by mościć się wygodnie w Kościele i tylko delektować się tym, co miłe, ale aby iść do świata i wojować, by rozszerzać w nim wpływy Królestwa Niebieskiego. Kościół powinien być też zapleczem - czymś jak arsenał - gdzie wojownik dostanie wyposażenie do walki, i gdzie będzie mógł stale uzupełniać to, czego potrzebuje, gdzie będzie otrzymywał wsparcie, by nie osłabnąć i nie poddać się. Dobry Kościół jest jak wielki krążownik, który może dać wsparcie w boju, jaki musimy toczyć każdego dnia prawdziwego chrześcijańskiego życia z diabłem. Nie ma chrześcijaństwa bez brutalnej, duchowej walki. A jakież wsparcie i wyposażenie może dać luksusowy wycieczkowiec? Chyba tylko parasolki, leżaki i kremy z filtrem, żeby było... przyjemnie.

Jeszcze raz: jesteśmy powołani na wojowników, nie zaś na wczasowiczów wygrzewających się w ciepełku "milusiej ewangelii"! Jesteśmy powołani do duchowej walki pod wodzą Jezusa Chrystusa, nie zaś do wylegiwania się gdzieś daleko na tyłach frontu, by mieć dobrze i "święty spokój". "Tyły" powinny nam służyć tylko dla regeneracji sił. Tak naprawdę ja sam wciąż modlę się i uczę, jak być "żołnierzem frontowym" a nie "leserem na tyłach".

środa, 17 lutego 2016

Religijna dywersja

Postanowiłem pójść trochę śladami swoich publikacji - kto i gdzie linkował do moich artykułów i rozważań i jak to zostało ocenione. Idąc tym tropem natknąłem się na taką oto relację z "Mikołajek" w pewnym przedszkolu (2014 r.): 

"Mam 34 lata i 2.5 letnie dziecko. Mała poszła pierwszy raz do przedszkola. Pod koniec tego tygodnia były organizowane Mikołajki [za kasę wpłacaną na Radę Rodziców - 120pln/mc]. Odebrałem małą razem z żoną. Dzieciak uśmiechnięty od ucha do ucha - 'mamo mam plezient'. W domu zerknęliśmy co fajnego dzieciaki dostały w prezencie od Mikołaja. (...) Czy to jest standard u nas w kraju? Ja rozumiem, że żyję w kraju wyznaniowym i znakomita większość Polaków to Katolicy. Ja sam jestem ochrzczony, wybierzmowany. Do ok I L.O toczyłem batalię z rodzicami o chodzenie na Religię, do Kościoła. Z własnego wyboru zostałem Ateistą [nie mylić z nihilistą] Staram się dziecku zostawiać jak najwięcej swobodnych wyborów, ale pod kontrolą. (...) Wszytko to miało miejsce w Państwowym Przedszkolu w Laskach pod Warszawą. W paczce była jeszcze pomarańcza i lizak, na szczęście bez motywów religijnych." (p0lish)

Kiedyś, na początku drogi mej duchowej przemiany, pewien Brat - baptysta (obecnie pastor tego Kościoła) powiedział mi: "Pan Bóg puka do twoich drzwi, ale w nie nie kopie". Niemal 2000 lat temu jeden z uczniów Chrystusa przyłączył się do podróżnego, by mu głosić Ewangelię. "A gdy tak jechali drogą, przybyli nad jakąś wodę, a eunuch rzekł: Oto woda; cóż stoi na przeszkodzie, abym został ochrzczony? Filip zaś powiedział mu: Jeśli wierzysz z całego serca, możesz" (Dzieje Apostolskie 8, 36 - 37). Niezwykle ważne jest to "jeśli" i "możesz"! Bóg mówi do człowieka: "chodź za mną", ale nigdy nie ciągnie go na siłę! I my też musimy zawsze szanować wolną wolę innych i ich prawo do własnych przekonań, choćby nawet tkwili w błędach i grzechach. Jeśli nie są zainteresowani i nie chcą słuchać, powinniśmy iść dalej: "A jeśliby w jakiejś miejscowości nie chciano was przyjąć ani słuchać, wyjdźcie stamtąd i otrząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo przeciwko nim" (Ewangelia Marka 6, 11). Natarczywość i upór nie są dobre i zazwyczaj nie przynoszą dobrych efektów.
 
W tym zestawie szczególnie urzekła mnie "cudnej urody" figurka. Gdyby mnie się coś takiego przytrafiło, cichcem bym wyrzucił do śmieci, jako nie tylko religijną dywersję, występek przeciwko Prawu Bożemu, ale także występek przeciwko pięknu i dobremu gustowi. Na marginesie: ciekawe dlaczego katolicy, oburzając się na kolaże z ich "świętych obrazów" i nawet pozywając z tego powodu do sądów, równocześnie tolerują, sami kupują i wieszają / stawiają u siebie tak szkaradne obrazki i figurki? Jak to jest, że produkcja tego rodzaju "śliczności" nie jest tępiona i ścigana jako "obraza uczuć religijnych"?

wtorek, 16 lutego 2016

Lek a nie kamień

"Nie będziesz cieleśnie obcował z mężczyzną jak z kobietą. Jest to obrzydliwością" (3. Księga Mojżeszowa 18, 22)
Chrześcijanie są od wielu lat bezustannie atakowani i prowokowani przez środowiska zwolenników grzechu homoseksualnego, z powodu nieugiętego stanowiska odnośnie tego grzechu. "Skąd w Kościele tak wiele nienawiści do osób homoseksualnych? (...) Dlaczego zabraniacie miłości? Skoro Bóg to dopuścił, to w czym tkwi problem?" - zapytał w piątek pewien człowiek, podczas jednego z regularnych spotkań w katedrze, katolickiego arcybiskupa Łodzi. Zawsze mówię, że twierdzenie, że "Bóg stworzył niektórych homoseksualistami" jest jednym z wielkich kłamstw diabła. Oczywiście Biblia zaprzecza temu "faktowi", bowiem homoseksualizm jest przez Boga wielokrotnie potępiany. Ale na to diabeł podsuwa kolejne kłamstwa: "Biblia została spisana przez ludzi, według ich własnych poglądów", "tak naprawdę wcale nie chodziło o homoseksualizm, tylko o prostytucję świątynną", "na przestrzeni wieków Słowo Boże zostało okropnie wypaczone", "Jezus nie potępiał homoseksualizmu",  etc.

Fakt, że na świecie są homoseksualiści wcale nie oznacza, że homoseksualizm jest od Boga i Bóg go dopuszcza. Tak samo jak fakt, że na świecie jest mnóstwo złodziei - a niektórzy mają z tym taki problem, że można to określić uzależnieniem  - nie dowodzi, że takimi już ci ludzie zostali stworzeni i że Bóg to dopuszcza. Nie! Bóg się na to nie zgadza i mówi: "Jeśli tak czynisz, przestań to robić. Idź i odtąd już nie grzesz!" Słowo Boże - w tym też Prawo Boże - nie jest przeciwko człowiekowi. Nauki oparte na Słowie Bożym też nie są "mową pogardy i nienawiści". Wprost przeciwnie - Bóg w ten sposób czyni krok ku człowiekowi, by go uleczyć i uwolnić. Przykazania nie są kamieniami, którymi Bóg ciska w ludzi, lecz pastylkami - choć czasem trudnymi do przełknięcia - które mają ratować nasze dusze, nasze życie. Bóg chce wyciągnąć każdego człowieka w górę, ku niebu, a diabeł chce pociągnąć w głąb, ku piekłu. Dlatego diabeł dalej kłamie i fałszuje nawet intencje Boga i ludzi wierzących, gdy mowa jest o grzechu.

Bóg pokoju

"Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi" (Ewangelia Mateusza 5, 9 - tłum. "Biblia Tysiąclecia") "Włóż miecz swój do pochwy; wszyscy bowiem, którzy miecza dobywają, od miecza giną" (Ewangelia Mateusza 26, 52) "Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie" (List do Rzymian 18, 21)
Nie jest łatwo wśród ludzi temu, kto głosi Chrystusowy pokój i pojednanie. Jest tak, ponieważ wielu ludzi ma serce potwornie zniszczone przez zło i zachowują się jak szaleni. Umysły ich są zmącone a usta pełne jadu. "Albowiem z obfitości serca mówią usta" (Ewangelia Mateusza 12, 34). Jeśli demon, który stał się samym jadem, posiadł ich serca, to czegóż się spodziewać, gdy zaczynają oni mówić to, co mają w swych sercach? Są gotowi walczyć z każdym i o wszystko - i jeszcze z przekonaniem mówią, że "ich walka jest słuszna" i "Bóg ją popiera". Na marginesie: hitlerowcy też na swoich pasach mieli napis "Gott mit uns" - "Bóg z nami" i wielu myślało, że faktycznie tak jest.  Ten, kto na tym świecie chce mówić o pokoju, miłości i przebaczeniu, musi być gotowy na to, że stanie się celem diabelskich ataków, dokonywanych za pośrednictwem ludzi, bowiem diabeł kocha wojnę. Tymczasem Bóg miłuje pokój.

Czasem ktoś mówi o "sprawiedliwej wojnie"... Lecz jeśli na wojnie giną niewinni, to czyż może być uważana za "sprawiedliwą"? I niby kto niby ma prawo decydować o jej "sprawiedliwości"? Który człowiek jest na tyle sprawiedliwy by orzekać o tym, co jest sprawiedliwością? "Nie ma ani jednego sprawiedliwego, nie masz, kto by rozumiał, nie masz, kto by szukał Boga; wszyscy zboczyli, razem stali się nieużytecznymi, nie masz, kto by czynił dobrze, nie masz ani jednego" (List do Rzymian 3, 10 - 12). Jedno tylko możemy robić - bronić swego kraju i domów, gdy naciera nieprzyjaciel, lecz nie wolno wszczynać żadnych wojen, ani wysuwać agresywnych roszczeń. Diabeł jest wodzem serc dążących do konfliktów i wojen. Gdy ktoś mówi o potrzebie wojny i zdobywania, albo pomszczenia krzywd - jest to orędzie diabelskie. Bóg zaś jest wodzem serc żądnych pokoju - i On wzywa do pokory, przebaczenia i miłowania. Tam, gdzie w sercu jest miłość i pokora - która umniejsza własne "ja" i "moje" - nie ma już miejsca na wojenne pragnienia.

poniedziałek, 15 lutego 2016

W "niebie"... nie będzie Polaków!

"Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie" (List do Galacjan 3, 28)
Są ludzie, którzy próbują mnie przekonać, jak bardzo powinienem być dumny z bycia akurat Polakiem i jak ważne jest, aby walczyć o "wielką Polskę", choćby odbierając innym wszystko to, co "nam się należy". Irytują mnie na przykład niesamowicie hasła o "polskim Lwowie" czy "polskim Wilnie" - i szczerze mówiąc, gdyby ktoś poprowadził by Polskę tak, że na nowo by zawładnęła tymi ziemiami, zatykając ponad nimi na znak panowania biało-czerwoną flagę, to ja raczej bym własną flagę głęboko zakopał i ziemię nad nią przydeptał, niż wywiesił nad własnym domem, bo wstyd by mi było występować pod barwami, które by się kojarzyły z chciwością i gwałtem czynionym na bliźnich. Wielu mi mówi: "jesteś głupcem, a nie Polakiem", lub: "żaden z ciebie Polak"... Nie stoję o to - nie zależy mi. Polska jest mi droga, bo tu się urodziłem; polska mowa jest mi droga, bo ojczysta; polskie symbole są mi drogie - bo przywodzą na myśl rodzinne strony... 

Czuję się Polakiem, bo w tej ziemi są moje korzenie, ale nie mam ochoty na bycie "dumnym Polakiem", bo być Polakiem to nie jest większy zaszczyt, niż być Anglikiem, Mongołem czy Ukraińcem, a ludzie w swym "wielkim patriotyzmie" zbyt łatwo wynoszą się ponad innych. Czasem śmieszy mnie przerost dumy narodowej: wypinanie piersi, jacy to my "bohaterski naród" i udawanie przy tym, że "my nigdy nikomu nic"; mesjanizm - jak z "Kordiana" i "Dziadów"; papież - Polak, itd. Owszem, zależy mi na tym kraju i tym narodzie, aby się nam dobrze wiodło, ale tak samo życzę i innym. Polska nie jest ważniejsza od innych krajów i Polacy nie są ważniejsi od innych narodów. Oczywiście, jest sentyment do kraju i narodu, ale większą więź mam z Ukraińcem czy Indianinem, który wierzy w Jezusa i naśladuje Go, niż z Polakiem, który żyje jak poganin, choć "ochrzczony" i bliższy mi jest dobry i łagodny Afrykańczyk, niż agresywny i poniżający innych Polak. 

Gdy przyłączasz się do Chrystusa, wszystko inne traci znaczenie i silniejsze stają się więzy w obrębie "Ojczyzny Niebieskiej", a te narodowościowe już nie są tak ważne. Z "Ojczyzny Niebieskiej" mam nakaz, by troszczyć się o pomyślność tej ziemskiej: "A starajcie się o pomyślność miasta, do którego skazałem was na wygnanie, i módlcie się za nie do Pana, bo od jego pomyślności zależy wasza pomyślność!" (Jeremiasza 29, 7). Jednakże służba Polsce nie może odbywać się ze szkodą dla "Ojczyzny Niebieskiej", która zawsze jest tą nadrzędną. Gdyby polecono mi "dla dobra ojczyzny" czynić coś, co Bóg określa jako bezprawie i grzech - np. iść i zajmować ziemię innych narodów - nie zgodzę się na to, choćbym nawet za niewykonanie rozkazu miał stanąć przed plutonem egzekucyjnym. Wiele lat temu w atlasie do historii na mapce dokonywałem "podbojów dla Polski", dołączając do niej chyba z pół Europy i Azji - dzisiaj bardzo mi wstyd z tego powodu, bo myśli moje były grzeszne, serce pełne pychy i chciwości! Służyć Polsce mogę tylko w takim stopniu, póki jest to zgodne z zasadami i interesami mojej "Ojczyzny Niebieskiej"! Służba i posłuszeństwo Bogu muszą być ważniejsze niż służba krajowi i posłuszeństwo jego władzom. 

W pierwszych rozdziałach Biblii, mamy powiedziane, że Bóg stworzył człowieka. Człowieka! I przez wieki nie było podziału na narody! Potem, gdy ludzie zaczęli budować Wieżę Babel, żyjąc w nieposłuszeństwie wobec Boga i pysze (dwa wielkie grzechy!), Bóg pomieszał ludziom języki, by ci się podzielili i rozeszli po ziemi. Było to bardzo radykalne posunięcie, ale cel został osiągnięty. Taki był początek podziałów - zrodziły się one wskutek grzechu. To, że dziś jest tak wiele ludów i narodów ma podłoże w tym pierwotnym podziale. Słyszę: "Wielka Polska", "dumni Polacy", "polskie interesy"... Ale nie mogę być "dumnym Polakiem", mając jednocześnie świadomość, że podziały między ludźmi są karą sprzed wieków i jedną z największych tragedii ludzkości. Taki to powód do "wielkiej dumy", że nasi przodkowie byli tak krnąbrni i pyszni, że Bóg nas musiał rozgonić po całym świecie? spokoju nie daje mi też myśl: czy aby "duma narodowa" nie jest... grzechem pychy, wynoszenia się ponad inne nacje? Podziały między ludźmi "uwierają mnie" - zwłaszcza, że zbyt często przez to walczy się i wydziera sobie wszystko, by po jego stronie było więcej i lepiej.

Wiecie, Bóg nie stworzył nas jako Polaków, Ukraińców, Rosjan, Amerykanów, Anglików, Hindusów czy Niemców - On stworzył CZŁOWIEKA! I gdy 2000 lat temu Jezus umierał na krzyżu, nie umarł za Polaków, Ukraińców, Rosjan, Amerykanów, Anglików, Hindusów czy Niemców - On umarł za CZŁOWIEKA! Przynależność etniczna czy narodowa nie mają dla Boga żadnego znaczenia. Jest w naszych "narodowych śpiewnikach" taka pieśń "Bywaj dziewczę zdrowe", i ona się kończy słowami: "Gdzie bądź się spotkamy, spotkamy się przecie Zawsze Polakami, chociaż w innym świecie." A prawda jest taka, że... dusza nie ma narodowości! I wśród zmarłych nie ma żadnego patriotyzmu - nawet jeśli umierali w boju, pod biało-czerwonym sztandarem i hasłem "Bóg - Honor - Ojczyzna", to już nie pamiętają, że byli Polakami. I nie będzie to miało dla nich już nigdy więcej żadnego znaczenia, bo nasza przynależność etniczna czy narodowościowa kończy się na naszym grobie! Gdy kiedyś zmartwychwstaniemy, będzie już tylko jeden podział - na tych, co znajdą się w "niebie" (czyli tak naprawdę na "nowej ziemi") i na tych, którzy trafią do piekła. I zapewniam, że ani w jednym, ani w drugim miejscu nie będą powiewać dumnie narodowe sztandary i nie zabrzmi "Jeszcze Polska nie zginęła", ani też żaden inny hymn narodowy. 

Nawet jeśli naród nie zaniknie wcześniej, to Polska umrze razem z tym światem! I nie będzie już nigdy ani Polski, ani wszystkiego tego co polskie, co tak bardzo kocha każde "patriotyczne serce"! Jaki jest więc sens w tym, by pielęgnować w sobie zawzięcie coś, co i tak "pójdzie do grobu", co jest skazane na ostateczne i nieodwołalne unicestwienie wraz z całym tym światem i co nigdy potem zapewne nie będzie już wspominane - choć zachowamy pamięć - bo nie będzie miało żadnego znaczenia? Nie warto się przywiązywać do niczego, co doczesne, z ziemskimi ojczyznami włącznie, a chyba i zabijać z ich powodu. Wszystko to traci całkowicie ważność wobec Królestwa Niebieskiego! Tym bardziej nie warto z powodu tego "patriotycznego przywiązania" grzeszyć, choćby tylko we własnych myślach.

niedziela, 14 lutego 2016

Kierunek podróży

Oglądałem ostatnio kilka niezwykle dobrych filmów chrześcijańskich - zrobionych na "hollywoodzkim poziomie". W zestawieniu z nimi ten wypada bardzo ubogo. Zrealizowany został przez John Hagee Ministries i Ten Cloud Pictures w modnym stylu dokumentu fabularyzowanego - czy może raczej fabularyzowanego... kazania o czasach ostatecznych. Amatorska realizacja może trochę śmieszyć. Film wygląda też jakby był kręcony w latach 60-tych lub 70-tych, a nie (jak było faktycznie) tuż u progu XXI wieku. Trudno uwierzyć, że film ten powstał ledwie dwa lata przed słynnym "Left behind" ("Pozostawieni"), będącym produkcją tej samej wytwórni. Wmontowywanie w "wiadomości telewizyjne" scen rzeczywistych katastrof czy rozruchów, jako pokazujących "czasy ostateczne", jest dość kontrowersyjne. Dla wielu kontrowersyjna jest zresztą także doktryna "pochwycenia Kościoła".

Treść i przesłanie filmu mocno wciągają i skłaniają do zastanowienia: jak żyję i co będzie ze mną? Można długo dyskutować o tym, czy będzie "pochwycenie Kościoła", czy też nie - i wielu niejedną godzinę zmarnowało na gadanie o tym. Dla mnie osobiście zupełnie nie jest ważne, jak się rozegra ów "wielki finał" końca świata. Ważne jest tylko to, że nadejdzie kiedyś taki dzień, gdy "niebo i ziemia przeminą" (por. Ewangelia Łukasza 21, 33), gdy skończy się czas łaski, a nadejdzie czas sądu. Ważne jest, żeby ludzie zrozumieli, że jest to nieuniknione i by pokutowali przed Panem, póki czas wielkiego miłosierdzia nie ustąpi przed czasem wielkiej sprawiedliwości. "Szukajcie Pana, dopóki można Go znaleźć, wzywajcie go, dopóki jest blisko! Niech bezbożny porzuci swoją drogę, a przestępca swoje zamysły i niech się nawróci do Pana, aby się nad nim zlitował, do naszego Boga, gdyż jest hojny w odpuszczaniu!" (Księga Izajasza 55, 6 - 7).

Gdy byłem w liceum, nauczyciele często powtarzali nam: uczcie się pilnie i zastanówcie się dobrze nad kierunkiem, w jakim chcecie się kształcić dalej, bo od tego zależy cała wasza przyszłość. Tak samo Duch Pański poucza: studiuj pilnie Słowo Boże, zastanów się nad swoim życiem i w jakim kierunku zmierzasz - do nieba, czy do piekła. O kierunku podróży decydujemy tylko, póki ona trwa.

Walentynkowo

"Mówił Syjon: Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał. Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie. Oto na moich dłoniach wyrysowałem cię..." (Księga Izajasza 49, 14 - 16) "Choćby ojciec i matka mnie opuścili, Pan jednak mnie przygarnie" (Psalm 27, 10)
Świat świętuje dziś "walentynki" - "święto zakochanych". Torby listonoszy pewnie zawierały w tych dniach wiele kartek z wyznaniami miłości - choć tradycyjna poczta przegrała już dawno z elektroniką; wiele kin zorganizowało seanse z filmami o miłości; restauracje i kawiarenki też zyskały "sercowy wystrój"; są takie mosty w niektórych polskich miastach, gdzie poręcze są obwieszone kłódkami z symbolami miłości (cóż za dziwny nowy zwyczaj!) i dzisiaj pewnie przybyło wiele nowych... Ile z tych par, które dziś wpatrują się sobie w oczy z "miłością po wsze czasy" dotrwa do następnych "walentynek"? Ile przetrwa ze sobą kolejnych 10, 20, 30 lat? Ile będzie sobie wiernymi i będzie prawdziwą jednością przez całe swe życie? Człowiek często zwodzi i zawodzi i - jak śpiewa Gang Marcela -
"Złamano już tyle serc
Wspominać nawet żal
Tak wiele spadło łez..."

Wiecie, w ciągu tysiącleci, które minęły od pojawienia się człowieka, wiele razy raniliśmy Boga. Właściwie większa część naszych dziejów to odwracanie się od Boga, bunt i wszelkie możliwe grzechy. Każdego dnia serce Boga jest łamane po milionkroć, w drobniutkie kawałeczki, i jest On z pogardą odrzucany przez tych, których stworzył i miłuje. Ludzie potrafią się nawet znęcać nad Bogiem - bluźniąc Jego Imieniu i z rozmysłem czyniąc wszelkie zło. A On... trwa w swej miłości do człowieka pomimo wszystko; kocha tak samo, jak przed tysiącami lat, gdy w rajskim ogrodzie zamieszkali Adam i Ewa, pierwsi "utkani" przez Niego ludzie.

Relacja, nie religia

"Chrześcijaństwo nie jest religią, tak jak powszechnie rozumie się to słowo. Nie chodzi tu w pierwszym rzędzie o zewnętrzną formę, tradycje i ceremonie odprawianych nabożeństw, lecz o konkretną, jedyną Osobę oraz o nasz osobisty stosunek do Niej. Chodzi o Jezusa Chrystusa, o Syna Bożego, który niegdyś żył tutaj jako człowiek wśród nas, umarł na krzyżu Golgoty, trzeciego dnia powstał z martwych i obecnie żyje w Niebie. To od Niego zależy cały Twój i mój los. Człowiek, który nie przyjął go w wierze jako osobistego Zbawiciela, posiada jedynie bezwartościową zewnętrzną formę pobożności i zmierza na wieczne potępienie. Czyż nie byłoby to nieopisaną tragedią, gdyby dotknęło to właśnie CIEBIE?" (chrześcijański kalendarz "Dobry Zasiew", 8 stycznia 2016 r.)

Człowiek, który zachowuje tylko pozory wiary, który mówi o Bogu i sprawuje pewne obrzędy, ale nie wynika to z wiary, jest jak... wydmuszka. Może z zewnątrz nieźle wyglądać, nawet być pięknie "ozdobionym", ale Bóg nie patrzy na to, co jest na zewnątrz, lecz zagląda do środka. Nie jest ważne to, czy ty będziesz całe życie chodził w eleganckim garniturku z Biblią pod pachą, czy w niedzielę pójdziesz do kościoła i czy będziesz umiał fajnie mówić lub pisać o Bogu. Świat jest pełen pozorantów, którzy dobrze się prezentują, a nawet zajmują wysokie urzędy "duchowe", udzielają się w mediach, publikują książki o Bogu i wierze, a w środku są puści, bo wszystko oparte jest tylko na filozofii i wyuczonych doktrynach i praktykach religijnych. A tak naprawdę liczy się jedynie to, co masz wewnątrz, czy w tobie, w twoim sercu, żyje Chrystus! Tylko Jezus może wypełnić nasze życie treścią, która będzie pożyteczna i dla nas i dla innych ludzi wokół nas. Prawdziwe chrześcijaństwo to nie religia, lecz RELACJA.

czwartek, 11 lutego 2016

Wygrać z piekłem

"Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie. Najmilsi! Nie mścijcie się sami, ale pozostawcie to gniewowi Bożemu, albowiem napisano: Pomsta do mnie należy, Ja odpłacę, mówi Pan. (...) Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj" (List do Rzymian 12, 18 - 21)
"94-letni Reinhold Hanning, były strażnik obozu śmierci w Auschwitz stanie wkrótce przed sądem w Niemczech pod zarzutem udziału w zamordowaniu 170 tysięcy więźniów. Oskarżyciele twierdzą, że Reinhold Hanning towarzyszył przywożonym do obozu Żydom od chwili, gdy trafili do Auschwitz, aż do momentu, gdy eskortował ich wielokrotnie do komór gazowych. Sam Hanning przyznaje, że był obozowym strażnikiem jednak zaprzecza, by uczestniczył w masowych mordach" (źródło: Polska Times). "Z aktu oskarżenia wynika, że Reinhold Hanning wstąpił w lecie 1940 roku na ochotnika do elitarnej jednostki Waffen-SS. Brał udział w walkach na froncie, a w styczniu 1942 roku został odkomenderowany do oddziału wartowniczego w obozie Auschwitz. Esesman pełnił służbę w obozie Auschwitz I. Był też obecny przy przyjmowaniu transportów i selekcji więźniów kierowanych do obozu zagłady Birkenau" (źródło: TVN24).

Jeszcze kilka lat temu byli bezkarni. Dziś ruszył kolejny proces byłego esesmana 11 lutego 2016, 11:38 8 Jeszcze kilka lat temu byli bezkarni. Dziś ruszył kolejny proces byłego esesmana Foto: PAP/EPA/BERND THISSEN | Video: Archiwum Reuters Reinhold Hanning przed sądem Przed sądem w Detmold w zachodnich Niemczech rozpoczął się proces byłego strażnika w niemieckim obozie koncentracyjnym i zagłady Auschwitz-Birkenau. 94-letni były esesman oskarżony jest o pomocnictwo w zamordowaniu co najmniej 170 tys. osób. Z aktu oskarżenia wynika, że Reinhold Hanning wstąpił w lecie 1940 roku na ochotnika do elitarnej jednostki Waffen-SS. Brał udział w walkach na froncie, a w styczniu 1942 roku został odkomenderowany do oddziału wartowniczego w obozie Auschwitz. Esesman pełnił służbę w obozie Auschwitz I. Był też obecny przy przyjmowaniu transportów i selekcji więźniów kierowanych do obozu zagłady Birkenau. (http://www.tvn24.pl)

II wojna światowa to wciąż wielka rana w tym świecie. Nikt nie jest w stanie określić, jak wiele straciliśmy... Każda wojna to ogromne straty materialne, ogromne zniszczenie. Sprzątanie po II wojnie światowej trwa po dziś dzień, ale wyobraźcie sobie, że dotąd nie uporano się nawet z tym, co pozostało po I wojnie światowej - warto przeczytać niezwykle ciekawy artykuł o "Czerwonej Strefie" we Francji. "Łączną wartość strat materialnych, które poniosła Polska z powodu polityki niemieckiej III Rzeszy, oszacowano na 258 mld zł z sierpnia 1939 r. – równowartość 49 mld ówczesnych dolarów amerykańskich. Według Zarządu Rezerw Federalnych USA kwota 49 mld dol. z sierpnia 1939 r. odpowiadała w sierpniu 2014 r. kwocie 845 mld dol. (...) Ile wynosiłoby odszkodowanie tylko za zniszczenie Warszawy? W 2004 roku, na zlecenie nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego dokonano takich obliczeń. Rachunek, jaki wystawiono wówczas Niemcom opiewał na kwotę 45,3 mld dolarów" (źródło: Wawalove.pl) - a przecież wciąż ponosimy kolejne koszty, np. związane z usuwaniem niewybuchów, które należy do tej sumy doliczyć.

Jednak znacznie ważniejsi są ludzie - i tych strat nie da się oszacować w żadnych pieniądzach. Żadne pieniądze nie wyrównają nigdy cierpień tym, którzy przeżyli ani straty tych, którzy zostali pomordowani. Moi krewni też byli harcerzami, działali w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego, a na cmentarzu na wielkim pomniku upamiętniającym pomordowanych, jest nazwisko i mojego wuja. Zawsze też z szacunkiem patrzyłem na numer wytatuowany na ręce innej osoby z moich "kręgów rodzinnych". Wiadomo, że w obozach ginęli wielcy naukowcy, filozofowie, duchowni, ludzie wielkiego serca i rozumu. Ile by mogli dać światu, gdyby nie wojna i zagłada? A dzieci, które także ginęły? Iluż by spośród nich było wspaniałych i światłych ludzi, którzy mogli coś zmienić w tym świecie, gdyby nie wojna i zagłada? A kolejne pokolenia - przecież i w nich byłoby wielu wielkich ludzi, tak nam potrzebnych elit serca i rozumu! Ogrom tych strat jest równie nieobliczalny, co w przypadku czasu wieczność.

Każda wojna i wszelka przemoc są ogromną tragedią dla świata, i każdy, kto do nich się przyczynia, służy diabłu. Mam na myśli ludzi, którzy, wiedzeni w niewoli grzechu szaleństwem, uruchamiają potężną machinę zła; sami opętani, pomagają diabłu zniewolić umysły także innych ludzi, prowadząc całe narody do wojen i ludobójstwa. Z racji tego, że interesuję się historią, nieraz oglądam stare zdjęcia i filmy ukazujące Hitlera, jego przemówienia i reakcje tłumów. On potrafił mówić to, czego Niemcy chcieli słuchać, potrafił "hipnotyzować", potrafił stworzyć i sterować jedną z największych w dziejach machin ogłupiania ludzi, potrafił stać się dla nich... "bogiem". Tak! Zupełnie realnie oddawano mu boską cześć! Oglądając te stare dokumenty, jestem przekonany, że gdyby jego plany się powiodły, gdyby wygrał wojnę i umocnił III Rzeszę, gdyby w 1945 r. nie przyszło dla Niemców bolesne otrzeźwienie, nad jego grobem by postawiono "świątynię". Hitler swój naród - choć na szczęście nie cały - w ciągu kilku lat od dojścia do władzy, zmienił w... sektę! "Tajemnicą polyszynela" są zresztą powiązania hitleryzmu z neopogaństwem i okultyzmem, w które byli zaangażowani ludzie z najbliższego otoczenia Hitlera. Zawsze interesowała mnie tematyka sekt i hitleryzm miał wszelkie cechy sekty: autorytarne przywództwo (guru), obowiązująca doktryna, poczucie wyższości nad innymi, całkowite podporządkowanie się... Bóg stworzył piękny świat i cudownych ludzi, a diabeł zsyła na ludzi ostry obłęd, który służy zniszczeniu tego wszystkiego. I tak też w latach 30-stych XX wieku zawładnął Niemcami.

Pewien Słowak, którego najbliżsi zginęli w obozie w Oświęcimiu, właśnie wówczas, gdy służbę tam pełnił Reinhold Hanning, powiedział takie słowa: "Chętnie pojechałbym osobiście do Niemiec, nałożył linę na szyję tego drania i wieszałbym go raz za razem tak długo, póki by szyja nie pękła." Przeraża mnie to, bowiem pierwej, nim doszło do zbrodni na ogromną skalę, ofiarami stali się ci ludzie, którzy ich dokonali - bo nim uczynili zło innym, sami najpierw dostali się w szpony diabła, który obszedł się z nimi nadzwyczaj okrutnie. Niemcy nie są ani lepszym, ani gorszym narodem od innych. To, co się stało wśród nich, mogło się równie dobrze wydarzyć wśród nas - bo nie jesteśmy lepsi ani doskonalsi, nie jesteśmy świętsi ani mniej podatni na szatańskie wpływy, nie jesteśmy odporni na fanatyzm ani nie możemy być pewni, że nigdy nas szatan nie opęta i nie pojawi się wśród nas totalitaryzm podobny do hitleryzmu. Być może się to komuś nie spodoba - a może nawet wielu - ale gdy oglądam zdjęcia z obozów zagłady, czy w ogóle z czasów wojny, to jednakowo żal mi tych ludzi, którzy wegetując w obozach już za życia przypominali szkielety, ale także ich katów - bo ten, którego serce opanował i zniszczył diabeł nie jest godny pogardy, ale współczucia. Oni niszczyli innych, bo sami najpierw zostali zniszczeni. Przeraża mnie fakt, że nienawiść i chęć zemsty przetrwały tak bardzo długo - że po 70 latach w sercach zbyt wielu ludzi, już nawet kolejnych pokoleń, nie ma przebaczenia, a pragnienie "wyrównania rachunków". To tylko pokazuje, jak mocny jest szatan!

Apostoł Paweł poucza: "...bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich" (List do Efezjan 6, 12). Jeśli, sami doznawszy krzywdy, zwracamy się przeciwko temu człowiekowi, od której jej doświadczyliśmy, współdziałamy z... diabłem, który zawładnął jego sercem i niszczy go. Hitler przegrał wojnę, ale szatan wciąż odnosi zwycięstwa. Jeśli w ludzkich sercach jest wciąż nienawiść i chęć odwetu, pogarda dla tych nielicznych już, którzy z miłością słuchali swojego führera szatan wciąż wygrywa. Jeśli w naszych sercach nie ma przebaczenia, to znak, że przegrywamy w wojnie, która wciąż trwa. Tylko wówczas, gdy przebaczamy i kochamy ludzi mimo wszystko, szatan ponosi dotkliwą porażkę! I choć w całym tym wpisie skoncentrowałem się na pewnych wydarzeniach z naszych dziejów, to już nie chodzi tylko o historię, lecz o zwyczajne codzienne życie tu i teraz, bo przecież i dziś doświadczamy wiele zła i każdego dnia ktoś kogoś krzywdzi. Przebaczając bliźniemu, mówimy tym samym w kierunku piekła: "szach - mat, szatanie!" A reszta to już sprawa Boga...

środa, 10 lutego 2016

Droga do Boga

"Przeto poddajcie się Bogu, przeciwstawcie się diabłu, a ucieknie od was. Zbliżcie się do Boga, a zbliży się do was. Obmyjcie ręce, grzesznicy, i oczyśćcie serca, ludzie o rozdwojonej duszy. Biadajcie i smućcie się, i płaczcie; śmiech wasz niech się w żałość obróci, a radość w przygnębienie" (List Jakuba 4, 7 - 9)
Wracam dziś do tego, co napisali autorzy mojego ulubionego kalendarzyka "Dobry Zasiew" do rozważania na dzień 2 stycznia br.: "...droga do poznania Boga zaczyna się od szczerości." Musisz obejrzeć sobie, jakie jest twoje życie; musisz zrozumieć, że twoje sumienie jest obciążone przez liczne "kamienie" zła i że ich ciężar pcha cię do piekła; musisz w końcu zrozumieć, że twoją jedyną nadzieją jest Chrystus i jeden po drugim złożyć u jego stóp wszystkie te "kamienie" grzechów, nie tając ani jednego, każdy po kolei okazując Bogu i nazywając zgodnie z tym, czym jest.

W swym życiu popełniłem bardzo wiele zła. Niektóre grzechy "wyłaziły na wierzch" i było mi wówczas bardzo wstyd: "Ooops! Ale wpadka! Trzeba się lepiej pilnować na drugi raz, aby nie było wstydu znowu." Innych nie wyznałem nigdy nikomu - nie byłem przecież aż tak szalony, aby być aż tak szczerym! Od czasu do czasu była rytualna spowiedź, po której można było się poczuć lepiej: "Teraz aby do niedzieli, żeby można było do komunii pójść... Może do kolejnej też jakoś dociągnę..." Pamiętam, jak bardzo się starałem "odfajkować" tzw. "dziewięć pierwszych piątków miesiąca", by... nie musieć później się już tak bardzo przejmować grzechami! Pamiętam, jak "bardzo ważne" było, aby się wyspowiadać, by mieć wpis na karteczce - najpewniej było się wyspowiadać tuż przed piątkową mszą. I tak - o ile dobrze pamiętam - nigdy nie udało mi się tych dziewięciu piątków zaliczyć, a gdy jakiś "umknął", trzeba było zaliczać od nowa. Choć po spowiedziach czułem chwilową ulgę, to "kamieni" w mym sercu nie ubywało - opadała na nie tylko taka jakby "zasłonka", która się z czasem (zwykle dość szybko) rozwiewała. Mówiono w konfesjonale: "Bóg odpuszcza tobie grzechy, idź w pokoju", ale to nie była prawda, tylko "rytuał oczyszczający" - pusty i najzupełniej nieskuteczny. Grzechy jak leżały, tak leżały - aż znienawidziłem samego siebie za ten ciężar - i trzeba było dopiero, zamiast do konfesjonału, pójść pod krzyż Chrystusa i tam je jeden o drugim złożyć, nazywając każdy z nich po imieniu i okraszając je łzami skruchy, by serce wreszcie było wolne.

Nie zna Boga ten, kto pierwej nie poszedł - w sensie czysto duchowym - na Golgotę, by tam złożyć swe grzechy. Do Boga nie można się zbliżyć inaczej, jak tylko przez krzyż, na którym On sam umarł za nas. Do Boga nie można się zbliżyć inaczej, jak tylko wpierw oczyściwszy swe zniszczone przez "głazy" grzechu serce w Jego świętej krwi, która za nas została przelana na krzyżu. A bez zbliżenia, nie można poznać Boga - co najwyżej tylko "coś niecoś" o nim wiedzieć. Czasem ktoś kogoś pyta: "Znasz może Jana Nowaka?" i dostaje odpowiedź: "A tak ze słyszenia..." Taka sama to też "wiedza" o Bogu u kogoś, kto nigdy nie poszedł pod krzyż, by tam opróżnić swoje serce z "kamlotów"! Wielu mówi: "Boga nie ma!", albo mówią lub piszą na temat Boga jakieś głupoty - a to dlatego, że wiedza ich jest znikoma a serce ciężkie, bo nigdy nie poszli drogą na Golgotę, by tam spocząć i zapoznać się z Panem. Bóg nie ucieka, ani też nie ukrywa się przed człowiekiem - to raczej człowiek ucieka i ukrywa się przed Bogiem, jak Adam i Ewa w raju. "Mission impossible", bo Bóg i tak wszystko wie i wszystko widzi! Bóg nie jest nieprzystępny - On zachęca człowieka do zbliżenia; wzywa każdego i czeka na pierwszy krok człowieka ku Niemu, akt woli i skruchy serca...

Jezus mówi: "Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest miłe, a brzemię moje lekkie" (Ewangelia Mateusza 11, 28 - 30).

Ateizm vs chrześcijaństwo


Człowieku! Nigdy nie lekceważ Boga, Biblii i wiary! Bóg istnieje i niebo też istnieje, a Słowo Boże jest drogowskazem, jak żyć w tym życiu tak, by po śmierci podreptać do nieba. Wśród licznych wspaniałych darów bożych, danych człowiekowi, są też: lotny umysł i... cięte poczucie humoru. :) A wiecie, jaka jest różnica między chrześcijanami a ateistami? Otóż my WIEMY, że Bóg jest, a ateiści ZAKŁADAJĄ, że Boga nie ma! :)

wtorek, 9 lutego 2016

Dobry polityk - miłujący sługa

"Jezus, przywoławszy ich, rzekł: Wiecie, iż książęta narodów nadużywają swej władzy nad nimi, a ich możni rządzą nimi samowolnie. Nie tak ma być między wami; ale ktokolwiek by chciał między wami być wielki, niech będzie sługą waszym. I ktokolwiek by chciał być między wami pierwszy, niech będzie sługą waszym. Podobnie jak Syn Człowieczy nie przyszedł, aby mu służono, lecz aby służył i oddał życie swoje na okup za wielu" (Ewangelia Mateusza 20, 25 - 28)
"Tylko niewolnicy i szaleńcy nie interesują się polityką, im wszystko jedno jak żyją" (Jacek Dukaj, "Inne pieśni"). Ten cytat zobaczyłem wczoraj "na dzień dobry" na Facebooku i przez cały dzień nie dawał on mi spokoju. Często podkreślam, że jestem zupełnie apolityczny, bo żadne z istniejących ugrupowań mi nie odpowiada, a poczynania polityków zbyt często wywołują u mnie tylko obrzydzenie. Co więcej, obserwuję, że polityczne zaangażowanie coraz częściej prowadzi ludzi w złym kierunku - gubią nie tylko "kręgosłup moralny", ale też tracą bez sensu zdrowie, zbytnio się emocjonując tym, co czynią "elity", co kto mówi i co kto robi. Jest wielu bardzo pobożnych ludzi - w tym nawet księża czy też pastorzy - którzy tak żyją polityką, że gdzieś im się w tym życiu zagubiło: "Będziesz miłował bliźniego swego, jak siebie samego" (List do Galatów 5, 14). Czasem mam ochotę krzyczeć: ludzie, czyż Jezus nie umarł tak samo za nich, jak za was, czy nie tak samo ich miłuje? Patrząc na to, jaka jest polityka i co robi z ludźmi, widzę w tym... wielki obłęd i nie chcę w tym uczestniczyć. Ale z drugiej strony jeśli pragnę iść do nich i nawoływać, by przestali się ze sobą kłócić i by spojrzeli na Jezusa, jeśli pragnę dobrych zmian w naszej polityce i życiu naszego narodu, radykalnego zwrotu ku Ewangelii i wartościom, których nauczał Jezus Chrystus,, to... jest to chyba jednak także polityka. pewnie więc jednak nie jestem aż tak radykalnie apolityczny, jak sądzę.


Dość długo myślałem, jakie cechy powinien mieć dobry polityk. Z pewnością powinien mieć wiedzę o kraju. Powinien wiedzieć, jak funkcjonuje gospodarka i czego potrzeba ludziom. Powinien mieć mądrość niezbędną do sprawowania władzy i przemyślaną koncepcję co i jak można uczynić, by w kraj rozwijał się i by ludziom żyło się coraz lepiej. Z pewnością powinien być człowiekiem uczciwym i nie zachłannym na pieniądze, dla którego własność narodu byłaby święta, który nie brałby więcej, niż mu się należy i dbał o pomnażanie i najlepsze możliwe wykorzystanie tego, czym naród dysponuje. Powinien być człowiekiem... dbającym o własny interes, ale (uwaga!) własny, jako jednego z obywateli; troszczącego się o dobro narodu, by samemu z dobra tego korzystać i móc zyskiwać coraz więcej, ale na równi z innymi, jako członek narodu, któremu służyć powinien. Powinien być człowiekiem ideowym i "z zasadami", nieugiętym w tym, co dobre i słuszne, a jednocześnie otwartym i zawsze gotowym do dialogu, nie krzykaczem, który by wyśmiewał, lżył, gwizdał i buczał, gdy pojawiają się i przemawiają inni. Parlament nie może przypominać podrzędnej knajpy, a parlamentarzyści jej bywalców. Cieszyłbym się, gdyby do polityki wchodzili tylko prawdziwi dżentelmeni i prawdziwe damy! Politycy powinni umieć mówić, co myślą, ale też powinni wiedzieć, kiedy "ugryźć się w język". Powinni zawsze zwracać się ku narodowi, nie przeciw niemu - pamiętając przy tym, że naród to nie tylko ich zwolennicy, lecz także przeciwnicy, i że o tych drugich mają dbać tak samo, jak o tych pierwszych, "swoich".

W mojej opinii są dwie nadrzędne cechy dobrego polityka: pokora i miłość. Każdy, kto chce się angażować w politykę, powinien najpierw przyjrzeć się sobie i zastanowić się: czy jestem dostatecznie pokorny, by być dobrym politykiem i czy kocham dostatecznie mocno, by autentycznie służyć innym z miłością? Polityk, który sięga po władzę - czy raczej któremu władza jest dana od Boga i ludzi - powinien mieć przede wszystkim serce pokornego sługi, miłującego swego pana - naród i jego dom - kraj. Powinien dbać o pomnażanie majątku swego pana - narodu i umacnianie i rozbudowę jego domu - kraju. Politycy powinni pod tym względem być dokładnie tacy, jak dobrzy i wierni słudzy z Jezusowej przypowieści, którzy by powierzone sobie pieniądze swego pana pomnażali (Ewangelia Mateusza 25, 14 - 30). Ja bardzo bym chciał, gdyby z sejmowej trybuny padały tylko słowa pełne szacunku, miłości i troski, gdyby można było usłyszeć: "nie zgadzam się, ale szanuję waszą opinię", "doceniam i przyjmuję z pokorą krytykę", "tak, źle myślałem i źle zrobiłem", "moi kochani"... Tak bardzo bym pragnął, by każde polityczne wystąpienie było wyrazem miłości do kraju i ludzi!

Od dawna, gdy widzę w TV parlamentarną salę obrad, zazwyczaj szybko zmieniam kanał, by nie musieć cierpieć, słysząc to, co płynie z tej sali i szczególnie z mównicy. Bo zbyt często do głosu dopuszczani są co prawda posłowie, ale ich ustami przemawia tak naprawdę... sam diabeł! Serce moje się wyrywa na tą mównicę, by wykrzyczeć: "Opamiętajcie się i nauczcie się kochać siebie nawzajem! Budujcie, a nie niszczcie!" Co jest naszym największym problemem? To, że jesteśmy biedni i zadłużeni? Że gospodarka ma się tak, jak się ma? Że przemysł, media, banki i handel są w obcych rękach? Że majątek narodowy stopniał i topnieje nadal przez lekkomyślnośc tych, którym został powierzony zarząd nad nim? To wszystko są z pewnością istotne problemy, które powinny być przedmiotem naszej troski. Ale największym problemem jest diabeł na sejmowej mównicy (i nie tylko na niej, bo i w innych wystąpieniach polityków też przemawia, ale niechże ta mównica będzie symbolem całości), skryty głęboko w ludzkich sercach - diabeł, który działa, by niszczyć kraj i skłócać ludzi, by jeden występował przeciwko drugiemu i robił z niego "szmatę", pomiatając nim i lżąć. 

My wszyscy powinniśmy uczyć się miłować i poskramiać własny umysł i serce. Pewnie, że nikt z nas nie osiągnie w tym nigdy doskonałości. Jednak możemy się doskonalić - każdego dnia klękając do modlitwy, robiąc "rachunek sumienia" przed Bogiem, pochylając się nad Słowem Bożym i słuchając tego, co mówi do naszego serca Bóg, który chętnie pochwali to, co zrobiliśmy dobrze, a wskaże to, w czym uchybiliśmy i co musimy naprawić. Nikt z nas nie ma nad głową tylko aureolki świętości - raz ona zabłyśnie, a raz "wychodzą nam różki" i każdy dzień to jest zawsze duchowa walka o prawość serca i umysłu, walka z tym, który te "różki" nam doprawia, byśmy się stawali jemu podobni. "Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich" (List do Efezjan 6, 12). Dobrze by jednak było, gdyby do rządzenia nami zabierali się tylko ci, którym się sztuka miłowania i szczerego, bezinteresownego służenia bliźnim udaje lepiej, niż innym. Dobry polityk powinien być miłującym lud sługą - choć brzmi to pewnie utopijnie, jeśli widzimy nasze realia.

Żyj zdrowo!

"Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, ale duszy zabić nie mogą; bójcie się raczej tego, który może i duszę i ciało zniszczyć w piekle" (Ewangelia Mateusza 10, 28)
W moim mieście otwarto niedawno nowy sklep ze zdrową żywnością. W innym miejscu miasta podobny sklep działa już od czterech lat. Coraz częściej także w sklepach "wielkopowierzchniowych" są działy ze zdrową żywnością. Żyjąc wśród ludzi, rozmawiając z nimi, zauważam, że coraz więcej osób przywiązuje znaczenie do tego, co spożywają i w jakiej są kondycji. Nawet doradzają: powinieneś ograniczyć te produkty, a spożywać więcej tych, a tych to w ogóle unikaj... Biegają, chodzą "z kijkami", pływają, jeżdżą na rowerze, nawet "morsują" (oj, jak widzę ludzi kąpiących się w przeręblach, to... brrrrrrr!). Bardzo pięknie! I to, że się troszczą o innych i doradzają jak żyć zdrowiej, też jest chwalebne. Gdyby tylko z równym zapałem, co o ciało, troszczyli się w swe dusze! Możesz być wysportowany i zdrowo się odżywiać - i ma to z pewnością wpływ na to, jak się czujesz i możesz uchronić się przed wieloma dolegliwościami, ale... i tak kiedyś umrzesz, a wówczas nie będzie miała żadnego znaczenia kondycja twojego ciała, a jedynie kondycja twojej duszy!

W zacytowanym na wstępie fragmencie Jezus mówił o prześladowaniach, jakich doświadczą uczniowi, ale też pokazuje, że dusza ma znacznie większe znaczenie, niż ciało. Nasze ciało i tak jest skazane na zniszczenie. Ono stopniowo coraz gorzej funkcjonuje już za naszego życia, a nadejdzie taki moment (o ile Pan nie przyjdzie pierwej), że nasze serce zatrzyma się, a wszystko to, o co tak się troszczyliśmy - uprawiając sporty i zdrowo się odżywiając - rozsypie się i pozostanie tylko dusza, która będzie czekała jakby w uśpieniu na powrót Pana. Dobrze czyni ten, kto dba o zdrowie i życie, ale źle czyni ten, kto dba o zdrowie i życie, lecz nie troszczy się o stan swojej duszy, żyjąc w grzechu, jakby Boga nie było i jakby zasady moralne ustanowione przez Boga nic nie znaczyły. Miliony ludzi, którzy prowadzili bardzo niezdrowy tryb życia, będzie zbawionymi, bo kochali Pana i pielęgnowali własną duszę poprzez posłuszeństwo Jego Słowu i modlitwę - dostaną ciała nowe, piękne i zdrowe. Miliony innych, którzy każdy dzień zaczynali od biegania, bardzo dbali o to, co mają na talerzu, a wieczorem chodzili na basen lub siłownię pójdzie na zatracenie z powodu swej zaniedbanej duszy, zachwaszczonej przeróżnymi grzechami - ich ciała zostaną zniszczone.

Wniosek? Chcesz mieć piękne i zdrowe ciało po wsze czasy? Pielęgnuj swoją duszę! Ciału dobrze zrobi godzina uprawiania sportu każdego dnia - duszy dobrze zrobi godzina modlitwy każdego dnia. Ciału dobrze zrobi zdrowe odżywianie - duszy dobrze zrobi medytacja nad "pokarmem duchowym", Słowem Bożym. Co więcej: już dawno udowodniono, że dobra kondycja duchowa, pobożne życie, przekłada się też na nasze zdrowie i życie doczesne.

piątek, 5 lutego 2016

Droga poza kres dróg

Od długiego czasu nie mam pracy - ile razy składam "papiery", tyle razy albo jest milczenie, albo odpowiedź w stylu: "niestety, w chwili obecnej nie mamy właściwej dla pana oferty", "aktualnie nie możemy pana zatrudnić, odezwiemy się", itp. Pieniędzy prawie nie ma a wokoło same pozamykane drzwi! Krótko mówiąc sytuacja bez wyjścia - "tylko siąść i płakać", skoro zdaje się nie być żadnej nadziei i żadnej drogi, którą można by pójść dalej.

Wiele wieków temu w pewnym miejscu w Egipcie tysiące ludzi znalazło się w sytuacji bez wyjścia. "Egipcjanie ścigali [Izraelitów], wszystkie konie i wozy faraona, jego jeźdźcy i jego wojsko, i dogonili ich obozujących nad morzem, koło Pi-Hachirot naprzeciw Baal-Safon. A gdy faraon się zbliżył, synowie izraelscy podnieśli oczy swoje i ujrzeli, że Egipcjanie ciągną za nimi, i zlękli się bardzo. Wołali tedy synowie izraelscy do Pana, a do Mojżesza rzekli: Czy dlatego, że w Egipcie nie było grobów, wyciągnąłeś nas, abyśmy pomarli na pustyni? Cóżeś nam to uczynił, wyprowadzając nas z Egiptu? Czyż nie mówiliśmy ci wyraźnie w Egipcie: Zostaw nas w spokoju, chcemy służyć Egipcjanom. Lepiej bowiem nam było służyć im, niż umierać na tej pustyni." (2. Księga Mojżeszowa 14, 9 - 12). Przed sobą mieli Morze Czerwone, za sobą potężną armię faraona. Wiedzieli, że przez morze nie zdołają uciec nie mając statków; uciekną w prawo, to armia faraona ich zagarnie; uciekną w lewo - będzie dokładnie tak samo. Mieli świadomość, że wielu z nich zginie, a reszta popadanie w znacznie gorszą niewolę, niż ta, którą cierpieli dotąd. W sytuacji bez wyjścia ludzie często "upadają na duchu", załamują ręce i myślą: już nic się nie da zrobić, nic i nikt nam nie pomoże. Czasem popadają w to tak głęboko, że już nawet nie narzekają i tylko w ciszy i smutku czekają kresu, żeby już się zdarzyło, cokolwiek ma się zdarzyć.

Doskonale rozumiem Izraelitów, którzy mieli przed sobą wielką niewiadomą, a za sobą domy i sytuację, która wprawdzie była kiepska, ale przynajmniej stabilna. Liczyli może na to, że skoro prowadzi ich Mojżesz, a ten słucha Boga, to wszystko pójdzie łatwo i szybko, bez żadnych przeszkód. Bóg był gotów poprowadzić ich najkrótszą drogą do ziemi Kanaan, dlatego właśnie kazał im skierować się na morski brzeg, a raczej zatoki, zwanej dziś Zatoką Suezką. Raz, by zaoszczędzić im męczącego marszu wokół niej, a dwa, by jej wodami oddzielić ją od ścigających ich Egipcjan - na drugim brzegu wprawdzie wciąż nie byliby bezpieczni, ale musiałoby minąć soro czasu, nim by tam dotarło faraonowe wojsko lub choćby rozkazy. Bóg oczywiście mógł od razu przed nadciągającymi Izraelitami zrobić przejście pomiędzy morskimi wodami. Jednak nie uczynił tego. Gdy o tym myślę, przychodzą mi do głowy dwa powody. Przede wszystkim była to próba dla ludu, czy potrafi mu bezgranicznie zaufać. Poza tym miał być to dla nich dowód mocy Boga - że nie dzięki ludzkiej przebiegłości swych przywódców, ale dzięki Bogu tylko są wolni. Bóg wiedział, że nie zaliczą tego testu i że przy kolejnych pójdzie im równie słabo - i że zamiast ich prowadzić ich miesiąc lub dwa najprostszą drogą, będzie musiał ich wodzić 40 lat po pustyni, by ich czegokolwiek nauczyć. Myślę, że tego właśnie Bóg chciał nauczyć ludzi, by w sytuacji bez wyjścia potrafili zdać się na swego Pana, całkowicie ufając swemu Bogu.

"Na to rzekł Mojżesz do ludu: Nie bójcie się, wytrwajcie, a zobaczycie pomoc Pana, której udzieli wam dzisiaj. Egipcjan, których widzicie teraz, nie będziecie już nigdy oglądać. Pan będzie walczył za was, a wy będziecie spokojni. Pan rzekł do Mojżesza: Czemu głośno wołasz do Mnie? Powiedz Izraelitom, niech ruszają w drogę. Ty zaś podnieś swą laskę i wyciągnij rękę nad morze i rozdziel je na dwoje, a wejdą Izraelici w środek na suchą ziemię. (...) Mojżesz wyciągnął rękę nad morze, a Pan cofnął wody gwałtownym wiatrem wschodnim, który wiał przez całą noc, i uczynił morze suchą ziemią. Wody się rozstąpiły, a Izraelici szli przez środek morza po suchej ziemi, mając mur z wód po prawej i po lewej stronie. Egipcjanie ścigali ich. Wszystkie konie faraona, jego rydwany i jeźdźcy weszli za nimi w środek morza" (2. Księga Mojżeszowa 14, 13 - 16 i 21 - 23). Choć Izraelitom wydawało się, że nie ma żadnego wyjścia z ich fatalnej sytuacji, Bóg miał przygotowane rozwiązanie. Otworzył im drogę tam, gdzie nigdy by się jej nie spodziewali. Bóg rozsunął wody morskie, pokazując ludziom, że może dopomóc w najtrudniejszym nawet położeniu. Gdyby ich droga do ziemi Kanaan prowadziła nie przez morze, lecz przez góry i przez głęboki, ślepo zakończony kanion, Bóg rozsunąłby skały. Niektórzy powątpiewają, czy faktycznie tak było i szukają racjonalnych wyjaśnień, ale skoro Bóg stworzył ten świat, stworzył też wodę, to jest panem nad wodą, i jeśli stworzył skały, to jest panem nad skałami i może z nimi wszystko uczynić. Bóg, który wszystko może i zawsze ma dla człowieka dobre wyjście z najgorszej nawet sytuacji.

Tak! Gdy jesteśmy w sytuacji bez wyjścia i czujemy się zagubieni i zalęknieni, Bóg ma dla nas przygotowaną drogę wyjścia! Jeśli znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia, potrzebujemy zwrócić się z tym do Boga, bo On ma dla nas zawsze jakąś drogę. Jeśli wciąż nie widzimy wyjścia ze swojego kryzysu, pielęgnujmy w sobie wciąż zaufanie do Boga i módlmy się dalej. Może największym błędem, jaki robimy, jest to, że koncentrujemy się na naszym wielkim problemie i o nim myślimy, i to wpędza nas w rozpacz, i widzimy głównie ten problem. A trzeba patrzeć nie na wielki problem, lecz na wielkiego Boga, który ma dla nas wielkie rozwiązania, które mogą przekraczać granice naszych wyobrażeń i może otworzyć dla nas drogę nawet tam, gdzie zdaje się żadnej drogi dla nas nie być. A może po to miewamy wielkie problemy, by potem wielka chwała była oddawana Bogu?