środa, 4 listopada 2015

Kościół niezłomny

Jakiś czas temu przeczytałem bardzo wyjątkową książkę, "Krawiec, kaznodzieja, przemytnik" Andrzeja Mytycha. Jest to historia życia Polaka, Cezarego Kiewry, który został zesłany na Sybir, do Republiki Komi. Brat Cezary żył we wsi Wikiszniany na Grodzieńszczyźnie, która po zakończeniu II wojny światowej znalazła się w granicach ZSRR. Na Syberię zesłany został w 1950 r. za przekazanie polskim partyzantom ukrytej przez siebie poniemieckiej broni. Tam poznał brata Aurela Sarafinczana, Rumuna z Ukrainy, aresztowanego i zesłanego na Syberię z powodu wiary chrześcijańskiej. Aurelowi Bóg pewnego dnia powiedział: "Przygotuj się, bo wywiozą ciebie w inne miejsce. Tam, gdzie cię wyślą, mam ludzi." Był rok 1948. To właśnie brata Aurela, który miał dar prorokowania i zwiastowania Ewangelii, użył Bóg, by skruszyć serce młodego Polaka, który z czasem - już po powrocie do Polski - został mężnym przywódcą Kościoła, pastorem zielonoświątkowym i... przemytnikiem Biblii.

Książka wciągnęła mnie niezwykle, gdyż historia fascynuje mnie niemal na równi ze sprawami duchowymi - a opisane przez brata Andrzeja osoby i zdarzenia, to opowieść bogata tak pod względem historycznym (wszak jest to wycinek naszych narodowych dziejów, losy człowieka wplecione w losy nas wszystkich jako narodu), jak i duchowym. Wielokrotnie moje serce - Polaka i chrześcijanina - było bardzo poruszone, ale jeden opis dotknął mnie w sposób szczególny - tak, iż wracałem do niego wielokrotnie, i czytałem niemal ze łzami.  To opis Kościoła - niewielkiej wspólnoty wiernych - który Bóg powołał do istnienia w tym mroźnym, syberyjskim "piekle na ziemi".

"W wyniku gorliwej modlitwy i pracy misyjnej Aurela, w tym łagrze nawróciło się łącznie 14 mężczyzn, dołączył też do nich wcześniej nawrócony baptysta. W 1953 roku uformowali nielegalną wspólnotę, która działała w podziemiu. Aby ich nie wykryto, spotykali się z różną częstotliwością, o różnych porach dnia i w różnych miejscach. Zwykle były to baraki, które w danym momencie stały puste. Aurel nazywał wierzących swoimi 'snopami'; mówił, że byli żniwem, które podarował mu Bóg. (...)
Wierzącym w jakiś sposób udało się zdobyć całe Pismo Święte i przemycić do łagru. Rozcięto je na trzy części, a każdą z nich pięknie oprawiono. Stary Testament podzielili na dwie, a trzecią część stanowił Nowy Testament. Mężczyźni w tajemnicy przekazywali sobie poszczególne części Pisma Świętego, które było najcenniejszą rzeczą w jałowym obozowym życiu. Fragmenty krążyły od jednych do drugich, były nieustannie czytane przez spragnionych Boga więźniów.
W czasie wspólnych, sekretnych spotkań bracia omawiali różne fragmenty Pisma Świętego. Rozważali, jak powinni się zachowywać jako ludzie wierzący, trwali również we wspólnych modlitwach. Prócz tego Aurel, który był bardzo wrażliwy na działanie Ducha Świętego i przez Niego obdarowany, prorokował. Każde wypowiedziane przez niego słowo było przez nich dogłębnie analizowane. 
W tym małym podziemnym kościele Duch Święty, Jego prowadzenie i słowo prorocze były bardzo ważne. Aurel często 'mówił na językach', a potem tłumaczył to, co Bóg chciał powiedzieć tej małej społeczności. Nikt z nich nie znał teorii, nie wiedział, co to jest glosolalia, a więc przemawianie lub modlitwa z inspiracji Ducha Świętego. Świadomi byli jednak, w wyniku swojej osobistej lektury Słowa, że są to dary Pocieszyciela. Przyjmowali je z całą należną powagą.
Pewnego dnia Duch Święty powiedział do nich:
- Lew ryczący krąży wokół was i tylko patrzy, aby was pożreć. Nie martwcie się, Ja was oszczędzę i wam go objawię.
Okazało się, że w tym czasie polował na nich jeden ze strażników i kilkakrotnie otoczył barak, w którym się zgromadzali. Pewnego dnia wszedł do środka w trakcie modlitwy i przyłapał ich na gorącym uczynku. Zaskoczeni mężczyźni przerwali modlitwę, a on nakazał im surowo, aby szli w kierunku siedziby władz obozu. Ruszyli pokornie za nim, nie wiedząc, do czego może doprowadzić ta nieoczekiwana sytuacja. Wartownik planował wydać ich w ręce władz łagru. Pomni jednak na prorocze słowo Pana, jeden po drugim odłączali się od grupy i ukrywali w swoich barakach. W końcu strażnik odwrócił się i ze zdumieniem zobaczył, że nikt za nim nie podąża. Z jakiegoś powodu zaniechał poszukiwania.
W baraku jeden z więźniów zapytał:
- A co ten strażnik zgłupiał? Tak czaił się, czaił, aby was pojmać na modlitwie i w końcu wskoczył sam do pustego baraku? To jest bez sensu!
Jednak chrześcijanie doskonale wiedzieli, że to sam Bóg w cudowny sposób wyratował ich z rąk wroga, więc opowiedzieli swoim współwięźniom o tym, co się faktycznie wydarzyło tego wieczoru.
- Gdy się modliliśmy, sam Pan przemówił i powiedział, że widzi naszego wroga, i że on zwróci się przeciwko nam, ale nic nie uczyni, ponieważ Bóg wyratuje nas z jego szponów.
Tak oto wybawił ich Bóg.
Dzięki wrażliwości proroczej, którą miał Aurel,  jeszcze kilkakrotnie byli uratowani. Gdy Aurel przeczuwał nadchodzące zagrożenie, po prostu przerywał spotkanie i mówił:
- Bóg mi objawia, że strażnicy wkrótce tu będą. Musimy natychmiast uciekać.
Inni więźniowie łagru nigdy ich nie wydali, a strażnicy ich nie pojmali, bo strzegł ich Bóg."
(© Andrzej Mytych, "Krawiec, kaznodzieja, przemytnik", IW Compassion, szczecin 2013, str. 57 - 62. Fragmentu książki użyto za zgodą autora).

Myślę, że to coś więcej, niż tylko wzruszająca historia. To coś więcej niż interesujący fragmencik mrocznych dziejów sowieckiej Rosji i światła, które w tych mrokach mimo wszystko potrafił rozpalić Bóg. Takich historii jest wiele. Ta historia zmusza czytelnika, by stanął przed nią niczym przed lustrem i mając zarys postawy tych wspaniałych Braci, przyjrzał się dokładnie samemu sobie - swemu życiu, swoim życiowym priorytetom i swojej postawie duchowej. Ze mną nie mogło być inaczej!

Poznawszy tą historię, postawiłem sobie kilka niezwykle ważnych pytań: 
1) Jestem wolny - czy robię właściwy użytek ze swojej wolności? Na moich nogach nie ma kajdan, mogę chodzić, gdzie mam ochotę. Nie muszę niewolniczo pracować. Nie muszę uważać na to, co robię czy też z kim i o czym rozmawiam. Ale czy potrafię być wolnym, dobrze korzystać z wolności? Ta gromadka chrześcijan żyła w doprawdy strasznych, wręcz trudnych dla nas do wyobrażenia sobie, warunkach. Byli praktycznie skazani na wyniszczenie. Byli odgrodzeni od świata drutami i dziką tajgą. Byli zmuszani do pracy ponad siły i w warunkach skrajnie szkodliwych dla zdrowia. A przecież potrafili być wolnymi cudowną wolnością duchową, cenniejszą niż cokolwiek na świecie!
2) Czy Słowo Boże jest na właściwym miejscu w moim życiu?  Czy potrafię je tak miłować, jak oni je miłowali? Mamy szeroki dostęp do Słowa Bożego - w księgarniach po kilka polskich tłumaczeń, w internecie dziesiątki i tysiące różnych, a także - dla miłośników Słowa Bożego - teksty oryginalne, wydania interlinearne, słowniki, etc. Oczywiście korzystam ze Słowa Bożego, ale czy ma ono dostatecznie wysoką pozycję w moim życiu? Z przykrością muszę stwierdzić, że nigdy we mnie nie było takiego "głodu Biblii" i tak wielkiej miłości do Słowa Bożego!
3) Czy potrafię docenić to, że mogę być "żywym kamieniem" w Kościele, że mogę chodzić na nabożeństwa i modlić się wraz z Braćmi i Siostrami, mieć społeczność? Ta historia pojawiła się w moim życiu akurat w bardzo trudnym okresie - gdy moje serce było bardzo poranione, gdy moje "życie kościelne" weszło w tak ostry zakręt, że wyrzuciło mnie gdzieś ponad "rowem" i "daleko w pole"! Musiałem się dobrze zastanowić nad tym, dlaczego Bogu tak bardzo zależy na Kościele jako wspólnocie i dlaczego od samego początku z ludzi nawróconych Pan nasz formował (poprzez apostołów) zbory. Historia ta rozbudziła we mnie na nowo tęsknotę i miłość do Kościoła i uświadomiła, że jestem w Kościele potrzebny i że dla każdego Bóg ma w Kościele miejsce. Odnowione zostało we mnie pragnienie bycia w Kościele, poczucie sensu bycia Kościołem.


Życiowa sytuacja tej grupki chrześcijan z Komi jest "nie do pozazdroszczenia", ale myślę, że jest wiele do pozazdroszczenia im! Spojrzałem na siebie przez pryzmat ich historii i świadectwa, i zobaczyłem jak bardzo nikły jest płomyk mojej miłości i wiary względem tego ognia, który płonął w sercach "Braci z Komi"! Przeszli przez bardzo trudne lata i wiele cierpień. Byli nieliczni, ale ich Kościół był potęgą! Moc Boga pomogła im przejść przez ciemność prześladowań i ponieść światło dalej, kolejnym ludziom. Nie ma takiej mocy, która mogłaby powstrzymać Boga czy też stłumić Kościół Boży! Kościół, zbudowany na Skale - Chrystusie, jest naszym schronieniem i źródłem umocnienia. "...Na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie przemogą go" (Ewangelia Mateusza 16, 18).

---
Zamieszczone tutaj zdjęcia nie przedstawiają bohaterów tej historii. Ich autentyczne zdjęcia można obejrzeć w książce A. Mytycha. Ilustrują natomiast warunki, w jakich pracowali więźniowie obozów pracy w Republice Komi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz