czwartek, 12 listopada 2015

O "znaku krzyża" myśli kilka

Jestem niekiedy pytany o różnice pomiędzy protestantami a katolikami. Niektóre różnice są rzecz jasna oczywiste: odrzucenie papiestwa, odrzucenie podziału na kler i laikat, odrzucenie tzw. "świętej tradycji", odrzucenie kultu Maryi i świętych, odrzucenie niekanonicznych ("wtórnokanonicznych") ksiąg biblijnych, odrzucenie kultu wizerunków, itp. Pozostaje wiara w tego samego Boga, księgi Starego Testamentu według kanonu hebrajskiego (który uznawał sam Chrystus) i modlitwa do tego samego Boga. Modlitwa jednak ma inną formę. Wśród protestantów nie ma określonych "formułek modlitewnych" - poza jedną, "Ojcze nasz" - modlitwa jest bardzo osobistą rozmową z Bogiem. Inną widoczną od razu różnicą jest fakt, że w Kościołach ewangelicznych nie czyni się znaku krzyża - nie czynią go ani pastorzy, przekazując błogosławieństwo, ani też wierni modląc się.

Jest tak nie dlatego, że nie docenia się znaku krzyża, lecz dlatego, że nigdzie w Biblii nie ma ani słowa przykładu lub zachęty do tego, aby go stosować. Choć księża próbują na siłę - podobnie jak odnośnie innych nauk i praktyk katolickich - naciągnąć ten zwyczaj jako sięgający czasów apostolskich, to jednak jest to bardzo nieskuteczne "zaklinanie rzeczywistości", mogące zaradzić braku biblijnego świadectwa jedynie w środowisku, gdzie ludzie nie znają Biblii (a więc jest to bazowanie na ludzkiej ignorancji). Dobrym przykładem takiego właśnie działania są słowa ks. Kazimierza Naskręckiego: "Zwyczaj znaczenia się Krzyżem świętym jest bardzo dawny, sięga bowiem czasów apostolskich; a niektórzy utrzymują, że sam Chrystus użył tego znaku, gdy, przed Wniebowstąpieniem, 'podniósłszy ręce Swe, błogosławił' (Łk. 24, 50) wszystkim uczniom, na górze Oliwnej zgromadzonym" ("Dekalog. Krótkie nauki o przykazaniach", Warszawa 1937) Lecz przecież właśnie ten fragment Ewangelii mówi nam, że Jezus nie błogosławił swych uczniów znakiem krzyża, do którego nie potrzeba unoszenia obu rąk, lecz błogosławieństwem aaronowym - którego dokonuje się właśnie z uniesionymi w górę rękoma - gestem doskonale uczniom znanym i czytelnym. Znamienny jest przeskok, jakiego dokonuje ks. Naskręcki: "W pierwszych wiekach chrześcijanie robili mały znak Krzyża, kreśląc go wielkim palcem na czole tylko; (S. Jan Złot. Hom. 12 in I Cor.; S. Cyryl Jeroz. Catech. 13; Ter-tul. De corona milit. c. 3), od wieku zaś 8-go weszło w zwyczaj żegnanie się Krzyżem wielkim." Ważna uwaga: zarówno Jan Chryzostom, jak i Cyryl Jerozolimski żyli w IV wieku, a więc "przepaść czasowa" jest już bardzo znaczna. Jedynie Tertulian stanowi jakiś niewielki "punkt zahaczenia" - o ile tylko jego słowa nie zostały tak naciągnięte i przeinaczone, jak zapis ewangeliczny. A jeśli "krzyż wielki" - czyli taki, jakim żegnają się po dziś dzień katolicy - pojawia się dopiero w wieku VIII, to nasuwa się pytanie dlaczego chrześcijanie nie czynili go przez osiem wieków, skoro rzekomo (!) tak błogosławił swych uczniów sam Chrystus?

W moim odczuciu pojawienie się tej nowej formy błogosławieństwa, wiąże się ściśle z narastającym konfliktem pomiędzy chrześcijaństwem rzymskim a żydami i nasilającym się antysemityzmem w Kościele katolickim. Chodziło zapewne o zerwanie wszelkich powiązań chrześcijaństwa z religią żydowską, co wymagało także zmiany formy błogosławieństwa, odejścia od żydowskiego przecie "błogosławieństwa aaronowego". Praktykę tą szybko przekształcono w rytuał, który rzekomo (!) im częściej jest powtarzany, tym jest skuteczniejszy (co także w żaden sposób nie wynika z Biblii). Rzekomo (!) "demony drżą przed znakiem krzyża" - czy to w formie materialnego symbolu, czy to w formie błogosławieństwa kapłańskiego, czy też wreszcie w formie żegnania się. Mówią o tym np. egzorcyści, na podstawie tego, co mówi... szatan podczas egzorcyzmów (a od kiedy to szatan, którego Bóg nazywa kłamcą i "ojcem kłamstwa", mówi prawdę i można mu wierzyć?). Na jednym z katolickich forów tradycjonalistycznych przeczytałem zarzut, że podczas "modernistycznej mszy" zbyt rzadko czynione jest błogosławieństwo i znak krzyża, co rzekomo obniża moc takiego nabożeństwa. Wygląda więc na to, że zarówno błogosławieństwo, jak i praktyka czynienia na sobie samym znaku krzyża czy to podczas modlitwy, czy podczas otrzymywania błogosławieństwa, stały się ceremoniałami kojarzącymi się bardzo z... magią.

Jest jakieś dziwne przekonanie, że gesty czynione przez ludzi, skłaniają  Boga do działania - czy to błogosławienia (ludzi i przedmiotów), czy też chronienia przed złem, przed wpływami szatana. Jeśliby sam znak krzyża miał rzeczywiście tak ogromną moc, to rodzi się pytanie: dlaczego ci, którzy tak często ten znak czynili - nad sobą lub innymi - lub przyjmowali od innych, lub pod nim występowali, czynili tak wiele zła na świecie? Problem w tym, że znak krzyża na przestrzeni wieków stał się pustym znakiem, ceremoniałem bez znaczenia - bo ludzie odeszli od Ewangelii Chrystusowej; bo zamiast poznawać Chrystusa i przyjmować Ewangelię, dostawali zestaw obowiązkowych wierzeń i rytuałów! Zarówno błogosławieństwo znakiem krzyża, jak i żegnanie się znakiem krzyża nie mają żadnego znaczenia duchowego - są średniowiecznym rytuałem religijnym. Warto zwrócić też uwagę na to, w jaki sposób katolik czyni na sobie krzyż:

Czy jest to krzyż Chrystusa? W żadnym razie! Jest to odwrócony krzyż - taki, na jakim wedle katolickiej tradycji umarł apostoł Piotr. Jest to więc krzyż człowieka, którego Kościół katolicki błędnie (!) określa jako pierwszego biskupa Rzymu i "papieża". O ile więc katolicki kapłan rzeczywiście, błogosławiąc wiernych, czyni nad nimi znak krzyża chrystusowego, to wierni czynią na sobie znak krzyża piotrowego! Pytanie: czy to tylko przypadek i złe wyliczenie znaku, czy też może jest to po prostu znak poddaństwa wobec Kościoła katolickiego i "papieża" - "Piotra"?

Jest to jednak kwestia o znikomej wadze. Wracając do tematu zasadniczego. Katolicka forma błogosławieństwa i czynienia na sobie znaku krzyża, zniknęła wśród protestantów, z powodu powrotu do form biblijnych i usuwania niepotrzebnych rytuałów. Błogosławieństwo Boga spływa na człowieka nie wówczas (i pod warunkiem), że ktoś nad nim czyni znak krzyża, lecz wówczas, gdy człowiek pojedna się z Bogiem i staje się swemu Panu posłuszny. To samo poddanie i posłuszeństwo, a nie żadne rytuały czy gesty, chroni nas przed dostępem diabła. Fakt, że nie jest czyniony znak krzyża nie oznacza, że nie ma prawdziwej i pełnej modlitwy. Modlitwa zresztą powinna przenikać całkowicie życie człowieka, bez wyznaczania gestami "granic" jakiegoś modlitewnego czasu. Także i błogosławieństwo jest udzielane na sposób biblijny - wzniesionymi w górę dłońmi i słowami z Pisma Świętego. A krzyż? Jedyny, jaki nam jest potrzebny, to ten, który stanął niemal 2000 lat temu na Golgocie - narzędzie naszego zbawienia, a nie znak do czynienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz