czwartek, 31 grudnia 2015

Radosny Bóg radosnych ludzi

"Filipiński duchowny, Albert San Jose, podczas mszy wigilijnej jeździł między ławkami na... elektrycznej deskorolce i śpiewał pieśń 'Niech dobry Pan cię błogosławi i chroni'. Nie spotkało się to wcale z oburzeniem wiernych zgromadzonych w świątyni. Wręcz przeciwnie. Bili mu nawet brawo. Nie spodobało się to jednak władzom diecezji San Pablo. Po tym, jak video przedstawiające jazdę obiegło świat, został on zawieszony. 'To było niewłaściwe' - napisała diecezja na stronie na Facebooku" (źródło: CHNNews.pl)

Ogromnie podoba mi się ów człowiek i gdyby takich było więcej... Ech! Myślę, że to, co wymyślił, nie kwestia "nowoczesności na siłę", czy "robienia show", ale skutek wyczytania w Ewangelii tego, co jest powodem do ogromnej radości. Myślę, że szatan drży przed Bogiem, drży przed Słowem Bożym i drży też przed radością chrześcijańską, której źródłem jest Dobra Nowina - Ewangelia Chrystusowa - i której "iskierka" jest widoczna w tym mężczyźnie. Gdy czytamy Słowo Boże znajdujemy tam pewne zasady liturgiczne, ale są one ściśle powiązane z systemem religijnym Starego Przymierza. A nawet wówczas, w tamtych zamierzchłych czasach, znajdujemy Króla Dawida, który śpiewał, tańczył i skakał jak szalony w trakcie bardzo ważnych celebracji religijnych! Gorszył tym ludzi - pewnie i dostojnych kapłanów Boga - ale Boga tym radował. Myślę, że taniec (bo właściwie jest to rodzaj tańca, o czym świadczy np. efektowny piruet) owego księdza po kościele na "hoverboardzie" w porównaniu z tym, co wyczyniał Król Dawid, to doprawdy nic! Myślę, że powodem oburzenia władz kościelnych - a także niektórych katolików w naszym kraju, którzy też obejrzeli filmik i komentują sprawę - nie jest tak naprawdę zachowanie księdza, ale... niedostatek prawdziwej chrześcijańskiej radości w sercu. Myślę, że dużym problemem jest, że ludzie często są silne związani kościelnymi zasadami ustanowionymi nie przez Boga, lecz przez innych ludzi, i choć są religijni, to w tej swojej religijności są jak... studnie bez wody.

Pamiętam dobrze niezwykły koncert grupy Maleo Reggae Rockers w jednym z kościołów w Wielkopolsce. Dobre, mocne reggae, może o lekko rockowym "zabarwieniu". Świetne teksty i wspaniała muzyka, która aż porywa do tańca, biegania i skoków. A ludzie... nie ośmieli się nawet wstać z kościelnych ławek, o jakimkolwiek uzewnętrznianiu radości nawet nie mówiąc! Bo co? Bo "to kościół i nie wypada"? Pamiętam też inny koncert - zespołu New Life'm, także w Wielkopolsce. Był to koncert bożonarodzeniowy - kolędy i pastorałki, ale w świetnym, "mocnym" rytmie. Pełen kościół ludzi, wiele młodzieży... I co? Też "szlifowanie ławek tyłkami", aż wreszcie mała grupka młodzieży protestanckiej, również obecnej, nie wytrzymała, poderwała się i zaczęła się "gibać", klaskać, stukać w ławkę (pewni utalentowani muzycy, pochwaleni potem przez samych artystów!) i prawie tańczyć. Dopiero wówczas wstała cała reszta! A potem było wielkie oburzenie księży i parafian, gdy w lokalnej prasie wspomniałem o tym, co to za młodzi ludzie poderwali wszystkich do uwielbienia w duchu chrześcijańskiej radości.

Bóg daje nam radość. To, co się dokonało 2000 lat temu w Betlejem i co miało swą kulminację ok. 33 lata później  na Golgocie, powinno być dla nas źródłem radości, bowiem Jezus Chrystus jest dla nas Bramą Zbawienia! Mamy po tysiąckroć więcej powodów do radości, niż Król Dawid, więc dlaczego mielibyśmy tej radości nie przeżywać i nie manifestować? Bóg wlewa w serca ludzkie radość. Bóg też dał człowiekowi kreatywność. Król Dawid łączył przeżycia duchowe z kreatywnym wyrażaniem tej duchowej radości, która była w jego sercu - i w tym człowieku widzę tą samą "iskierkę"! To nie "modernizm" i "deformacja", a tylko współczesna forma tego, co cieszyło Boga już 3000 lat temu! Nie pozwólmy, by diabeł gasił w nas bożą iskierkę radości! Nie pozwólmy sobie wmówić (i dotyczy to tak katolików, jak i protestantów), że w trakcie nabożeństwa, wszystko musi być "godnie - sztywno i poważnie". Bowiem Bóg nasz jest dawcą radości i sam jest Bogiem radosnym! Jahwe jest Radosnym Bogiem radosnych ludzi!

Nie-mniejsze zło

"Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła" (1. List do Tesaloniczan 5, 22 - tłum. "Biblia Tysiąclecia"), "Bądźcie trzeźwi, czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, chodzi wokoło jak lew ryczący, szukając kogo by pochłonąć" (1. List Piotra 5, 8).
O nas, chrześcijanach, mówi się czasem, że "przesadzamy i robimy z igły widły", że próbujemy za wszelką cenę dostrzec zło tam, gdzie "go nie ma". Gdy pisałem nieraz o "halloween" i jego pogańskich korzeniach, nieraz dowiadywałem się, jakim jestem "idiotą", "fanatykiem" i "dewotem". Gdy środowiska ludzi wierzących - głównie katolików - czasem buntują się przeciwko złu, są publicznie wyszydzani. Tak było ostatnio w przypadku niedawnej porno-afery teatralnej we Wrocławiu. Tak było ilekroć ktoś zwracał uwagę na demoniczną symbolikę czy nazwy produktów i przeciwko nim protestował. 

Nie jestem wielkim fanem tych protestów - bo właściwie w ten sposób realizuje się diabelski plan, ułożony przez szatana za pomocą ludzi będących dobrymi specami od reklamy i manipulacji / socjotechniki. Jednak oburzenie społeczeństwa zazwyczaj jest zupełnie słuszne. Szatan jest bardzo przebiegłym i niebezpiecznym przeciwnikiem - sieje na świecie wielkie zło: wojny, morderstwa, bandytyzm i przemoc, które bulwersują miliony ludzi, ale też drobniejsze z pozoru "ziarno", które te same miliony ludzi traktują z przymróżeniem oka, jako "dobrą zabawę", rozrywkę, element pop-kultury. Diabłu udało się przemycić do naszej codzienności wiele elementów, które wydają się być zupełnie "niewinne" - nie tylko durnowaty halloween, ale też elementy satanizmu w rocku, okultyzmu w filmach i książkach dla dzieci i młodzieży (i nie tylko dla nich), symbolach. To czasami są "małe okruchy", ale są. I tak na przykład ostatnio we wspólnej reklamie pewnych dwóch wielkich instytucji finansowych, można zobaczyć taką oto scenkę:


Trwa ona może ze dwie sekundy, ale jest! I w ten oto sposób w okresie Bożego Narodzenia (!) na wielu kanałach TV oddawana jest cześć szatanowi! Fakt, że gest ten upowszechnił się jako element pop- kultury, i że gestu tego tak często używa się w środowisku twórców i fanów hard - rocka (mocno "zainfekowanego" przez satanizm!) i że gest ten jest wykonywany często bezmyślnie, nie ma żadnego znaczenia - wciąż jest to znak symbolizujący szatana i uwielbienie dla niego. W takich różnych "drobiazgach", które diabeł masowo przemyca do życia ludzi, jest coś znacznie więcej, niż tylko "pozory zła", przed którymi ostrzega nas Apostoł Paweł!

Fakt, że diabeł z elementów własnego kultu (satanizm) i powiązanych z sobą obrzędów (okultyzm), należałoby z pewnością zapisać na listę jego zwycięstw. Oczywiście są to zwycięstwa tylko pozorne i czasowe, choć wielu ludzi, niestety, pociąga do swego piekielnego królestwa - ostateczne zwycięstwo należy do Chrystusa! Póki trwa ten świat, toczy się dalej codzienna walka dobra ze złem - i my musimy być świadomi szatańskiej taktyki i szatańskiej broni, nie tylko tej wielkiego kalibru, zła oczywistego, ale także wszelkich innych, po najmniejsze "pistoleciki", z pozoru (!) "niewinne" i czasem nawet "zabawne". W wielkich bitwach nie wolno ignorować niczego i niczego nie wolno zaniedbywać, bo wówczas słabniemy i jesteśmy coraz bardziej narażeni na destrukcję, w tym wypadku duchową. I bolesny jest fakt, że wielu ludzi zostało duchowo zniszczonych - i spotkałem takich, którzy na pół oddają chwałę Bogu, bo w niedzielę idą do kościoła na mszę, a na pół oddają chwałę diabłu poprzez muzykę, symbolikę i niekiedy obrzędy (wracam myślą do "halloween"). To zło "małego kalibru", które wydaje się wcale nie być złem, nie jest wcale mniej niebezpieczne, niż to zło "wielkiego kalibru", tak bardzo oczywiste i bulwersujące - jest równie niebezpieczne, a może nawet bardziej, bo sięga tam, gdzie "wielki kaliber" może wywoływać oburzenie.

piątek, 25 grudnia 2015

Bożonarodzeniowy anioł

"Gościnności nie zapominajcie; przez nią bowiem niektórzy, nie wiedząc o tym, aniołów gościli" (List do Hebrajczyków 13, 2)
Jest w naszym kraju taki piękny zwyczaj, że przy wigilijnym stole zostawia się jedno puste miejsce i gotowe nakrycie. Moja babcia mawiała, że to dla "zagórskiego", czyli wędrowca, który może przyjść niespodzianie z daleka. Niektórzy - nieświadomi biblijnej prawdy o kondycji pośmiertnej człowieka, mający w sercu pogańskie jeszcze zabobony i sposób myślenia - głosili (i nadal głoszą), że to miejsce dla zmarłych. Zostawmy jednak ten przejaw ciemnoty i wróćmy do chrześcijańskiego obyczaju pozostawiania miejsca przy stole dla niespodziewanego gościa. Myślę, że kiedyś miało to bardzo praktyczny charakter - gdy nawet niezbyt daleka podróż była dużą wyprawą, a drogi zimą niebezpieczne i nie zawsze przejezdne. Łatwo sobie wyobrazić, że w wigilijny wieczór niejeden raz rozlegało się pukanie do drzwi i stawał przed gospodarzami podróżny proszący o gościnę. Być może zresztą tak właśnie zrodził się ten piękny zwyczaj? W naszych czasach już raczej takie niespodziewane wizyty się nie zdarzają i zwyczaj zaczął coraz bardziej wygasać. Myślę, że warto go podtrzymywać i przemienić, by na nowo miał sens. Może nie przyjdzie do nas żaden przybysz z daleka, ale każdy z nas ma wokół siebie ludzi ubogich i samotnych - niechże więc będzie to miejsce dla nich. 

Mam Przyjaciela - znamy się od przeszło 20 lat - który od wielu lat ciężko choruje, a rodzinę niby ma, ale jest tak, jakby jej nie było. Ów Przyjaciel właśnie poprosił mnie o spotkanie, byśmy omówili pomysły działań artystycznych. Przypadkowo usłyszałem fragment jego telefonicznej rozmowy: "...puszczę sobie kolędy z płyt, zjem rybę po grecku - nie ma sprawy, przywykłem do samotnych Wigilii...." Omówiliśmy, co mieliśmy do omówienia, po czym przeszliśmy się jeszcze przez miasto, a potem on poszedł do swoich spraw, ja zaś do swoich. Jednak cały czas miałem w uszach jego słowa o kolędach z płyt, daniu z supermarketu i "samotnych Wigiliach". Wiedziałem, że tak nie może być! Naprawdę nigdy nie myślałem, że w jego życiu jest aż tak źle. Nie wiem, jak mógłbym usiąść z bliskimi do świątecznego stołu i jak miałbym znieść myśl, że on gdzieś tam siedzi sam nad rybą po grecku i tylko myśli, że może jutro albo pojutrze ktoś wpadnie na herbatę i rozmowę. Wieczorem, w kuchni pachnącej świątecznymi plackami i zupą grzybową, odbyła się improwizowana "rodzinna narada", podczas której przedstawiłem sytuację mego Przyjaciele, po czym padło jedno tylko rzeczowe pytanie: chcesz go zaprosić? 

Zadzwoniłem. Gdy odebrał, powiedziałem tylko: "Słuchaj, jest sprawa. Przyjdź do mnie jutro wieczorem..." "OK... Ale zaraz... Słuchaj, przecież jutro jest Wigilia!" "No właśnie! I to jest ta sprawa!" Zajęło to trochę czasu, nim upewnił się, że zaproszenie jest "na poważnie". Sam nie wiem ile razy musiałem powtarzać: "Tak, tak - zapraszamy! Przyjdź koniecznie!" Jeszcze usłyszałem: "No wiesz, to takie rodzinne święta. Chętnie przyjdę, ale jakbyście się rozmyślili, to tylko daj znać, ja się nie obrażę..." Miałem ochotę przypomnieć mu piękne literackie opisy świąt w kręgu nie tylko rodziny, ale i przyjaciół, ale tylko jeszcze raz powtórzyłem zaproszenie. Przyszedł - jakby jeszcze nie do końca wierząc, że to się dzieje naprawdę - i zasiadł z nami do stołu. Potem dziękował wielokrotnie za zaproszenie, ale... to właściwie my powinniśmy jemu dziękować, bo dzięki niemu do naszego domu wróciło - po latach "nijakości" - prawdziwe Boże Narodzenie i święta te znów zaczęły "smakować" i cieszyć. Może faktycznie wraz z nim wszedł do naszego domu jakiś anioł z Chrystusowego Orszaku?

czwartek, 24 grudnia 2015

Świątecznie

"Albowiem dziecię narodziło się nam, syn jest nam dany i spocznie władza na jego ramieniu, i nazwą go: Cudowny Doradca, Bóg Mocny, Ojciec Odwieczny, Książę Pokoju." (Księga Izajasza 9, 5)
Gdy idziemy do kina na film, niemal zawsze pokazywany jest nam najpierw cały blok zapowiedzi innych filmów i wielkich premier kinowych. Taka reklama filmu nazywa się "trailer". Słowa dane nam od Boga, poprzez Proroka Izajasza, również są takim "trailerem", zapowiadającym największe wydarzenie w dziejach świata i zarazem początek największej przygody ludzkości. Przygody, która trwa po dziś dzień.

Jako, że pasjonuję się historią, często czytam o różnych ważnych i niezbyt ważnych wydarzeniach z przeszłości ludzkości, o wielkich wojnach i podbojach, o życiu codziennym ludzi, o władcach i poddanych... Jest oczywiste, że nasza historia ma pewne znaczenie i że kształtowała naszą teraźniejszość. Ale czy to ważne dziś, jak jaki faraon rządził Egiptem, jak władali Piastowie, albo kto wygrał w bitwie pod Grunwaldem? Nie sądzę. Natomiast to, co zaczęło się w Betlejem, wciąż ma ogromne znaczenie, bowiem życie i nauki Chrystusa mają wciąż (chwalić Boga!) wpływ na miliony ludzi i przemieniają ludzkie serca! 

Gdy oddajesz Bogu swoje życie, zaczynasz z Nim obcować i rozmawiać, On czyni twoje życie pięknym i zaczyna się dla ciebie, człowieku, największa przygoda; najpiękniejsza podróż, którą możesz odbyć nie opuszczając miejsca, gdzie żyjesz - podróż i przygoda duchowa, która radykalnie zmienia twoje życie, twoją codzienność i może mieć ogromny wpływ także na ludzi wokół ciebie. Jezus został nazwany w proroctwie "Cudownym Doradcą". Dawni władcy, choć to oni sami decydowali, otaczali się wieloma doradcami, którzy mieli wiedzę z różnych dziedzin, która była konieczna do dobrego władania. Jezus ma kompleksową wiedzę o świecie i o nas samych - bo nikt nie zna stworzenia tak, jak Stwórca. Temu, co On nam mówi, możemy zaufać i nie będziemy żałować, gdy będziemy według jego wskazówek postępować i kierować swoim życiem. Jezus jest nazwany także "Księciem Pokoju" i tym, którzy oddają swe życie w Jego święte ręce, udziela swego pokoju, wlewa go w ich serca obficie. Jezus przemienia serce i życie człowieka! Wreszcie: daje nam zbawienie i życie wieczne pod Jego panowaniem. A zaczęło się to w Betelejm w malutkiej i ubożuchnej stajence!

W dzisiejszy wieczór w wielu domach mrok rozświetlą światła choinek - ale życzę, by mroki życia rozświetlał nam wszystkim Jezus Chrystus. Pod choinkami ułożonych będzie wiele prezentów - ale najważniejszy jest ten Dar, który został nam dany od Boga, On sam jako Zbawiciel. I tego właśnie daru życzę przede wszystkim - by to, co zaczęło się w Betlejem, w dokonane zostało na Golgocie dało wam wszystkim życie wieczne pod panowaniem Pana i Boga naszego, Jezusa Chrystusa, Księcia Pokoju!

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Niedziela (niech) będzie dla nas!

Taka kartka już od dawna widnieje za szybą auta mojego ojca. Widniałaby i za szybą mojego, gdyby nie prosty fakt, że nie posiadam samochodu, ani nawet prawa jazdy. Nawet wówczas, gdy oboje rodzice pracowali zawodowo, a ja i siostra chodziliśmy do szkół, zakupów nie robiło się w niedzielę - bez problemów te potrzeby zaspokajało się w tygodniu, więc nikt mi nie wmówi, że niedzielny handel jest "koniecznością"! W dni powszednie sklepy są czynne od świtu do późnego wieczora, więc jakim cudem "nie ma czasu na zakupy"? Nawet "za komuny" niedziela była szanowana, a nawet w soboty wprowadzono wolne - aby był czas na odpoczynek, na pójście do kościoła, dla rodziny. Dopiero kapitalizm narzucił nam nowe reguły: pracy ponad miarę i maksymalizacji zysków.

"Pamiętaj o dniu sabatu, aby go święcić" (Księga Wyjścia 20, 8). Oczywiście od wieków trwa dyskusja między chrześcijanami, czy należy trzymać się ściśle szabatu, czy też świętować dzień zmartwychwstania Pana, niedzielę. "Niech was tedy nikt nie sądzi z powodu pokarmu i napoju albo z powodu święta lub nowiu księżyca bądź sabatu. Wszystko to są tylko cienie rzeczy przyszłych; rzeczywistością natomiast jest Chrystus" (List do Kolosan 2, 16 - 17). Z obserwacji wynika, że Bóg działa bardzo mocno i ogromnie błogosławi chrześcijanom zachowującym sabat i chrześcijanom świętującym w niedzielę, więc spór nie ma sensu. Jedno jest pewne: sześć dni mamy pracować, a siódmego należy nam się odpoczynek. I tego powinniśmy się trzymać. To jest Boże postanowienie dla człowieka, dane raz na zawsze. Jestem chrześcijaninem, Konstytucja RP gwarantuje mi prawo do bycia nim, a tym samym prawo do dnia wolnego, który będę mógł poświęcić Panu, rodzinie i wypoczynkowi. A jednak to konstytucyjne prawo nie jest w Polsce zachowywane i gdy szukasz pracy, często słyszysz - zwłaszcza w sklepach - warunek: "Praca zmianowa, przez cały tydzień według grafiku, także w nocy i w niedzielę, od 8.00 do 21.00". I nikogo nie obchodzi, że jesteś chrześcijaninem i chcesz iść się modlić, bo to akurat dzień, który masz przeżywać w sposób szczególny ze swym Bogiem. Gdzie więc jest konstytucyjne prawo wolności religijnej i zakaz dyskryminacji z powodów wyznania?

Wiele razy miałem okazję rozmawiać o tej kwestii z ludźmi, którzy bronią niedzielnego handlu, jakby chodziło o niepodległość, czy jakieś inne kluczowe kwestie. Z rozmów wynika, że są to w zasadzie sami ateiści, którym obce są religijne zasady i koncepcje życia. Uważają oni, że religia to sprawa bardzo osobista i nie życzą sobie, by jakiekolwiek jej elementy przenikały poza granicę tej "osobistości". Oni mówią: "Ja pracuję od poniedziałku do soboty, od rana do wieczora, więc w niedzielę muszę robić zakupy." Szanuję ludzi, którzy ciężko pracują. Dość często rzeczywiście ludzie muszą pracować ponad siły - tak, że właściwie na dom i rodzinę już nie pozostaje wiele czasu. Systemowy wyzysk. Bardzo wielu jednak jest pracoholikami - bo dobrobyt, bo kariera. Też są ofiarami systemu, choć w trochę inny sposób. Oni mają zaburzony system funkcjonowania! Nas czas powinien zostać podzielony w sposób zrównoważony: praca - rodzina - odpoczynek. Kapitalizm ten podział czasu rujnuje i rujnuje życie ludzi. Ale chrześcijanin to też człowiek pracujący, i to często równie ciężko. Jakim prawem ci ludzie odmawiają chrześcijaninowi prawa do tego, by w niedzielę modlił się i odpoczywał? Z tych moich licznych rozmów wynika, że przez tych "niedzielnych klientów" pracownicy sklepu nie są traktowani jako ludzie im równi, tylko jak służący, albo gorzej: jak niewolnicy, którzy muszą wykonywać określone prace wówczas gdy "pan" lub "pani" sobie życzy. Nie patrzy się na nich, jak na ludzi, którzy też mają swoje potrzeby (także duchowe) i też mają rodziny. Żaden z tych "mądrali", którzy chcą mieć luksus chodzenia do sklepów w niedzielę (a najlepiej, żeby i w święta były pootwierane, a na pewno "te wszystkie kościelne"), nie zastanawia się nawet, jak ciężka jest to praca i jak niskie są płace. Ani myślą o prawach konstytucyjnych - co najwyżej tylko o własnych, i chcą by cały świat, w tym także ludzie wierzący, funkcjonował "po świecku", jakby Boga nie było...

W 1989 roku upadł w Polsce "komunizm". Problem w tym, że z jednego utopijnego i okropnego systemu weszliśmy w drugi, w gruncie rzeczy równie nieludzki, w którym władzę przejęli ludzie mający wpływy i pieniądze. Nie odzyskaliśmy wolności - po prostu nałożono nam inne więzy. Jesteśmy okłamywani, manipulowani i wyzyskiwani. Idziesz do pracy za 1600 zł, musisz brać dodatkowe godziny (pracodawcy nawet już nie pytają - w umowie masz, że musisz i koniec). Jesteś niewolnikiem systemu, z którego ktoś ciągnie ogromne zyski! Potem biegniesz do sklepów, gdzie jesteś przekonywany, że "ceny są takie niskie", gdzie wszystko jest urządzone tak, byś kupił jak najwięcej - nawet jeśli tego nie potrzebujesz (ilu ludzi kupuje coś tylko dlatego, że "wpadło w oko" i "takie tanie"?) i wydał jak najwięcej! Jesteś niewolnikiem systemu, z którego ktoś ciągnie ogromne zyski! I jeszcze mówią ci: nie stać cię na coś? Nie szkodzi! Kupuj, mi ci damy kredyt! Nie mówią tylko: i "wydoimy cię" jeszcze bardziej! Ludzie! Czy naprawdę na tym ma polegać nasze życie? Jeśli tak, to... właściwie po co żyć? Czytuję Karola Dickensa, który pokazuje chciwość jednych i wyzysk drugich w XIX-wiecznym kapitalistycznym społeczeństwie. Czytuję też (i cenię, choć był on komunistą!) Martina Andersena Nexø, który nędzę, wyzysk i niesprawiedliwość pokazuje jeszcze bardziej realistycznie. I czasem odkrywam, że w gruncie rzeczy nie tak wiele różni naszą sytuację od tych realiów, które opisywali. Żyjemy może trochę lepiej i nowocześniej, lecz pod wieloma względami tak bardzo podobnie. Jedni krzyczą: "Chcemy wyjść z tego systemu i ŻYĆ!" i wołają o zamknięcie wielkich sklepów w niedzielę, drudzy zaś krzyczą: "My chcemy mieć wygodę i kupować w niedzielę, więc wy musicie być w systemie!"

Ile razy w rozmowach mówiłem o tym, że niedziela powinna być wolna, tyle razy ktoś odpowiadał: "Jeśli chcesz wolnej niedzieli, nie zatrudniaj się tam, gdzie się w niedzielę pracuje. Najlepiej załóż sobie własną firmę, własny sklepik, a jak nie będziesz dawał sobie rady, szybko wyleczysz się z 'wolnej niedzieli'", "Wolna niedziela oznacza wzrost bezrobocia, daj ludziom pracować". Wiecie, znam taką firmę, w której nie tylko niedziele są wolne, ale także soboty - wytwarzają produkty, które znajdziecie w każdym dobrym sklepie spożywczym, a prowadzą też malutki firmowy sklepik, gdzie można się doliczyć nawet 4 - 5 osób personelu. I firma zarabia bardzo dobrze, i pracownicy są zadowoleni i mają wielu klientów, którzy po prostu wiedzą, kiedy przyjść. Właściciele firmy są adwentystami - na marginesie: w swoim sklepie sprzedają także Biblie i literaturę chrześcijańską, a niejednokrotnie wykładają też książki i filmy, które można wziąć za darmo. Można? Można! Wszystko jest tylko kwestią dobrej woli i właściwego ułożenia hierarchii wartości! Wolna niedziela to nie jest "wymysł religiantów", to element fundamentalny dla normalnego funkcjonowania społeczeństwa. I tak, jestem za tym, by katolik, zielonoświątkowiec czy baptysta nie musiał pracować w niedzielę; adwentysta, jehowita czy karaim (niewielu ich, ale są) w sobotę; muzułmanin zaś - bo w końcu każdy musi mieć równe prawa - w piątek. Zakupy i robienie biznesu w niedzielę naprawdę nie są koniecznością i, skoro już tak bardzo chcemy "europeizować" Polskę, to "europeizujmy" ją w tym, co dobre, co warto naśladować:

Zbliża się Nowy Rok. Gorąco pragnę, byśmy pośród swoich noworocznych postanowień zawarli: OD TERAZ NIE KUPUJĘ W NIEDZIELĘ! I żeby nie było to tylko postanowienie uczynione 1 stycznia, o którym już za tydzień się zapomina, ale PO PROSTU TAK ZRÓBMY! Nie wierzmy w to, że "przez to będą zwolnienia" - bo jeśli "w tygodniu" przyjdą ci klienci, którzy przychodzili dotąd w niedzielę, to będzie potrzeba więcej pracowników "w tygodniu". A damy im czas na sprawy duchowe i rodzinne. Powstrzymanie się od zakupów niedzielnych, to nie tylko wierność Bogu, ale też w gruncie rzeczy po prostu chrześcijańska postawa miłosierdzia wobec bliźnich. Nie myśl, że Boga cieszy, że w niedzielę jesteś w kościele na nabożeństwie, jeśli potem idziesz na zakupy, a przez to, że ty chodzisz na zakupy, kto inny musi w niedzielę siedzieć w pracy, zamiast iść na niedzielne nabożeństwo! Nie wmawiaj też sobie: "nie mam czasu w inny dzień!", bo jeśli przyjrzysz się uważnie swojej codzienności, to zobaczysz, ile czasu jednak masz, a bezmyślnie go marnujesz. Pomyśl wreszcie o sobie: ja nie jestem "pępkiem świata" i wokół mnie są inni ludzie, którzy potrzebują żyć według zasad, które wyznają, którzy potrzebują odpocząć i modlić się... Myślę, że dla kogoś, kto ma miłość i empatię w sercu takie drobne wyrzeczenie: NIE KUPUJĘ W NIEDZIELĘ! nie powinno stanowić żadnego problemu. To nie postawa chrześcijańska jest "roszczeniowa" i "aspołeczna", lecz... egoizm.

Dobra lokata

"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego" (Ewangelia Marka 12, 31)
Czasem, aby mogła w pełni rozkwitnąć miłość bliźniego, musi na tym ucierpieć miłość własna. O czym myślę? O tym, że powinniśmy sobie umieć odmówić czegoś, co nie jest nam potrzebne, a co byśmy chcieli mieć, jeśli widzimy bliźniego, który jest w potrzebie. Gdy mijamy głodnego człowieka, idąc na obiad do drogiej restauracji lub gdy mijamy nędznie ubraną bezdomną kobietę, idąc na "shopping" (jak to się "modnie" określa zakupy), by kupić kolejny "szałowy ciuszek", czy możemy podobać się Bogu? Miłość własna (egoizm) ukierunkowuje nas na 100% wykorzystanie tego, co posiadamy i cieszeniem się naszymi zasobami. Miłość bliźniego natomiast ukierunkowuje nas na dzielenie się z nim tym, czego mamy pod dostatkiem, a czego naszemu bliźniemu dotkliwie brakuje i radość płynącą z możliwości zaspokojenia jego potrzeb. 

Jeśli mamy dobrą pracę, albo "żyłkę do interesu" i dzięki temu zarabiamy dużo pieniędzy, możemy kupić sobie luksusowy samochód. Ale może gdzieś obok nas żyje ktoś, kto bardzo potrzebuje samochodu, aby pracować na życie, lecz nie stać go na to, by kupić sobie auto? A może to inwalida, którego nie stać na samochód, który poprawiłby jakość jego życia, ułatwił codzienną egzystencję? Lepiej wówczas kupić sobie tańszy samochód, a drugi kupić bliźniemu, aby z jego pomocą zarabiał na chleb lub mógł łatwiej żyć. To jest być może dość "ekstremalny" przykład, choć słyszałem i o takich przypadkach. Dobrze. Można kupić zimową kurtkę za np. 300 zł? Można. A i dużo, dużo droższe. Ale można też kupić dwie zimowe kurtki za tą samą sumę pieniędzy - dla siebie i dla kogoś, kogo na zimowe ubranie nie stać. Można wydać kilkaset złotych na elegancki obiad? Można. Nawet w naszym kraju są ludzie Ale można też posilić się za niewielką część tej sumy, a za resztę nakarmić głodnych. Która z tych postaw bardziej się spodoba Bogu?

To, co przeznaczamy na własne potrzeby, są to koszty, które ponosimy i nigdy nie odzyskujemy. To zaś, co oddajemy, by zaspokoić potrzeby bliźniego - kierując się wiarą - to nie są żadne koszty, tylko dobra lokata na "niebiańskim koncie". "Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie je mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje podkopują i kradną, ale gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie podkopują i nie kradną. Albowiem gdzie jest skarb twój - tam będzie i serce twoje" (Ewangelia Mateusza 6, 19 - 21). Bóg błogosławi sercu człowieka ofiarnego, za miłość, która je wypełnia. To błogosławieństwo może (choć nie musi) przekładać się także na pomyślność w sferze materialnej, dzięki czemu człowiek miłosierny może sobie na więcej pozwolić - zwłaszcza w zakresie możliwości dzielenia się z bliźnimi. A to ledwie niewielki procent tego, co przynosi "lokata niebiańska", ledwie "pierwsza rata" tego, co na nas czeka. To, czym się dzielimy, by zaspokoić potrzeby innych, jest jedynym bogactwem, jakie możemy przenieść przez "bramę śmierci", do Nowego Świata, gdzie będziemy żyli wiecznie, do Królestwa Niebieskiego. Pieniądze, które przeznaczamy na zaspokojenie własnych żądz, trwonimy - te zaś, które przeznaczamy na zaspokojenie życiowych potrzeb bliźniego, nigdy nie są stracone.

niedziela, 20 grudnia 2015

Zróbmy sobie... prawdziwe święta!

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Muszę przyznać, że od wielu lat mam pewien problem z tymi świętami. Nie chodzi o to, że jestem przeciwko nim, jak niektórzy zdecydowanie zbyt gorliwi wierzący. Nie zgadzam się z tym, co niektórzy mówią o "pogańskim pochodzeniu" tych świąt - bo ewidentnie nie znają oni ich historii - i nie mam nic przeciw choince, świeczkom, bombkom... Wszystko to może być naprawdę bardzo piękne, jeśli przeżywamy Boże Narodzenie w gronie rodziny i we właściwy sposób, skoncentrowani na osobie Jezusa Chrystusa. Rzecz w tym, czy potrafimy jeszcze właściwie przeżywać Boże Narodzenie.

Miło wspominam święta z dzieciństwa. Ulic naszych miast nie rozświetlały wówczas miliony lampek a w sklepach pewnie było trochę "świątecznie", ale z pewnością nie tak, jak teraz (próbuję wyłowić w pamięci obrazy z przeszłości) - bo to nie były święta pasujące ówczesnej władzy, bo świąt nie udało się zkomunizować politycznie (choć się starano) i jeśli robiło się jednak trochę świątecznie w tych dniach, to dzięki ludziom i pewnie jakiemuś kompromisowi. Za to w domu panowała wspaniała atmosfera - były obie babcie (obaj dziadkowie dawno zmarli, nim się urodziłem), była pachnąca żywicą choinka, w kuchni "upał afrykański", bo na wszystkich gazach coś się gotowało lub smażyło, a w piekarniku rumieniły się placki. I pamiętam kolędy... No, co prawda to prawda, nie śpiewane w gronie rodzinnym, bo jakoś nikt z nas za bardzo "wokalnie" nie był uzdolniony, ale piękne kolędy puszczane z płyt. Jako dziecko miałem jeden główny obowiązek: wypatrywania na niebie, o ile tylko było bezchmurne, pierwszej gwiazdki. I pamiętam, że gdy zaczynała migotać, bardzo wszystkich poganiałem, "bo to już". Gdy już podzieliliśmy się opłatkiem i zjedliśmy wieczerzę, był czas na "wyglądanie Gwiazdorka" (on to bowiem u nas przynosił prezenty), podczas gdy rodzice podkładali worek pod choinkę (no, raz czy dwa odwiedził nas "prawdziwy" Gwiazdor)... Jasne, że na to się czekało! Do dziś pamiętam jeden prezent: "zdalnie sterowany" (przez wężyk) model fiata 125p, w którym w dodatku świeciły się reflektory. Jakieś 35 lat temu to było naprawdę "coś". A potem rodzice szli do kościoła na "pasterkę" - a przynajmniej tato - a ja zasypiałem pod opieką babć. W świąteczne dni albo my kogoś z krewnych odwiedzaliśmy (chyba, słabo pamiętam), albo krewni odwiedzali nas. I tak mijał świąteczny czas. Po latach najpierw umarła jedna babcia, potem druga, więzy rodzinne też jakoś się poluźniły i... już nie było tak "świątecznie".

Teraz niemal każde miasto "świeci się świątecznie". Nawet te najmniejsze zwykle starają się o to, by była choinka, bombki, lampki, choć trochę kolorowych światełek. To dobrze. Bardzo fajnie jest, jeśli dodamy do tego kolędy - ale dopiero w same święta! Uważam, że nie powinno się kolęd grać i odtwarzać przed świętami - a już zwłaszcza to, co dzieje się w supermarketach jest obrzydliwością. A pojawiające się im wcześniej się da świąteczne dekoracje, mają nas wprawić w nastrój i byśmy przestali myśleć, a kupowali. Wielkie korporacje handlowe "mordują święta", by wycisnąć z nich jak najwięcej dochodu. Fajnie jest, jeśli w sklepach robi się świątecznie, ale w sposób UMIARKOWANY i w odpowiednim czasie! Wielkie korporacje handlowe i producenci wmawiają nam, co "koniecznie powinniśmy kupić" na święta, bez czego "na pewno święta nie będą udane". I wielkie korporacje chcą, byśmy kupowali wiele, nawet zadłużając się "po uszy". Nawet wiadomości TV opowiadają nam o szaleństwie przedświątecznych zakupów. Gdy w TV słyszę od listopada: "Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta..." i widzę konwój czerwonych ciężarówek z lampeczkami i spaślaka w czerwonym kubraczku, gdy słyszę kolędy i głos zachwalający wyjątkowy aromat kawy, albo pokazuje mi się przerośniętego krasnala wsuwającego pod choinkę przeróżne drogie zabawki, to czuję, że... to nie są moje święta!

Moje święta, to coroczne powracanie do Betlejem, do stajenki, w której pewnej jesiennej nocy narodził się Ten, który później zawisł na krzyżu Golgoty. Moje święta to święta wdzięczności dla Niego. Wiecie, gdy włączamy TV, albo idziemy do sklepu, znajdujemy tam masę prezentów i świątecznych dekoracji, ale... nie znajdujemy tam nigdy słów z Biblii, osoby Jezusa, innych postaci znanych z kart Ewangelii! To jest tak, jakby ktoś nam jako jajko sprzedawał wydmuszkę! Bo to Jezus - a nie najnowszy iPod, Xbox czy gadżety z "Gwiezdnych Wojen" - jest ISTOTĄ tych świąt! Święta bez Jezusa, bez zwrócenia się do Betlejem, bez powrotu do Ewangelii i bez choćby chwili refleksji nie mają żadnego sensu. Jeśli ktoś świętuje w Boże Narodzenie bez Jezusa, to po co w ogóle świętuje? Wiecie, to, jak będą wyglądać nasze świata, zależy w dużym stopniu od nas, od właściwej hierarchii wartości w naszym życiu. Święta nie muszą być wcale "na bogato", lecz PO BOŻEMU. Możemy nie kupić nawet żadnych prezentów, a samemu coś zrobić dla najbliższych. Jestem całym sercem za tym, aby przestać napychać pieniędzmi kieszenie tym, którzy chcą tylko na Bożym Narodzeniu jak najwięcej zarobić. Wiecie, oni bardzo dobrze na tych świętach zarabiają, bo udało im się w nas zniszczyć te święta, wmówić nam, że prezenty i oprawa są najważniejsze. NIE! Najważniejszy jest Jezus i najbliżsi. Jeśli tak urządzimy swoje święta, będą one miały  sens i będą piękne!

piątek, 18 grudnia 2015

Targowisko uczynków

Czytam właśnie jedną z powieści genialnego brytyjskiego pisarza, Karola Dickensa. Nie jest tak znana, jak "Klub Pickwicka" czy też "Oliver Twist", lecz nie mniej interesująca. To "Życie i przygody Nicholasa Nickleby" (Wydawnictwo "Czytelnik", Warszawa 1971, tłum. Tadeusz J. Dehnel i Anna Przedpelska - Trzeciakowska). Dickens nie tylko świetnie "szkicował" słowami życie ludzi ubogich i mieszczan swego kraju, lecz był także dociekliwym i spostrzegawczym obserwatorem ludzkich postaw i charakterów. Niezwykle interesujące są pewne spostrzeżenia poczynione w drugim tomie powieści (str. 206):


Czasem spotykam ludzi, którzy postępują w taki właśnie sposób. Robią w swym życiu bardzo wiele złych rzeczy i są tego w pełni świadomi świadomi. Czy żałują tego, co źle zrobili? Czasem tak, ale czasem myślą, że "niestety musieli tak zrobić", albo ważniejsza jest dla nich korzyść, którą ten zły czyn im dał. Bywa, że sumienie nie daje im spokoju - a przez sumienie przemawia do człowieka Bóg - ale gdy rozmyślają o tym, przypominają sobie, że to lub owo zrobili dobrze, że komuś pomogli, więc "jednak nie są tak bardzo źli". Albo też, świadomi mniejszych i większych świństewek w swoim życiu, próbują robić coś dobrego, "aby się zrównoważyło". Ot, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak opowieści o istnieniu Boga, nieba i piekła okazały się koniec końców prawdziwe. Często przy tym wielka nieprawość zadziwiająco kurczy się w ich ocenie swego postępowania, a odrobina dobra w to miejsce równie zadziwiająco rozrasta. Jednak to nigdy nie działało, nie działa i działać nie będzie. Przed Bożym Trybunałem, człowieku, twoje wyliczenia, linia obrony w postaci "dobrych uczynków", które przecież "wyrównują drobne niedoskonałości" wyrządzonego innym zła, nie będą miały żadnego znaczenia. Choćby nawet rzeczywiście dobra i zła było 50/50, albo nawet dobra było 75%, i tak nie wkupisz się do raju, jeśli nie oddałeś swego życia Jezusowi Chrystusowi i nie odrzuciłeś zła, nie zaprzestałeś czynić nieprawości i nie odsunąłeś od siebie doczesnych żądzy.

Niektórzy mówią: nic na to się nie poradzi, "ludzka natura" jest taka, by sobie samemu robić dobrze, by urządzać się w życiu jak najlepiej, by bogacić się. Tak, "ludzka natura", skażona przez grzech. A Bóg, człowieku, chce oczyścić twoją "naturę", przeobrazić ją według wzorca, który On ustalił, przywrócić jej pierwotną doskonałość. Człowiek ze swej natury nie jest doskonały i dlatego potrzebuje Boga,  by On działał w jego sercu i udoskonalał człowieka. On oczyszcza serca z egoizmu, chciwości, pychy... On wypełnia serca miłością, pokojem, współczuciem, gotowością dzielenia się... To, czy ktoś jest bogaty, czy biedny nie ma żadnego znaczenia - bogactwo nie jest złem, a bieda nie jest cnotą, ale ważne jest to, jakim się jest człowiekiem, jakie się ma serce, w swoim bogactwie, lub w swojej nędzy. Kluczową jednak sprawą dla kwestii zbawienia nie jest to, jak wiele dobra czynimy, ale czy oddaliśmy życie Jezusowi Chrystusowi - i tym samym czy należymy do Niego - bo to On jest drogą do Niebios! Nie, nijak Bogu nie "sprzedamy" naszych "dobrych uczynków", nijak nie dobijemy się nimi do "bram raju". Bóg nie chce słuchać: "Tak, może kogoś skrzywdziłem, ale zobacz, potrafiłem też być 'bardzo szlachetny'!" Nasz "bilet do raju" opłacony został na krzyżu na Golgocie - bowiem cała ludzkość zupełnie zbankrutowała, jeśli chodzi o prawdziwe wartości.

Jest wielka przepaść pomiędzy tym światem, a Królestwem Niebieskim i tym nowym światem, który nadejdzie, gdy dzieje tego, w którym żyjemy, dobiegną końca. Jeśli chcesz być częścią tego nowego świata, musisz nią się stawać już teraz. Musisz przestać kierować się regułami tego świata. Musisz odrzucić swoje pożądania. Musisz przestać stawiać siebie i swoje dobro na pierwszym miejscu. Musisz nie tylko przestać traktować ludzi jako obiekt do zaspokojenia swoich żądz, ale też nauczyć się służyć - być bardziej dla innych, niż dla siebie samego; zaspokajać potrzeby innych, nie tylko swoje własne; myśleć o innych, nie tylko o sobie; troszczyć się o innych tak samo, jak o siebie, albo i bardziej... Dla ludzi taka postawa bywa niepojęta i nawet irracjonalna, ale takie jest właśnie Królestwo Boże. Niektórym wydaje się to zbyt trudne, "wbrew naturze" i pełne wyrzeczeń, ale gdy Bóg nas zbawia, staje się to proste i naturalne, bo Bóg zbawionym - wraz z "biletem do raju" - daje nowe serce, nowy umysł, nową naturę i... czyni człowieka szczęśliwym! To szczęście, które Bóg daje ludziom, którzy przyjmują zbawienie i zaczynają żyć życiem Królestwa Bożego już dziś, to jest ledwie "pierwsza rata" tego, co jest dla nas przeznaczone, cząstka "majątku", który na nas czeka w przyszłym świecie!

środa, 16 grudnia 2015

Bóg nie jest liberałem!

"Niechaj więc mowa wasza będzie: Tak - tak, nie - nie, bo co ponadto jest, to jest od złego" (Ewangelia Mateusza 5, 37)
Pewna lewicowo - liberalna gazeta opublikowała niedawno na swojej stronie internetowej filmik, na którym pokazano uśmiechniętego pastora, który razem z uśmiechniętym rabinem i uśmiechniętym... imamem muzułmańskim wspólnie buduje w Niemczech jedną świątynię dla "jednego Boga". "Piękna" inicjatywa w duchu multikulti - wszystkonamjedno. Aż dziwne, że nie podciągnięto pod nią jeszcze co najmniej kilku innych religii, np bahaizmu, który również szerzy się w Europie i również uznaje jedność bóstwa. Zwróciłem publicznie uwagę, że nie jest to projekt, w który powinni się angażować chrześcijanie, bo nie jest obojętne, czy jest się chrześcijaninem, żydem czy też muzułmaninem. "Bóg oczekuje, by ludzie się nawrócili i przyjęli łaskę zbawienia. To oznacza konieczność pójścia za Chrystusem. Żydzi potrzebują uwierzyć w Chrystusa i mahometanie potrzebują uwierzyć w Chrystusa - nie ma innej drogi!" - napisałem. Jezus mówi: "Ja jestem droga i prawda, i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie" (Ewangelia Jana 14,6). Jezus mówi także: "...jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak musi być wywyższony Syn Człowieczy, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny. Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny. Bo nie posłał Bóg Syna na świat, aby sądził świat, lecz aby świat był przez niego zbawiony. Kto wierzy w niego, nie będzie sądzony; kto zaś nie wierzy, już jest osądzony dlatego, że nie uwierzył w imię jednorodzonego Syna Bożego. A na tym polega sąd, że światłość przyszła na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność, bo ich uczynki były złe" (Ewangelia Jana 3, 14 - 19). Uczniowie zaś świadczą o Jezusie: "I nie ma w nikim innym zbawienia; albowiem nie ma żadnego innego imienia pod niebem, danego ludziom, przez które moglibyśmy być zbawieni" (Dzieje Apostolskie 4, 12). Do tego dochodzi jeszcze jeden problem: o ile chrześcijan i żydów łączy ten sam Bóg, to islam jest religią pogańską, całkowitym przeciwieństwem chrześcijaństwa.

Po tych słowach (Słowie Bożym!), ktoś napisał komentarz: "Stop fanatykom religijnym na facebooku!" Ludzie umiłowali kłamstwo i gdy słyszą prawdę, wściekają się - czy może raczej wścieka się poprzez nich sam "ojciec kłamstwa", szatan. Jedno z największych kłamstw naszych czasów, to nauczanie, że różne są drogi, które prowadzą do boga i że obojętne jest, którą z nich pójdziesz. Ba! Że nie musisz być wcale religijny, że nie musisz w nic wierzyć, a i tak, jeśli tylko jesteś "dobrym człowiekiem", to bóg - o ile w ogóle istnieje - patrzy na ciebie z radością i przyjmie cię, gdy twoje życie na ziemi się skończy. Kłamstwo, kłamstwo - za kłamstwem kłamstwo! A Bóg - ten prawdziwy, nie zaś bóg z ludzkich wymysłów, bóg religii "wszystko jedno" - nie jest liberałem! Bóg - no cóż! - nie zbawi ateistów za to, że starali się być "przyzwoitymi ludźmi", muzułmanina nie zbawi za czytanie koranu i wierność naukom Mahometa, buddysty nie zbawi za jego próby medytowania i samodoskonalenia się na drodze do Buddy, itd. Bogu nie jest wszystko jedno, którą drogą idą ludzie. On wskazał tylko JEDNĄ JEDYNĄ drogę, którą jest On sam (Jezus Chrystus jest Bogiem!) i Słowo Boże. 

Nie możemy się modlić wspólnie z muzułmanami, bahaitami, buddystami czy kimkolwiek innym. Nie możemy budować wspólnych świątyń. Nie wolno nam głosić "wszystko jedno, w co się wierzy". Ten, kto tak czyni, służy kłamstwu, służy diabłu. "Nie chodźcie w obcym jarzmie z niewiernymi; bo co ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością albo jakaż społeczność między światłością a ciemnością? Albo jaka zgoda między Chrystusem a Belialem, albo co za dział ma wierzący z niewierzącym? Jakiż układ między świątynią Bożą a bałwanami? Myśmy bowiem świątynią Boga żywego, jak powiedział Bóg: Zamieszkam w nich i będę się przechadzał pośród nich, I będę Bogiem ich, a oni będą ludem moim. Dlatego wyjdźcie spośród nich i odłączcie się, mówi Pan, I nieczystego się nie dotykajcie; A ja przyjmę was i będę wam Ojcem, a wy będziecie mi synami i córkami, mówi Pan Wszechmogący" (2. List do Koryntian 6, 14 - 18). Bóg odrzuca tych, którzy nie idą tą jedyną Drogą, którą nam wskazał. Bóg odrzuca tych, którzy próbują splątać ze sobą różne ścieżki duchowe. Nie czyni tego z przyjemnością, czyni to z ogromnym Bólem, że ci, których miłuje, idą drogą zatracenia. Oferuje zbawienie, ale nie wciąga nikogo na nią na siłę i pozostawia człowiekowi prawo do wyboru złej drogi, krzycząc jednak: "Na jej końcu jest PIEKŁO!" 

Jeśli "fanatyzmem" jest mówienie prawdy o tym, że jest tylko jedna droga do zbawienia, to ja jestem dumnym "fanatykiem"! Dlaczego? Bo w takim razie największym "fanatykiem" jest sam Bóg. A wiecie, kto jest największym liberałem? Wiecie, kto taki głosi, że "wszystko jest jedno", że można wierzyć w co się chce lub nie wierzyć wcale, że "tak" i "nie" wcale nie są takie oczywiste? I tu wracamy do zacytowanego przeze mnie na wstępie fragmentu Słowa Bożego: "... to jest od złego". Największym liberałem, "Liberałem numer 1" i ojcem liberalizmu duchowego jest szatan!

niedziela, 13 grudnia 2015

Trudne wyzwanie: miłujcie

"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego" (Ewangelia Marka 12, 31) "Jeśli kto mówi: Miłuję Boga, a nienawidzi brata swego, kłamcą jest; albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. A to przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego" (1. List Jana 4, 20 - 21)
Czasem tak bardzo trudno nam znieść drugiego człowieka obok siebie. Bo różni się on od nas; bo inaczej myśli; bo inaczej wierzy; by sympatyzuje z tym a tym człowiekiem; bo ma takie a takie poglądy polityczne; bo chce czego innego, niż my; bo jemu nie odpowiada to, co odpowiada nam... Oglądałem dziś relacje z Warszawy, z kolejnego wielkiego marszu, jaki - pewnie ku utrapieniu Warszawiaków - przeszedł przez naszą stolicę. Bardzo bolało mnie, że w jego trakcie padło wiele strasznych słów, nawet obelg pod adresem ludzi, którzy przeszli tymi samymi ulicami dzień wcześniej, włącznie z nazwaniem ich "komunistami i złodziejami". Ja chciałbym postawić Panu Prezesowi Kaczyńskiemu pytanie: a gdzie nauka Chrystusa o miłości bliźniego i przebaczaniu, którą szerzył także papież Jan Paweł II, na którego Pan Prezes się tak chętnie powołuje? Czyż Bronisław Komorowski, Donald Tusk, wszyscy ludzie z Platformy Obywatelskiej, inni aktualni opozycjoniści nie są bliźnimi, których Jezus nakazał miłować? Wiele oszczerstw szerzy się też poprzez internet, zwłaszcza pod postacią popularnych "memów". Posunięto się nawet do tego, że na jednej z takich grafik porównano adwersarzy sprzeciwiających się działaniom PiS do hitlerowców łamiących szlaban graniczny, by wtargnąć na terytorium Polski, by niewolić, grabić i niszczyć (słynne zdjęcie ilustrujące początek II wojny światowej). Wszystko to rani głęboko moje serce. Nie można pogodzić nauki Chrystusa z pogardą dla bliźniego.

"Przepraszam", ale nie potrafię pogodzić się z tym, że ludzie, którzy krzyż Chrystusa uważają za własny znak, potrafią o kimkolwiek mówić z taką ogromną pogardą. Oczywiście dotychczas rządzącym można wiele zarzutów postawić, bowiem "mają swoje za uszami" (i to wiele!), ale absolutnie nie w ten sposób, jak się to czyni! Powinno to być czynione - nie mam co do tego żadnych wątpliwości - lecz na pewno nie w duchu wojennym, a w duchu miłości. Ten drogi pochodzi bowiem od Boga, pierwszy zaś od diabła, który pragnie tylko niszczyć. Słyszę ludzi, którzy wołają, jak wiele problemów mamy w Polsce - i w wielu kwestiach się z nimi zgadzam, ale pytam się: czy potrzebujemy jeszcze do tego dalej się kłócić, "wdeptywać w ziemię" przeciwnika i pluć mu w twarz? Czy potrzebujemy siać więcej i więcej pogardy i nienawiści pośród "dzieci" polskiej ziemi? Uważam, że wprost przeciwnie: dla naszego wspólnego dobra powinniśmy nauczyć się wzajemnego szacunku i miłości, powinniśmy nauczyć się słuchać i próbować zrozumieć jeden drugiego, nawet jeśli się ze sobą nie zgadzamy. Jeśli na tym drugim człowieku ciąży jakaś wina, jeśli jego uczynki były złe (niezależnie od tego, czy przez zaślepienie / nieświadomość, czy też z rozmysłem), to tym bardziej potrzebna jest miłość. Bo jeśli dwóch ludzi idzie drogą, a jeden się przewróci, to nie potrzebuje naszego wsparcia ten, który idzie przed siebie, ale ten, który upadł! Jak to jest, że tak wielu ludzi w naszym kraju, którzy identyfikują się z Jezusem Chrystusem i znakiem Jego krzyża tego wcale nie pojmuje? Z bólem piszę: jest nawet wielu księży, którzy tej potrzeby miłości bliźniego nie pojmują i depczą po bliźnim, który upadł, miast wyciągnąć rękę i pomóc mu powstać! Jest to wielki grzech, którym człowiek rani nie tylko drugiego człowieka, ale także serce Boga. Bóg kocha ludzi z PO - a także z SLD, PSL, TR i innych ugrupowań - dokładnie tak samo, jak kocha ludzi z PiS. Jeśli więc depczemy z pogardą po tych, których Bóg kocha, czyż tym samym nie depczemy także Bożej miłości?

Wielu ludzi mówi o sobie z dumą: jestem chrześcijaninem! To naprawdę wspaniale - o ile za taką deklaracją kryje się prawdziwie chrześcijańskie życie, wiara rodząca dobre owoce, właściwa postawa serca. Ludzie wpinają niekiedy krzyżyk w swój garniturek czy też biorą krzyż do ręki, bo to ładnie wygląda, bo "dobrze robi na wizerunek", bo "promuje ich szczytne ideały" o które "trzeba walczyć"... I tu mała dygresja. Przypomina mi się taka scena z serialu "Siła wyższa", gdzie uczestniczący w rekolekcjach w klasztorze franciszkańskim politycy mówią: "Wartości są bardzo ważne. O wartości trzeba walczyć i... nie można przebierać w środkach!" Czy nie tak właśnie wielu ludzi w naszym kraju "walczy o wartości"? Są ludzie, którzy występują z krzyżem, ale szarżują na bliźnich i tego krzyża używają jako miecza. zapewniam, że nie do tego służy chrystusowy krzyż! Bycie chrześcijaninem to nie deklaracje, chodzenie na nabożeństwa, zajmowanie pierwszych miejsc w kościele, afiszowanie się ze swą religijnością, krzyż na ścianie bądź w ręku, krzyżyk w klapie garnituru, uściski z księżmi... Bycie chrześcijaninem, to jest postawa serca wobec Boga i drugiego człowieka.

Wracam jeszcze do cytatu, od którego dziś zacząłem. Bóg stawia przed nami dość trudne wyzwanie. Nie da się bowiem kochać bliźniego, jeśli wcześniej nie ukorzymy własnego serca, jeśli nie zejdziemy z piedestału przekonania o własnej wyższości nad innymi, o własnych "świętych" racjach, własnej genialności i wielkości. By nauczyć się kochać, tak naprawdę musimy umieć zejść poniżej drugiego człowieka, umieć powiedzieć: "Ty jesteś dla mnie ważniejszy, niż ja sam" i usługiwać mu. Przypominają mi się słowa Jezusa: "...ktokolwiek by chciał być między wami wielki, niech będzie sługą waszym. I ktokolwiek by chciał być między wami pierwszy, niech będzie sługą wszystkich" (Ewangelia Marka 10, 43 - 44). To jest postawa miłości bliźniego, która powinna być codziennością naszego życia, a także naszego zaangażowania politycznego. Chrześcijaństwo, to Królestwo Boże w sercu człowieka - to pokora, pokój i miłość w sercu, które wnosi ze sobą do ludzkiego serca Chrystus Pan. Jeśli nie ma w sercu człowieka pokory, pokoju i miłości, to nie ma w nim też Chrystusowego królowania i takie serce potrzebuje pilnej przemiany, duchowej odnowy. I o to się modlę, by Bóg dał naszym demokratycznie wybranym przywódcom mądrość, by ich serca napełnił pokorą, pokojem i miłością, i by te łaski wlał w nich tak obficie, by wylewały się z nich na cały kraj! AMEN!

Marzę o Nowej Polsce

"Dzięki błogosławieństwu prawych podnosi się miasto, lecz usta bezbożnych burzą je" (Księga Przysłów 11, 11)
Choć mądry Król Salomon napisał o mieście, to tak naprawdę te słowa można odnieść do każdej formy naszej społecznej egzystencji: rodziny, wspólnoty, miasta, kraju, czy wreszcie całego świata. Te właśnie słowa przychodzą mi do głowy dziś, gdy Polską wstrząsają skandale polityczne i spowodowane nimi niepokoje społeczne. Uważam, że bardzo źle się stało, że ludzie, którzy objęli władzę, zaczęli się zachowywać tak, jakby stanęli ponad prawem. Mamy poddawać się władzy i stanowionemu prawu (o ile nie koliduje z Prawem Boskiem), lecz uważam, że mamy prawo oczekiwać od tych, którym władza została powierzona, że przede wszystkim oni będą dawać przykład umiłowania i służby dla kraju, a także poddania wobec prawa dla tego kraju ustanowionego. Czyż włodarze, którzy działają wbrew prawu lub wykorzystując luki i niejasności w zawiłościach prawa, mają prawo żądać od obywateli, by podporządkowywali się prawu? Całe nasze nieszczęście, uważam, polega na tym, że niezwykle mało w naszej polityce mamy ludzi o naprawdę czystych rękach i którym autentycznie chodzi o kraj i naród. Miliony ludzi wciągnęli oni we własną wojnę o stołki i pozycję - w wojnę, w której nie przebierają w środkach. Nie jestem przeciw obecnym władzom, lecz to, co czynią nie podoba mi się i budzi we mnie największe obawy, nawet jeśli we własnym przekonaniu mają oni czyste intencje i działają w dobrej wierze. Jestem ponad klasyczną polityką, nie sprzyjam żadnej partii, ani też nie jestem komukolwiek przeciwnikiem - zwyczajnie martwię się o swój kraj i naród i chcę dla niego wszelkiej pomyślności. A może troska o kraj i bunt wobec zła to jednak także polityka?

Politykom udaje się miliony ludzi przekonywać do ich sposobu myślenia, do ich idei i działań. Jest to jak najbardziej w porządku. Gorzej, że w 99 przypadkach na 100 (w moim, subiektywnym może, odczuciu) polityka nasza polega na konfrontacji: my dobrzy i uczciwi - oni źli, złodzieje i kłamcy. I tak naprawdę ludzi wciąga się w polityczną wojenkę o stołki i wpływy. Z tak brutalnie prowadzonej gry nigdy nie wynika nic dobrego. Z postawy: teraz my mamy władzę i robimy, co chcemy i uznamy za słuszne także nie. Myślę, że wielkim naszym nieszczęściem jest, że politycy w naszym kraju chyba za wiele myślą o swoich politycznych ideach, a za mało się modlą. Skąd to wiem? Bo szczera modlitwa jest jak morskie fale, które obrabiają kamień. W morzu niełatwo znaleźć kamień o ostrych krawędziach - wygładza je woda i bezustanne tarcie o dno i inne kamienie. Tak właśnie działa modlitwa na serce człowieka. Im więcej czasu spędzamy na modlitwie, tym mniejszą mamy ochotę na kłótnie i walkę, na ostre wystąpienia i kopanie przeciwnika. O muzyce mówi się, że łagodzi obyczaje, ale to nie do końca prawda - natomiast szczera i często praktykowana modlitwa, i codzienna medytacja nad Słowem Bożym, zawsze prowadzą do łagodności,a także do umiłowania prawdy. Gdybyż tylko nasi politycy raczej modlili się, niż myśleli o własnych ideach, celach i strategiach! Uważam, że tylko w ten jeden sposób w naszym kraju może się wiele zmienić. Wielką tragedią jest fakt, że już tacy ludzie trafiają do polityki - a trafiają! - to niezwykle trudno im funkcjonować w obrębie naszych "elit politycznych", łatwo stają się "outsiderami" dla których nigdzie nie ma miejsca. Ci pokorni, łagodni i życzliwi bliźniemu są "przemielani" przez system i spychani coraz bardziej na margines, podczas gdy ci najbardziej krzykliwi i nieprzebierający w środkach przedostają się w kierunku centrum życia politycznego; im bardziej są agresywni, tym łatwiej robią polityczną karierę, tym częściej są pokazywani w mediach i tym większe mają poparcie.

Myślę, że Polska nie potrzebuje tych wciąż kłócących się i walczących ze sobą wszelkimi możliwymi sposobami "politycznych liderów". Polska potrzebuje zupełnie innego rodzaju wojowników. Polska potrzebuje takich, którzy nie będą godzinami krzyczeć na siebie i podkopywać przeciwników politycznych, lecz takich, którzy godzinami będą potrafili klęczeć (niekoniecznie dosłownie) i modlić się o swój kraj - nie ostentacyjnie, w pierwszych rzędach na kościelnych uroczystościach, wobec ludzi, kamer tv i obiektywów aparatów, lecz zwyczajnie, każdego dnia, w swej "komorze", sam na sam z Bogiem. Polska potrzebuje takich przywódców, którzy będą jej służyć, będąc na kolanach przed Bogiem, którzy nie pójdą na mównicę inaczej, jak tylko po godzinach modlitwy, z sercem ukształtowanym w rozmowie z Panem. Jeśli tacy ludzie wezmą w naszym kraju stery władzy w swoje ręce, dopiero wówczas będę naprawdę spokojny o nas i nasz kraj. Oczywiście to nie oznacza, że frakcje polityczne przeszłyby do historii - bo to by wcale nie było dobre, bo naturalne jest, że ludzie odmiennie myślą i w innych kierunkach dążą. Chodzi o to, by potrafić różnić się, lecz z pokojem i miłością dla bliźnich w sercu, bez manipulacji. Tego potrzeba Polsce i nam wszystkim! Mam dosyć polityki takiej, jaką ona obecnie jest - pragnę polityki realizowanej uczciwie, w duchu troski i miłości. Czy takie przeobrażenie jest możliwe? Myślę, że ono nigdy się nie zacznie na politycznych salonach, jeśli nie zacznie się najpierw w sercach nas samych. Jeśli w sercach Polaków będzie Boży pokój, Boże kierownictwo, to - ufam - będzie się zmieniać także polityka, a wraz z nią wielkie obszary naszego życia społecznego. I taki jest mój "polityczny manifest": narodzie, na kolana - do modlitwy i do Słowa Bożego! Jeśli tak zaczniemy i jeśli to będzie się rozszerzać, będziemy mogli wierzyć, że ujrzymy naprawdę Nową Polskę! Bo modlitwa i wcielanie w życie Słowa Bożego mają ogromną moc sprawczą - nie same w sobie, ale to sam Bóg wówczas działa ze względu na błagania ludzkich serc. W Polsce nigdy nie będzie dobrze i dostatnio, jeśli politycy będą ją próbowali urządzać według własnych pomysłów - potrzeba, byśmy zaprzestali politycznych walk o Polskę, przestali ją sobie wydzierać, a klęknęli i oddali ją Bogu wraz z własnymi sercami. Tylko tak, w Bożych rękach, może się zrodzić Nowa Polska, tak wspaniała i wielka, jak pewnie nigdy dotąd w historii!

piątek, 11 grudnia 2015

Nie goń za liściem na wietrze

"I widziałem umarłych, wielkich i małych, stojących przed tronem; i księgi zostały otwarte; również inna księga, księga żywota została otwarta; i osądzeni zostali umarli na podstawie tego, co zgodnie z ich uczynkami było napisane w księgach. I wydało morze umarłych, którzy w nim się znajdowali, również śmierć i piekło wydały umarłych, którzy w nich się znajdowali, i byli osądzeni, każdy według uczynków swoich. I śmierć, i piekło zostały wrzucone do jeziora ognistego; owo jezioro ogniste, to druga śmierć. I jeżeli ktoś nie był zapisany w księdze żywota, został wrzucony do jeziora ognistego." (Apokalipsa 20, 12 - 15)
Źródło: Facebook
Niektórych cieszy ich imię na butelce coli. Inni pragną sławy - by ich imię pojawiało się w gazetach, w telewizji, w serwisach internetowych, itd. Jeszcze inni pragną ujrzeć swe imię w rankingu najbogatszych Polaków, lub najbogatszych ludzi świata. Na co mi moje imię na puszce coli? Bycie popularnym lub bogatym być może byłoby miłe pod pewnymi względami (gdyby tylko nie paparazzi, mafie, ludzie oglądający się za tobą i patrzący wciąż co robisz, bo przecież "jesteś znany"), ale... jaką korzyść mogę mieć z tego, gdy umrę? Że napiszą o tym w gazetach? Że powiedzą ile miałem na różnych kontach i kto przejmie po mnie schedę? Czy warto zabiegać najbardziej o to, co i tak przemija, co trzeba będzie kiedyś zostawić?

Gdybym miał "żyłkę do interesów", być może bym się przyjaźnił z Kulczykami czy Niemczyckimi, z dumą pozował do zdjęć za biurkiem w pięknym gabinecie i opowiadał o swoich sukcesach i drodze do fortuny. Może miałbym pięć luksusowych willi, dwa jachty i prywatny odrzutowiec. Może by pisał o mnie "Forbes". Fajnie? Może fajnie. Ale żadne pieniądze nie uchronią mnie przed koniecznością odejścia z tego świata - odejścia bez niczego, bo nic nie możemy zabrać. Gdybym potrafił coś tam brzdąkać na którymś z wielu instrumentów, od biedy coś zaśpiewać i - przede wszystkim! - potrafił zwracać na siebie uwagę i być "bożyszczem tłumów", może byście poczytali o mnie w młodzieżowych gazetkach, których głównymi odbiorcami są piszczące i mdlejące fanki. Gdybym miał trochę więcej talentu muzycznego, być może wywiady ze mną przeczytalibyście w którymś z dobrych czasopism muzycznych. Wszyscy znamy muzyków, którzy stali się "nieśmiertelni" i choć mijają lata a nawet dziesięciolecia, ich muzyka wciąż jest grana i lubiana: Roy Orbison, The Beatles, Elvis, Led Zeppelin, Michael Jackson. Myślę, że każdy by chciał być zapamiętany - robić coś, co go "unieśmiertelni". I za 10 lat ludzie będą kochali Elvisa i Michaela, ale za 100 może już nie będą wcale o nich pamiętać - a nawet jestem przekonany, że zapomną. A jakiż pożytek dla człowieka ze sławy - zwłaszcza, gdy jego ciało leży już w grobie?

To, co doczesne, jest niczym liść niesiony przez wiatr... Przez chwilę wywołuje uśmiech, a potem niknie z oczu i nie ma już żadnego znaczenia. W gruncie rzeczy pozycja na liście bogaczy czy gwiazd sceny też nie ma dużo większego znaczenia, niż imię na butelce coli. Gdy twoje życie się kończy, to wszystko jest niczym! Wówczas znaczenie ma już tylko jedna jedyna wzmianka o Tobie - jeśli Twoje imię figuruje w bożej "Księdze Życia"! Słowo Boże mówi o niej, jakby była czymś materialnym, ale księgi tej tak naprawdę nie można zobaczyć, ani dotknąć i nikt nigdy nie będzie przewracał jej kart. William Barcley pisze: "Chodzi tu po prostu o to, że Bóg posiada zapis wszystkich uczynków ludzkich. Przez całe swoje życie zapisujemy swoje własne przeznaczenie; to raczej nie Bóg sądzi człowieka, lecz sam człowiek wydaje na siebie sąd. (...) W tamtych czasach każdy rządzący posiadał listę imion swoich poddanych; jeżeli któryś z poddanych umierał, jego imię było usuwane z tej listy. Ludzie, których imiona są zapisane w księdze życia, są żywymi, aktywnymi obywatelami Królestwa Bożego." Gdy oddajemy swe życie Jezusowi Chrystusowi, nasze imię zostaje zapisane w tej niezwykłej księdze jego krwią! On jeden daje nam chwałę, bogactwo i "pozycję społeczną", które nigdy nie przeminą, którymi będziemy mogli się cieszyć przez całą wieczność nowego życia. Czyż nie to jest godność i chwała na której powinno nam najbardziej zależeć? A my tymczasem gonimy w tym życiu za byle czym, za uciekającymi listkami niesionymi przez wiatr.

wtorek, 8 grudnia 2015

Chrześcijanin "po cichutku"?

"Każdego więc, który mię wyzna przed ludźmi, i Ja wyznam przed Ojcem moim, który jest w niebie; ale tego, kto by się mnie zaparł przed ludźmi, i Ja się zaprę przed Ojcem moim, który jest w niebie." (Ewangelia Mateusza 10, 32 - 33)
Nie tak dawno zostałem ostro skrytykowany przez pewnego "gorliwca w wierze doskonałej", za... przyznanie się do Jezusa Chrystusa i wiary w CV składanym przeze mnie w poszukiwaniu pracy. Wydawało mi się, że powód, dla którego to uczyniłem, powinien być jasny dla każdego, kto przeczyta tekst "Pracuj po chrześcijańsku", w którym - tylko na marginesie, by wprowadzić czytelników w temat i potem zgrabnie go zamknąć - o tym wspomniałem. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wyznanie wiary zawarte w CV może kogoś dziwić, że jest to posunięcie niekonwencjonalne. Jednak nie przyznaję się do Jezusa i nie nazywam się chrześcijaninem, by się z tym obnosić, by się tym chełpić przed kimkolwiek lub "grać" dla własnej korzyści. W ten sposób deklaruję wartości, którymi pragnę się zawsze w swym życiu kierować i sam sobie "umieszczam poprzeczkę" tak wysoko, jak pragnę doskoczyć. Pragnę też, by zawsze od samego początku było jasne do Kogo należę, Komu podlegam i Komu służę.

Obecnie coraz częściej CV zawiera w sobie także elementy "listu motywacyjnego", z którego pracodawca chce się czegoś dowiedzieć o potencjalnym pracowniku i czym ów potencjalny pracownik się kieruje idąc do niego w sprawie pracy. Moją motywacją do pracy jest oczywiście potrzeba zarobienia pieniędzy, aby żyć, ale najsilniejszą motywacją jest dla mnie Bóg, który chce, bym pracował i bym pracował dobrze i uczciwie. Jeśli mam pisać o moich motywacjach i atutach, a moją motywacją i atutem jest wiara, to nie widzę absolutnie żadnego powodu, dla którego miałbym to ukrywać. Czyż mam dyskretnie chować przed ludźmi Tego, który jest dla mnie najważniejszy i swoje z Nim relacje?

Jezus powiedział "Baczcie też, byście pobożności swojej nie wynosili przed ludźmi, aby was widziano; inaczej nie będziecie mieli zapłaty u Ojca waszego, który jest w niebie. Gdy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak to czynią obłudnicy w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: Odbierają zapłatę swoją. Ale ty, gdy dajesz jałmużnę, niechaj nie wie lewica twoja, co czyni prawica twoja, aby twoja jałmużna była ukryta, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie. A gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy, gdyż oni lubią modlić się, stojąc w synagogach i na rogach ulic, aby pokazać się ludziom; zaprawdę powiadam wam: Otrzymali zapłatę swoją. Ale ty, gdy się modlisz, wejdź do komory swojej, a zamknąwszy drzwi za sobą, módl się do Ojca swego, który jest w ukryciu, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie." (Ewangelia Mateusza 6, 1 - 6). Właśnie te słowa przytoczono mi jako zarzut i argument przeciwko moim "skandalicznym uchybieniom w wierze". Ale czy w tych słowach znajdujemy naukę, że mamy nie mówić o tym, że jesteśmy ludźmi wierzącymi? W żadnym razie! Cóż więc mówi Jezus? Jezus poucza nas, że Bóg gardzi wiarą pozorną i na pokaz, manifestowaniem pobożności i ofiarności, by być podziwianym przez innych ludzi. Gdybyśmy mieli te słowa Jezusa traktować dosłownie, to trzeba by się zamykać w pokoiku czy kościele i wyznawać swą wiarę dyskretnie, by świat nie widział. Nie! To nie o to chodzi! Jezus mówi nam, że wiara, która się Bogu podoba to wiara w sercu, intymna relacja pomiędzy człowiekiem a Bogiem. Wówczas, gdy tak swą wiarę praktykujemy, możemy iść i mówić otwarcie wobec ludzi, że Bóg jest dla nas najważniejszy i Jego standardy życia są dla nas wyznacznikiem jak żyć, i też jak pracować.

Myślę, że to diabeł chce, byśmy byli "chrześcijanami po cichu"; byśmy "nie przechwalali się swoją wiarą"; byśmy nie mówili ludziom o tym, kim jesteśmy, jakie są nasze przekonania i w jakiej służbie jesteśmy... Uważam, że powinniśmy raczej z dumą iść przez świat pod "sztandarem Chrystusa", pod znakiem Jego krzyża, z Jego imieniem na ustach. Jasne, że dawać się poznawać po owocach, po uczynkach, nie po słowach, ale to nie znaczy, że nie powinniśmy deklarować swej wiary. Jednakże niezwykle ważne jest, aby nie była ona tylko pozorna, dla korzyści i / lub uznania. Jeśli idziemy przez świat przyznając się do Chrystusa, a przy tym staramy się rzeczywiście żyć "na sposób chrystusowy", to cóż w tym złego? Uważam, że powinniśmy się przyznawać do Chrystusa, żyjąc przy tym tak, by też Chrystus przyznawał się do nas. Podziwiamy nieraz męczenników, którzy oddawali i oddają po dziś dzień życia swe za wiarę - i zapewne będą oddawać, może jeszcze częściej niż kiedykolwiek w dziejach - umierając z imieniem Jezusa na ustach. O takim świadectwie wiary mówi Jezus w zacytowanych na wstępie słowach, ale myślę, że tak samo odnoszą się one do naszej codzienności, nie tylko do sytuacji ekstremalnych. Czyż słowa: "Jezus jest moim Panem" wypowiadane, gdy grozi nam za to śmierć, mają większą wartość, niż wypowiadane na co dzień przed ludźmi? Nie! One wówczas mają tylko mocniejszy wydźwięk. Przywiązanie do Boga i Ewangelii i pełna pokory (!) deklaracja wiary powinny być naszą codziennością.

Człowiek - arcydzieło Boskiego Mistrza

"Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie, godne podziwu są Twoje dzieła." (Psalm 139, 13 - 14 - tłum. Biblia Tysiąclecia)
Życie człowieka jest święte, od samego początku zaistnienia, jako dzieło Boga. Gdyby ktoś wtargnął do pracowni znakomitego malarza lub rzeźbiarza i zaczął niszczyć powstające tam dzieła sztuki, myślę, że większość ludzi nie kryłaby oburzenia. Sprawcę by schwytano, osądzono i umieszczono w więzieniu, jako złoczyńcę, lub szpitalu psychiatrycznym, jako obłąkanego. Tymczasem wtargnięcie do pracowni Boga, którym jest łono kobiety, i niszczenie jego arcydzieła, którym jest człowiek jest nazywane "prawem kobiety" i usprawiedliwiane na wiele różnych sposobów.

Od wielu lat zastanawia mnie fakt, że ci sami ludzie i te same media, którzy lobbują na rzecz aborcji, są zwykle równocześnie w pierwszym szeregu tych, którzy bronią praw zwierząt. Rozpaczają nad losem biednych piesków i kotków, a także sprzeciwiają się wycinaniu drzew i są w ogóle bardzo pro-eko. Czasem nawet promują, nawet dość agresywnie, wegetarianizm, istnienie rzeźni, a także polowania, oraz spożywanie mięsa nazywając "barbarzyństwem". W tych dniach prezydent Słupska, Robert Biedroń, zapowiedział, że przed słupskim ratuszem nie stanie tradycyjna choinka - znak Bożego Narodzenia, bo nie chcą wycinać żywych drzew. Fundacja Pro - Prawo do Życia odpowiedziała dzisiaj na to w sposób następujący:

Jestem za ochroną życia. Jestem za ochroną przyrody i za traktowaniem zwierząt z miłością i szacunkiem - co wcale nie znaczy, że jestem wegetarianinem i przeciwnikiem myślistwa. Jestem też za ochroną życia ludzkiego - od chwili, gdy Bóg zaczyna je "tkać". Niejednokrotnie się zdarzało, gdy lewicowe media z rozpaczą donosiły o brutalnym traktowaniu zwierząt, a lewicowi komentatorzy rozpaczali nad zwierzątkami i przeklinali ludzi, którzy uczynili im krzywdę - nieraz wręcz nawołując do znęcania się nad ludźmi, a nawet zabijania - ja pytałem: "A dlaczego z takim zaangażowaniem nie bronicie praw ludzi do życia? To jak to jest: zabicie zwierzęcia jest 'barbarzyństwem' a aborcja 'prawem kobiety', o które walczycie?" Regularnie byłem z tego powodu atakowany - i byłem świadom, że tak właśnie będzie, byłem przygotowany, bo nic tak nie denerwuje hipokrytów, jak obnażenie ich hipokryzji! Tak, człowieku - jeśli żal ci maltretowanych piesków i kotków, a dziecko w łonie matki nazywasz "zygotą" lub "zlepkiem komórek", nie jesteś pro-eko, nie jesteś "pełnym empatii" człowiekiem o "humanitarnych" poglądach, lecz jesteś zwykłym hipokrytą!

Czyż człowiek - a nienarodzone dziecko także jest człowiekiem! - nie znaczy więcej, niż pies, kot lub koń? Gdyby śmierć tysiąca zwierząt miała przyczynić się do uratowania jednego człowieka, warto by było i należałoby je poświęcić, by tego jednego ocalić. Czyż zabijane w brutalny sposób cierpi mniej, niż katowane zwierzęta? Dlaczego ciągnięcie zdychającego psa za samochodem jest okrucieństwem, a rozrywanie ciała dziecka w łonie kobiety - żywcem i bez znieczulenia - nim "nie jest"? Przeraża mnie świat, w którym topi się szczeniaczki lub kocięta a psy ciągnie na sznurze za samochodem. Ale przeraża mnie też - i to bardziej jeszcze - świat, w którym tego, który tak czyni traktuje się jako bandytę, a równocześnie dopuszcza się i wspiera mordowanie dzieci, nazywając to "prawem kobiety" i "aktem humanitarnym" (sic!) wobec dziecka w przypadku wykrytych chorób. 

Dobrze jest chronić przyrodę i powinniśmy to czynić, żeby... chronić samych siebie. Trzeba też szanować życie innych istot: psów, kotów, krów, koni, słoni - i troszczyć się o nie. Bóg dał nam piękny świat i polecił naszej opiece. Ale konsekwentnie trzeba też bronić życia ludzi, jako najdoskonalszego stworzenia, "korony boskiego stworzenia", uczynionego na obraz i podobieństwo Boga. Człowiek - arcydzieło Boskiego Mistrza - zasługuje na ochronę szczególną, bo żadne inne stworzenie nie jest mu równe ani nawet podobne.

niedziela, 6 grudnia 2015

Znaki

"Wtedy przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan, do Jana, aby się dać ochrzcić przez niego" (Ewangelia Mateusza 3, 13) "... gdy Jezus został ochrzczony i modlił się, otworzyło się niebo i zstąpił na niego Duch Święty w postaci cielesnej jak gołębica..." (Ewangelia Łukasza 3, 21 - 22) "A Jezus, pełen Ducha Świętego, powrócił znad Jordanu i był wodzony w mocy Ducha po pustyni, i przez czterdzieści dni kuszony przez diabła. (...)  I powrócił Jezus w mocy Ducha do Galilei" (Ewangelia Łukasza 4, 1- 2 i 14) "A sam oddalił się od nich, jakby na rzut kamienia, i padłszy na kolana, modlił się, mówiąc: Ojcze, jeśli chcesz, oddal ten kielich ode mnie; wszakże nie moja, lecz twoja wola niech się stanie" (Ewangelia Łukasza 22, 41 - 42)
Czy Jezus musiał przyjmować chrzest? Przecież Jezus jest Bogiem i to w Jego Imię jesteśmy chrzczeni! Czy Jezus potrzebował czekać na dar Ducha Świętego? Przecież On jest Bogiem, Synem Bożym, tym, który stworzył niebo i ziemię! Czy Jezus potrzebował modlić się? Przecież jest Bogiem - współistotnym z Ojcem, a więc tej samej natury i w pełnej jedności - i to do Niego się modlimy! Czy Jezus potrzebował iść na pustynię i tam zmagać się z głodem, pragnieniem i diabłem nim był gotowy rozpocząć działalność? Przecież On ukształtował cały wszechświat i też tą pustynię, na którą wyszedł, On stworzył pokarm, On był też Panem diabła. Czy Jezus musiał przechodzić przez ból i strach Ogrójca? Przecież On stał się człowiekiem z własnej woli, jest Panem ponad bólem, lękiem i śmiercią... On wiedział, że śmierć nie ma nad nim żadnej mocy.

Każdy z tych fragmentów wydaje się ukazywać jakieś niezwykle ważny element czasu obecności Boga pośród nas i Jego działania. Ale czy ważny dla Niego, czy też tylko dla nas? Jezus nie potrzebował chrztu i Jan Chrzciciel był tego świadom i stąd jego zdziwienie, gdy Jezus przyszedł do "chrztu upamiętania", którego Jan Chrzciciel udzielał ludziom: "Ja potrzebuję chrztu od ciebie, a ty przychodzisz do mnie?" (Ewangelia Mateusza 3, 14) Chrzest potrzebny jest nam - dokonywany w Imię Ojca i SYNA i Ducha Świętego (czy zauważyliście, że w opisie chrztu Jezusa w Jordanie mamy tą trójobecność Boga: Jezusa - Boga wcielonego, Ducha Świętego w postaci białej gołębicy i głos Ojca?). Chrystus prowadzi nas nad Jordan - oczywiście to tylko droga duchowa, bo chrzcić można w dowolnym miejscu na świecie. 

Potem Chrystus wychodzi na pustynię. Pustynia ma bardzo szeroką symbolikę. Pustynia to według pradawnych przekonań kraina śmierci, pozbawiona błogosławieństwa Pana, miejsce zamieszkiwane przez demony. Pustynia oznacza także ogromne trudy, pragnienie, głód - zmaganie się samego z sobą. Pustynia to niepewność i samotność - ze środka pustyni nie widzisz celu, ani drogi do niego. Jezus idzie na pustynię wcale nie po to, by tam odbyć duchowe ćwiczenia, by wzmocnić się i przygotować do swej misji. Jako Bóg wcale tego nie potrzebował! On idzie na pustynię jako nasz przewodnik, by uczyć nas, jak toczyć walkę duchową i jak w niej zwyciężać - nad samym sobą, nad naszym ciałem, nad naszymi lękami i poczuciem zagubienia i osamotnienia, a także nad samym diabłem. Jezus poszedł na pustynię jako Bóg i wrócił jako Bóg - nie mocniejszy duchowo, bo Bóg jest zawsze tak samo mocny. Prowadzi nas przez pustynię, z której to my, odnosząc zwycięstwo, wracamy wzmocnieni.

Jezus bardzo często się modlił - tak wobec innych, jak i w samotności. Jezus nie potrzebował się modlić - bowiem będąc w doskonałej jedności z Ojcem, jako ten sam Bóg, nie musiał do Niego przemawiać, ani prosić o cokolwiek. Gdy Jezus się modli, czyni to po to, by nas uczyć, jak rozmawiać z Bogiem i kształtować w nas nawyk i zamiłowanie do modlitwy. Poprzez swoją modlitwę o Ogrójcu uczy nas też poddania się z pełnym zaufaniem Bogu - nawet wówczas, gdy jesteśmy zagrożeni, gdy lękamy się, bo widzimy, że droga wiary prowadzi nas do cierpienia i na nas własny krzyż. To kolejna ważna lekcja walki duchowej. Jezus nie potrzebował się modlić - to my potrzebujemy się modlić, by nasze serce było wzmocnione i byśmy mogli żyć i działać w pełni Ducha Świętego, byśmy prowadzili życie zwycięskie a nie żyli w ciągłych rozterkach i porażkach!

Ilekroć w Biblii napotykamy informacje, że Jezus czynił coś, co - skoro jest Bogiem - nie było konieczne, nie dajmy się zwieść myśli: więc może nie był Bogiem. Wiedzmy, że jest naszym Pasterzem i Przewodnikiem, który idzie przed nami, by nam wskazać drogę, a wszystkie te zdarzenia, w które nie potrzebował się angażować jako Bóg, są po prostu pozostawionymi dla nas znakami.

Deformacja Kościoła

Fot. Społeczność Chrześcijańska w Głogowie / Facebook
"W pierwszym wieku w Palestynie chrześcijaństwo było społeczno- ścią wierzących. Później chrze-ścijaństwo przeniosło się do Grecji i stało się filozofią. Następnie pojawiło się w Rzymie i stało się instytucją. Następnie pojawiając się w Europie stało się kulturą. W końcu pojawiając się w Ameryce stało się biznesem. Musimy powrócić do bycia zdrową, żyjącą społecznością prawdziwych naśla-dowców Jezusa." (Priscilla Shirer, pisarka chrześcijańska)

sobota, 5 grudnia 2015

Autostop alleluja!

"Ja sam i mój dom służyć chcemy Panu" (Księga Jozuego 24, 15)
Jozue pyta w imieniu Pana lud Izraela: komu chcesz służyć, bożkom czy Panu? Ja jednak dziś rozmyślałem nad tym zdaniem w trochę innym kontekście: jak rozumiem służbę Panu i jak mogę ją realizować w moim życiu? Polska jest takim dziwnym krajem, gdzie gdy mówi się ludziom o powołaniu do "służby bożej", ludzie myślą, że chodzi o zakon lub seminarium, o przyłączenie się do "duchowieństwa". Błąd! Zacznijmy od tego, że Bóg nie ustanowił nowotestamentalego kapłaństwa ani nie chce, byśmy się zamykali za murami klasztorów. Ale przede wszystkim "służba boża" to nic innego, jak prawdziwe życie chrześcijańskie - posłuszeństwo i oddanie Bogu prawdziwemu i realizacja chrześcijańskiego posłannictwa. To wierność Ewangelii, życie nasycone Ewangelią i głoszenie Ewangelii - roznoszenie jej po świecie, wykorzystywanie każdej nadarzającej się okazji, by głos Boga dochodził do ludzi.

Mam niemal 40 lat. Z tego ponad 20 podróżuję autostopem... Myślę, że mam prawo się nazwać "starym autostopowiczem". Myślę, że dla wielu ludzi autostopowicz to ktoś, kto po prostu chce jechać "za friko". Oczywiście kwestia finansów bywa istotna, ale autostop dla mnie to przede wszystkim radość podróżowania i spotkania z drugim człowiekiem. Większą radość mam z tego, że jadę z kimś, że możemy pobyć razem i porozmawiać, lub po prostu "nawijać drogę na kółka", niż z tych zaoszczędzonych pieniędzy. Mam cichą nadzieję, że i tym, którzy mnie zabierają daję trochę przyjemności i urozmaicenia. Autostop traktuję jako pewnego rodzaju "wymianę darów" - o coś proszę, bo gdzieś chcę dotrzeć, a coś daję. Wiele lat temu zwyczajem było dawać kierowcy "na piwo" - obecnie to rzeczywiście "podróż za jeden uśmiech" (kto czytał tą książkę Adama Bahdaja?). Mam w swoim życiu wiele ciekawych autostopowych podróży, wiele niesamowitych spotkań i wiele świadectw Bożego działania... Czasem modliłem się przy drodze martwiąc się, że podróż mi "nie idzie", i zatrzymywał się ktoś, a potem słyszałem: "Wiesz, ja na ogół autostopowiczów nie biorę, sam nie wiem dlaczego się zatrzymałem", albo podjeżdżało od tyłu auto (!), zawracało przy mnie, a po tym okazywało się, że ci ludzie jadą tam, gdzie ja, a gdzie dojazd jest bardzo skomplikowany ("mission impossible" dojechać jednym autem a komunikacji publicznej w tym miejscu nie ma wcale!), a czasu już było stresująco mało, tak, że już dosłownie błagania płynęły pod Boży tron! Od jakiegoś czasu zacząłem się jednak zastanawiać, czy nie mogę w tej "wymianie darów" ofiarować czegoś więcej - czegoś, co mogłoby u tych ludzi pozostać i coś dobrego wnieść w ich życie. Właściwie dlaczego bym nie miał wykorzystać autostopu do tego, by... służyć Panu, niosąc Jego Słowo bliźnim?

Myśl ta nie daje mi spokoju od kilku miesięcy. Latem tego roku byłem przez kilka dni na Kociewiu. Odwiedziłem tam jeden ze zborów w pobliskim miasteczku, by być na niedzielnym nabożeństwie. Oczywiście tą krótką podróż odbyłem autostopem. Gdy pod jego koniec pastor spytał: "Czy ktoś z was jest wśród nas pierwszy raz?", szczerze się do tego "pierwszeństwa" przyznałem, podnosząc rękę do góry. No i dostałem "pakiet powitalny": kupon na kawę i ciacho w zborowej kawiarence, płytę zborowego chóru i "gedeonitkę" - kieszonkowy Nowy Testament. To bardzo miły zwyczaj, który przyjmuje chyba coraz więcej społeczności chrześcijańskich. Kawę i ciasto wśród zborowników i rozmów z nimi miło wspominam, płyta jest miłą pamiątką. A Biblia? Biblia przecież "nie była mi do niczego potrzebna!" Wiedziałem, że ona nie jest dla mnie, że ma tylko przejść przez moje ręce, by mogła być błogosławieństwem dla kogoś innego. Pozostała w ozdobnej torebce, w jakiej mi zborownicy przekazali swój upominek. Gdy wracałem, zatrzymała się dla mnie jakaś miła kobieta, z którą pokonałem znaczną część drogi. Gdy - żegnając się i dziękując za zabranie - podałem jej pakuneczek, była bardzo zaskoczona a w jej oczach był taki niesamowity błysk radości.

Skłamałbym, gdybym napisał: nigdy wcześniej o tym nie myślałem. Owszem, myślałem - żeby mieć ze sobą zawsze "gedeonitki" i pozostawiać je dyskretnie gdzieś w samochodzie gospodarza. Ale... to chyba nie był Boży plan działania, Boża strategia. Myślę, że Bożą strategią "przekaz bezpośredni", w którym znaczenie ma też postawa tego, który jest przekazicielem. Gdy jeszcze napiszemy coś od siebie, może się to stać dla kogoś naprawdę czymś więcej niż tylko niespodziewanym upominkiem. Również nasza podróż może zyskać przy tym zupełnie nowy wymiar! I nie chodzi tylko o zdziwienie w oczach kierowców... Gorąco pragnę, by moje podróże były czymś więcej niż tylko przebywaniem wielu, wielu kilometrów i "gratisowym" docieraniem tam, gdzie zapragnę.


P.S. Pomysł nie jest opatentowany! ;) Każdy, kto poczuje się zainspirowany i sprawi, że nie będę samotnym szaleńcem, będzie radością mego serca! :)

środa, 2 grudnia 2015

No limit!

"...i jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak musi być wywyższony Syn Człowieczy, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny. Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny" (Ewangelia Jana 3, 14 - 16)
Źródło: Facebook
Życie jest krótkie,
śmierć jest pewna;
Grzech jest przyczyną,
Chrystus lekarstwem
W jednej z książek pastora Billy'ego Grahama przeczytałem swego czasu taką oto mniej więcej refleksję (przytaczam ją z pamięci, własnymi słowami). Wielu ludzi dba bardzo o siebie - stara się prowadzić zdrowy tryb życia, zdrowo odżywiać, uprawiać sporty. Niektórzy czynią to aż do przesady - stając się czasem aż zabawni w tej swojej zapobiegliwości. Dużą popularnością cieszą się też przeróżne zabiegi odmładzające czy wręcz chirurgia plastyczna, bo 60-latki chcą oszukać upływ czasu wyglądać na maksymalnie 30 lat! A jednak co byśmy nie robili, to i tak... przeciętna śmiertelność homo sapiens wynosi i tak 100%. "Życie nasze trwa lat siedemdziesiąt, A gdy sił stanie, lat osiemdziesiąt; A to, co się ich chlubą wydaje, to tylko trud i znój, Gdyż chyżo mijają, a my odlatujemy" (Psalm 90, 10) Memento mori!

Gdy rozmawia się ze starszymi ludźmi, często można usłyszeć: "Mi to już niewiele życia zostało". Gdy człowiek jest młody, nie liczy tak czasu! Ale starzy też mówią: "Jak ten czas szybko zleciał! Mam 80 lat, a przecież ledwie co miałem 20!" 10-latce 25-letni człowiek wydaje się "stary", a ja spoglądam wstecz i zastanawiam się jak to jest możliwe, że mam lat prawie 40 a przecież "dopiero co byłem w LO"? Pewnie, że wówczas też nie myślałem o śmierci - to wydaje się tak bardzo odległe, gdy rano się chodzi do szkoły, czeka się na letnie wakacje, żyje się dniem i nie trzeba specjalnie się zastanawiać nawet nad bliską przyszłością. A przecież "anioł śmierci" - ujmijmy to poetycko - wcale nie zagląda człowiekowi w metrykę i młodzi umierają tak samo, jak starzy. Jeden dożywa i 100 lat, inny odchodzi ledwie w "wiośnie życia"!

Niemal każdego dnia naszego życia mamy tak wiele spraw do załatwienia, których dopilnować musimy, lub chcemy, bo nam bardzo zależy. Często spieszymy się, gdy zaczynamy czuć, że "czas nas goni". Gdy zbliża się ważny sprawdzian w szkole / egzamin, nagle rośnie nasza pilność - niech każdy pomyśli ile razy musiał "gonić z materiałem", bo wcześniej z dnia na dzień odkładał "na później"! Czasem biegamy do urzędów z dokumentami: "Ojej, za 5 minut zamykają, a to takie ważne!" Spieszymy się na zakupy - czasem goniąc wśród promocji i wyprzedaży jak wariaci, byle szybciej, byle "się załapać" - albo do fryzjera, kosmetyczki. Każdego dnia gonimy w sprawach, które w perspektywie całego naszego istnienia w ogóle nie są ważne! Tymczasem to, co naprawdę jest ważne, co jest decydujące dla naszego życia i całej przyszłości - aż po wieczność! - często traktujemy z lekceważeniem, lub wciąż odkładamy: "może pomyślę o tym kiedyś..." A jutro - lub już za moment - coś się może stać i nie będzie już dla nas żadnego "kiedyś" - będzie ZA PÓŹNO! Możesz nie zdążyć ze 150 różnymi sprawami i nic się takiego nie stanie - ale pomyśl, by zdążyć z tym, co jest NAJWAŻNIEJSZE!

Wielu ludzi myśli: religia to strata czasu! Można by tyle rzeczy zrobić, zamiast pójść w niedzielę do Kościoła, modlić się, ślęczeć nad Biblią. Być może... Ale ci, którzy nie zwlekają i oddają swoje życie Bogu, i którzy poświęcają czas sprawom duchowym, otrzymują w rozrachunku całą wieczność! A i w życiu doczesnym potrafią dobrze wykorzystywać czas i mieć czas - może dlatego, że zwyczajnie koncentrują się na tym, co jest w życiu naprawdę ważne, nie marnując go na głupoty? Choćbyśmy nie wiem jak się starali, nie zatrzymamy upływającego czasu, ale możemy skorzystać z "pakietu no limit", wykupionego dla nas przez Boga na Golgocie! I to jest jedyny prawdziwy i sensowny "no limit"!