poniedziałek, 23 listopada 2015

Miłosierdzie musi być rozumne!

"Wtedy powie król tym po swojej prawicy: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczcie Królestwo, przygotowane dla was od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie, byłem nagi, a przyodzialiście mnie... (...) Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście" (Ewangelia Mateusza 25, 34 - 36 i 40)
Źródło: Facebook.com
Wracam jeszcze raz do problemu imigrantów, których "fala" zalała Europę, bowiem jest to niewątpliwie jeden z największych problemów, z jakimi musimy się obecnie zmierzyć. Tym razem chciałbym go rozważyć w kontekście słów Jezusa odnotowanych przez Mateusza. Przeżywam w sercu głęboką rozterkę związaną z kwestią: jaka powinna być nasza chrześcijańska postawa wobec tych ludzi i zaistniałego problemu. Właśnie tak: przede wszystkim (!) widzę w nich ludzi, nie problem - ale nie jestem tak ślepy i naiwny, by nie dostrzegać problemu i udawać, że żadnego problemu nie ma, że wszystko jest dobrze i "don't worry, be happy".

Napływającym z Węgier, Austrii, Niemiec, Francji i innych krajów wiadomościom o tłumach wędrowców towarzyszyła zażarta dyskusja na temat imigrantów i jak powinniśmy z nimi postępować. Można było zobaczyć, że jest naprawdę duży opór społeczeństwa - i ani nasze władze, ani też "eurokraci" nie mają prawa tego sprzeciwu ignorować. Większość ludzi wypowiadała się bardzo rozsądnie i bez pogardy i nienawiści. W tych dyskusjach zwolennicy Europy "multi-kulti" i "otwartych drzwi", często stawiali pytanie: "Ponoć żyjemy w chrześcijańskim kraju, więc gdzie wasze chrześcijańskie miłosierdzie?" Wiele razy pisałem: gdybym tylko miał możliwości, z chęcią przyjąłbym tych, którzy NAPRAWDĘ potrzebują pomocy, ale nie tych, którzy chcą lekkiego życia za moje pieniądze i nie tych, którzy mój dom będą chcieli urządzić według własnych wierzeń i poglądów! Bo miłować trzeba też mądrze! Wiecie, kto robi największą krzywdę żebrakom, których nieraz spotykamy na ulicy? Ci, którzy dają im pieniądze! Bo wówczas utwierdzamy ich w przekonaniu, że wszystko mogą dostać, więc po co pracować i uzależniamy ich od siebie, a nie pomagamy im wyjść z sytuacji, w jakiej są. Uważam, że bardzo podobnie - o ile nie identycznie - ma się rzecz ze znaczną częścią imigrantów i trzeba dużej mądrości i precyzyjnego rozeznania, żeby pomagać, a tego właśnie brakuje naszym przywódcom.

Miłosierdzie względem bliźnich jest przejawem szlachetności serca. Lecz w tym sercu musi być także mądrość i rozeznanie, bo jeśli jest głupota i naiwność, to i miłosierdzie ulega wypaczeniu i przynosi wiele szkód. Jeśli chcemy pomagać bliźnim i przyjmować tych, którzy są w potrzebie - musimy przyglądać się ludziom, kto i dlaczego przychodzi, czy naprawdę potrzebuje pomocy i jakie są jego potrzeby. Przede wszystkim: jeśli dajemy każdemu bez myślenia, to znaczy, że ci, którzy naprawdę potrzebują dostają mniej, bo dostają po równo z tymi, których powinniśmy odesłać, albo wręcz może dla nich nie starczyć. Bóg może dawać rozeznanie co do osób i co powinniśmy uczynić. Ci ludzie nie zawsze mogą udokumentować swoją sytuację i czasem od strony formalnej może to być bardzo trudne. Nie wolno nam zaniedbać troski o własny "dom". Jeśli mamy komuś pomóc, to nasz "dom" - nasz kontynent, nasze kraje, nasze miasta - muszą być bezpiecznym schronieniem dla przybyszów. Nie pomożemy im, jeśli wraz z nimi będziemy wpuszczać tych, którzy przychodzą, by w naszym domu czynić zamęt, wojować! Uważam, że bardzo wielu imigrantów - nawet tych już osiadłych od lat - należałoby odsyłać tam, skąd przybyli właśnie dlatego, by ci, którzy naprawdę potrzebują pomocy, mogli ją otrzymać. Komu spośród prześladowanych pomożemy, jeśli wpuszczamy wraz z nimi także ich prześladowców? Na Morzu Śródziemnym nie tak dawno imigranci - islamiści potopili imigrantów - chrześcijan. W ośrodkach dla uchodźców - także w Polsce - chrześcijanie są nękani. W Szwecji w ostatnich tygodniach na domach i sklepach chrześcijan z Bliskiego Wschodu pojawiły się groźby, mające ich skłonić do przejścia na islam. Tak wiec, jeśli mamy pomagać i dawać schronienie, musimy to czynić mądrze, bo inaczej to nie żadna pomoc, lecz szkoda dla wszystkich!
 
Z tymi, którzy faktycznie przychodzą z głodu i cierpienia, powinniśmy się dzielić z miłością, nie patrząc na to, ile sami mamy. Jeśli mamy niewiele, ale się dzielimy z potrzebującymi, Boga to raduje - sytuacja podobna jak z "wdowim groszem ofiarowanym w świątyni przez ubogą kobietę - i Bóg potrafi pomnożyć to, co posiadamy. Chyba nie ma nikogo, kto by żyjąc w biedzie potrafił dzielić się z drugim i przez to cierpiał głód. Czy przypominacie sobie, co robili "biedni i potrzebujący imigranci" z wodą i żywnością zakupionymi z publicznych pieniędzy i ofiarowanymi im podczas ich wędrówki przez Europę? Wyrzucali je z wagonów na tory! Oczywiście nie wszyscy, ale ci, którzy to czynili, dali tym samym znak, że nie są głodni i spragnieni! Ba! Że gardzą nami i naszym miłosierdziem! Ten, który jest naprawdę głodny i który potrzebuje naszego miłosierdzia, będzie się cieszył i dziękował, gdy z nim swą bułkę przełamiesz na pół. I nie będzie na ciebie krzyczał i wygrażał ci pięścią - jak to się przecież zdarzało wielokrotnie w minionych tygodniach. Ci, którzy rzeczywiście potrzebują pomocy, będą też pewnie potrafili uszanować nas, naszą kulturę, nasze przyzwyczajenia, naszą wiarę. Powinniśmy się uważnie przyglądać i przysłuchiwać - to pomaga w weryfikacji.

Bardzo często słyszę: "przyjmujmy tylko chrześcijan". Oczywiście to jest jakaś metoda weryfikacji i niesienia pomocy tym, którzy jej naprawdę potrzebują. Wiemy bowiem, jak straszne prześladowania cierpią chrześcijanie praktycznie wszędzie na Bliskim Wschodzie - a najbardziej tam, gdzie wdarło się ISIS. Gdy mamy do czynienia z chrześcijanami "stamtąd", mamy bardzo solidne podstawy do tego, by ich przyjąć jako potrzebujących pomocy. Ponadto nie stanowią oni dla nas zagrożenia i z pewnością dobrze się wpasują w nasze społeczeństwo. Oczywiście tym bardziej jesteśmy zobowiązani do pomocy im, skoro wierzą w tego samego Boga - Ojca, Syna i Ducha Świętego - nawet jeśli ich wiara nie jest dokładnie taka, jak nasza. Z drugiej jednak strony Jezus mówi: "... jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż macie zapłatę? Czyż i celnicy tego nie czynią? A jeślibyście pozdrawiali tylko braci waszych, cóż osobliwego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?" (Ewangelia Mateusza 5, 46 - 47). Służąc braciom, służymy Kościołowi Chrystusowemu, co jest niewątpliwie naszym obowiązkiem. Służąc zaś innym w Imię Jezusa Chrystusa, stajemy się przy tym znakiem od Boga dla świata, świadectwem Jego panowania i miłosierdzia dla ludzi. Dlatego nie jestem za tym, byśmy przyjmowali TYLKO chrześcijan, choć uważam za rozsądne przyjmowanie PRZEDE WSZYSTKIM chrześcijan.

Tym, którzy przychodzą, powinniśmy wychodzić na przeciw. Jednych z miłością przyjmować, innych z szacunkiem, ale i stanowczością, odprawiać. Przyjmować z miłością tych, których ciężki los - głód, prześladowania i wojna - wygnały z domu. I bardzo ważne wydaje mi się, by Imię Pana było z tym łączone, by On sobie odbierał z tego chwałę; by do niego kierować myśli i modły przybyszów; by do Niego przychodzili z wdzięcznością, nie do nas... Bardzo bym pragnął, by każdy z tych, którzy przybywają napotykał wyciągniętą przyjaźnie dłoń, nawet jeśli nie będzie mógł zostać. I w tej dłoni koniecznie powinna być Biblia!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz