piątek, 25 grudnia 2015

Bożonarodzeniowy anioł

"Gościnności nie zapominajcie; przez nią bowiem niektórzy, nie wiedząc o tym, aniołów gościli" (List do Hebrajczyków 13, 2)
Jest w naszym kraju taki piękny zwyczaj, że przy wigilijnym stole zostawia się jedno puste miejsce i gotowe nakrycie. Moja babcia mawiała, że to dla "zagórskiego", czyli wędrowca, który może przyjść niespodzianie z daleka. Niektórzy - nieświadomi biblijnej prawdy o kondycji pośmiertnej człowieka, mający w sercu pogańskie jeszcze zabobony i sposób myślenia - głosili (i nadal głoszą), że to miejsce dla zmarłych. Zostawmy jednak ten przejaw ciemnoty i wróćmy do chrześcijańskiego obyczaju pozostawiania miejsca przy stole dla niespodziewanego gościa. Myślę, że kiedyś miało to bardzo praktyczny charakter - gdy nawet niezbyt daleka podróż była dużą wyprawą, a drogi zimą niebezpieczne i nie zawsze przejezdne. Łatwo sobie wyobrazić, że w wigilijny wieczór niejeden raz rozlegało się pukanie do drzwi i stawał przed gospodarzami podróżny proszący o gościnę. Być może zresztą tak właśnie zrodził się ten piękny zwyczaj? W naszych czasach już raczej takie niespodziewane wizyty się nie zdarzają i zwyczaj zaczął coraz bardziej wygasać. Myślę, że warto go podtrzymywać i przemienić, by na nowo miał sens. Może nie przyjdzie do nas żaden przybysz z daleka, ale każdy z nas ma wokół siebie ludzi ubogich i samotnych - niechże więc będzie to miejsce dla nich. 

Mam Przyjaciela - znamy się od przeszło 20 lat - który od wielu lat ciężko choruje, a rodzinę niby ma, ale jest tak, jakby jej nie było. Ów Przyjaciel właśnie poprosił mnie o spotkanie, byśmy omówili pomysły działań artystycznych. Przypadkowo usłyszałem fragment jego telefonicznej rozmowy: "...puszczę sobie kolędy z płyt, zjem rybę po grecku - nie ma sprawy, przywykłem do samotnych Wigilii...." Omówiliśmy, co mieliśmy do omówienia, po czym przeszliśmy się jeszcze przez miasto, a potem on poszedł do swoich spraw, ja zaś do swoich. Jednak cały czas miałem w uszach jego słowa o kolędach z płyt, daniu z supermarketu i "samotnych Wigiliach". Wiedziałem, że tak nie może być! Naprawdę nigdy nie myślałem, że w jego życiu jest aż tak źle. Nie wiem, jak mógłbym usiąść z bliskimi do świątecznego stołu i jak miałbym znieść myśl, że on gdzieś tam siedzi sam nad rybą po grecku i tylko myśli, że może jutro albo pojutrze ktoś wpadnie na herbatę i rozmowę. Wieczorem, w kuchni pachnącej świątecznymi plackami i zupą grzybową, odbyła się improwizowana "rodzinna narada", podczas której przedstawiłem sytuację mego Przyjaciele, po czym padło jedno tylko rzeczowe pytanie: chcesz go zaprosić? 

Zadzwoniłem. Gdy odebrał, powiedziałem tylko: "Słuchaj, jest sprawa. Przyjdź do mnie jutro wieczorem..." "OK... Ale zaraz... Słuchaj, przecież jutro jest Wigilia!" "No właśnie! I to jest ta sprawa!" Zajęło to trochę czasu, nim upewnił się, że zaproszenie jest "na poważnie". Sam nie wiem ile razy musiałem powtarzać: "Tak, tak - zapraszamy! Przyjdź koniecznie!" Jeszcze usłyszałem: "No wiesz, to takie rodzinne święta. Chętnie przyjdę, ale jakbyście się rozmyślili, to tylko daj znać, ja się nie obrażę..." Miałem ochotę przypomnieć mu piękne literackie opisy świąt w kręgu nie tylko rodziny, ale i przyjaciół, ale tylko jeszcze raz powtórzyłem zaproszenie. Przyszedł - jakby jeszcze nie do końca wierząc, że to się dzieje naprawdę - i zasiadł z nami do stołu. Potem dziękował wielokrotnie za zaproszenie, ale... to właściwie my powinniśmy jemu dziękować, bo dzięki niemu do naszego domu wróciło - po latach "nijakości" - prawdziwe Boże Narodzenie i święta te znów zaczęły "smakować" i cieszyć. Może faktycznie wraz z nim wszedł do naszego domu jakiś anioł z Chrystusowego Orszaku?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz