sobota, 5 grudnia 2015

Autostop alleluja!

"Ja sam i mój dom służyć chcemy Panu" (Księga Jozuego 24, 15)
Jozue pyta w imieniu Pana lud Izraela: komu chcesz służyć, bożkom czy Panu? Ja jednak dziś rozmyślałem nad tym zdaniem w trochę innym kontekście: jak rozumiem służbę Panu i jak mogę ją realizować w moim życiu? Polska jest takim dziwnym krajem, gdzie gdy mówi się ludziom o powołaniu do "służby bożej", ludzie myślą, że chodzi o zakon lub seminarium, o przyłączenie się do "duchowieństwa". Błąd! Zacznijmy od tego, że Bóg nie ustanowił nowotestamentalego kapłaństwa ani nie chce, byśmy się zamykali za murami klasztorów. Ale przede wszystkim "służba boża" to nic innego, jak prawdziwe życie chrześcijańskie - posłuszeństwo i oddanie Bogu prawdziwemu i realizacja chrześcijańskiego posłannictwa. To wierność Ewangelii, życie nasycone Ewangelią i głoszenie Ewangelii - roznoszenie jej po świecie, wykorzystywanie każdej nadarzającej się okazji, by głos Boga dochodził do ludzi.

Mam niemal 40 lat. Z tego ponad 20 podróżuję autostopem... Myślę, że mam prawo się nazwać "starym autostopowiczem". Myślę, że dla wielu ludzi autostopowicz to ktoś, kto po prostu chce jechać "za friko". Oczywiście kwestia finansów bywa istotna, ale autostop dla mnie to przede wszystkim radość podróżowania i spotkania z drugim człowiekiem. Większą radość mam z tego, że jadę z kimś, że możemy pobyć razem i porozmawiać, lub po prostu "nawijać drogę na kółka", niż z tych zaoszczędzonych pieniędzy. Mam cichą nadzieję, że i tym, którzy mnie zabierają daję trochę przyjemności i urozmaicenia. Autostop traktuję jako pewnego rodzaju "wymianę darów" - o coś proszę, bo gdzieś chcę dotrzeć, a coś daję. Wiele lat temu zwyczajem było dawać kierowcy "na piwo" - obecnie to rzeczywiście "podróż za jeden uśmiech" (kto czytał tą książkę Adama Bahdaja?). Mam w swoim życiu wiele ciekawych autostopowych podróży, wiele niesamowitych spotkań i wiele świadectw Bożego działania... Czasem modliłem się przy drodze martwiąc się, że podróż mi "nie idzie", i zatrzymywał się ktoś, a potem słyszałem: "Wiesz, ja na ogół autostopowiczów nie biorę, sam nie wiem dlaczego się zatrzymałem", albo podjeżdżało od tyłu auto (!), zawracało przy mnie, a po tym okazywało się, że ci ludzie jadą tam, gdzie ja, a gdzie dojazd jest bardzo skomplikowany ("mission impossible" dojechać jednym autem a komunikacji publicznej w tym miejscu nie ma wcale!), a czasu już było stresująco mało, tak, że już dosłownie błagania płynęły pod Boży tron! Od jakiegoś czasu zacząłem się jednak zastanawiać, czy nie mogę w tej "wymianie darów" ofiarować czegoś więcej - czegoś, co mogłoby u tych ludzi pozostać i coś dobrego wnieść w ich życie. Właściwie dlaczego bym nie miał wykorzystać autostopu do tego, by... służyć Panu, niosąc Jego Słowo bliźnim?

Myśl ta nie daje mi spokoju od kilku miesięcy. Latem tego roku byłem przez kilka dni na Kociewiu. Odwiedziłem tam jeden ze zborów w pobliskim miasteczku, by być na niedzielnym nabożeństwie. Oczywiście tą krótką podróż odbyłem autostopem. Gdy pod jego koniec pastor spytał: "Czy ktoś z was jest wśród nas pierwszy raz?", szczerze się do tego "pierwszeństwa" przyznałem, podnosząc rękę do góry. No i dostałem "pakiet powitalny": kupon na kawę i ciacho w zborowej kawiarence, płytę zborowego chóru i "gedeonitkę" - kieszonkowy Nowy Testament. To bardzo miły zwyczaj, który przyjmuje chyba coraz więcej społeczności chrześcijańskich. Kawę i ciasto wśród zborowników i rozmów z nimi miło wspominam, płyta jest miłą pamiątką. A Biblia? Biblia przecież "nie była mi do niczego potrzebna!" Wiedziałem, że ona nie jest dla mnie, że ma tylko przejść przez moje ręce, by mogła być błogosławieństwem dla kogoś innego. Pozostała w ozdobnej torebce, w jakiej mi zborownicy przekazali swój upominek. Gdy wracałem, zatrzymała się dla mnie jakaś miła kobieta, z którą pokonałem znaczną część drogi. Gdy - żegnając się i dziękując za zabranie - podałem jej pakuneczek, była bardzo zaskoczona a w jej oczach był taki niesamowity błysk radości.

Skłamałbym, gdybym napisał: nigdy wcześniej o tym nie myślałem. Owszem, myślałem - żeby mieć ze sobą zawsze "gedeonitki" i pozostawiać je dyskretnie gdzieś w samochodzie gospodarza. Ale... to chyba nie był Boży plan działania, Boża strategia. Myślę, że Bożą strategią "przekaz bezpośredni", w którym znaczenie ma też postawa tego, który jest przekazicielem. Gdy jeszcze napiszemy coś od siebie, może się to stać dla kogoś naprawdę czymś więcej niż tylko niespodziewanym upominkiem. Również nasza podróż może zyskać przy tym zupełnie nowy wymiar! I nie chodzi tylko o zdziwienie w oczach kierowców... Gorąco pragnę, by moje podróże były czymś więcej niż tylko przebywaniem wielu, wielu kilometrów i "gratisowym" docieraniem tam, gdzie zapragnę.


P.S. Pomysł nie jest opatentowany! ;) Każdy, kto poczuje się zainspirowany i sprawi, że nie będę samotnym szaleńcem, będzie radością mego serca! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz