czwartek, 21 stycznia 2016

Jak siebie samego

"Albowiem cały zakon streszcza się w tym jednym słowie, mianowicie w tym: Będziesz miłował bliźniego swego, jak siebie samego" (List do Galatów 5, 14)
Czasem, gdy pojawia się w rozmowach kwestia różnych grzechów, gdy mówię / piszę: "dla Boga jest to obrzydliwością i grzechem" i wyrażam zniesmaczenie czynami, spotykam się z odpowiedzią: "Przecież wy macie miłować bliźniego, więc jak możecie nas nazywać grzesznikami i mówić, że to jest ohyda?!" Chrześcijanin, który - będąc świadomym prawdy - nie mówiłby o grzechu i nie nazywał spraw "po imieniu" byłby jak ratownik, który widząc tonącego... pomachałby do niego i krzyknął: "Eeeejjj! Fajnie, że jesteś tam, gdzie jesteś! Najlepszego!" Gdy ktoś się topi, nie potrzebuje w tym momencie kogoś, kto się przyjaźnie uśmiechnie i pomacha mu, ale kogoś, kto rzuci mu koło ratunkowe, którego będzie mógł się uchwycić. Miłość bliźniego nie przejawia się tym, że pozwolimy mu utonąć, ale tym, że będziemy próbowali go ratować. Nasza misja: rzucać "koło ratunkowe" - PRAWDĘ, nigdy zaś "kamienie" obelg! Problem w tym, że prawda - Boże spojrzenie na sprawy - są często trudne dla ludzi i są odrzucane, ludzie wybierają dobrowolnie dalsze tonięcie w grzechu - i to jest wielka tragedia!

Jest jeszcze owo "jak siebie samego". Bóg dobrze zna naszą słabość do siebie samych - żeby mi było dobrze i wygodnie, żebym ja miał korzyści. Bóg mówi: dbaj o innych, jak o siebie i postępuj z innymi tak, jak sam tego oczekujesz od innych względem siebie, będziesz czynił mu dobro, nie będziesz wyrządzał zła. Czy zauważyliście, że Bóg wcale nie zabrania, byśmy dbali o własne dobro? Wprost przeciwnie - jeśli mamy miłować bliźnich, jak siebie samego, to znaczy, że i sami siebie mamy miłować i czynić dobro samemu sobie, jednak nie kosztem innych i w poszanowaniu Bożego Prawa. W odniesieniu do problemu miłości bliźniego - grzesznika, ten urywek też można zinterpretować ciekawie, choć zupełnie niestandardowo. Mianowicie oznacza on konieczność ustawicznego dbania o własną kondycję duchową, ciągłej pracy nad własnymi grzechami i oczyszczania się, poddawania się "obróbce" przez Boga. Jeśli ratownik nie umie pływać i nie ma kondycji, bo zaniedbał samego siebie duchowo, nikogo nie uratuje. Dlatego musimy wymagać przede wszystkim od siebie - a do tego potrzeba pokory i mocnego radykalizmu. Nie może być tak, że będziemy tylko wszystkich wokół pouczać, jak mają oni żyć, lecz sami musimy poddawać siebie wciąż "ociosywaniu" i formowaniu przez Boga. Miłość własna i dbanie o własne dobro wymaga więc wielkiej pokory i duchowej dyscypliny!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz