niedziela, 31 stycznia 2016

Nie jesteśmy dziełem przypadku

Oczywiście jest wielka różnica pomiędzy aparatem i obiektywem a ludzkim okiem. Mają one odmienną konstrukcję - oko, w odróżnieniu od aparatu, ma nieliniowy układ elementów światłoczułych. Z tego powodu nie da się ich bezpośrednio porównać i przeliczyć pikseli - i ustalenie rozdzielczości dla ludzkiego oka może być dokonane tylko w przybliżeniu i w sposób być może dość umowny. Jednak bez wątpienia oko jest znacznie doskonalszym narządem niż jakiekolwiek urządzenie skonstruowane przez człowieka. Oczywiście technika dostarczyła nam instrumentów, które wspomagają oko i pomagają zobaczyć więcej - okulary, mikroskopy, teleskopy, itp. - ale one wszystkie nie zdałyby się nam na nic bez naszego doskonałego oka. Czy oko mogło powstać na skutek ewolucji? Nie, ponieważ jest narządem nieredukowalnie złożonym, tzn. póki nie byłoby w pełni wykształcone, nie spełniałoby swojej funkcji! Podobnie zresztą nie spełniałyby swojej funkcji matryca i optyka aparatu czy kamery video, gdyby brakowało w nich choćby niewielkiego elementu! Jeśli więc do stworzenia działającego, rejestrującego obrazy urządzenia potrzeba było sztabu utalentowanych i uczonych twórców, to jakąż naiwnością jest wierzyć, że oko mogło powstać na drodze ewolucji, w skutek stopniowych przemian?

Cóż, mam zbyt racjonalny umysł, by wierzyć, że oko - i wszystkie inne elementy naszych ciał a także całego otaczającego nas świata - są dziełem nieskończonej liczby następujących po sobie przypadków. Mam zbyt racjonalny umysł, by nie wierzyć w inteligentnego Stwórcę, Boga! Wiedza i analiza faktów, a nie tylko sama wiara, prowadzą do wniosku: Bóg istnieje! My natomiast nie jesteśmy dziełem przypadku, lecz Jego arcydziełem! "Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie..." (Psalm 139, 13 - 14).

Jak zwierzęta?

"Potem rzekł Bóg: Niech wyda ziemia istotę żywą według rodzaju jej: bydło, płazy i dzikie zwierzęta według rodzajów ich. I tak się stało. I uczynił Bóg dzikie zwierzęta według rodzajów ich, i bydło według rodzaju jego, i wszelkie płazy ziemne według rodzajów ich; i widział Bóg, że to było dobre. Potem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas i niech panuje nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad bydłem, i nad całą ziemią, i nad wszelkim płazem pełzającym po ziemi. I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich" (1. Księga Mojżeszowa 1, 24 - 27)
Ile razy toczy się rozmowa wokół problemu, jakim jest homoseksualizm, tyle razy ktoś stwierdza, że "homoseksualizm jest naturalny, bowiem jest obserwowany nawet wśród zwierząt". Owszem, wśród zwierząt dochodzi do zachowań homoseksualnych, choć jest to - jak stwierdzają zoolodzy - incydentalne, nie stałe. Powoływanie się na świat zwierzęcy jest jednym z elementów rozbudowanego systemu psychomanipu-lacji, masowego "prania mózgu". Przykładów ze świata zwierzęcego używa się w typowo "gebbelsowski" sposób, według zasady "kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą". Tymczasem zoolodzy tą propagandę nazywają nadużyciem. O, jakże wielką tragedię przeżyli ci ludzie, gdy w pewnym amerykańskim zoo rozpadł się "ikonowy" homoseksualny związek dwóch pingwinich "panów", gdyż na wybiegu pojawiła się "panienka"! Ta antynaukowa propaganda jest irytująca, ale tym, co w niej jest najobrzydliwsze i najbardziej obraźliwe, jest zrównywanie człowieka ze zwierzętami. 

Gdy czytam, że skoro homoseksualizm występuje wśród zwierząt, to trzeba go też zaakceptować wśród ludzi, wzbiera we mnie gniew. Bowiem jest wielka przepaść pomiędzy zwierzętami a człowiekiem - bowiem człowiek, to jest KTOŚ, a zwierzę to jest COŚ, chociaż nie jest rzeczą. Nikt przy zdrowych zmysłach, gdy widzi zwierzę, którego nie zna, nie pyta: "kto to jest?", ale: "co to jest?" Zwierzęta bywają bardzo inteligentne, a nawet mają swój charakter, coś na kształt osobowości, ale nigdy nie dorównają człowiekowi i choćby minął kolejny milion lat, człowiek pozostanie człowiekiem, a zwierzę zwierzęciem. Człowiek jest obdarzony wieloma szczególnymi cechami, które pozwalają mu być tym, kim jest. Jest istotą rozumną i kreatywną, zdolną nawet do abstrakcyjnego myślenia. Potrafimy kreować swój świat, czego nie potrafią zwierzęta. Potrafimy kierować samymi sobą, swoim rozwojem i zasadami postępowania - tego także nie potrafi żadne zwierzę! Pamiętam zabawną scenę z pewnym wilczurem, który zerwał się panu ze smyczy, pogonił za suką i dopadł ją gdzieś w krzakach... Bo taka jego natura! A mężczyznę, który by zrobił to samo z kobietą uwięziono by jako gwałciciela i zakwalifikowano jako zboczeńca! Jeśli świat zwierzęcy ma być dla nas przykładem tego, co naturalne i co powinno być akceptowane wśród ludzi, to dlaczego mam akceptować homoseksualizm, a nie mam akceptować gwałtu i przemocy, który jest równie naturalnym w świecie zwierząt? Zwierzęta się także zabijają - czy mamy więc akceptować też zabójstwa, jako "społeczną normę"? Jeszcze taka myśl: skoro sami homoseksualiści i ich sympatycy tak ochoczo powołują się na świat zwierzęcy, jako doskonały przykład "naturalności", to chyba nie powinni się także obrazić, gdy homoseksualizm nazwie się... zezwierzęceniem. A może jednak jest to dla nich uwłaczające porównanie?

Zacytowałem na wstępie biblijny opis stworzenia świata, bowiem w nim właśnie znajdujemy bardzo wyraźne rozróżnienie pomiędzy zwierzętami a ludźmi.  Słowo Boże już od pierwszych wersetów wskazuje na szczególną godność człowieka. Posiadamy ciało, które funkcjonuje na podobnych zasadach, jak ciała zwierzęce - szkielet, mięśnie, krwioobieg, przeróżne narządy... Mamy też instynkt. Lecz na tym podobieństwa się kończą! Podczas gdy zwierzęta są istotami cielesnymi, człowiek jest istotą duchowo - cielesną. I to właśnie w tej "duchowej części" jest wszystko to, co składa się na nasze człowieczeństwo: zdolność myślenia (choć niezbędny do tego jest także fizyczny mózg, to jednak kieruje tym duch), kochania, samoświadomość... Mamy wolną wolę. Mamy zdolność kierowania swoimi czynami i samokontroli. Potrafimy rozróżnić dobro od zła - choć potrzebowaliśmy pomocy Boga, aby odpowiednio poszczególne czyny kwalifikować na podstawie Jego opinii. Niestety jedno nas także różni - człowiek jest zdolny do grzechu, do bezmyślnego lub rozmyślnego czynienia zła. Potrafimy okiełznać własne ciało i chucie. Kieruje nami rozum, a nie instynkt i żądze. 

O żadnym innym stworzeniu Bóg nie powiedział, że jest na Jego podobieństwo! Nie powiedział tak nawet o małpach człekokształtnych, tak podobnych pod wieloma względami do człowieka. Słowa: "Potem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas..." są mocnym świadectwem istnienia ogromnej przepaści pomiędzy zwierzętami, nawet tymi człekokształtnymi, a człowiekiem i naszej szczególnej godności. Zostaliśmy stworzeni nie jako zwierzęta, ale jako umiłowane dzieci Boga! A skoro zostaliśmy stworzeni na obraz Boga, to klasyfikowanie ludzi jako zwierzęta jest... bluźnierstwem przeciw Bogu. Zostaliśmy stworzeni jako istoty wyższego rzędu. "I błogosławił im Bóg, i rzekł do nich Bóg: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną; panujcie nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad wszelkimi zwierzętami, które się poruszają po ziemi!" (1. Księga Mojżeszowa 1, 28). Człowieka jako zwierzę zakwalifikowali ci sami ludzie, którzy zbuntowali się przeciwko Bogu - Stworzycielowi i zaczęli głosić, że wyewoluowaliśmy od wspólnego przodka z małpami. W ten sposób diabeł upodlił nas, ludzi - i każdy, kto zestawia nas ze zwierzętami, kontynuuje to diabelskie dzieło upodlenia człowieka.

sobota, 30 stycznia 2016

Bądź jak...



Nie potrafię się nie uśmiechnąć... :) To dobrze, że mamy utalentowanych, pomysłowych Braci i Siostry, którzy nie boją się i potrafią dobrze wykorzystać współczesne, i szybko zmieniające się trendy pop-kulturowe. Wciąż brzmią mi w uszach słowa znanego brytyjskiego muzyka, Sala Solo, który wielkim błędem, jaki popełniają chrześcijanie, określił nieumiejętność, czy wręcz niechęć do wykorzystywania w celach ewangelizacyjnych, współczesnych trendów i modnych wśród młodych sposobów przekazu myśli / idei. Choć może tzw. pop-kultura nie do końca pasuje do "wnętrza" Kościoła - a przynajmniej nie powinna w nim dominować - to jednak doskonale nadaje się do użycia na zewnątrz.

Gdy patrzę na tą grafikę, przypomina mi się znany opis z początków Kościoła: "...gdy więc powstał ten szum, zgromadził się tłum i zatrwożył się, bo każdy słyszał ich mówiących w swoim języku. I zdumieli się, i dziwili, mówiąc: Czyż oto wszyscy ci, którzy mówią, nie są Galilejczykami? Jakże więc to jest, że słyszymy, każdy z nas, swój własny język, w którym urodziliśmy się? Partowie i Medowie, i Elamici, i mieszkańcy Mezopotamii, Judei i Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii i Pamfilii, Egiptu i części Libii, położonej obok Cyreny, i przychodnie rzymscy, zarówno Żydzi jak prozelici, Kreteńczycy i Arabowie - słyszymy ich, jak w naszych językach głoszą wielkie dzieła Boże" (Dzieje Apostolskie 2, 6 - 11). Uczniom zostało dane w tym momencie narzędzie, które pozwoliło im na oddawanie chwały Bogu tak, by byli rozumiani przez innych ludzi ze swego otoczenia, by docierał do nich boży intelektualny przekaz zawarty w tym, co wypowiadali uczniowie. Słowo "język" jest zasadniczo synonimem słowa "mowa" - język to przede wszystkim narząd w naszych ustach, niezbędny m.in. do mówienia właśnie. Ale w wymiarze nieco bardziej abstrakcyjnym "język" to w ogóle narzędzie / sposób przekazu idei. "Językiem" może być nie tylko mowa, ale i gesty a także sztuka - malarstwo, muzyka, rzeźba, które również są narzędziami przekazu idei. Także internetowe "memy" - choć pewnie dalekie od sztuki - to także pewnego rodzaju "język", którym warto się posługiwać, by głosić Dobrą Nowinę. :)

Pogaństwo w sercach

"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego" (Ewangelia Marka 12, 31)
Pewien pastor przyjechał do Polski z dalekiego, afrykańskiego kraju, by tu głosić Ewangelię - nie tylko podczas spotkań Kościoła, ale także tam, gdzie najbardziej jest potrzebna, na ulicy. Nie wszystkim się to podoba. Pewien człowiek napisał w internecie: "Zawsze może pojechać na bliski wschód i tam nawracać, u nas nikomu nie trzeba wywracać w głowach, sekt nie potrzebujemy... Ciapatych niech nawraca..." Tym samym sam właśnie dowiódł, jak bardzo potrzeba głoszenia Ewangelii w naszym kraju, na ulicach naszych miast. Jasne jest dla mnie, że muzułmanie, ponieważ są poganami, potrzebują słyszeć o Jezusie. Ale Polacy także potrzebują słyszeć o Jezusie, bowiem choć w każdym naszym mieście jest wiele krzyży i kościelnych wież, to jednak wielu z nas, choć słyszy o Chrystusie, ma wciąż w sobie... pogańskie serca. Tam, gdzie w ludziach jest pogarda dla innych - a także chciwość, złośliwość, pycha i wiele innych grzechów - tam jest pogaństwo w sercach, duchowe chwasty, które trzeba nie tylko skosić - bo to działanie "po wierzchu" tylko, niewystarczające - ale wykorzenić!

piątek, 29 stycznia 2016

Prawo Boże prawem wiecznym

"Ale teraz w Chrystusie Jezusie wy, którzy niegdyś byliście daleko, staliście się bliscy przez krew Chrystusa. On bowiem jest naszym pokojem. On, który obie części [ludzkości] uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur - wrogość. W swym ciele pozbawił On mocy Prawo przykazań, wyrażone w zarządzeniach, aby z dwóch [rodzajów ludzi] stworzyć w sobie jednego nowego człowieka, wprowadzając pokój,  i [w ten sposób] jednych, jak i drugich znów pojednać z Bogiem w jednym Ciele przez krzyż, w sobie zadawszy śmierć wrogości" (List do Efezjan 2, 13 - 16 - tłum. Biblia Tysiąclecia)
Ostatnio spotkałem się z dziwnym przekonaniem, jakoby "Jezus unieważnił przykazania", przy czym powołano się na werset Ef 2, 15. Faktycznie, gdy sięgniemy po niektóre przekłady Biblii, możemy w nich przeczytać: "On zniósł zakon przykazań i przepisów..." (Biblia Warszawska), "On zniósł Prawo przykazań..." (przekład dosłowny EIB), "On zniósł Prawo oparte na przykazaniach..." (Nowe Przymierze). Rozmowa, w której padł ten werset dotyczyła konkretnie wizerunków i ich kultu w Kościele katolickim. Mój rozmówca stwierdził, że nawet gdybym miał rację, że Bóg zakazał czynienia sobie wizerunków do celów kultycznych ("Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im służył..." - 2. Księga Mojżeszowa 20, 4 - 5), to i tak "nie ma to żadnego znaczenia", bo "Jezus anulował przykazania". Aż mnie kusiło, by zapytać, czy w takim razie uważa, że można swobodnie kogoś pobić albo i zabić, kraść lub cudzołożyć...

Jezus mówi: "Nie mniemajcie, że przyszedłem rozwiązać zakon albo proroków; nie przyszedłem rozwiązać, lecz wypełnić. Bo zaprawdę powiadam wam: Dopóki nie przeminie niebo i ziemia, ani jedna jota, ani jedna kreska nie przeminie z zakonu, aż wszystko to się stanie. Ktokolwiek by tedy rozwiązał jedno z tych przykazań najmniejszych i nauczałby tak ludzi, najmniejszym będzie nazwany w Królestwie Niebios; a ktokolwiek by czynił i nauczał, ten będzie nazwany wielkim w Królestwie Niebios" (Ewangelia Mateusza 5, 17 - 19). Prawo Boże wciąż pozostaje Prawem i nie wolno go ignorować. Cała zmiana, jakiej dokonał Jezus, to uwolnienie nas od skutków prawa, od konsekwencji naszych grzechów. "... Wszyscy, którzy polegają na uczynkach zakonu, są pod przekleństwem; napisano bowiem: Przeklęty każdy, kto nie wytrwa w pełnieniu wszystkiego, co jest napisane w księdze zakonu. (...) Chrystus wykupił nas od przekleństwa zakonu, stawszy się za nas przekleństwem, gdyż napisano: Przeklęty każdy, który zawisł na drzewie..." (List do Galatów 3, 10 i 13). Gdy kiedyś Pan powróci, by sądzić ludzi, miliony ludzi będą sądzonych bardzo szczegółowo i surowo na podstawie Prawa, i usłyszą wyrok zgodny ze swoimi winami. Inaczej będzie z tymi, którzy należą do Chrystusa, bowiem my zostaliśmy wykupieni i usprawiedliwieni. "Bo nie posłał Bóg Syna na świat, aby sądził świat, lecz aby świat był przez niego zbawiony. Kto wierzy w niego, nie będzie sądzony; kto zaś nie wierzy, już jest osądzony dlatego, że nie uwierzył w imię jednorodzonego Syna Bożego. A na tym polega sąd, że światłość przyszła na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność, bo ich uczynki były złe" (Ewangelia Jana 3, 17 - 19).

Nie wolno nam lekceważyć Prawa, bowiem lekceważenie Prawa jest lekceważeniem Boga, który to Prawo ustanowił. Nie można prawdziwie kochać Boga, nie szanując Prawa, które nam dał. Ktoś może powiedzieć: Jezus sam łamał Prawo - uzdrawiał w szabat, bronił winnych grzechu przed ukamieniowaniem i uczniów, którzy w szabat zrywali kłosy. Jednak jest On przede wszystkim Panem ponad Prawem - Bóg ustanowił prawo dla człowieka, nie dla siebie. Jezus uczył też nowego spojrzenia na prawo, pełniejszego zrozumienia tak Prawa, jak i tego, jak na te sprawy patrzy Bóg. Nie zniósł, ani nie złagodził żadnych zapisów Prawa, które by się tyczyły moralności czy kultów. Prawo Boże wciąż jest Prawem Bożym i my wciąż tak samo mamy je znać i szanować. Trudno sobie wyobrazić chrześcijanina, który by żył z kobietą bez ślubu, kradł w sklepie, podbierał ludziom pieniądze, itp., prawda? Nie myślcie, że byłby taki człowiek miły Bogu, byle tylko wierzył i w niedzielę przychodził do kościoła i pobożnie składał ręce do modlitwy! "Nie każdy, kto do mnie mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios; lecz tylko ten, kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie" (Ewangelia Mateusza 7, 21). A czy Prawo nam dane nie jest częścią woli Ojca dla naszego życia? Tak naprawdę Jezus łamał nie Prawo Boże, lecz ludzkie podejście do Prawa - dał na to Prawo jakby strumień bożego światła

Jedno się tylko zmieniło.Prawo Boże jest wspaniałe, ale jest jeden problem: MY! Otóż my nie jesteśmy w stanie tego prawa tak do końca przestrzegać. Nigdy nie zabiłem ani nie pobiłem człowieka - dobrze. Kiedyś, jeszcze jako dziecko, dopuściłem się kradzieży, ale zostałem połajany i nauczyłem się, że to jest złe i moja ręką nie wyciąga się po cudze - dobrze. Nie praktykuję bałwochwalstwa - dobrze. Nie współżyję bez ślubu, ani nie jestem homoseksualistą - dobrze. Ale na każde takie moje "dobrze" w sprawach oczywistych i dużych, może przypadać bardzo wiele "źle" w sprawach, które bagatelizuję, lub mogę nawet zupełnie ich nie dostrzegać, a które Bóg widzi i nie podoba mu się to. Może być to przykre słowo komuś powiedziane, rzucone w emocjach przekleństwo, złorzeczenie drugiemu człowiekowi, itd. Choć może się to zdawać dziwne, nawet w swojej religijności można się dopuścić grzechu! Czasem ktoś myśli: "Pan powiedział mi że...", a idąc za tym, co niby "usłyszał od Pana", wyrządza wielką krzywdę drugiemu człowiekowi. Łatwo też się zapędzić w pychę i przekonanie o własnej "nieomylności". Jestem pewien, że dziennie na 10 grzechów, których nie popełniam, jest pewnie 100 innych, na których się "wykładam"! Są też takie grzechy, z którymi sobie od dawna nie potrafię poradzić, choć Jezus mi je regularnie pokazuje i mówi co i jak! "...kto mniema, że stoi, niech baczy, aby nie upadł" (1. List do Koryntian 10, 12). Już, już wydaje się, że "trzymam równowagę", a tu bach! i leżę!

"Ktokolwiek bowiem zachowa cały zakon, a uchybi w jednym, stanie się winnym wszystkiego. Bo Ten, który powiedział: Nie cudzołóż, powiedział też: Nie zabijaj; jeżeli więc nie cudzołożysz, ale zabijasz, jesteś przestępcą zakonu" (List Jakuba 2, 10). Nie jesteśmy w stanie prowadzić doskonałego i bezgrzesznego życia, ze względu na naszą zepsutą naturę. Co więcej, żadne nasze dobre uczynki nie niwelują zła, którego się dopuszczamy. Gdyby nie Jezus Chrystus, nasza sytuacja byłaby zupełnie beznadziejna. Bóg postanowił jednak wziąć to wszystko na siebie, stać się na pewien czas człowiekiem, a potem wszystko to, w czym my uchybiamy ponieść na krzyż na Golgocie. W Chrystusie jesteśmy wolni i Prawo nie ma już nad nami mocy, ale to wcale nie znaczy, że przestało ono istnieć, że możemy je ignorować, bowiem Boże Prawo jest dla nas pouczeniem, jak mamy żyć. Chrześcijanin to ktoś, kto ma Boże Prawo wpisane w serce i może za psalmistą śpiewać: "W sercu moim przechowuję słowo twoje, Abym nie zgrzeszył przeciwko tobie" (Psalm 119, 11).

czwartek, 28 stycznia 2016

Dialog - droga na manowce

"[Stróż więzienny] wyprowadziwszy ich na zewnątrz, rzekł: Panowie, co mam czynić, abym był zbawiony? A oni rzekli: Uwierz w Pana Jezusa, a będziesz zbawiony, ty i twój dom" (Dzieje Apostolskie 16, 30 - 31). "I nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni" (Dzieje Apostolskie 4, 12)
Przedwczoraj Kościół katolicki obchodził "dzień islamu". I to już po raz szesnasty, podczas gdy w meczetach jak dotąd nie zorganizowano ani razu "dnia chrześcijaństwa"! W założeniach jest to "dzień modlitw poświęcony islamowi". Tak, jak "dzień judaizmu" poprzedza "tydzień modlitw o jedność chrześcijan", tak "dzień islamu" następuje po nim. Wyznawcy judaizmu są nazywani "starszymi braćmi w wierze" - i jest to uzasadnione - więc czy muzułmanie są "młodszymi braćmi w wierze"? Cóż - tego właśnie uczy Kościół katolicki choćby przez takie a nie inne ulokowanie "dnia islamu" w kalendarzu. Tym, co mnie najbardziej zadziwia, jest fakt, że o ile katolicy bardzo zabiegają o jedność chrześcijan - oczywiście pod wodzą papieża, poprzez przyjęcie wiary katolickiej przez wszystkich - to nawracaniem żydów czy muzułmanów zdają się nie być zainteresowani, czy nawet postrzegają to jako jakiś "problem" na "drodze dialogu"! "Dzień judaizmu" nie jest dniem modlitwy, by żydzi rozpoznali Mesjasza w Jezusie z Nazaretu i by mogli być zbawieni. Tak samo "dzień islamu" nie jest dniem modlitwy, by poganom otworzyły się oczy i by oddali chwałę Bogu, który postanowił stać się na krótko człowiekiem, by On pociągnął ich do siebie - wyrwał spod wpływów fałszywego "proroka" i sprowadził pod swój krzyż, by z niego spłynęła na nich łaska zbawienia. Diabeł tak namieszał, że misję ewangelizacji świata i zbawiania ludzi zamieniono na poklepywanie ich i hipisowskie "peace & love"!

Kościół katolicki tak naprawdę robi ludziom ogromną krzywdę duchową - tak własnym wyznawcom, jak i wyznawcom islamu. Tworzy się złudzenie, że "islam to nie jest pogaństwo", że to "wiara tak samo dobra", że jest to "wiara w tego samego Boga, tylko trochę inaczej", że "Koran jest tak samo święty, jak Biblia" i że "Koran w zasadzie jest trochę inną Biblią"... Fałsz! Fałsz! Fałsz! Fałsz! Fałsz! Co osiągnięto? Choćby to, że gdy niedawno w komentarzu na jednej ze stron chrześcijańskich napisałem: "zarówno żydzi, jak i muzułmanie muszą spotkać w swym życiu Mesjasza Jezusa i pokłonić się przed Nim, jako Bogiem, aby być zbawionymi", pewien człowiek odpowiedział: "wcale nie muszą!" Więc ja się pytam: po co Chrystus się narodził i po co umarł na krzyżu, skoro "nie jest potrzebny do zbawienia"? I czy Bóg jest... kłamcą, skoro kazał nam przekazać, że tylko przez wiarę w Jezusa mamy pewne zbawienie? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu kogoś, kto by modlił się razem z poganami, całował ich "święte księgi" i tratował jako "braci w wierze", nazwano by bałwochwalcą i bluźniercą. Dziś zaś żyjemy w czasach, gdy oburzenie wzbudza "grzech" przeciw... dialogowi. O tym, czym stał się dla wielu dialog, pisałem niedawno w tekście "Fałszywy bożek dialogu".

Nie ma człowieka, który by nie potrzebował Chrystusa! Nie ma innej drogi "do nieba", jak właśnie sam Bóg - Chrystus Pan! On o sobie powiedział: "Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie" (Ewangelia Jana 14, 6). Powiedział o sobie także: "Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony - wejdzie i wyjdzie, i znajdzie paszę" (Ewangelia Jana 10, 9 - tłum. Biblia Tysiąclecia). Zauważmy, że Jezus nie powiedział: "Jestem jedną z dróg...", ani też: "Jestem jedną z bram..." Jezus wskazuje tylko na siebie! I w dodatku podkreśla bardzo silnie fakt, że jest samym Bogiem, bowiem "Ja jestem" (gr. ἐγώ εἰμί) było zwrotem zarezerwowanym dla Boga. Nie ma więc innej drogi "do nieba" niż klęknięcie przed Chrystusem i szczere, uczynione z wiarą wyznanie: "Pan mój i Bóg mój!" (Ewangelia Jana 20, 28). Och, jakież to "staroświeckie" i "niedialogowe", prawda? Czasem spotykam się z zarzutami, że jesteśmy "pyszałkami", bo swoją wiarę chrześcijańską traktujemy jako lepszą a swego Boga jago jedynego prawdziwego, i że przez to generujemy tylko spory, a nawet wojny religijne. Ale to sam Bóg mówi o sobie, że tylko On sam jest Bogiem i jedna jest tylko droga do niego! I on jest naszą chlubą - doskonały Bóg niedoskonałych ludzi! Nie jesteśmy doskonalsi, ani mądrzejsi od innych, ale jesteśmy zbawieni, bo związaliśmy się z Jedynym, który to mógł dla nas uczynić. I zostaliśmy powołani, nie do tego, by deptać po ludziach, ale by wciągać ich z odmętów grzechu na "arkę" ocalenia, którą jest krzyż Jezusa Chrystusa.

"Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem" (Ewangelia Mateusza 28, 19 - 20). Będąc sami zbawionymi, jesteśmy wezwani do tego, by współuczestniczyć w chrystusowej misji zbawiania świata. Być chrześcijaninem, znaczy być także apostołem (posłańcem) - jakby "asystentem" Chrystusa. Tak wiele mówi się dziś o dialogu i "wymianie kulturowej", bo "przecież możemy się od siebie wiele nauczyć". A cóż ma nam do przekazania islam, skoro wszystko, czego nam potrzeba, wszelkie wskazówki do dobrego, pobożnego i cnotliwego życia mamy zawarte w Biblii? Słowo Boże to nie tylko kwestie wiary, lecz także doskonały wzorzec dla codziennego życia - dla tego, jak mamy pracować i jak mamy kształtować nasze postępowanie, jak mamy się odnosić do innych. To MY posiadamy coś, czego im brakuje, i to MY mamy być ich nauczycielami! To MY jesteśmy posłani, by nieść im Słowo Boże - nie by od nich uczyć się pobożności. Musimy umieć patrzeć i słuchać, ale po to, by gromadzić wiedzę i wykorzystywać ją dla skutecznego nauczania, dla ewangelizacji. Musimy umieć docenić dobro, które gdzieś w ludziach znajdujemy - a jest ono także w islamie - lecz do niego niezwłocznie dokładać to, co my mamy, a czego im dramatycznie brakuje, tj. Ewangelię Pana Jezusa Chrystusa! "A Paweł, stanąwszy pośrodku Areopagu, rzekł: Mężowie ateńscy! Widzę, że pod każdym względem jesteście ludźmi nadzwyczaj pobożnymi. Przechodząc bowiem i oglądając wasze świętości, znalazłem też ołtarz, na którym napisano: Nieznanemu Bogu. Otóż to, co czcicie, nie znając, ja wam zwiastuję" (Dzieje Apostolskie 17, 22).

Bóg kocha muzułmanów, ale równocześnie nienawidzi islamu, tak samo jak wszelkich innych kultów!  Bóg kocha muzułmanów i pragnie ich zbawić, ale w islamie to nie jest możliwe! W "duchu dialogu" zaś jesteśmy uczeni jednakowego szacunku do człowieka i do jego wierzeń, co jest ewidentnie sprzeczne z chrześcijaństwem. W Wielkiej Brytanii ostatnio pewna grupa wywołała spore zamieszanie, bo przeszli przez "dzielnicę muzułmańską" z krzyżami w ręku. Musiała przyjechać policja, by ich ochraniać przed agresywnymi muzułmanami. Potem jakiś anglikański ksiądz i jakaś kobieta wypowiadali się, jak ci, którzy nieśli krzyże zrobili coś "złego" i jak to oni chcą życia w pokoju z muzułmanami. Mówili o "potrzebie życia w pokoju", ale nie padło ani jedno słowo o zupełnie realnej potrzebie głoszenia Ewangelii nowym sąsiadom wyznającym islam! Ktoś Ducha Chrystusowego w Kościele podmienił na "ducha dialogu"! Jeśli Duch Chrystusowy mówi: "idź, nauczaj i chrzcij", a "duch dialogu" mówi: "siedź, pierdź (za przeproszeniem) w poduszkę i uśmiechaj się do wszystkich, zadowolony ze swego 'chrześcijaństwa'", to cóż to za istota kryje się za tym "duchem dialogu"? Czy aby nie ten sam, który bardzo nie chce, by Ewangelia była głoszona, który od najdawniejszych czasów wojuje z Chrystusem? Diabeł cieszyłby się, gdyby ludzie zupełnie odrzucili Boga, ale jeśli jednak mają do Niego jakiś sentyment, to żeby chociaż przestali poważnie traktować jego nauki i polecenia... "Znam uczynki twoje, żeś ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący! A tak, żeś letni, a nie gorący ani zimny, wypluję cię z ust moich" (Apokalipsa 3, 15 - 16).

Dialog to nowa moda, podczas gdy ewangelizacja wydaje się taka... "staroświecka". Dialog jednak - taki, do którego jesteśmy obecnie przekonywani, jako do "drogi budowania porozumienia i pokoju między ludźmi" - nie przybliża do prawdy, a nawet od niej oddala. Wielu ludzi, nawet na pozór religijnych, w "duchu dialogu" bardzo oddaliło się od Boga. "Bądźcie trzeźwi, czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, chodzi wokoło jak lew ryczący, szukając kogo by pochłonąć" (1. List Piotra 5, 8). Cóż za korzyść z dialogu, nawet jeśli przez moment może jest miło, gdy finał jest w diabelskiej otchłani? Diabeł kusi nas "pokojem" i "lepszym światem", do którego mamy próbować dojść na drodze dialogu, lekceważąc Bożą prawdę i Bożą wolę. Boża droga to nie dialog, lecz EWANGELIZACJA! Czasem zastanawiam się, dlaczego w ostatnim czasie tak często słyszymy świadectwa o nawracaniu się muzułmanów, którym objawia się Jezus i myślę, że może Jezus zaczął się objawiać wybranym, bowiem ci, których powołał na nauczania / ewangelizacji toczą bezsensowne "dialogi" z islamem, zamiast głosić muzułmanom Ewangelię. Dialog jest bardzo pożyteczny... jeśli służy jako narzędzie do realizacji bożego planu głoszenia Ewangelii i zbawiania ludzi! W przeciwnym razie jest diabelskim oszustwem!

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Prawo własności

"Idąc na cały świat, głoście ewangelię wszystkiemu stworzeniu" (Ewangelia Marka 16, 15)
Ogromnie mnie dotknęło w ostatnim czasie rozważanie Hudsona Taylora (zdj. obok). Bóg powołał go do Chin, jako żarliwego i bezkompromisowego misjonarza, a także z biegiem czasu, wskutek życia pełnego modlitwy i studiowania Słowa Bożego, uczynił go także wielkim mędrcem. W październiku 1889 roku napisał on taką notatkę:

"Jak mamy traktować Pana Jezusa w związku z tym nakazem? Czy mamy definitywnie przestać nazywać go Panem i przyjąć, że chcemy uznać go swym Zbawicielem od kary za nasz grzech, lecz nie jesteśmy gotowi przyznać się, że zostaliśmy drogo wykupieni, ani uznać, że On ma prawo żądać od nas niekwestionowanego posłuszeństwa? Czy mamy powiedzieć, że jesteśmy sami dla siebie panami i skłonni jesteśmy Jezusowi oddać coś z tego, co Mu się należy. skoro wykupił nas swą krwią - pod warunkiem, że nie żąda od nas zbyt wiele?  Nasze życie, nasi ukochani i nasze mienie należą do nas, a nie do Niego; oddamy Mu to, co uznamy za właściwe i będziemy posłuszni tym Jego nakazom, które nie wymagają od nas zbyt wielkiej ofiary? Pałamy gorliwością, by zabrał nas do nieba, ale nie chcemy, aby On panował nad nami.
Niewątpliwie serce każdego chrześcijanina odrzuci tak sformułowane założenia - czy jednak w każdym pokoleniu nie było wielu, którzy żyli dokładnie w myśl tych zasad? Jakże niewielu chrześcijan zaakceptowało w praktyce tę prawdę, że Chrystus albo jest Panem wszystkiego, albo w ogóle nie jest Panem! Jeśli osądzamy Słowo zamiast poddawać się pod jego osąd; jeśli dajemy Bogu tylko tyle, ile uważamy za stosowne, to wówczas my jesteśmy panami a On naszym dłużnikiem - powinien być wdzięczny za naszą jałmużnę i czuć się zobowiązany za nasze podporządkowanie się Jego życzeniom. Jeśli jednak jest Panem, to traktujmy Go jak Pana" (za: Roger Steer, "J. Hudson Taylor - Człowiek w Chrystusie", Wydawnictwo Theologos, Ostróda 2009, str. 295). 

Wielokrotnie - tak, jak wielu innych ludzi - słyszałem w swym życiu wezwanie: oddaj życie Jezusowi! Oddanie życia Jezusowi to nowy początek - może jeszcze nie nowonarodzenie, ale zaczątek nowego życia. Jest to jak pewnego rodzaju "kontrakt" z Bogiem. I chrześcijanie często mówią: oddałem swoje życie Jezusowi. Ale czy uczyniliśmy to naprawdę? Czy oddaliśmy całość, czy też może wygospodarowaliśmy dla Boga jakąś część naszych myśli, naszego czasu i naszych dóbr? Nasz dzień to 86400 sekund. Czy każda z tych sekund należy do Boga? Zazwyczaj mamy do dyspozycji od kilku do kilkunastu lub kilkudziesięciu tysięcy złotych na koncie. Czy każda złotówka jest nasza, czy też należy ona do Boga? Czy dom lub samochód, który mamy, są nasze, czy też należą do Boga? A nasze ciało? Mogłoby się zdawać, że do niczego nie mamy prawa w większym stopniu, niż do własnego ciała. A przecież każda, najdrobniejsza komórka naszego ciała i to, kim jesteśmy, jest dziełem Stwórcy! Wszystko to, co mamy i to, co możemy jeszcze zdobyć, również od Niego pochodzi.

"A gdy się wybierał w drogę, przybiegł ktoś, upadł przed nim na kolana i zapytał go: Nauczycielu dobry! Co mam czynić, aby odziedziczyć żywot wieczny? A Jezus odrzekł: Czemu mię nazywasz dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa, nie oszukuj, czcij ojca swego i matkę. A on mu odpowiedział: Nauczycielu, tego wszystkiego przestrzegałem od młodości mojej. Wtedy Jezus spojrzał nań z miłością i rzekł mu: Jednego ci brak; idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj mnie. A ten na to słowo sposępniał i odszedł zasmucony, albowiem miał wiele majętności. A Jezus, spojrzawszy wokoło, rzekł do uczniów swoich: Jakże trudno będzie tym, którzy mają bogactwa, wejść do Królestwa Bożego!" (Ewangelia Marka 10, 17 - 23).  To w gruncie rzeczy pytanie od Boga: czy pozwolisz mi rozporządzać według mego uznania i potrzeb twoim życiem i tym, co ode mnie masz, a co jest twoim majątkiem?

Tak naprawdę wszystko to, co mamy, nie jest naszą własnością, lecz jedynie jest nam użyczone w użytkowanie - nawet jeśli musimy na to ciężko pracować. Gdy nasze życie się skończy, wszystko to trzeba będzie oddać - nie weźmiemy ze sobą nic. Używajmy więc tego, co jest nam dane, na najlepszy pożytek. Nie wahajmy się też zostawić wygodnego życia i poświęcić wszystko, co mamy, gdy Pan wzywa: wstań, rzuć wszystko i idź tam, gdzie ja cię potrzebuję! "A [Jezus] idąc wzdłuż wybrzeża Morza Galilejskiego, ujrzał dwu braci: Szymona, zwanego Piotrem, i Andrzeja, brata jego, którzy zarzucali sieć w morze, byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za mną, a zrobię was rybakami ludzi! A oni natychmiast porzucili sieci i poszli za nim" (Ewangelia Mateusza 4, 18 - 20). Oddanie swego życia Jezusowi to "transakcja": wszystko za wszystko - dostajesz od Boga całe nowe życie, i to życie wieczne - jako człowiek zbawiony - i nieprzeliczone łaski, ale musisz oddać swoje życie, zaufać Bogu i pozwolić, by On przejął nad nim całkowitą kontrolę. Bóg ma prawo naszego życia i do wszystkiego, co mamy. "Albo czy nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który jest w was i którego macie od Boga, i że nie należycie też do siebie samych? Drogoście bowiem kupieni" (1. List do Koryntian 6, 19 - 20). "Kto bowiem jako niewolnik został powołany w Panu, ten jest wyzwoleńcem Pana; podobnie - kto jako wolny został powołany, jest niewolnikiem Chrystusa. Drogoście kupieni..." (1. List do Koryntian 7, 22 - 23). Ten, kto potrafi Bogu oddać wszystko, ten też od Boga otrzymuje to, co jest mu niezbędne, a często otrzymuje nawet w nadmiarze, bowiem Pan nasz jest dobry i szczodry.

Biblia - księga odporna

Słowo Boże nie tylko jest ponadczasowe, ale też wyjątkowo odporne. Nawet gdy pojawiają się błędy, gdy po nie sięgamy możemy zawsze wrócić do Prawdy i czystej, ewangelicznej wiary. Ludzie są omylni i nawet najlepsi nauczyciele mogą pobłądzić - właśnie dlatego tak bardzo ważne jest, by czytać Słowo Boże i medytować nad jego przesłaniem. Biblia to słowo od Boga do człowieka i sam Bóg troszczy się o to, by było ono wiernie zachowywane. Oczywiście w ciągu wieków, gdy było tylekroć przepisywane, musiano popełnić wiele błędów, nawet czasem coś opuszczając lub myląc słowo, ale naukowcy, badając tysiące starodruków i rękopisów, zauważyli, że różnice wynikające z popełnionych błędów są tak nieznaczne, że... nie mają one żadnego znaczenia! Bóg dał Biblii tak nadzwyczajną ochronę, że dziś, po tysiącach lat możemy jej zaufać w równym stopniu, jak była godna zaufania wówczas, gdy Słowo Boże zapisywano po raz pierwszy. Biblia objęta jest całkowitą Bożą gwarancją!
 

Czy Jezus Chrystus chce być Królem Polski?


Gdy czytam wiadomości takie, jak ta, przychodzi mi na myśl głównie jeden , ale jakże wymowny, werset ze Słowa Bożego: "Jezus zaś poznawszy, że zamyślają podejść, porwać go i obwołać królem, uszedł znowu na górę sam jeden" (Ewangelia Jana 6, 15). Gdy przeglądam karty Ewangelii, widzę Jezusa zawsze bardzo pokornego - urodził się w skromnej stajence, przez 30 lat żył cicho, jako syn cieśli, a potem zaczął przemierzać żydowską ziemię, nauczając i prowadząc życie ubogiego nauczyciela, który wiele nocy spędził pod gołym niebem ("Lisy mają jamy, a ptaki niebieskie gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma, gdzie by głowę skłonił" - Ewangelia Łukasza 9, 58). Jezusowi nigdy nie zależało na tytułach i zaszczytach, nie pchał się na "pierwsze miejsca", nigdy nie zabiegał o żadne urzędy i ziemską władzę... Tylko ktoś, kto nie zna ewangelicznego Jezusa - a więc tego prawdziwego Jezusa, który wciąż żyje, będąc Bogiem! - może myśleć, że chce On być królem Polski i że konieczna jest jakaś intronizacja! On sam nigdy nie wyraził takiej woli! Oczywiście wiem, że zwolennicy intronizacji powołują się na jakieś rzekome objawienia, ale jedynym "autoryzowanym" zapisem słów i woli Pana Jezusa są tylko i wyłącznie cztery ewangelie, a wnich takiej woli zawartej nie ma.

"Wtedy znowu wszedł Piłat do zamku i zawołał Jezusa, mówiąc do niego: Czy Ty jesteś królem żydowskim? (...) Odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata; gdyby z tego świata było Królestwo moje, słudzy moi walczyliby, abym nie był wydany Żydom; bo właśnie Królestwo moje nie jest stąd. Rzekł mu tedy Piłat: A więc jesteś królem? Odpowiedział mu Jezus: Sam mówisz, że jestem królem. Ja się narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie; każdy, kto z prawdy jest, słucha głosu mego" (Ewangelia Jana 18, 33 i 36 - 37). "Lecz nadchodzi godzina i teraz jest, kiedy prawdziwi czciciele będą oddawali Ojcu cześć w duchu i w prawdzie; bo i Ojciec takich szuka, którzy by mu tak cześć oddawali. Bóg jest duchem, a ci, którzy mu cześć oddają, winni mu ją oddawać w duchu i w prawdzie" (Ewangelia Jana 4, 23 - 24). Chrystusowe Królestwo - przynajmniej tak długo, póki jeszcze będzie istnieć ten świat - ma wymiar wyłącznie duchowy. Choć Chrystus jest Stwórcą i Panem tego świata, to jego Królestwo w tym świecie to serca tych, którzy z wiarą słuchają Go i idą za Nim, jak owce za swym pasterzem. Innej władzy na tym świecie Chrystus nigdy dla siebie nie pragnął. Chcesz, człowieku, by Jego panowanie się rozszerzało i by Polska była pod panowaniem Chrystusa Króla? Idź do ludzi i zwiastuj im ewangelię, napominaj żyjących w grzechu, a wierzących umacniaj! 

Jeśli za takimi aktami nie stoi autentyczna wiara, to jest to duchowo martwe. A jeśli jest autentyczna wiara w sercach ludzi, to takie akty nie są do niczego potrzebne. Wydaje mi się, że mogą być wręcz bardzo szkodliwe, bo pogłębiają podziały między ludźmi. W Konstytucji RP (a także innych państw demokratycznych) jest zapis o rozdziale Kościoła od Państwa, a i Jezus także mówi: "Oddawajcie, co jest cesarskiego, cesarzowi, a co jest Bożego, Bogu" (Ewangelia Marka 12, 17). Jezus poucza nas także, byśmy nikomu nie narzucali swej wiary: "A jeśliby w jakiejś miejscowości nie chciano was przyjąć ani słuchać, wyjdźcie stamtąd i otrząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo przeciwko nim. A oni poszli i wzywali do upamiętania" (Ewangelia Marka 6, 11 - 12). Jako chrześcijanie nie tylko możemy, ale nawet mamy obowiązek, wpływać na życie społeczno - polityczne kraju, ale jeśli dążymy do "panowania" religii, do "religii państwowej", do "państwowych aktów religijnych", tym samym przekraczamy normy postępowania ustanowione przez Chrystusa! Tego rodzaju działania zwiększają tylko opór ludzi niewierzących i nie rozszerza się przez to Królestwo Chrystusowe w ludzkich sercach, a wprost przeciwnie, nawarstwiają się w nich diabelskie obwarowania i coraz trudniej jest dotrzeć do tych serc z Ewangelią Chrystusową. A przecież powinno nam zależeć na tym, by te mury szatańskie w ludzkich sercach postawione rozbijać i by Ewangelia w nie przeniknęła! Do tego potrzeba mocnej wiary, ale też ogromnej wrażliwości i delikatności w postępowaniu z ludźmi.

sobota, 23 stycznia 2016

Ateistyczna mitologia

"Głupi rzekł w sercu swoim: Nie ma Boga" (Psalm 53, 2)
Pewien wojujący ateista, siejący spory zamęt na jednej z chrześcijańskich stron (bywają one dość często obiektem tego rodzaju ataków), napisał przedwczoraj do mnie: "Zacznij samodzielnie myśleć i przestań się bać". Takie zachowania potrafią być dość męczące, ale z drugiej strony nawet lubię takich przeciwników, bo nie potrzeba żadnego wysiłku intelektualnego do tego, by ich "mądrości" upadły - starczy im... nie odpowiadać. Jedno z "Praw Murphy'ego" głosi: "Nigdy nie kłóć się z głupcem – ludzie mogą nie dostrzec różnicy". Mądry Król Salomon zaś napisał: "Nie odpowiadaj głupiemu według głupstwa jego, abyś mu i ty nie był podobny. Odpowiedz głupiemu według głupstwa jego, aby się sobie nie zdał być mądrym" (Księga Przysłów 26, 4 - 5 - tłum. "Biblia Gdańska"). Innymi słowy: gdy masz do czynienia z głupcem, nie spieraj się z nim, a co najwyżej powiedz coś takiego, że "aż mu w pięty pójdzie" a wszyscy wokół wybuchną śmiechem - to środek ostatniej nadziei na to, że głupi pojmie, że jest głupi i zawstydzony zacznie szukać mądrości.

Nie sposób znaleźć jakiegokolwiek racjonalnego fundamentu dla powszechnego wśród ateistów - czy raczej antyteistów, bowiem są to w gruncie rzeczy otwarci wrogowie Boga - że inteligencja i zdolność samodzielnego myślenia tylko oddalają od Boga i że religijność to cecha ludzi głupich i lękliwych. Wielki Ludwik Pasteur powiedział kiedyś: "Mało wiedzy oddala od Boga. Dużo wiedzy sprowadza do Niego z powrotem". Gdy człowiek gromadzi wiedzę, naturalnym jest, że stawia coraz więcej i więcej pytań, także o to, jak powstał świat, jak to możliwe, że zaistniało życie i jaki jest sens naszego życia. Każdego rozsądnego człowieka prowadzi to do postawienia sobie pytania o Boga - i jedni pojmują, że Bóg jest, a inni... Cóż, gubią się wciąż w "naukowych" absurdach - i później mamy, że przez dziesiątki lat mówiło się o "wielkim wybuchu" u zaraniu dziejów wszechświata, a obecnie coraz częściej mówi się: a jednak nic takiego nie było; że o powstaniu życia mówi się, że u jego zarania była "kosmiczna prazupa", w której materia organiczna przekształciła się w organiczną, a dziś wiadomo, że nie mogło się to zdarzyć w atmosferze zawierającej tlen, ani nie mogło się to zdarzyć w atmosferze nie zawierającej tlenu... Jeśli chcemy się dowiedzieć, jak funkcjonuje jakieś urządzenie, pytamy o to jego konstruktora. Jeśli chcemy się dowiedzieć czegoś o świecie, też musimy się zwrócić do Tego, który ten świat stworzył. Do prawdy, że Bóg jest i do poznania Pana dochodzi się nie tylko przez wiarę, ale także przez rozum!

Równie niedorzeczne jest przekonanie, że ludzie wierzą w Boga kierując się lękiem. Czy lękiem kierowali się apostołowie, z których tylko jeden Jan zmarł śmiercią naturalną, i to po wielu torturach? Czy lękiem kierowali się pierwsi chrześcijanie, którzy na arenie cyrkowej ginęli rozszarpywani przez lwy? Czy lękiem kierowali się ludzie, którzy w średniowieczu byli torturowani i ginęli na stosach za swą wiarę? Ateiści mają jakieś dziwne wyobrażenie o chrześcijańskim Bogu. Nie wierzą w niego, a jednak wypominają mu "masowe mordy" (jak np. potop albo Sodomę i Gomorę) i wszelkie okrucieństwa. Ich wizja Boga pochodzi z głębokiego średniowiecza, gdy Kościół katolicki rzeczywiście trzymał ludzi w strachu przy wierze. Ateiści śmieją się z chrześcijaństwa, że "wiara to średniowieczny zabobon", a to tylko oni sami trzymają się kurczowo błędnego, średniowiecznego wyobrażenia Boga! Bóg nie trzyma człowieka przy sobie w "kajdanach strachu", lecz z nich uwalnia i wielokrotnie powtarza: "Nie lękaj się!" Gdy chrześcijanie ginęli w cyrkach Rzymian, śpiewali hymny. Gdy w średniowieczu rozpalano pod nimi stosy, wykrzykiwali chwałę Panu. Gdy dziś mordują chrześcijan - ci modlą się i odchodzą spokojni. Czy takie postawy są przejawem lęku?

Wróćmy do tego, co wczoraj napisał ów dziwny ateista. Na takie słowa mogę odpowiedzieć tylko: "Myślę samodzielnie i nie boję się - bo trzymam z Bogiem, a Bóg ze mną! Współczuję tym, którzy myślą, że 'myślą samodzielnie', a tak naprawdę są sterowani przez diabła." My, ludzie, zostaliśmy przez Boga obdarowani wolną wolą. Bóg dał nam prawo decydować o tym, jak chcemy żyć, kogo słuchać i dokąd zmierzamy. Jednak ta wolność jest ograniczona tylko do: albo Bóg i niebo, albo diabeł i piekło. Jeśli nie słuchamy Boga i nie kierujemy się tym, co On zaleca, to słuchamy tym samym diabła i poddajemy się jego kierownictwu. Każdy człowiek zawsze komuś służy i daje się kierować - nie ma innej opcji, od nas jedynie zależy do kogo należymy i czyje zadania realizujemy w swoim życiu. Nieraz spotykam się ze stwierdzeniem, że dałem się zmanipulować "klechom" i innym "sprytnym religianckim manipulatorom". Ale ci, którzy tak twierdzą sami powtarzają (często nieświadomie) twierdzenia "papieży i biskupów" ateizmu i ich zarzuty wobec religii, albo powołują się na... nauk, która "dowodzi, że Boga nie ma". Każdy z nas komuś służy - może być to Bóg i nauczyciele wiary a może być diabeł i nauczyciele niewiary. Nasza niezależność ogranicza się w gruncie rzeczy tylko do wyboru jednej z dwóch możliwych dróg i tego, komu powierzamy prowadzenie nas przez życie. Jednak jeśli tylko dokonujemy dobrego wyboru, otrzymujemy prawdziwą wolność.

Ateiści zazwyczaj nie zadają sobie najmniejszego trudu, by poznać i zrozumieć chrześcijaństwo. To tak, jakby ktoś chciał opisać życie plemion żyjących w Amazonii, nie ruszając się ze swego wygodnego fotela, w oparciu tylko i wyłącznie o to, co gdzieś od kogoś usłyszał. Nie chodzą na spotkania Kościoła, nie uważają za potrzebne poznawanie Biblii, spotkania i rozmowy z chrześcijanami, poznanie nas bliżej, także ich nie interesuje - a jednak czują się powołani do tego, by wypowiadać się na temat Kościoła i wiary, i to w sposób autorytarny! Czego się boją? Być  może tego, że zobaczyliby, jak bardzo się mylą w swoich ocenach chrześcijaństwa. Nie znam nikogo, kto by za Bogiem szedł bezmyślnie - wprost przeciwnie, wymaga to długich godzin modlitwy, rozmyślań i studiowania Słowa Bożego. Nie znam też nikogo, kto wierzyłby ze strachu. Nie znam też nikogo, kto innych próbowałby uwikłać w ślepą i bojaźliwą wiarę. Wprost przeciwnie!

czwartek, 21 stycznia 2016

Fałszywy bożek dialogu

W 2014 roku media pokazywały nam papieża Franciszka modlącego się
w meczecie podczas podróży do Turcji (źródło: Newsbreak.ng)
"Liderzy społeczności muzułmań- skiej we Włoszech zostali przyjęci przez papieża Franciszka w Watykanie. Zaprosili go, by odwiedził rzymski meczet. (...) Franciszek odpowiedział: 'złożenie Wam wizyty byłoby dla mnie wielką przyjemnością i wspaniałym znakiem naszego braterstwa'." (źródło: CHNNews.pl)

Gdy Jezus odchodził do nieba, rozkazał nam: "Idźcie tedy i czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego, co wam przykazałem" (Ewangelia Mate- usza 28, 19 - 20). On nie powiedział: "Idźcie i bratajcie się ze wszystkimi..."! Natomiast - za pośrednictwem "apostoła pogan", Pawła - Bóg mówi nam bardzo wyraźnie: "Nie chodźcie w obcym jarzmie z niewiernymi; bo co ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością albo jakaż społeczność między światłością a ciemnością? Albo jaka zgoda między Chrystusem a Belialem, albo co za dział ma wierzący z niewierzącym? Jakiż układ między świątynią Bożą a bałwanami?" (2. List do Koryntian 6, 14 - 16). Och! Jakże to niezgodne z "duchem czasu" i "duchem dialogu"!

Jednym z największych zagrożeń dla wiary w naszych czasach jest przekonanie, że to wszystko jedno, w co się wierzy oraz co i jak się praktykuje. Ludzie mówią: "W imię pokoju na świecie musi być dialog i braterstwo!" Nasz Bóg - jedyny prawdziwy Bóg - jest Bogiem pokoju! "Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie" (List do Rzymian 12, 18). Pragnie pokoju między ludźmi, ale pragnie przede wszystkim zbawienia ludzi, pragnie, by wszyscy przyszli do Niego i, uwierzywszy i przyjąwszy chrzest, zostali zbawieni. "I nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni" (Dzieje Apostolskie 4, 12). Niewątpliwie jest wielu bardzo przyzwoitych muzułmanów, którzy szczerze i z całego serca poszukują Boga, ale by dojść do Boga, muszą najpierw spotkać Chrystusa, który sam o sobie mówi wyraźnie: "Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie" (Ewangelia Jana 14, 6) oraz: "...kto mnie przyjmuje, przyjmuje tego, który mnie posłał" (Ewangelia Mateusza 10, 40). Jezusowi zależy na muzułmanach i przychodzi do nich - nie tylko za pośrednictwem tych, którzy niosą im Ewangelię, ale także w snach i wizjach - i prowadzi ich do poznania prawdy, co zawsze łączy się z porzuceniem islamu i przyjęciem chrztu.

Jan Paweł II dialogował z muzułmanami przez wiele, wiele lat. Czy kiedykolwiek usłyszeli z jego ust: zwróćcie się do Jezusa, bo On i tylko On może was zbawić? Czy kiedykolwiek usłyszeli z jego ust: musicie się na nowo narodzić? Czy kiedykolwiek usłyszeli z jego ust: Tylko Słowo Boże jest prawdą, a Słowo Boże to Biblia? Czy kiedykolwiek usłyszeli z jego ust: widzę, że jesteście ludźmi bardzo religijnymi, ale ja chcę wam powiedzieć o Bogu, którego nie znacie, a poszukujecie? Czy ktokolwiek z tych, z którymi dialogował, został ochrzczony? Jeśli nie, to jakiż był sens tego dialogu i jakie owoce? A od Franciszka czy muzułmanie usłyszeli o Jezusie, jako jedynym, który może ich zbawić, o potrzebie nowonarodzenia i chrztu? Czy Kościół katolicki w ogóle robi cokolwiek, by muzułmanie usłyszeli o Chrystusie, by zapoznali się z Ewangelią? Pamiętam reportaż (opublikowany w katolickim czasopiśmie!) z pewnego muzułmańskiego kraju, gdzie jasno stwierdzono, że lokalny kościół to placówka dla obcokrajowców, gdzie muzułmanie nie są zapraszani ani nawet mile widziani i na pewno nie otrzymają Ewangelii i chrztu, by kościół mógł nadal działać. Czyż nie jest to wprost przeciwieństwem tego, co polecił czynić Jezus?

Często słyszę, że dialog i braterstwo są ważne, bo jest to dobra droga do pokoju. Pokój na świecie, pokój pomiędzy ludźmi to niewątpliwie szczytny cel. Ale czy najważniejszy? Jezus, choć jest Księciem Pokoju (por. Księga Izajasza 9, 5), mówi o sobie: "Nie mniemajcie, że przyszedłem, przynieść pokój na ziemię; nie przyszedłem przynieść pokój, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić człowieka z jego ojcem i córkę z jej matką, i synową z jej teściową" (Ewangelia Mateusza 10, 34 - 35). To zaś znaczy, że w kwestiach wiary i prawdy nie ma żadnego kompromisu i że pokój i święty spokój, ciepełko więzi rodzinnych, braterskich i przyjacielskich, nie są priorytetem w życiu chrześcijańskim! Pokój z ludźmi to piękna sprawa, ale prawda i zbawienie tych, którzy bez poznania Chrystusa idą na zatracenie do piekła, to cel nadrzędny, wyznaczony przez Boga! Jeśli odpuszczamy i przestajemy realizować ten cel, to zamiast Bogu służymy... diabłu i jego piekielnym interesom, bo godzimy się na to, by prowadził ludzi na sznurze do swego królestwa! A Bóg nam polecił, byśmy uczyli ich, jak zerwać kajdany, jak stać się dziećmi Boga i iść ku niebu! To jest misja, jaką mamy do wykonania, a nie uśmieszki, poklepywanie po ramionach i mówienie o "wspólnym Bogu" (co jest z gruntu fałszywą nauką!) i wymianie duchowej między chrześcijanami a muzułmanami. 

Bóg mówi nam: "Nie wolno ci mieć innych bogów oprócz Mnie" (2. Księga Mojżeszowa 20, 3 - tłum. Tora Pardes Lauder). Jeśli dialog, braterstwo i pokój są dla nas tak ważne, że nie głosimy Ewangelii i zamiast być misjonarzami stajemy się... politykami, którzy zamiast mówić prawdę, mówią "gładkie słówka", tak aby nikogo nie urazić, tym samym stajemy się... bałwochwalcami, czczącymi nową trójcę: "dialog - pokój - braterstwo". "Niechaj więc mowa wasza będzie: Tak - tak, nie - nie, bo co ponadto jest, to jest od złego" (Ewangelia Mateusza 5, 37).

Jak siebie samego

"Albowiem cały zakon streszcza się w tym jednym słowie, mianowicie w tym: Będziesz miłował bliźniego swego, jak siebie samego" (List do Galatów 5, 14)
Czasem, gdy pojawia się w rozmowach kwestia różnych grzechów, gdy mówię / piszę: "dla Boga jest to obrzydliwością i grzechem" i wyrażam zniesmaczenie czynami, spotykam się z odpowiedzią: "Przecież wy macie miłować bliźniego, więc jak możecie nas nazywać grzesznikami i mówić, że to jest ohyda?!" Chrześcijanin, który - będąc świadomym prawdy - nie mówiłby o grzechu i nie nazywał spraw "po imieniu" byłby jak ratownik, który widząc tonącego... pomachałby do niego i krzyknął: "Eeeejjj! Fajnie, że jesteś tam, gdzie jesteś! Najlepszego!" Gdy ktoś się topi, nie potrzebuje w tym momencie kogoś, kto się przyjaźnie uśmiechnie i pomacha mu, ale kogoś, kto rzuci mu koło ratunkowe, którego będzie mógł się uchwycić. Miłość bliźniego nie przejawia się tym, że pozwolimy mu utonąć, ale tym, że będziemy próbowali go ratować. Nasza misja: rzucać "koło ratunkowe" - PRAWDĘ, nigdy zaś "kamienie" obelg! Problem w tym, że prawda - Boże spojrzenie na sprawy - są często trudne dla ludzi i są odrzucane, ludzie wybierają dobrowolnie dalsze tonięcie w grzechu - i to jest wielka tragedia!

Jest jeszcze owo "jak siebie samego". Bóg dobrze zna naszą słabość do siebie samych - żeby mi było dobrze i wygodnie, żebym ja miał korzyści. Bóg mówi: dbaj o innych, jak o siebie i postępuj z innymi tak, jak sam tego oczekujesz od innych względem siebie, będziesz czynił mu dobro, nie będziesz wyrządzał zła. Czy zauważyliście, że Bóg wcale nie zabrania, byśmy dbali o własne dobro? Wprost przeciwnie - jeśli mamy miłować bliźnich, jak siebie samego, to znaczy, że i sami siebie mamy miłować i czynić dobro samemu sobie, jednak nie kosztem innych i w poszanowaniu Bożego Prawa. W odniesieniu do problemu miłości bliźniego - grzesznika, ten urywek też można zinterpretować ciekawie, choć zupełnie niestandardowo. Mianowicie oznacza on konieczność ustawicznego dbania o własną kondycję duchową, ciągłej pracy nad własnymi grzechami i oczyszczania się, poddawania się "obróbce" przez Boga. Jeśli ratownik nie umie pływać i nie ma kondycji, bo zaniedbał samego siebie duchowo, nikogo nie uratuje. Dlatego musimy wymagać przede wszystkim od siebie - a do tego potrzeba pokory i mocnego radykalizmu. Nie może być tak, że będziemy tylko wszystkich wokół pouczać, jak mają oni żyć, lecz sami musimy poddawać siebie wciąż "ociosywaniu" i formowaniu przez Boga. Miłość własna i dbanie o własne dobro wymaga więc wielkiej pokory i duchowej dyscypliny!

wtorek, 19 stycznia 2016

Bóg jest mocny!

"Pan moją mocą i tarczą!" (Psalm 28, 7 - tłum. "Biblia Tysiąclecia")
10 stycznia br. To miała być kolejna zwykła niedziela w zborze IPUC (Iglesia Pentecostal Unida de Colombia - Zjednoczony Kościół Zielonoświątkowy w Kolumbii) w Bosa la Cabaña - wyglądającą na ubogą i niezbyt bezpieczną dzielnicę położoną na zachodnich obrzeżach stolicy kraju, Bogoty. Dochodziło południe i trwało właśnie drugie nabożeństwo niedzielne, któremu przewodniczył pastor Pedro Pablo Martin, gdy w drzwiach kaplicy stanął zakapturzony chłopak. Czekającym tam pracownikom Kościoła - odpowiedzialnym za powitanie i zaproszenie do środka nowych osób - powiedział, że chce popatrzeć i posłuchać nabożeństwa. Ci ucieszyli się, wprowadzili go do środka i posadzili z samego przodu - by poczuł się kochanym i ważnym dla Kościoła, a zarazem, by skupił się na przesłaniu.

Około 20 minut później młodzieniec poderwał się i podszedł do pastora. Rozmawiał z nim po cichu przez kilka chwil, po czym usiadł na swym miejscu, lecz po kilku minutach nagle poderwał się i wyszedł. Jego zachowanie stawało się się coraz dziwniejsze. Po chwili wrócił na miejsce, lecz stał się bardzo niespokojny, i widać było, że coraz trudniej jest mu usiedzieć na miejscu. W końcu, po kolejnych 10 - 12 minutach, zerwał się, wyciągnął wielki nóż i rzucił się w kierunku modlącego się pastora, który akurat woła: "Hay poder en el nombre de Jesús! - "Jest moc w imieniu Jezusa!" Młodzieniec zachowywał się agresywnie, a jednocześnie tak, jakby nie miał przystępu do pastora i nie wiedział, co ma dalej robić. Modlitwa nie ustawała - raczej wciąż nabierała mocy i nagle człowiek ów jakby ugiął się pod jakaś mocą i padł nieprzytomny na ziemię. Wierni nie mają wątpliwości co do tego, cóż to za moc "znokautowała" nożownika. Relacja na stronie Kościoła kończy się słowami: "Dziękujemy Bogu za Jego wierność i miłosierdzie. Dobrze wiemy o tym, że Anioł Pański obozuje wokół tych, którzy mają bojaźń bożą, i ochrania ich. Skosztujcie i zobaczcie, jak dobry jest Pan. Błogosławiony człowiek, który mu ufa. Mamy Boga, który jest pełen mocy, a jego imię jest Jezus Chrystus, i w Imieniu Jezusa jest moc." Amen! Tak jest! A gdy został pokonany przez anioła, Bracia i Siostry w Chrystusie stanęli nad nim - obezwładnionym i rozbrojonym - by w modlitwie gromić demona, który nim zawładnął, w mocy potężnego Imienia Jezusa. Później pastor Martin zeznał, że gdy ów młody człowiek do niego podszedł podczas kazania, powiedział mu: "Przyszedłem, aby cie zabić!"


Zapis video tego wydarzenia - zatytułowany "Próba zabójstwa pastora Pedro Pablo Martin z IPUC Bosa la Cabana" - zostało upublicznione przedwczoraj i w bardzo krótkim czasie zyskało ogromną popularność. Do chwili obecnej tylko na oficjalnym kanale zostało obejrzane prawie 70.000 razy! A rozchodzi się ono już jako "viral" i wielu internautów kopiuje to nagranie i rozpowszechnia w bardzo wielu innych miejscach w sieci. Oczywiście oprócz "entuzjastów" są też i liczni sceptycy, którzy uważają, że była to "zaplanowana i dobrze rozegrana akcja", mająca zapewnić rozgłos zborowi i pastorowi i przyciągnąć nowych wyznawców, którzy także będą przekazywali pieniądze na Kościół. Trzeba jednak pamiętać, że Kościół zielonoświątkowy ma w Kolumbii wielu przeciwników - ludzi niewierzących, mafie narkotykowe i... Kościół katolicki, którego pozycja jest mocna, ale jednak powoli słabnie, bowiem - jak w całej Ameryce Południowej - coraz więcej ludzi przechodzi do Kościołów ewangelicznych, głównie zaś do ruchu zielonoświątkowego. Trudno się zatem dziwić, że nagranie, które rzeczywiście może "dać do myślenia" setkom tysięcy ludzi, jest "nie na rękę" i że są próby dyskredytacji. Myślę, że po prostu... diabeł boi się utraty wpływów!

Być może ktoś z was chciałby mnie zapytać: czy naprawdę wierzysz w tą historię? Ja mogę tylko odpowiedzieć: wierzę, że ta historia może być prawdziwa, bo wiem dobrze, jak niezwykłe zdarzenia dokonują się w Kościele Chrystusowym. To, co odbierają nasze zmysły: wzrok, słuch, węch, dotyk i to, co możemy poznać dzięki rozumowi, zmierzyć, obliczyć i zdefiniować, to tylko część naszego świata. To, co materialne i dające się obliczyć to tylko "jedna strona" naszego świata. "Druga strona" to "świat ducha", "byty duchowe" - najsampierw sam Bóg, potem anioły, demony i uśpieni zmarli czekający wskrzeszenia. Ta "druga strona" to nie wytwór wyobraźni wierzących - to tak samo realny świat! Różnica polega na tym, że ta "druga strona" przenika także tą naszą, sama pozostając dla wielu niedostępną, a nawet ci, którzy żyją "życiem duchowym" docierają ledwie na jej obrzeża. Wiem... Nie "wierzę", ale WIEM! ...o tym, że w naszym świecie działają i demony i anioły i Bóg, który dotyka ludzi. WIEM! - bowiem sam doświadczyłem w swoim życiu manifestacji i złych i dobrych mocy. Znam też wielu, którzy również doświadczyli niepojętych wpływów. "Świat ducha" jest REALNY! Tym samym nie mam podstaw, by w to zdarzenie nie wierzyć.

Nim uczynisz coś złego...


Był to ostatni wieczór roku 2015 w amerykańskim mieście Fayeteville (Północna Karolina). Wierni, skupieni w niewielkiej lokalnej kongregacji "Heal the Land Outreach Ministries" postanowili ten wieczór spędzić inaczej, niż miliony ludzi - nie na hucznej zabawie przy muzyce i strumieniach alkoholu, lecz na modlitwie i uwielbieniu. W nabożeństwie, któremu przewodniczył pastor Larry Wright, emerytowany sierżant amerykańskiej armii, brało udział ok. 60 osób. Nikt z nich, idąc na noworoczne nabożeństwo, nie spodziewał się, że tego wieczoru, na ich oczach, Bóg uczyni wielki cud.

Około 20 minut przed północą i nastaniem Nowego Roku, pastor Wright był akurat w trakcie kazania i  mówił o problemie, jakim jest przemoc, zwłaszcza ta z użyciem broni. Nagle zobaczył, jak otwierają się drzwi kaplicy i wchodzi młody - około 20-to, 30-to letni - mężczyzna z pistoletem maszynowym w jednej, a pełnym nabojów magazynkiem w drugiej ręce. W pierwszej chwili pomyślał, że broń jest imitacją, ale starczyła chwila, by, jako doświadczony żołnierz, poznał po nabojach, że broń jest prawdziwa. Obcy szedł ku ołtarzowi, unosząc broń do góry. Pastor przerwał kazanie i podszedł do niego, pytając: "W czym mogę ci pomóc?" i w gotowości obezwładnienia przeciwnika, gdyby ten był agresywny i chciał strzelać. Ten jednak zachowywał się spokojnie i pozwolił, by pastor wyjął broń z jego ręki i oddał diakonowi. Przybysz poprosił go o modlitwę, mówiąc, że Bóg mu powiedział, by, zanim uczyni coś złego, co chciał uczynić, poszedł do kościoła. Pastor Wright uściskał mężczyznę, a po nim uczyniło to samo także czterech diakonów zboru, by dać mu odczuć, że jest kochany i że jest dla niego miejsce w Kościele. Młody mężczyzna został zaproszony do ławki, stojącej zaraz z samego przodu, a pastor wrócił na kazalnicę, by dokończyć kazanie.

Ktoś z uczestników nabożeństwa o incydencie zawiadomił policję. Funkcjonariusze jednak, na prośbę pastora Wrighta, pozostali na zewnątrz kaplicy, nie przerywając nabożeństwa. Gdy nabożeństwo dobiegało końca, pastor wezwał, by ci, którzy potrzebują modlitwy i chcą, by się o nich modlić, wyszli do przodu i klęknęli przed ołtarzem. Jest to dobra praktyka wielu zborów ewangelicznych. Ów człowiek, który wszedł do kaplicy z bronią, wystąpił do przodu, by ze łzami w oczach prosić Boga o zbawienie. "Ja zszedłem i modliłem się z nim, objąwszy go. Było to jak ojcowskie objęcie syna." Po modlitwie poinformował niedoszłego zabójcę, że poza kaplicą czeka na niego  policja, i ten oddał się w jej ręce. Nim jednak tak się stało, stanął on przed wiernymi, by przeprosić ich za zdarzenie, które mogło być dla nich przykre, bowiem z pewnością ich wystraszył, i dał przed nimi świadectwo, jak Bóg uchronił go tego wieczoru przed dokonaniem okropnej zbrodni.

Przybysz okazał się być człowiekiem, który wyszedł z więzienia, dostał nową pracę, poznał kobietę swego życia i ożenił się. Media nie podają, co takiego się zdarzyło, że sięgnął po broń, by mordować. Wydaje się, że można to wytłumaczyć tylko szatańskim atakiem. Pastor Wright relacjonuje, że choć jego życie zdawało się właśnie rozkwitać, to jednak wyraźnie był on w złym stanie emocjonalnym, można było poznać w nim człowieka zrozpaczonego. Jednak gdy szedł, by zapewne odebrać życie wielu ludziom, zdarzyło się coś niezwykłego. Według jego własnych słów, Bóg powiedział mu, że zanim zrobi coś złego, niech wejdzie do kościoła. I tu mała dygresja: "Gazeta Wyborcza" / Gazeta.pl jako bodaj jedyne polskie media zrelacjonowały to zdarzenie swym czytelnikom, zamieniając jednak w relacji niedoszłego zabójcy: "Bóg powiedział..." na "ktoś powiedział...", jakby to był jakiś przypadkowy człowiek, podczas gdy oryginalne relacje nie pozostawiają cienia wątpliwości, że był to "głos z nieba" - w ten sposób cud zmieniono na "szczęśliwe zrządzenie losu", byle tylko nie dać świadectwa, że Bóg jest realny i aktywny! Takie sensacje "dobrze się sprzedają", ale Bóg i cuda nie są w nich zbyt "wygodne", a pomijanie Imienia Pana w mediach jest obecnie bardzo częste.

Nasz Bóg jest dobry i mocny! Wierzę, że ta historia się nie zakończyła - że ona się dopiero zaczęła. Człowiek ten prawdopodobnie został przewieziony do szpitala na obserwację psychiatryczną. Pastor Wright ma nadzieję, że nie wróci on do więzienia, i pragnie z nim nawiązać relację, by poprowadzić go w wierze, pielęgnując to "ziarno", które zostało w nim "zasiane".

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Gdy doświadczamy zła

"Słyszeliście, iż powiedziano: Oko za oko, ząb za ząb. A Ja wam powiadam: Nie sprzeciwiajcie się złemu, a jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi. A temu, kto chce się z tobą procesować i zabrać ci szatę, zostaw i płaszcz" (Ewangelia Mateusza 5, 38 - 40). "Nikomu złem za złe nie oddawajcie, starajcie się o to, co jest dobre w oczach wszystkich ludzi. Jeśli można, o ile to od was zależy, ze wszystkimi ludźmi pokój miejcie. Najmilsi! Nie mścijcie się sami, ale pozostawcie to gniewowi Bożemu, albowiem napisano: Pomsta do mnie należy, Ja odpłacę, mówi Pan. Jeśli tedy łaknie nieprzyjaciel twój, nakarm go; jeśli pragnie, napój go; bo czyniąc to, węgle rozżarzone zgarniesz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj" (List do Rzymian 12, 17 - 21).
Od kilku lat przyjaźnię się z menonitami. Jestem od dawna pod wielkim wrażeniem głębi ich wiary i prostoty serca. Gdy przed laty zacząłem poznawać ich dzieje i przekonania - z bardzo nielicznych dostępnych w naszym kraju publikacji - wielkie wrażenie wywarły na mnie świadectwa menonickich męczenników, a także specyficzne przekonania, które dziś nazwalibyśmy pacyfistycznymi. Menonici nie noszą broni i wystrzegają się pilnie jakiejkolwiek przemocy - nawet, choć może się to komuś zdać absurdalne, jeśliby miała ona być użyta w obronie własnej. Nie wiem, czy byłbym dobrym menonitą, ale w tej kwestii nasze poglądy były mocno zbliżone, a im bardziej się w tą kwestię zagłębiałem, tym większy wpływ miały na mnie ich słowa, bo odkrywałem, że tak właśnie mówi Słowo Boże!

Od kilku lat także otrzymuję (a także rozprowadzam) wydawane przez nich pisemko "Ziarno Prawdy" - i właśnie w tych dniach dotarły do mnie zimowe numery. W styczniowej edycji zawarte zostało niezwykle interesujące nauczanie, artykuł Ivana Hershbergera pt. "Praktyczne niesprzeciwianie się złu". Jest to jakby "skondensowana" pacyfistyczna doktryna menonitów, w której dano czytelnikom solidną podstawę pod dalsze studiowanie Słowa Bożego i rozważanie w modlitwie. Ostatnia część artykułu odnosi się właśnie do kwestii: co zrobić, gdy ktoś nastaje na nas i nasze mienie?

"Reakcje na działania złodziei i innych osób mających złe zamiary
W kwestii samoobrony zacytujemy fragment artykułu XIV „Obrona przy użyciu siły” (z Konfesji dordrechckiej z roku 1632): Jezus zabronił swoim uczniom i zwolennikom wywierania zemsty i czynnego oporu, a zamiast tego nakazał im, by „nie oddawali złem za zło ani obelgą za obelgę”, lecz „włożyć miecz do pochwy” i – jak przepowiedzieli prorocy – „przekuć je na lemiesze”. Mamy nie czynić zła ani obrażać nikogo i nie robić przykrości, lecz szukać dobra i zbawienia wszystkich ludzi; (...) a także przyjmować „grabież naszego mienia”.
Możemy jednak uciekać: A gdy was prześladować będą w jednym mieście, uciekajcie do drugiego (Mt 10,23). Jeśli ktoś zamierza nas zranić, słusznie możemy unikać zranienia.W Ewangelii Łukasza 4,29-30 czytamy, że mieszkańcy Nazaretu powstawszy, wypchnęli go z miasta, i wywiedli go aż na szczyt góry, na której miasto ich było zbudowane, aby Go w dół strącić. Lecz On przeszedł przez środek ich i oddalił się. W innym miejscu jest napisane: Wtedy porwali kamienie, aby rzucić na niego, lecz Jezus ukrył się i wyszedł ze świątyni (J 8,59).
Doktryna o niesprzeciwianiu się złu nie usprawiedliwia grzechu. Aby go uniknąć, może być konieczny pewien wysiłek, jak w przypadku Józefa, który porzucił szatę, uciekając od żony Potyfara. Niesprzeciwianie się złu jest nauką o pokoju w działaniu. Należy ją wcielać w życie nie tylko wobec nieprzyjaciół, lecz również w życiu codziennym w domu, w kościele, podczas prowadzenia samochodu i w miejscu pracy"

Tak, to wydaje się głupie, zupełnie irracjonalne. Jednak właśnie wówczas, gdy zaniechamy obrony, możemy zostać zwycięzcami - bowiem przy nas stoi Ten, o którym Psalmista pisał, że jest naszą siłą i tarczą. Znane są przypadki, gdy napadnięty chrześcijanin wzywał imienia Pana, a z ręki napastnika wypadał nóż. Znane są także przypadki, gdy napastnik dostrzegał nagle, że jego ofiara nie jest sama - Bóg posyła anioły, by nas strzegły - i uciekał. Pewien kaznodzieja sprzed kilku wieków rozgniewał słowem prawdy swego króla i ten wezwał go przed swe oblicze, by wylać na niego swą wściekłość - kazał mu przyjść samemu, by zbił go bez świadków, a Bóg posłał z nim swego anioła i król nie śmiał go tknąć, padł na twarz i modlił się o boże wybaczenie. To nie jest ważne kim jest nasz przeciwnik, jak bardzo jest mocny i ilu wrogów przed nami staje - bo Bóg ma moc nieograniczoną i może nas osłonić, a naszą krzywdę wynagrodzić i przemienić na dobro.

Często mówimy: Jezus jest dla nas wzorem. A czy zauważyliście, że Jezus nigdy się nie bronił, nigdy nikogo nie uderzył ani nie popchnął? Przemoc - nawet wówczas, gdy wydaje się słuszna - nie pasuje do miłości. Choć samoobrona nie jest grzechem, i Bóg nie odbiera nam prawa do niej, to nie jest też doskonałością, a Bóg wskazuje nam doskonalszą drogę postępowania. Przecież jeśli kogoś kochasz, tak naprawdę bardzo, to nawet jeśli ten ktoś cię uderzy, zrani, to ty nie zrewanżujesz się w ten sam sposób, prawda? Jeśli kogoś kochamy, a doznamy krzywdy, raczej odejdziemy, skryjemy się gdzieś i zapłaczemy, niż sami wyrządzimy mu krzywdę. My mamy polecone, by kochać bliźnich - także tych, którzy nam czynią zło - i zabiegać w modlitwie przed Bogiem o ich dusze. "Słyszeliście, iż powiedziano: Będziesz miłował bliźniego swego, a będziesz miał w nienawiści nieprzyjaciela swego. A Ja wam powiadam: Miłujcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście byli synami Ojca waszego, który jest w niebie, bo słońce jego wschodzi nad złymi i dobrymi i deszcz pada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Bo jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż macie zapłatę? Czyż i celnicy tego nie czynią? A jeślibyście pozdrawiali tylko braci waszych, cóż osobliwego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie wy tedy doskonali, jak Ojciec wasz niebieski doskonały jest" (Ewangelia Mateusza 5, 43 - 48).

Jezus mówi też: "...uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych" (Ewangelia Mateusza 11, 29). Gdy bardziej miłujemy innych, niż siebie; gdy bardziej zabiegamy o innych, niż o siebie; gdy pragnienie przebaczania i błogosławienia jest w nas silniejsze niż troska o własne dobro - wówczas  Bóg się raduje i obdarza nas pokojem serca.

sobota, 16 stycznia 2016

Wojownik i bohater

"Dzięki błogosławieństwu prawych podnosi się miasto, lecz usta bezbożnych burzą je" (Przypowieści Salomona 11, 11), "Starajcie się o pomyślność kraju, do którego was zesłałem. Módlcie się do Pana za niego, bo od jego pomyślności zależy wasza pomyślność" (Księga Jeremiasza 29, 7 - tłum. "Biblia Tysiąclecia") "Przede wszystkim więc napominam, aby zanosić błagania, modlitwy, prośby, dziękczynienia za wszystkich ludzi, za królów i za wszystkich przełożonych, abyśmy ciche i spokojne życie wiedli we wszelkiej pobożności i uczciwości" (1. List do Tymoteusza 2, 1 - 2)
Mój Tato regularnie ogląda serwisy informacyjne w TV. Jeśli z pokoju obok dobiegają co chwila jego gniewne pomruki lub okrzyki, to bez patrzenia na zegar wiem, że jest 17.00 i "Teleekspress", albo 19.00 i "Fakty", oraz że są przekazywane informacje o poczynaniach polityków, których akurat mój Tato nie lubi, lub ich wypowiedzi. Myślę, że mój Tato nie jest jedynym, na którego polityka ma zły wpływ i może w wielu domach słychać w tym samym momencie: "gałgan", "idiota", "kretyn" itp. (repertuar epitetów jest dość bogaty i "różnorodny wagowo"). I jest w tym wiele racji, bo politycy często działają i gadają głupio, a nawet bezwzględnie. Polityka to zbyt często zwykła wojna o władzę, wpływy, interesy - choć mówi się o dobru ogółu, działaniach na rzecz ojczyzny. Polityka to zbyt często bijatyka o "koryto" i wiele innych korzyści, jakie płyną z władzy. To brutalna gra bez zasad - w której niektórzy potrafią pozować na "ludzi z zasadami", a w gruncie rzeczy właśnie oni są najbrutalniejsi, realizujący działania "po trupach do celu". Polityka jest pełna brudu, ale to, co przekazują nam media także jest brudne. Media są bowiem często głęboko powiązane z polityką i to, co widzimy w mediach to już zazwyczaj nie prawda, a tylko kreowany wizerunek - pozytywny lub negatywny. Ci, którzy walczą o wpływy za pośrednictwem mediów wciągają w tą swoją brutalną grę miliony innych, manipulując ich emocjami. Jesteśmy pobudzani do gniewu i gniew jest w nas pielęgnowany tak, by nie ustawał i narastał - a to jest dzieło szatana.



"Gniewajcie się, lecz nie grzeszcie; niech słońce nie zachodzi nad gniewem waszym, nie dawajcie diabłu przystępu" (List do Efezjan 4, 26 - 27). Nie wolno nam dopuszczać do tego, by gniew się w nas zadomowił na stałe - bo gniew łatwo przeradza się w pogardę, w nasze serce wrasta coraz głębiej niszczący "korzeń goryczy". "Dążcie do pokoju ze wszystkimi i do uświęcenia, bez którego nikt nie ujrzy Pana, bacząc, żeby nikt nie pozostał z dala od łaski Bożej, żeby jakiś gorzki korzeń rosnący w górę, nie wyrządził szkody i żeby przezeń nie pokalało się wielu..." (List do Hebrajczyków 12, 14 - 15). "Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego" (Ewangelia Marka 12, 31) - a czy ów polityk, którego akurat tak bardzo nie lubimy lub zwolennik partii z którą akurat nie sympatyzujemy, nie jest po prostu człowiekiem takim, jak my, naszym bliźnim? Nawet jeśli są źli i głupi, to jeśli w nas jest pogarda i gniew wobec innych, to... czyż nie jest to w takim samym stopniu złe i ogłupiające? Gniew jest naturalnym i zdrowym objawem, o ile jest krótkotrwały, i jest tylko wyładowaniem emocji lub zamanifestowaniem sprzeciwu wobec zła - Jezus też bywał gniewny. Jeśli zaś utrzymuje się i narasta, otwiera nasze serce diabłu, a ten wchodzi i sieje w nim spustoszenie.
 
Jeśli wiadomości polityczne rozniecają w nas i podtrzymują ogień gniewu, to lepiej zrobimy jeśli odłączymy się od tego przekazu i zajmiemy się własnym życiem. Zwłaszcza zaś powinniśmy rozważyć, co my sami w naszym życiu zrobiliśmy źle - czy nie skrzywdziliśmy kogoś przez własną arogancję, głupotę i samolubstwo - i jak powinniśmy żyć, aby stawać się dla świata i bliźnich błogosławieństwem. Jeśli irytują nas głupi i źli politycy, sami starajmy się postępować rozważnie i dobrze. Jeśli gniewa nas to, co się dzieje wokół, jeśli nie możemy już znieść ludzi, których widzimy, bo są "tak źli, podli i głupi", to może czas, abyśmy przestali się na tym koncentrować, a oddali to wszystko Bogu w modlitwie? Jeśli tak bardzo źle się dzieje, to może jest to znak, że jesteśmy zbytnio zaangażowani w walkę polityczną, a za mało się modlimy, że pokładamy nadzieję w politycznych programach i ideach partyjnych, a nie w Bogu. Zamiast śledzić polityczną gadaninę "mądrych" (tych, których lubimy) i "głupich" (tych, których nie znosimy), czy nawet wychodzić na manifestacje i wykrzyczeć nasze niezadowolenie, znacznie lepiej uczynimy, gdy wyłączymy telewizor . radio / internet, zamkniemy się w swym pokoju i na kolanach skonsultujemy te wszystkie sprawy z Bogiem, zawierzając Jemu (i TYLKO Jemu!) siebie samych, swoje rodziny i otoczenie, cały kraj i świat. 
 
Naszym gniewem nie sprawimy, że inni ludzie - w tym nasi politycy - staną się mądrzejsi i lepsi i zaczną bardziej myśleć i kierować się naprawdę dobrem ogółu. "Odpowiedź łagodna uśmierza zapalczywość, słowo raniące pobudza do gniewu. (...) Drzewem życia jest język łagodny, złamaniem na duchu - przewrotny" (Przypowieści Salomona 15, 1 i 7). Modląc się zaś BŁOGOSŁAWMY - czyli zabiegajmy w modlitwie o łaski od Boga, o samo dobro dla kraju i ludzi - Bóg nie chce, byśmy w modlitwach naszych zwracali się przeciwko komuś! Bóg mówi: "Błogosławcie, a nie złorzeczcie" (List do Rzymian 12, 14) - nawet jeśli widzimy i doświadczamy ludzkiej nieprawości. Złorzeczenie jest zawsze przeciwieństwem błogosławieństwa tak samo, jak pogarda jest przeciwieństwem dobroci. Mamy miłować ludzi jak braci, a z każdego zła, z pogardy i gniewu, zdamy kiedyś sprawę przed Bogiem. Złorzeczenie - przeklinanie i pogarda wobec bliźnich - są chwastem w ludzkim sercu, który nie pozwala rosnąć kwiatowi miłości. Modlitwa, w której błogosławimy oczyszcza nasze serca ze złorzeczenia, uwalnia nas z kajdan gniewu, rozbudza miłość i troskę. Ten, kto toczy polityczną grę, raz wygrywa a raz przegrywa - ten, kto się modli i kocha innych, zawsze wygrywa, nawet jeśli jest wyśmiewany i spychany na margines. Modlitwa i miłość - deptanie po własnym gniewie i urazach, jakie mamy czasem głęboko w sercu i myśli do innych - to wielkie zwycięstwo nad sobą samym, to jest droga wojownika, bohatera!

czwartek, 14 stycznia 2016

Równi przed Bogiem

"Pan spogląda z nieba, widzi wszystkich ludzi. Z miejsca, gdzie przebywa, patrzy na wszystkich mieszkańców ziemi. On, który ukształtował serce każdego z nich, On, który uważa na wszystkie czyny ich." (Psalm 33, 13-15)
Bóg widzi wszystkich ludzi i wszystkich darzy jednakową miłością. A my? Tak często można usłyszeć lub przeczytać o ludziach: "żydy", "parchy", "czarnuchy", "arabskie brudasy", kozoj***y" - zwłaszcza teraz, gdy jest tak bardzo napięta sytuacja związana z imigrantami. Równie napięta jest nasza wewnętrzna sytuacja polityczna - i jedni na drugich mówią / piszą: "PiSuary", "lemingi", "katole", "POpaprańcy", "najgorszy sort Polaków", "komuniści i złodzieje" etc. A czy nie słyszymy też często: "pedał", "ciota", "lesba", "dupek", "palant"? Zbyt często postrzegamy ludzi przez pryzmat koloru skóry, zachowań związanych z taką a nie inną kulturą (odmienności), innej wiary, innej mentalności, ułomności i grzechów, innych poglądów, itp. lub po prostu dlatego, że akurat go nie lubimy. Zbyt często słyszę, że biały człowiek zbudował cywilizację, a czarny to jak małpa na drzewie. Zbyt często słyszę, jacy to głupi i niegodziwi są ci, którzy są po przeciwnej stronie linii politycznych podziałów. Zbyt często widzę jak często "inny" lub nielubiany oznacza dla nas automatycznie "gorszy". Albo biedniejszego, mniej zaradnego czy upośledzonego człowieka jakże często niejeden z nas traktuje jako "gorszego". Ten świat jest skażony przez liczne grzechy, a pogarda dla innych jest jednym z nich. Nie podoba mi się taki świat, gdzie - jak śpiewał mistrz Niemen - "człowiekiem gardzi człowiek".

Dla Boga każdy z nas jest równy i na każdego z nas Bóg tak samo patrzy. On nie patrzy na to, czy jesteśmy czarni, czy biali; czy urodziliśmy się w "cywilizowanej" Europie czy też w sercu amazońskiej czy afrykańskiej dziczy albo gdzieś na pustyni; czy mamy obie nogi równej długości, czy też jedną krótszą; czy jesteśmy prości czy garbaci, otyli czy szczupli i wysportowani; czy jesteśmy bogaci i cwani, czy niezaradni i ubodzy... On nie patrzy na to, jakie są nasze poglądy polityczne. Nie myślmy, że Bogu miła jest jakaś konkretne partia polityczna, czy też milsi są Panu ci, którzy do niej przynależą od tych, którzy są z przeciwnego obozu. Bóg patrzy na wszystkich ludzi i traktuje ich równo - każdego tak samo kocha, choć życie i czyny ludzi często są złe i nie podobają się Panu. Bóg kocha nawet tych, których uczynki budzą słuszną odrazę i powodują, że wzbiera w nas gniew i pogarda dla bliźniego, który się nimi zhańbił. Bóg dostrzega ludzkie grzechy i wzywa ludzi, by się obmyli - pijak, gej lub lesbijka czy bandzior nie są przez Boga pogardzani! I niejeden dewiant wejdzie do nieba, gdy odrzuci swój grzech, a nie wejdzie tam pewnie "religijny" człowiek, który takich ludzi nazywa "pedałami"!
 
Gdy stajemy przed Chrystusem i jesteśmy powołani, by iść za Nim, rzucane jest nam także wyzwanie: "MIŁUJ! Miłuj innych tak, jak ty jesteś przeze mnie miłowany! Miłuj bliźniego swego pomimo wszystko!" Apostoł Paweł pisze: "Choćbym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a miłości bym nie miał, byłbym miedzią dźwięczącą lub cymbałem brzmiącym. I choćbym miał dar prorokowania, i znał wszystkie tajemnice, i posiadał całą wiedzę, i choćbym miał pełnię wiary, tak żebym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. I choćbym rozdał całe mienie swoje, i choćbym ciało swoje wydał na spalenie, a miłości bym nie miał, nic mi to nie pomoże" (1. List do Koryntian 13, 1 - 3) Miłość wymaga ogromnej pokory - umniejszenia własnego "ja", a wywyższenia "ty", zwrócenia się ku drugiemu człowiekowi i troszczenia się bardziej o niego, niż o siebie, kimkolwiek by on nie był i cokolwiek by nie czynił. Gdybyśmy tylko potrafili się uniżyć i kochać innych bardziej, niż siebie! Tylko na pokorze i miłości możemy coś wielkiego zbudować - nie na walce i opluwaniu bliźnich!

środa, 13 stycznia 2016

Kompetencje

Aby mówić w sposób kompetentny o fizyce trzeba być fizykiem lub przynajmniej znawcą fizyki. Aby mówić w sposób kompetentny o chemii trzeba być chemikiem lub przynajmniej mieć solidną wiedzę z zakresu chemii. Aby mówić w sposób kompetentny o astronomii... itd.

Na tej samej zasadzie, aby mówić w sposób kompetentny o wierze i sprawach duchowych, trzeba być najsampierw człowiekiem wiary i modlitwy, który na co dzień żyje nie tylko w tym fizycznym świecie, który nas otacza, ale również i przede wszystkim w otoczeniu bytów zupełnie niefizycznych, w świecie jak najbardziej realnym - choć niczego w nim nie możemy dotknąć, poczuć, wyliczyć -  w "świecie ducha". By mówić o Biblii, może nie trzeba być od razu wielkim biblistą po renomowanych uczelniach (choć może być to nader przydatne!), ale trzeba ją najpierw gruntownie poznać poprzez czytanie i zrozumienie poprzez modlitwę, czyli... rozmowę z Autorem, który objaśnia z chęcią człowiekowi to, co ten wcześniej przeczytał. Ktoś kiedyś bardzo fajnie to nazwał Szkołą Biblijną Ducha Świętego - chodzi się do niej przez całe życie, każdego dnia, a jednak poznanie nie jest nigdy całkowite. Nie różni się to w gruncie rzeczy zbytnio od studiowania fizyki, chemii lub astronomii, bowiem jest to tak samo zdobywaniem wiedzy. Są ludzie, którzy pomimo, że nigdy nie ukończyli żadnych formalnych studiów,zyskali tak wielką mądrość dzięki Słowu Bożemu i Duchowi Świętemu, że wielcy profesorowie tego świata do nich powinni przychodzić po nauki!
"Wy jesteście z niskości, Ja zaś z wysokości; wy jesteście z tego świata, a Ja nie jestem z tego świata" (Ewangelia Jana 8, 23) "Gdybyście byli ze świata, świat miłowałby to, co jest jego; że jednak ze świata nie jesteście, ale Ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi" (Ewangelia Jana 15, 19)
Chrześcijanin nie jest człowiekiem z tego świata. Chrześcijanin jest człowiekiem wybranym i podniesionym na "wyższy poziom" życia przez Tego, który - jak sam o sobie powiedział - nie jest z tego świata. Tym przewyższa innych, że wiedza, którą gromadzi, pochodzi z obu światów - materialnego i duchowego - podczas gdy inni są ograniczeni tylko do jednego. Wiedza z jednego tylko świata - tego "w dole" - nigdy nie może być kompletna. Nawet w badaniach nad dziejami świata, fizyką, chemią, astronomią, biologią, naukowcy w pewnym momencie zawsze staną bezradni, jeśli brakuje im wiary i wiedzy "z wysokości". Jeśli ta wiedza "z tego świata" potrzebuje być uzupełniona o elementy wiary, by być dopełniona, to gdy mówimy o sprawach wiary, sprawach duchowych, to większość naszej wiedzy i doświadczenia, byśmy mogli być kompetentni, musi być z tego świata "wyższego", duchowego. Wiedza, którą możemy zdobyć "ludzkimi środkami" - poprzez studiowanie i badanie, poznawanie historii, kultury i filozofii - jest wiedzą bardzo przydatną, ale wielce niekompletną i nie czyni człowieka zupełnie kompetentnym, by mówić o Bogu, Biblii i sprawach wiary. Poznanie i kompetencje zyskujemy, gdy z wiarą trwamy przy Bogu. A jeśli tak, to czyż możemy oczekiwać od ludzi tego świata, których możliwości poznania i zrozumienia są ograniczone, że to pojmą?

Ekumeniczne... zboczenie

"Albo czy nie wiecie, że niesprawiedliwi nie odziedziczą Królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ludzie dopuszczający się nierządu, bałwochwalcy, cudzołożnicy, uprawiający prostytucję, homoseksualizm, złodzieje, chciwcy, pijacy, oszczercy i zdziercy nie odziedziczą Królestwa Bożego. A takimi właśnie niektórzy z was byli. Obmyliście się jednak, doznaliście uświęcenia i dostąpiliście usprawiedliwienia w imieniu Pana, Jezusa Chrystusa, i w Duchu naszego Boga." (1. List do Koryntian 6, 9 - 11 - tłum. "Nowe Przymierze")
Wiele razy już pisałem nt. homoseksualizmu. Zdanie Boga w tej kwestii jest zupełnie jasne i bezdyskusyjne. Zdanie chrześcijan w tej kwestii musi być zgodne ze zdaniem Boga. Tymczasem jesteśmy świadkami coraz bardziej rozszerzającego się upadku. Diabeł, choć przegrał w chwili śmierci Chrystusa na Golgocie i Jego zmartwychwstania, nie poddaje się - ma jeszcze dany czas i knuje, i ryje pod nami, i dłubie w Kościele, by uczynić jak największe spustoszenie w Kościele, by jak najwięcej ludzi doprowadzić do duchowej ruiny i w konsekwencji ściągnąć do piekła.Diabeł nie ma mocy zwyciężyć Kościoła, bo Kościół oparty jest na Jezusie jako skale i stoi za nim moc samego Boga. Jezus powiedział: "...na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go" (Ewangelia Mateusza 16, 18). Diabeł więc postanowił skopiować krzyż, modlitwy, nawet używanie Biblii i zrobić nowy, "lepszy" i "bardziej ludzki" Kościół - czy może raczej produkt kościołopodobny (kto pamięta jeszcze PRLowskie "produkty czekoladopodobne"?). No i udało mu się zrobić "świetny Kościół" - coś, jak "świetne" buty adibas lub naike za 50 zł z targowiskowego straganu...  Modlą się, mają nawet kościoły z krzyżem na wieży jako miejsca zgromadzeń, zakładają koloratki, sutanny, mają w ręku Biblię. Na pozór "chrześcijanin", ale gdy zaczynają mówić, okazuje się, że nie zgadzają się z Bogiem i chcą, by inaczej rozumiano jasno sformułowane słowa Boga dotyczące kwestii moralnych, albo prowadzą ludzi w progejowskich marszach! I w tym momencie możemy poznać, że mamy do czynienia nie z Kościołem i chrześcijanami, ale z podróbą, z szatańską tandetą!

Tych szatańskich knowań jestem świadomy od lat - co najmniej od momentu, gdy redakcja pewnego chrześcijańskiego wcześniej czasopisma, organu szanowanego Kościoła, "podziękowała mi za współpracę" po tym, jak w jednym ze swych artykułów homoseksualizm - zgodnie z tym, co na jego temat mówi Bóg - nazwałem grzechem i zboczeniem. Mniej więcej w tym samym czasie w Polsce zaczęła działać niewielka sekta pseudochrześcijańska, która bardzo się chciała włączyć w działania ekumeniczne i jej przedstawiciele byli wielce rozczarowani, że nie byli przyjmowani jako partnerzy w ekumenicznych działaniach. Jesienią minionego roku aż mnie "zmroziło", gdy dowiedziałem się że kolejna taka sekta urządza "święto reformacji", a "ekumeniści" na nie zapraszają. Obecnie zbliża się kolejny Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Przeglądałem program obchodów w jednym z wielkich polskich miast. Niestety, wśród zaangażowanych w nie jest jedna z takich kościołopodobnych sekt. Jej "duchowny" został zaproszony do nauczania w innym, szanowanym i wydawałoby się, że bardzo ortodoksyjnym jak chodzi o wiarę, Kościele, a całość jest "firmowana" przez lokalną grupę współpracy ekumenicznej i... katolicką diecezję. 

Cóż mają wspólnie do robienia ludzie ufający Bogu i tacy, którzy odrzucają Boże zasady życia? Cóż ma do powiedzenia o Bogu i wierze człowiek, który kwestionuje Boże prawo, Boże zasady? Taki człowiek nie ma prawa nauczać w Kościele i nigdy nie powinno być na to zgody - bo jest to siewca kąkolu, zgorszenia i bezwstydności! Owszem, jest dla niego miejsce w Kościele - by mógł słuchać Bożej Prawdy, by Bóg mógł go pociągnąć do siebie i nawrócić, ale nie jako "nauczyciel Słowa"! "Nie wprzęgajcie się z niewierzącymi w jedno jarzmo. Cóż bowiem na wspólnego sprawiedliwość z niesprawiedliwością? Albo cóż ma wspólnego światło z ciemnością? Albo jakaż jest wspólnota Chrystusa z Beliarem lub wierzącego z niewiernym? Co wreszcie łączy świątynię Boga z bożkami? Bo my jesteśmy świątynią Boga żywego - według tego, co mówi Bóg: Zamieszkam z nimi i będę chodził wśród nich, i będę ich Bogiem, a oni będą moim ludem. Przeto wyjdźcie spośród nich i odłączcie się od nich, mówi Pan, i nie tykajcie tego, co nieczyste, a Ja was przyjmę i będę wam Ojcem, a wy będziecie moimi synami i córkami - mówi Pan wszechmogący" (2. List do Koryntian 6, 14 - 18) "Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. (...) Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia? Wtedy oświadczę im: Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!" (Ewangelia Mateusza 7, 15 i 21 - 23). A dziś "pasterze" nie tylko dopuszczają wilki do stada, ale jeszcze je zapraszają!

Kiedyś, w pierwszych wiekach Kościoła, zatwardziałych grzeszników wydalano ze wspólnot, by nie psuli Kościoła, a dziś się ich już zaprasza i "dialoguje". My nie mamy "dialogować", lecz mamy trzymać się wiernie Słowa Bożego i przekazywać ludziom zawartą w nim BOŻĄ PRAWDĘ! Sekty owe często powołują się na miłość Chrystusa i na fakt, że On nie odtrącał nikogo. Oczywiście to prawda, że Jezus z miłością traktował grzeszników, ale nigdy nie usprawiedliwiał ich grzechów i nie udawał, że ich postępowanie nie jest grzeszne - On traktował ich z wielką miłością, ale też mówił im: "idź i odtąd już nie grzesz"! Cóż myśleć o sytuacji, gdy zatwardziali grzesznicy i ich poplecznicy, są wprowadzani do Kościoła, by "nauczali" i traktowani jako "bracia i siostry w wierze"? Czy znajdzie się człowiek wierny, który ściągnie ich z kazalnicy i wskaże ławę, gdzie może być dla nich miejsce (o ile zechcą słuchać), lub... drzwi?