poniedziałek, 30 listopada 2015

Krytykanci - groby pobielane

"A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz? Albo jak powiesz bratu swemu: Pozwól, że wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twoim? Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego." (Ewangelia Mateusza 7, 3- 5)
Jest wielu ludzi, którzy bardzo chętnie i bardzo często zajmują się innymi ludźmi, zamiast zajmować się sobą. Oni "wszystko wiedzą najlepiej", lubują się w wyłapywaniu wszelkich "błędów" u innych, nawet najmniejszych "uchybień" - a raczej tego, co się im nimi zdaje być - i czują się powołani do tego, by oznajmiać bliźniemu, jak to złe jest jego życie i jak to "wielce uchybia" on w wierze. Ich wielką "życiową pasją" jest wyłapywanie każdej najmniejszej "ryski" na życiu innych i... "robienie z igły widły". Potrafią milczeć czasem bardzo długo. Toczą się czasem ciekawe i wzniosłe dyskusje - oni siedzą cicho. Zabierają głos bardzo chętnie dopiero wówczas, gdy dostrzegą "uchybienie" i mogą się zająć realizacją swej życiowej pasji "naprawą bliźniego". Czynią to według własnej wizji świata i "dobrego życia". 

Czyż nie tak właśnie postępowali dobrze nam znani z Biblii faryzeusze? A Jezus nie zostawił na nich "suchej nitki"! "Ślepi przewodnicy! Przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda. Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że oczyszczacie z zewnątrz kielich i misę, wewnątrz zaś są one pełne łupiestwa i pożądliwości. Ślepy faryzeuszu! Oczyść wpierw wnętrze kielicha, aby i to, co jest zewnątrz niego, stało się czyste. Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że podobni jesteście do grobów pobielanych, które na zewnątrz wyglądają pięknie, ale wewnątrz są pełne trupich kości i wszelakiej nieczystości. Tak i wy na zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, wewnątrz zaś jesteście pełni obłudy i bezprawia." (Ewangelia Mateusza 23, 24 - 28). Faryzeusze robili wiele, by uchodzić za "mistrzów w wierze", za bogobojnych i porządnych ludzi i jednocześnie z nadzwyczajną surowością potrafili oceniać bliźnich i wyszukiwać ich najdrobniejsze "uchybienia" - czynili tak i względem samego Pana. A tu "trafiła kosa na kamień", bo stanęli wobec kogoś, przy kim na nic się zdają wszelkie pozory, bo ma pełne wejrzenie w serce człowieka, w jego myśli i całe życie. Jezus brutalnie odarł ich w jednej chwili z tej całej powierzchownej "bogobojności" i "cnotliwości". Możemy w tym dostrzec złość Boga na hipokryzję człowieka, ale Jezus nie czyni tego z pogardą, lecz z pragnieniem, by ludzie ci dostrzegli swój stan i przyszli, by zostać oczyszczonymi.

Krytykować innych i wciąż krytykować jest w sumie najłatwiej. Można sobie wybrać nawet jakieś fragmenty Biblii i przystroić swoje krytykanctwo w "chrześcijańską szatkę", a na twarz założyć maskę z wyrazem obłudnej "troski o bliźniego". Dokładnie tak czynili faryzeusze! Człowiek taki sam siebie w ten sposób przekonuje, że przecież czyni to z troski o bliźniego, dla jego dobra i polepszenia jego duchowego stanu i że przecież "tak mówi Bóg". Dokładnie takie było przekonanie faryzeuszy! Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że owa maska i "piękne szatki cnoty" widoczne są raczej głównie dla tego, kto je zakłada - natomiast ci, przed którymi odgrywa swą rolę "cnotnisia" i "mentora", zazwyczaj widzą dokładnie, co takiego ma pod spodem! Krytykantowi zdaje się, że "poprawia ten świat i życie bliźnich", a tymczasem tylko odgrywa przed światem żałosną tragifarsę! A potem ma za złe ludziom, że zaczynają się śmiać! Niejeden raz w swoim życiu zachowywałem się przed ludźmi jak... żałosny dupek (przepraszam, jeśli kogoś rażą takie słowa), myśląc przy tym, że jestem "głosem Boga dla świata". Później złościłem się, gdy mnie wyśmiewano i oczywiście z odrazą patrzyłem na każdego, kto "śmiał" mi powiedzieć, że jestem żałosnym dupkiem (nawet jeśli nie tak dosadnie), a przy tym zwykłym... szkodnikiem w Kościele. Teraz muszę przyznać: oni mieli wiele racji! Postawa i poczynania, które uważałem za "cnotliwe" nie przyniosły żadnej korzyści - mam tylko nadzieję, że szkody nie były znaczne. Jeśli wciąż krytykujemy innych i czujemy się dobrze w tej roli, nie jest to z ducha Bożego!

Jezus uczy nas, byśmy zamiast szukać uchybień u innych i poddawać ich ostrej krytyce, przyjrzeli się uważnie sobie i poddali krytyce samych siebie. To jest znacznie trudniejsze, bo zmusza nas do tego, byśmy pozbyli się maski obłudnika i szatek "prawdziwej pokory i pobożności", w których tak dobrze się czujemy krytykując wciąż innych. Gwarantuję, że gdy zaczniemy poszukiwać uczciwie u siebie samych uchybień, wad i grzechów, i zajmiemy się nimi, stracimy ochotę na ciągłe zajmowanie się innymi, wyszukiwanie "rysek" na ich życiu i krytykowanie! Gdy uświadamiamy sobie swoją grzeszność i oddajemy prawdziwie życie Jezusowi, w sercu pojawia się też pokora, która wymiata ducha krytykanctwa i oskarżania. Łatwo jest pójść do czyjegoś domu i powiedzieć: "ależ tu bałagan!", zamiast zająć się bałaganem u siebie - często dbamy tylko o to, by drzwi były zamknięte, okna zasłonięte i by nikt nie widział tego, co jest w środku. Człowieku, który wiecznie krytykujesz innych - skrytykuj wreszcie raz a porządnie sam siebie i zajmij się bałaganem, który masz we własnym życiu! Większa z tego będzie korzyść i dla ciebie samego i dla innych!  

Do tych, którzy uważają się za chrześcijan, a krytykują i oskarżają wierzących, Bóg mówi: "Kimże ty jesteś, że osądzasz cudzego sługę? Czy stoi, czy pada, do pana swego należy" (List do Rzymian 14, 4). Bóg mówi także: "A tak, kto mniema, że stoi, niech baczy, aby nie upadł" (1. List do Koryntian 10, 12). Wreszcie mamy ukazanego także tego, od którego pochodzi duch krytykanctwa i oskarżania! "I zrzucony został ogromny smok, wąż starodawny, zwany diabłem i szatanem, który zwodzi cały świat; zrzucony został na ziemię, zrzuceni też zostali z nim jego aniołowie. I usłyszałem donośny głos w niebie, mówiący: Teraz nastało zbawienie i moc, i panowanie Boga naszego, i władztwo Pomazańca jego, gdyż zrzucony został oskarżyciel braci naszych, który dniem i nocą oskarżał ich przed naszym Bogiem" (Apokalipsa 12, 9 - 10).

niedziela, 29 listopada 2015

Modlitwa - walka w przestrzeni duchowej

Pewna chrześcijanka z Afryki pisze: "Orzeł nie walczy z wężem na ziemi. Podnosi go do nieba i zmienia pole bitwy, a następnie uwalnia węża w niebie. Wąż nie ma wytrzymałości, mocy i równowagi w powietrzu. Jest bezsilny, słaby i podatny na zranienie, w przeciwieństwie do sytuacji na ziemi, gdzie jest silny, roztropny i zabójczy. Zabierz swoją walkę do sfery duchowej, modląc się, a gdy jesteś w sferze duchowej Bóg przejmuje twoją walkę. Nie walcz z wrogiem w jego strefie komfortu, zmień pole bitwy jak orzeł i pozwól Bogu ją przejąć, przez żarliwą modlitwę. Będziesz mieć pewność czystego zwycięstwa. Módlcie się bez ustanku." (Elsie Osae Kwapong / Facebook)


Powołani na apostołów

"Nie oddalajcie się z Jerozolimy, lecz oczekujcie obietnicy Ojca, o której słyszeliście ode mnie; Jan bowiem chrzcił wodą, ale wy po niewielu dniach będziecie ochrzczeni Duchem Świętym. (...) ...weźmiecie moc Ducha Świętego, kiedy zstąpi na was, i będziecie mi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi" (Dzieje Apostolskie 1, 4 - 5 i 8)
Jeśli dziś zapytamy: "kim są apostołowie?", usłyszymy najpewniej mniej lub bardziej kompletną listę Dwunastu - tych, którzy byli najbliżej Jezusa podczas jego ziemskich dni. Ale przecież nawet Biblia mówi nam o znacznie szerszym gronie Apostołów. Można zaryzykować nawet twierdzenie: także kobiety były apostołkami! Gdy czytamy Biblię, możemy odnieść wrażenie, że Jezus ustanowił jakąś hierarchię, w której centrum był On, potem Dwunastu, potem inni apostołowie, potem zaś uczniowie (lud) - niebezpieczne jest spojrzenie na to przez pryzmat katolicyzmu z jego hierarchią. Apostołowie nie byli wyżej w strukturach Kościoła, niż inni - oni byli sługami, którym została powierzona misja rozprzestrzeniania Ewangelii (w szerszym znaczeniu), a także dbanie o spójność nauczania chrześcijańskiego, kierownictwo i koordynacja na poziomie ponadlokalnym (w węższym znaczeniu). Greckie słowo "apostolos" oznacza "wysłannik", a dziś byśmy powiedzieli... "misjonarz". Ci, którzy wędrują dziś w najdalsze krańce ziemi, wypełniają dokładnie to samo zadanie apostolskie! Jeśli dziś nazywamy ich "misjonarzami" a nie "apostołami", to chyba głównie dlatego, by tytułem tym wyróżnić tych, którzy na własne oczy oglądali Chrystusa  i nieśli potem w świat to, co osobiście od Niego usłyszeli!

Jezus zwrócił się zacytowanymi słowami do konkretnych ludzi ze swego otoczenia i wydał im konkretne polecenia, które ich dotyczyły.  Ale gdyby powołanie apostolskie miało obejmować tylko tych ludzi, którzy stykali się z nim bezpośrednio, twarzą w twarz, Jezusa trzeba by uznać za zwykłego człowieka, żydowskiego "guru" i to bez wielkiej wizji i wyobraźni! Jego pierwsi uczniowie nie wiedzieli, jak wielki jest ten świat - On wiedział.  Ci, do których mówił, już dawno nie żyją - ich ciała zgniły i rozsypały się w proch, i nawet nie wiemy, gdzie są ich groby. Niektórzy z nich dotarli bardzo daleko - rozeszli się po Bliskim Wschodzie, Europie, a Tomasz dotarł ponoć aż do Indii. Był to nie lada jaki wyczyn w czasach, gdy podróżowało się pieszo, na grzbietach zwierząt czy też na łodziach i statkach, których mobilność i pewność były mocno ograniczone. Jezus wiedział przecież dobrze, że ci pierwsi nie dotrą zbyt daleko, że rozprzestrzenienie Ewangelii na cały świat to praca dla wielu, wielu pokoleń i tysięcy, tysięcy wysłanników! To, o czym czytamy na początku Dziejów Apostolskich, to jedynie początek doskonale zaplanowanej "reakcji łańcuchowej". Myślałem, żeby to określić "pierwszą falą", ale fala przecież nie wzbudza kolejnej fali, a sama zanika. Być może lepszym byłoby porównanie z lawiną, gdzie na początek w ruch wprawionych zostaje ledwie kilka kamieni - czynię to z wahaniem, bo lawina to kataklizm, i nie może się kojarzyć z niczym dobrym, ale... Apostołowie rozeszli się i głosili Dobrą Nowinę ludziom, których serca z kolei też były pobudzane, by szli dalej i nieśli Ewangelię kolejnym - jak w lawinie kamień uderza w kolejne kamienie, a te siłą uderzenia wprawiane są w ruch...

Ci pierwsi apostołowie służyli tylko do rozruchu! Tak naprawdę każdy chrześcijanin jest powołany do tego, aby być apostołem, w szerszym znaczeniu tego słowa - pewnie, że nie od razu, ale we właściwym dla siebie czasie. Najpierw jest nawrócenie i okres uczniostwa - słuchania, poznawania Prawdy, dojrzewania w wierze. Nim Jezus rozesłał apostołów, przez trzy lata chodzili oni za Nim, ucząc się od Niego i poddając formacji. Owszem, już od początku pociągali innych, mówiąc: "Spotkaliśmy Mistrza! Chodź i posłuchaj..." - i nieraz i teraz uczeń przyprowadza Panu kolejnego ucznia, ale to jeszcze nie jest apostolstwo. Tak, jak ziarno zasiane w ziemi potrzebuje słońca, deszczu i minerałów w ziemi zawartych, aby wzrastać, tak samo człowiek potrzebuje słuchać, czytać i modlić się wiele, by wzrastać w wierze i by dojść w niej do dojrzałości. Gdy dla owych pierwszych apostołów skończył się czas nauki i gdy ich wiara została ugruntowana, potrzebowali już tylko mocy Ducha Świętego, na którego zesłanie czekali niewątpliwie rozmyślając wciąż o słowach Mistrza i modląc się. Chrzest Duchem Świętym na kartach Biblii przejawiał się duchową ekstazą - będącą uzewnętrznieniem ognia, jaki w nich został wlany wraz ze zstąpieniem Ducha Świętego - "darem języków", może i prorokowania... Nie zawsze jest to tak spektakularne, jak ten pierwszy raz, ale w każdym razie jest to jakby świadectwo dopełnienia podstawowej formacji u Mistrza. To nie znaczy, że nasza edukacja duchowa się kończy, bo ona trwa całe życie a i tak nie odkrywamy wszystkiego, ale jest to punkt, w którym Bóg mówi: "Jesteś gotowy! Idź!"

Praca apostolska trwa już 2000 lat, a przecież wciąż są miejsca i grupy ludzi, do których dopiero teraz docierają misjonarze! Każdy chrześcijanin powinien być głosicielem Ewangelii i zabiegać o dusze innych ludzi. Nie wolno nam myśleć: to nie nasza sprawa i nie nasze zadanie. Pewnie, że nie każdy ma predyspozycje i możliwości, żeby pojechać gdzieś daleko w świat - i nie każdy jest do tego powołany. Posługę apostolską, misyjną można bowiem wypełniać w bardzo różny sposób, do różnych jej form jesteśmy powoływani. Jedni jadą wgłąb dżungli, w wysokie góry lub w bezkresne pustkowia - obowiązkiem całego Kościoła jest ich przygotowywać i wspierać, tak duchowo, jak i materialnie, i troszczyć się o rozwój misji. Inni zajmują się ewangelizacją w swoim kraju, czy mieście. Inni są powołani, by szerzyć Ewangelię poprzez wszelkiego rodzaju sztukę. A wszyscy jesteśmy powołani do tego, aby każdy, kto się z nami na co dzień styka, mógł usłyszeć o Jezusie. Być apostołem to znaczy iść z Chrystusem do drugiego człowieka każdego dnia - bez względu na to, czy idziemy bardzo daleko, czy też bardzo blisko. Apostołem można być także... wewnątrz Kościoła - troszcząc się o wierność Ewangelii i jedność w Kościele.

Misja apostolska w Kościele nie ustała wraz ze śmiercią tych, których zwykliśmy nazywać "Apostołami".  O pierwotnym Kościele mówimy czasem "Kościół czasów apostolskich" - to dość wygodny "skrót myślowy", ale tak naprawdę Kościół Chrystusowy dziś nie jest mniej apostolski, niż był 2000 lat temu. Warunkiem jest wierność Ewangelii, posłuszeństwo Bogu i obecność Ducha Świętego, bez których tak naprawdę w ogóle nie ma Kościoła. Naśladując Chrystusa, naśladujemy równocześnie apostołów, gdyż oni naśladowali Chrystusa. Jesteśmy wówczas Kościołem Chrystusowym i tym samym Kościołem apostolskim - i mamy wciąż to samo zadanie, które winniśmy wypełniać według naszych, danych nam od Boga, uzdolnień i w poleconym nam zakresie.

sobota, 28 listopada 2015

Pracuj po chrześcijańsku!

"Słudzy, bądźcie posłuszni we wszystkim ziemskim panom, służąc nie tylko pozornie, aby się przypodobać ludziom, lecz w szczerości serca, jako ci, którzy się boją Pana. Cokolwiek czynicie, z duszy czyńcie jako dla Pana, a nie dla ludzi, wiedząc, że od Pana otrzymacie jako zapłatę dziedzictwo, gdyż Chrystusowi Panu służycie." (List do Kolosan 3, 22 - 24)
Od długiego czasu szukam pracy - co w Polsce jest chyba szczególnie trudne i frustrujące. Wiele osób mnie pyta: czemu ty nie wyjeżdżasz na zachód z tego kraju bez nadziei? Powodów mógłbym wymienić sporo - w każdym razie wiem, że w tej chwili muszę być tutaj, gdzie jestem, tu żyć i tu pracować. W swoim CV  napisałem, że jestem chrześcijaninem i chcę pracować po chrześcijańsku. Czy to ma jakieś znaczenie? Trochę obawiam się, że pracodawcy mogą pomyśleć: "Oho, nie! Ten nie będzie chciał pracować w niedzielę". Jednak dla mnie ma to duże znaczenie, bo nie tylko jest od początku jasna kwestia, że potrzebuję mieć czas na cotygodniowe nabożeństwa, ale też jest to moja radykalna deklaracja: chcę być dobrym pracownikiem ze względu na Boga; moja wiara zobowiązuje mnie do bycia sumiennym i uczciwym człowiekiem, któremu będziecie mogli zaufać. Deklaracja wiary jest dla mnie pewnego rodzaju gwarancją, jaką daję potencjalnemu pracodawcy a zarazem bardzo poważnym zobowiązaniem, by tej gwarancji dotrzymać, bo wiem, że jeśli z tą wiarą nie będzie wiązała się solidna praca, nie będzie to dobre świadectwo i dla Boga nie będzie w tym chwały. Ta deklaracja to solidny motywator do tego, by pracować tak, by Bóg mógł być ze mnie dumny, by moja praca była świadectwem i by mógł sobie z niej odbierać chwałę.

Niemal dwa miesiące temu opublikowałem tutaj tekst pt. "Wynagradzaj po chrześcijańsku" - po części rozgoryczony bardzo złą sytuacją na rynku pracy, złym podejściem człowieka (pracodawcy) do człowieka (pracownika / kandydata), wyzysku ("świetne wynagrodzenie": 5 lub 8 zł za godzinę), itp.  Pisałem wówczas: "chrześcijańscy pracodawcy powinni wynagradzać swych pracowników tak, by mogli oni żyć godnie - nawet jeśli to umniejszy ich własne zyski, jako właścicieli firmy. Nie powinno być tak, że właścicielom mnożą się na kontach setki tysięcy złotych, euro, czy dolarów i wspinają się oni w górę po szczeblach rankingów najbogatszych, a pracownicy, którzy do ich powodzenia się przykładają, dostają najmniej, ile tylko można. (...) Wszelkie nasze rozliczenia powinniśmy zawsze przeprowadzać ze świadomością, że nie jest to tylko sprawa pomiędzy mną a drugim człowiekiem, lecz zawsze jest przy wszystkim świadek - Bóg. Bóg widzi pracę, jaką wykonuje każdy człowiek i widzi nasze z bliźnim rozliczenia." Od początku wiedziałem jednak, że jest to dopiero "połówka tematu", bo przecież nie jest tak, że tylko pracodawca musi pracownika należycie wynagradzać, ale też pracownik musi należycie pracować! I przez te tygodnie nosiłem w swym sercu pytanie: ale co to znaczy "pracować po chrześcijańsku"? Myślę, że podstawową odpowiedzią Boga w tej sprawie jest właśnie zacytowany na wstępie fragment listu apostoła Pawła do Kolosan.

Słowo "douloi", jakim rozpoczyna się ten fragment tłumaczone jest jako "słudzy", lecz naprawdę oznacza "niewolnicy". Bóg dał, że żyjemy w czasach, gdy cywilizowane narody dawno już zniosły niewolnictwo i jesteśmy bardzo wrażliwi na "prawa człowieka" i "prawa obywatelskie". Apostoł Paweł pisał te słowa do ludzi, którzy żyli w innej rzeczywistości, niż my, dla których niewolnictwo było czymś zwyczajnym - wielu chrześcijan było niewolnikami, a byli też i tacy, którzy mieli niewolników. Nawołuje on, by niewolnicy pokornie wykonywali swą niewolniczą pracę na chwałę Pana (co wcale nie znaczy, że Bóg popiera i sankcjonuje niewolnictwo!). Czasy się, dzięki Bogu, zmieniły i dziś możemy się cieszyć wolnością. Ale te słowa wcale nie przestały być aktualne, choć nie jesteśmy "douloi". Gdyby apostoł Paweł ów list mógł napisać raz jeszcze i skierować go do nas, ludzi XXI wieku, zapewne napisałby mniej więcej tak: "Pracownicy, wykonujcie należycie zadania powierzone wam przez waszych pracodawców..." - i znaczenie będzie z grubsza to samo.

Sam sobie próbuję odpowiedzieć na pytanie: co to znaczy być "chrześcijańskim pracownikiem"?  Na pewno nie znaczy to: jestem chrześcijaninem, więc w niedzielę nie pracuję. Owszem, dzień zarezerwowany dla Pana (a także rodziny) jest bardzo ważny. Niezależnie od tego, czy jesteśmy przywiązani do pierwotnego "dnia pańskiego", czyli soboty, czy też świętujemy w dniu zmartwychwstania Chrystusa, niedzielę. Z całą pewnością potrzebujemy dostosowania "rytmu pracy" tak, byśmy mogli uczestniczyć w życiu Kościoła. Wielu pracodawców podchodzi do tego ze zrozumieniem, co bardzo cieszy, i mówią: "oczywiście, możemy się dogadać" - tym samym respektują po prostu konstytucyjne prawa obywatela - chrześcijanina. Życie chrześcijańskie to przecież coś więcej, niż tylko chodzenie do kościoła raz w tygodniu. Chrześcijanin powinien wyróżniać się także w pracy. Być "chrześcijańskim pracownikiem" to znaczy być lojalnym wobec swego pracodawcy, uczciwie i jak najlepiej wywiązywać się ze swoich obowiązków. To znaczy sumiennie pracować - nie tylko wówczas, gdy szef patrzy, ale także, gdy szefa nie ma. Szef może być akurat nieobecny, może czegoś nie widzieć lub nie zauważyć i nas z tego nie rozliczyć, ale Bóg widzi i nas z tego rozliczy! Spójrzmy na to tak: gdy się zatrudniamy, oznacza to, że sprzedajemy swój czas, swoje umiejętności i swój wysiłek swemu pracodawcy. Tym samym przestają one należeć do nas i jeśli nie pracujemy rzetelnie, to... okradamy swego pracodawcę! Być "chrześcijańskim pracownikiem", to znaczy być pracownikiem godnym zaufania, być człowiekiem, któremu bliźni może ze spokojem powierzyć swoje zasoby, wiedząc, że będą dobrze użyte, nie zostaną zmarnowane ani wykradzione. Ważna jest także nasza postawa wobec ludzi, którzy nas otaczają - przełożonych, współpracowników, podwładnych, klientów...

Być "chrześcijańskim pracownikiem", to znaczy dbać o interesy pracodawcy tak, jak o własne, jak tylko najlepiej potrafimy. Przeczytajmy przypowieść Pana Jezusa o pomnażaniu talentów: "Będzie bowiem tak jak z człowiekiem, który odjeżdżając, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. I dał jednemu pięć talentów, a drugiemu dwa, a trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. A ten, który wziął pięć talentów, zaraz poszedł, obracał nimi i zyskał dalsze pięć. Podobnie i ten, który wziął dwa, zyskał dalsze dwa. A ten, który wziął jeden, odszedł, wykopał dół w ziemi i ukrył pieniądze pana swego. A po długim czasie powraca pan owych sług i rozlicza się z nimi. I przystąpiwszy ten, który wziął pięć talentów, przyniósł dalsze pięć talentów i rzekł: Panie! Pięć talentów mi powierzyłeś. Oto dalsze pięć talentów zyskałem. Rzekł mu pan jego: Dobrze, sługo dobry i wierny! Nad tym, co małe, byłeś wierny, wiele ci powierzę; wejdź do radości pana swego. Potem przystąpił ten, który wziął dwa talenty, i rzekł: Panie! Dwa talenty mi powierzyłeś, oto dalsze dwa talenty zyskałem. Rzekł mu pan jego: Dobrze, sługo dobry i wierny! Nad tym, co małe, byłeś wierny, wiele ci powierzę; wejdź do radości pana swego. Wreszcie przystąpił i ten, który wziął jeden talent, i rzekł: Panie! Wiedziałem o tobie, żeś człowiek twardy, że żniesz, gdzieś nie siał, i zbierasz, gdzieś nie rozsypywał. Bojąc się tedy, odszedłem i ukryłem talent twój w ziemi; oto masz, co twoje. A odpowiadając, rzekł mu pan jego: Sługo zły i leniwy! Wiedziałeś, że żnę, gdzie nie siałem, i zbieram, gdzie nie rozsypywałem. Powinieneś był więc dać pieniądze moje bankierom, a ja po powrocie odebrałbym, co moje, z zyskiem. Weźcie przeto od niego ten talent i dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dane i obfitować będzie, a temu, kto nie ma, zostanie zabrane i to, co ma. A nieużytecznego sługę wrzućcie w ciemności zewnętrzne; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów." (Ewangelia Mateusza 25, 14 - 30). Ci słudzy wykonywali pracę dla swego pana. I tak właśnie też powinno wyglądać życie zawodowe "chrześcijańskiego pracownika". "Chrześcijański pracownik" to człowiek, który dokłada wszelkich starań, by pracodawca miał z niego pożytek i by firma, dla której pracuje, rozwijała się jak najlepiej, produkowała jak najlepsze towary, pozyskiwała jak najwięcej klientów - by zarówno pracodawca, jak i klienci byli jak najbardziej zadowoleni. Mamy prawo oczekiwać godziwej zapłaty, ale wówczas, gdy sami dajemy godziwą pracę i pracodawca ma z nas korzyść.

Czy potrafimy dostrzec, że także nasza praca zawodowa - nawet jeśli nie jesteśmy etatowymi pracownikami w Kościele - może być też pracą dla Pana, formą ewangelizacji? Ewangelizacja bowiem to nie tylko opowiadanie o Chrystusie ludziom dookoła, ale także - a raczej przede wszystkim - dawanie świadectwa nie słowem, ale życiem. Możemy mówić każdego dnia miliony pięknych słów, ale więcej możemy uczynić, jeśli będziemy pięknie żyli i też pięknie pracowali. Można być misjonarzem na chwałę Pana, ale można też być sprzedawcą w sklepie na chwałę Pana, mechanikiem samochodowym na chwałę Pana, inżynierem na chwałę Pana, murarzem na chwałę Pana a nawet śmieciarzem czy zamiataczem ulic na chwałę Pana! Bo to, jakim jesteśmy pracownikiem, świadczy o naszym sercu, o naszym charakterze. Bóg, gdy człowiek się nawraca, daje nowe serce, a w sercu tym także pragnienie służby dla innych i pracy. Praca jest Bożym nakazem. Musimy pracować na nasz chleb codzienny w mozole, od czasu gdy Adam z Ewą zgrzeszyli i Bóg nie zgadza się na nieróbstwo i żerowanie na innych ("Kto nie chce pracować, niechaj też nie je" - 2. List do Tesaloniczan 3, 10). Ale praca jest także łaską - co szczególnie zauważa się, gdy tak trudno ją dostać - i może sprawiać wiele radości. Bóg ukarał człowieka za grzech koniecznością trudu pracy, lecz daje także nagrodę - bo dobrze wykonana praca daje człowiekowi satysfakcję i radość w sercu!

"Etos pracy" wiąże się nierozerwalnie z głębokim życiem duchowym, z prawdziwym chrześcijaństwem. Serce chrześcijanina, to serce spragnione pracy i czerpiące radość z pracy. Bo "chrześcijański pracownik" wie, że pracuje przede wszystkim dla Boga i Jego chwały i że to Bóg jest jego "Szefem wszystkich szefów". Dlatego jeśli piszę, że pragnę "pracować po chrześcijańsku", znaczy to, że pragnę się podobać Bogu, który jest znacznie bardziej wymagający od każdego człowieka - więc powinienem się także spodobać każdemu mądremu ziemskiemu szefowi!

poniedziałek, 23 listopada 2015

Miłosierdzie musi być rozumne!

"Wtedy powie król tym po swojej prawicy: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczcie Królestwo, przygotowane dla was od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie, byłem nagi, a przyodzialiście mnie... (...) Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście" (Ewangelia Mateusza 25, 34 - 36 i 40)
Źródło: Facebook.com
Wracam jeszcze raz do problemu imigrantów, których "fala" zalała Europę, bowiem jest to niewątpliwie jeden z największych problemów, z jakimi musimy się obecnie zmierzyć. Tym razem chciałbym go rozważyć w kontekście słów Jezusa odnotowanych przez Mateusza. Przeżywam w sercu głęboką rozterkę związaną z kwestią: jaka powinna być nasza chrześcijańska postawa wobec tych ludzi i zaistniałego problemu. Właśnie tak: przede wszystkim (!) widzę w nich ludzi, nie problem - ale nie jestem tak ślepy i naiwny, by nie dostrzegać problemu i udawać, że żadnego problemu nie ma, że wszystko jest dobrze i "don't worry, be happy".

Napływającym z Węgier, Austrii, Niemiec, Francji i innych krajów wiadomościom o tłumach wędrowców towarzyszyła zażarta dyskusja na temat imigrantów i jak powinniśmy z nimi postępować. Można było zobaczyć, że jest naprawdę duży opór społeczeństwa - i ani nasze władze, ani też "eurokraci" nie mają prawa tego sprzeciwu ignorować. Większość ludzi wypowiadała się bardzo rozsądnie i bez pogardy i nienawiści. W tych dyskusjach zwolennicy Europy "multi-kulti" i "otwartych drzwi", często stawiali pytanie: "Ponoć żyjemy w chrześcijańskim kraju, więc gdzie wasze chrześcijańskie miłosierdzie?" Wiele razy pisałem: gdybym tylko miał możliwości, z chęcią przyjąłbym tych, którzy NAPRAWDĘ potrzebują pomocy, ale nie tych, którzy chcą lekkiego życia za moje pieniądze i nie tych, którzy mój dom będą chcieli urządzić według własnych wierzeń i poglądów! Bo miłować trzeba też mądrze! Wiecie, kto robi największą krzywdę żebrakom, których nieraz spotykamy na ulicy? Ci, którzy dają im pieniądze! Bo wówczas utwierdzamy ich w przekonaniu, że wszystko mogą dostać, więc po co pracować i uzależniamy ich od siebie, a nie pomagamy im wyjść z sytuacji, w jakiej są. Uważam, że bardzo podobnie - o ile nie identycznie - ma się rzecz ze znaczną częścią imigrantów i trzeba dużej mądrości i precyzyjnego rozeznania, żeby pomagać, a tego właśnie brakuje naszym przywódcom.

Miłosierdzie względem bliźnich jest przejawem szlachetności serca. Lecz w tym sercu musi być także mądrość i rozeznanie, bo jeśli jest głupota i naiwność, to i miłosierdzie ulega wypaczeniu i przynosi wiele szkód. Jeśli chcemy pomagać bliźnim i przyjmować tych, którzy są w potrzebie - musimy przyglądać się ludziom, kto i dlaczego przychodzi, czy naprawdę potrzebuje pomocy i jakie są jego potrzeby. Przede wszystkim: jeśli dajemy każdemu bez myślenia, to znaczy, że ci, którzy naprawdę potrzebują dostają mniej, bo dostają po równo z tymi, których powinniśmy odesłać, albo wręcz może dla nich nie starczyć. Bóg może dawać rozeznanie co do osób i co powinniśmy uczynić. Ci ludzie nie zawsze mogą udokumentować swoją sytuację i czasem od strony formalnej może to być bardzo trudne. Nie wolno nam zaniedbać troski o własny "dom". Jeśli mamy komuś pomóc, to nasz "dom" - nasz kontynent, nasze kraje, nasze miasta - muszą być bezpiecznym schronieniem dla przybyszów. Nie pomożemy im, jeśli wraz z nimi będziemy wpuszczać tych, którzy przychodzą, by w naszym domu czynić zamęt, wojować! Uważam, że bardzo wielu imigrantów - nawet tych już osiadłych od lat - należałoby odsyłać tam, skąd przybyli właśnie dlatego, by ci, którzy naprawdę potrzebują pomocy, mogli ją otrzymać. Komu spośród prześladowanych pomożemy, jeśli wpuszczamy wraz z nimi także ich prześladowców? Na Morzu Śródziemnym nie tak dawno imigranci - islamiści potopili imigrantów - chrześcijan. W ośrodkach dla uchodźców - także w Polsce - chrześcijanie są nękani. W Szwecji w ostatnich tygodniach na domach i sklepach chrześcijan z Bliskiego Wschodu pojawiły się groźby, mające ich skłonić do przejścia na islam. Tak wiec, jeśli mamy pomagać i dawać schronienie, musimy to czynić mądrze, bo inaczej to nie żadna pomoc, lecz szkoda dla wszystkich!
 
Z tymi, którzy faktycznie przychodzą z głodu i cierpienia, powinniśmy się dzielić z miłością, nie patrząc na to, ile sami mamy. Jeśli mamy niewiele, ale się dzielimy z potrzebującymi, Boga to raduje - sytuacja podobna jak z "wdowim groszem ofiarowanym w świątyni przez ubogą kobietę - i Bóg potrafi pomnożyć to, co posiadamy. Chyba nie ma nikogo, kto by żyjąc w biedzie potrafił dzielić się z drugim i przez to cierpiał głód. Czy przypominacie sobie, co robili "biedni i potrzebujący imigranci" z wodą i żywnością zakupionymi z publicznych pieniędzy i ofiarowanymi im podczas ich wędrówki przez Europę? Wyrzucali je z wagonów na tory! Oczywiście nie wszyscy, ale ci, którzy to czynili, dali tym samym znak, że nie są głodni i spragnieni! Ba! Że gardzą nami i naszym miłosierdziem! Ten, który jest naprawdę głodny i który potrzebuje naszego miłosierdzia, będzie się cieszył i dziękował, gdy z nim swą bułkę przełamiesz na pół. I nie będzie na ciebie krzyczał i wygrażał ci pięścią - jak to się przecież zdarzało wielokrotnie w minionych tygodniach. Ci, którzy rzeczywiście potrzebują pomocy, będą też pewnie potrafili uszanować nas, naszą kulturę, nasze przyzwyczajenia, naszą wiarę. Powinniśmy się uważnie przyglądać i przysłuchiwać - to pomaga w weryfikacji.

Bardzo często słyszę: "przyjmujmy tylko chrześcijan". Oczywiście to jest jakaś metoda weryfikacji i niesienia pomocy tym, którzy jej naprawdę potrzebują. Wiemy bowiem, jak straszne prześladowania cierpią chrześcijanie praktycznie wszędzie na Bliskim Wschodzie - a najbardziej tam, gdzie wdarło się ISIS. Gdy mamy do czynienia z chrześcijanami "stamtąd", mamy bardzo solidne podstawy do tego, by ich przyjąć jako potrzebujących pomocy. Ponadto nie stanowią oni dla nas zagrożenia i z pewnością dobrze się wpasują w nasze społeczeństwo. Oczywiście tym bardziej jesteśmy zobowiązani do pomocy im, skoro wierzą w tego samego Boga - Ojca, Syna i Ducha Świętego - nawet jeśli ich wiara nie jest dokładnie taka, jak nasza. Z drugiej jednak strony Jezus mówi: "... jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż macie zapłatę? Czyż i celnicy tego nie czynią? A jeślibyście pozdrawiali tylko braci waszych, cóż osobliwego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?" (Ewangelia Mateusza 5, 46 - 47). Służąc braciom, służymy Kościołowi Chrystusowemu, co jest niewątpliwie naszym obowiązkiem. Służąc zaś innym w Imię Jezusa Chrystusa, stajemy się przy tym znakiem od Boga dla świata, świadectwem Jego panowania i miłosierdzia dla ludzi. Dlatego nie jestem za tym, byśmy przyjmowali TYLKO chrześcijan, choć uważam za rozsądne przyjmowanie PRZEDE WSZYSTKIM chrześcijan.

Tym, którzy przychodzą, powinniśmy wychodzić na przeciw. Jednych z miłością przyjmować, innych z szacunkiem, ale i stanowczością, odprawiać. Przyjmować z miłością tych, których ciężki los - głód, prześladowania i wojna - wygnały z domu. I bardzo ważne wydaje mi się, by Imię Pana było z tym łączone, by On sobie odbierał z tego chwałę; by do niego kierować myśli i modły przybyszów; by do Niego przychodzili z wdzięcznością, nie do nas... Bardzo bym pragnął, by każdy z tych, którzy przybywają napotykał wyciągniętą przyjaźnie dłoń, nawet jeśli nie będzie mógł zostać. I w tej dłoni koniecznie powinna być Biblia!

sobota, 21 listopada 2015

Ogłuszeni

"Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!" (Ewangelia Mateusza 11,15)
W moim ulubionym kalendarzu chrześcijańskim "Dobry Zasiew" pod datą 19 listopada br. jest takie rozważanie: "Gdy weszliśmy do młyna, ogłuszył nas huk maszyn, które kolejno prezentował nam ich właściciel. Oprowadzał nas po różnych urządzeniach, objaśniając ich działanie. Nie słyszałem kompletnie nic. Gdyby mnie przy wyjściu ktoś zapytał, czy właściciel coś mówił, odpowiedziałbym, że nie, jednak nie byłoby to prawdą. On mówił do nas, ale ja nic nie słyszałem, gdyż huk maszyn całkowicie zagłuszył jego głos. Podobnie jest z tysiącami ludzi wokół nas. Bóg przemawia do wszystkich ludzi, ale Jego głos zagłuszają różne rzeczy tego świata. Już z samego rana, podczas śniadania, włączamy radio i słyszymy różne głosy tego świata, a głos Boży, najważniejszy, zostaje zagłuszony. Na stole leży gazeta - ileż w niej szumu tego świata zagłuszającego głos Boży! Zanim ludzie znajdą trochę czasu na myślenie o Bogu i wieczności, już zaczyna ich otaczać huk własnego młyna! Stan ten często trwa do momentu, aż udadzą się na spoczynek. A potem przychodzi następny, bliźniaczo podobny dzień."
 
Może się to zda komuś dziwne, ale... przypomniał mi się fragment trzeciej części legendarnego filmu "Powrotu do przyszłości" i książki, którą napisano w oparciu o scenariusz. Oto główni bohaterowie - Marty McFly i Doc Brown - muszą uciekać z Dzikiego Zachodu A.D. 1885 do swojej teraźniejszości, roku 1985. W czasie ma ich przenieść samochód DeLorean, który musi być rozpędzony do 88 mph - używają do tego celu lokomotywy, która pcha samochód i specjalnego paliwa. Lokomotywa nabiera ogromnej prędkości, hałasując przy tym okropnie. W tym hałasie i pędzie Doc Brown nie słyszy głosu wołającej go kobiety, która niespodziewanie dla Marty'ego i Doca znalazła się z nimi w lokomotywie... Ale nie chcę wam opowiadać o filmie! Jeśli o nim zacząłem, to dlatego, że ten świat przypomina mi właśnie taką rozpędzoną lokomotywę: pęd i huk, pęd i huk, pęd i huk... Czyż nie ogłusza nas na ten Głos, który jest najważniejszy? Czyż nie ograbia nas z tego, co najcenniejsze?
 
Ten świat oszalały w pędzie i huku nie jest przyjaznym dla człowieka środowiskiem i nie zostaliśmy stworzeni do takiego życia. Żyjemy w pędzie - bo wciąż za mało czasu, bo praca, bo pieniądze, bo kariera. Żyjemy w szumie - wciąż zalewani bełkotem polityków, mniej lub bardziej ważnymi wiadomościami, plotkami i całą masą innych bzdur. W tym świecie człowiek jest coraz bardziej samotny i coraz bardziej zagubiony. To nie jest przypadek, że coraz częściej słyszymy o samobójstwach, że coraz więcej ludzi ma problemy psychiczne. Myślę, że nie jest też przypadkiem, że coraz częściej ludzie wątpią w istnienie Boga. Bo w pędzie i hałasie tego świata Jego głos przestaje być dla nas słyszalny - nie dlatego, by był tak słaby, tylko dlatego, że nie znajdujemy już czasu dla Boga, by zatrzymać się i słuchać. ZATRZYMAĆ się i SŁUCHAĆ! Jego słowa - i te z Biblii i te z cichej rozmowy w modlitwie - to życie, a pęd tego świata jest pędem ku śmierci.

piątek, 20 listopada 2015

Imigranci - "bicz Boży" dla Europy?

Od wielu tygodni - tak, jak wielu innych Europejczyków - z rosnącym niepokojem patrzę na to, co dzieje się na naszym kontynencie. Z troską, ale także z ogromnym niepokojem patrzę na gromady ludzi, przybywających do Europy z Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu. Ta masowa wędrówka przeraża - Europa nie oglądała czegoś takiego na taką skalę od 70 lat! Część spośród tych ludzi - wierzę w to - faktycznie ucieka przed wojną, śmiercią i prześladowaniami. Część spośród nich to chrześcijanie z krajów islamskich, którzy uciekają przed przemocą i w pełni zasługują na naszą miłość i pomoc. Inni ciągną do Europy w poszukiwaniu lżejszego życia. Szanuję tych, którzy chcą ciężko pracować, ale bardzo wielu przyciąga dobry "social". Oni uważają, że nic nie muszą robić, a pieniądze od nas się im "należą", bo to "pieniądze Allaha". Są w tych tłumach także fanatyczni islamiści - pamiętamy o potopionych przez nich chrześcijańskich uchodźcach i wiemy przecież o prześladowaniu chrześcijan w ośrodkach dla imigrantów.

Warto zwrócić uwagę, że ogromna większość spośród tych, którzy wdarli się do Europy to młodzi mężczyźni - jak to bywa określane "w wieku poborowym". Stanowią oni - według szacunkowych danych - od 70 do 80% wszystkich migrantów, co powinno być "czerwonym światełkiem alarmowym" dla nas Europejczyków i skłonić do myślenia: o co tu chodzi? Wielu Europejczyków bardzo rozsądnie pyta: "A ci tutaj czego chcą? Wojna w ich kraju? To ich obowiązkiem jest walczyć!" (och, gdyby rządy europejskie i eurokraci byli choćby w połowie tak rozsądni!). Powiem tak: to z pewnością są islamscy pacyfiści, którzy nie chcą nawet dotykać broni. Sarkazm oczywiście. To, czego jesteśmy świadkami, to w rzeczywistości tzw. "hidżra", czyli opanowywanie nowych obszarów poprzez masową migrację i osiedlanie się. Mówiąc wprost: islamski podbój Europy. Znając choćby trochę islam, a także europejskie przepisy imigracyjne można łatwo przewidzieć, że gdy uda im się osiedlić i zdobyć prawo pobytu, będą ściągać do Europy swoje - często bardzo liczne - rodziny. Niektórzy mają może i po kilka żon - co dopuszcza islam. Już w chwili obecnej takie kraje, jak Wielka Brytania, Szwecja, Norwegia, Dania, Holandia, Francja są w znacznej części opanowane przez islam. Nie mam cienia wątpliwości, że celem tej wędrówki ludów jest umocnienie islamu w Europie i stopniowe przejmowanie terenów. Już teraz niektóre obszary Europy są uważane przez muzułmanów za "ziemię islamu"!

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że wśród tych tłumów są tysiące "bojowników" Państwa Islamskiego - bo przecież oni sami ledwie kilka miesięcy temu otwarcie powiedzieli, że zaleją Europę falą imigrantów, w w niej poślą swoich "bojowników"! Te tłumy są tylko maską dla diabelskiej armii! Dziś nasze oczy zwrócone są na Paryż. Nie jestem wcale zaskoczony tym, co się zdarzyło - od tygodni byłem świadomy, że coś się wydarzy, bo wydarzyć się musi; że ludzie, którzy przenikają do Europy bardzo szybko podejmą działania, że poleje się krew i łzy. Nie byłem też zdziwiony, gdy pojawiły się informacje, że co najmniej jeden z terrorystów (a tak naprawdę sądzę, że niemal wszyscy!) przybył z falą "uchodźców", że został zarejestrowany jako "uchodźca" w Grecji. Niestety, narody Europy całkowicie zatraciły się w ideologii "multi-kulti" i potwornie wypaczonej "miłości bliźniego" - straciły instynkt samozachowawczy i godzą się na wszystko. Są jak człowiek, który zostawia drzwi swego domu szeroko otwarte i nie przygląda się kto do niego wchodzi, co przynosi z sobą i co potem w tym domu robi... Niemal każdego dnia jesteśmy ostrzegani przez władze: "uważajcie na oszustów", "strzeżcie się złodziei"; dzieci uczy się zamykania drzwi na klucz i nie wpuszczania obcych, a nawet nie rozmawiania z obcymi; nasze mieszkania i domy zabezpieczamy najnowszymi systemami alarmowymi, zamkami, wzmocnionymi drzwiami i roletami a nawet systemem monitoringu; kamery monitoringu są już w praktycznie każdym sklepie i na ulicach miast, na lotniskach przechodzimy przez drobiazgową kontrolę a lista przedmiotów, których nie wniesiemy na pokład samolotu jest dość długa... A równocześnie Europa niemal "kwiatami wita" gromady ludzi, o których nie wiadomo (?) kim są i jakie są ich cele! 

Jestem głęboko przekonany, że stoimy na skraju wielkiego kryzysu, a może w ogóle załamania się "cywilizacji europejskiej". Jestem głęboko przekonany, że zamachy w Paryżu nie są "zbiegiem okoliczności" i że możemy się spodziewać wkrótce kolejnych aktów terroru, i to być może na znacznie większą skalę. Z pewnymi obawami myślę o zbliżającym się ekumenicznym Europejskim Spotkaniu Młodych (Taize) w hiszpańskiej Walencji czy też katolickich Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie. Myślę, że rozsądnie zrobią ci, którzy w zaistniałej sytuacji zdecydują się nie jechać, choć z drugiej strony może najgorszym, co można zrobić, to dać się zastraszyć? Bardzo chciałbym się mylić, ale jeśli ISIS zapowiadało wprowadzenie do Europy wielu swych "bojowników", to musimy mieć świadomość, że oni już tu są. Musimy być także świadomi, że problem dotyczy także nas i naszego kraju - zresztą są informacje, że ISIS już ma swoich co najmniej zwolenników pośród imigrantów już obecnych w Polsce! Z niedowierzaniem - i niestety dość obojętnie - patrzymy na mordowanie chrześcijan w krajach islamskich. Czy jesteśmy świadomi, że możemy któregoś dnia znaleźć się w podobnej sytuacji? Czy jesteśmy świadomi, że możemy otrzymać "ofertę nie do odrzucenia": przyjmij islam, albo giń? Póki co prześladowania ze strony islamskich emigrantów dotykają chrześcijańskich imigrantów w Skandynawii - ale przecież jeszcze niedawno ci drudzy mogli żyć spokojnie!

Bóg i... "wielki kamień" ateistów

"Czy jest cokolwiek niemożliwego dla Pana?" (1. Księga Mojżeszowa 18, 14) "Bo u Boga żadna rzecz nie jest niemożliwa" (Ewangelia Łukasza 1, 37)
Znane jest prowokacyjne pytanie stawiane przez wojujących ateistów, którzy próbują ośmieszyć wiarę w Boga i ludzi wierzących: Jeśli Bóg jest wszechmocny i wszystko może, to czy może stworzyć kamień tak wielki i ciężki, że nie będzie mógł go unieść? Tak naprawdę nie oczekują oni odpowiedzi, bo nie zależy im na dowiedzeniu się czegokolwiek o Bogu, lecz na naigrywaniu się i sianiu zamętu. Oni doskonale wiedzą, że nie da się odpowiedzieć ani "tak", ani "nie", bo zawsze będzie to znaczyło, że Bóg nie jest wszechmocny. 

Czy to znaczy, że jesteśmy bezsilni wobec takich głupawych żartów? Nie. Oczywiście możemy je zignorować - na zasadzie "nie karmić trolli" - ale jest jeszcze jedna odpowiedź, jaką możemy dać. Rzecz w tym, że wielu ateistów tej odpowiedzi być może wcale nie przyjmie, bowiem ich myślenie i ich postrzeganie świata jest w gruncie rzeczy ograniczone do tego, co można zobaczyć, dotknąć, zmierzyć, zważyć lub obliczyć; ich świat ogranicza się do sfery materii i rządzących nią praw fizyki. Tymczasem zrozumienie tej odpowiedzi wymaga choćby dopuszczenia przez nich możliwości, że istnieje coś poza granicami materii i fizyki.

Otóż zarówno rozmiar, jak i ciężar, a nawet sama materia - to wszystko funkcjonuje w obrębie świata fizycznego, materialnego. W tym materialnym świecie wszystko ma swoją wagę i wielką rolę odgrywają przeróżne prawa fizyki, które utrzymują tak naprawdę cały ten świat i poruszają nim. Gdy bierzemy do ręki kamień, czujemy jego wagę - a tak naprawdę siłę, z jaką jest on przyciągany przez naszą planetę. Żeby go podnieść musimy dysponować określoną siłą i włożyć w to pewną energię - tak samo, by go rzucić. Oczywiście nie każdy kamień możemy podnieść własnymi rękoma - wielu nawet "Pudzian" nie da rady. Żyjąc w świecie, gdzie wszystko ma określoną masę i działają określone prawa fizyki, możemy mieć pewien problem z wyobrażeniem sobie rzeczywistości, w której prawa fizyki nie funkcjonują. Tymczasem  Bóg jest istotą spoza tego naszego materialnego świata. Nie można Go dotknąć, zmierzyć, zważyć. Nie można też w żaden sposób określić jego siły. Dla Boga nie ma upływu czasu. Bóg się nie porusza - On po prostu jest. Nie wypełnia sobą żadnej określonej przestrzeni - on funkcjonuje poza jakąkolwiek dającą się określić przestrzenią. Bóg nie jest w żaden sposób ograniczony. Bóg jest obecny w naszym fizycznym świecie, ale jest poza nim i wszelkimi jego prawami - to On stworzył wszelką materię i ustanowił prawa fizyki. Nie może stworzyć kamienia tak wielkiego, by nie mógł go unieść nie dlatego, że nie może, tylko dlatego, że dla Niego ciężar nie istnieje, bo ciężar jest zjawiskiem fizycznym,a Bóg nie jest fizyczny! Nie ma żadnego znaczenia, czy coś waży ułamek grama, czy też miliony ton - bo wagę swą ma tylko w naszym, fizycznym świecie!

Materia, energia a także wszelkie prawa i procesy, które możemy zaobserwować w świecie, zostały stworzone, abyśmy my mogli zostać stworzeni i funkcjonować. One są potrzebne nam, są ważnymi elementami konstrukcji naszego świata i dlatego musieliśmy zostać nimi ograniczeni. Na Boże słowo wszystko powstało - na Boże słowo może być zmienione - na Boże słowo kiedyś przestanie istnieć i powstanie nowy, piękny świat, w którym zbawieni ludzie będą żyli wiecznie. Bóg jest obecny w tym naszym świecie - i przechadzał się po ogrodzie Eden z Adamem, potem narodził się z Marii Panny i powróci do naszego świata tak, że znów będziemy mogli Go oglądać - ale wymyka się wszelkim naszym zmysłom, bo nasze możliwości poznawania i rozumienia są w gruncie rzeczy mocno ograniczone. Nie możemy przyglądać się Bogu przez pryzmat naszych własnych ograniczeń i realiów fizycznego świata!

czwartek, 19 listopada 2015

Mur a nie most!

"Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego, co jest w wodzie pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał i nie będziesz im służył, gdyż Ja Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym..." (2. Księga Mojżeszowa 20, 4 - 5) "Strzeżcie usilnie dusz waszych, gdyż nie widzieliście żadnej postaci, gdy Pan mówił do was na Horebie spośród ognia, abyście nie popełnili grzechu i nie sporządzili sobie podobizny rzeźbionej, czy to w kształcie mężczyzny, czy kobiety..." (5 Mojżeszowa 4, 15 - 16)
Bóg nasz jest wielkim radykałem. Bóg mówi nie tylko: Ja sam tylko będę ci Bogiem i od innych masz się odwrócić. On mówi także: nie uczynisz sobie niczego, co będziesz czcił; nie uczynisz sobie nawet mojego wyobrażenia, aby nie stanęło ono pomiędzy mną a tobą!" Bóg nie ma cielesnego oblicza i każdy, kto próbuje mu je nadać, obraża Boga. W wielu katolickich "świątyniach" są obrazy, które obrażają Boga, bo nadano Panu naszemu ludzkie oblicze. Nawet w samym Watykanie są malowidła, które są zniewagą dla Boga! Jest to niczym splunięcie przeciwko Bogu. Ten, kto sporządza figurę lub malowidło i śmie to nazwać "wyobrażeniem boga", dopuszcza się wielkiego grzechu, bluźnierstwa!

"Ikona jest widzialnością niewidzialnego i nie mającego obrazu, ale przedstawionego w sposób cielesny ze względu na słabość naszego rozumienia" - pisał w VII wieku, gdy ikonolatria już się rozpleniła wśród wierzących, Jan Damasceński, czczony przez katolików i prawosławnych jako "święty" i "doktor Kościoła". Te słowa ukształtowały światopogląd katolików i prawosławnych, którzy po dziś dzień twierdzą, że przez wizerunki oddają cześć jedynemu Bogu. Ludzie mówią: "Ale przecież czcimy Boga, więc nie jest to grzechem! Bóg zakazał czynienia wizerunków innych bożków - nie zakazał czynienia własnych symboli i wizerunków chrześcijańskich!" Powołują się przy tym na fakt, że Bóg nakazał sporządzić Arkę Przymierza z figurami cherubów oraz miedzianego węża, który był symbolem zbawienia, podczas wędrówki przez pustynię i nakazał czcić swój Przybytek. Zgoda! Ale nikt nie czcił Arki i złotych cherubów i jeśli izraelici padali na twarz, to nie przed Arką, lecz przed Bogiem, który tam zstępował ze swą mocą; nie czcili miedzianego węża - a gdy zaczęli, król z woli Boga go zniszczył; a "cześć wobec Przybytku" była tylko poszanowaniem miejsca świętego, do którego zstępował Pan. 

Ludzkie nauki i przekonania tak mocno zatarły w ludziach "duchowy wzrok", że nie widzą już wyraźnie Słowa Bożego! Bóg mówi jasno: "Nie czyń sobie" i nie dodaje "chyba, że..."! Nie zgadza się nie tylko na żadne "złote cielce", ale nawet na własne wyobrażenia mające służyć kultowi, a co dopiero na wizerunki ludzi. Wyraża się bardzo precyzyjnie! I choć 2000 lat temu sam sobie nadał ludzkie oblicze, przychodząc na ziemię jako Chrystus, nigdy nie powiedział: "Oto mnie teraz widzicie i możecie nadać kształt waszym wyobrażeniom i tworzyć je". Zakaz raz dany jest ponadczasowym! Czyż nie jest zastanawiające, że nikt spośród tysięcy uczniów, którzy oglądali Chrystusa na własne oczy, nie sporządził żadnego Jego portretu, że nikt nie pokusił się o to, by stworzyć i zachować Jego wizerunek dla tych, którym nie było dane Go zobaczyć na własne oczy i dla przyszłych pokoleń? Chrystusa spróbowano namalować dopiero przeszło 200 lat po jego śmierci. Najstarsze jego "wyobrażenia" to "dobry pasterz" z rzymskich katakumb (poniżej po prawej), będący w istocie wierną kopią... starożytnych wyobrażeń greckiego bożka Hermesa! Wyobrażenie to nazywane jest Hermes Kripophoros (Crioforo), co znaczy "Hermes niosący baranka" (poniżej po lewej). 


Jakże Hermes stał się "Chrystusem z katakumb"? Pewnie dlatego, że Chrystus sam nazywał siebie Dobrym Pasterzem, a może i ze względu na "Pasterza"... Hermasa, która to księga była tak popularna w Rzymie wśród chrześcijan, że niektórzy chcieli ją nawet wprowadzić do kanonu biblijnego. Wydaje się jednak, że największą rolę odgrywała fascynacja kulturą grecką. Rzymianie byli nią tak zafascynowani, że kopiowali z niej podstawy dla własnej cywilizacji - nawet religia Rzymu była tylko kopią religii starożytnej Grecji! Tendencjom tym ulegali także chrześcijanie - i pewnie dlatego Chrystus pojawia się najpierw w sztuce pod postacią Hermesa, gładkolicego młodzieńca. Potem upowszechnia się "schrystianizowane" malarstwo bizantyjskie, szerząc się nie tylko w Bizancjum, ale i na Bliskim Wschodzie, a potem też wśród Rusinów, a na zachodzie poprzez Rzym. Całe "sakralne malarstwo" świat odziedziczył po poganach z Grecji i Bizancjum! Fakt, że żaden z uczniów Chrystusa nie sięgnął ani po farby, ani też po dłuto nie świadczy tylko o tym, że wychowali się w kręgach kulturowych, gdzie tworzenie wizerunków kultycznych było zabronione, lecz także i o tym, że zakaz ten rozciąga się na wszystkie czasy, że nie został anulowany przez Boga.

Wróćmy jeszcze raz do słów Jana z Damaszku: "Ikona jest widzialnością niewidzialnego i nie mającego obrazu, ale przedstawionego w sposób cielesny ze względu na słabość naszego rozumienia". Mówi on ni mniej ni więcej, tylko: wizerunki są potrzebne ludziom ze względu na ich duchową ślepotę! Nie są one żadnym "mostem" pomiędzy nami a "światem ducha", są raczej dramatycznym zredukowaniem wszystkiego co duchowe i wzniosłe do takiego poziomu, by ludzie - prostaczkowie mogli to "ogarnąć"! Tymczasem nie mamy redukować tego co duchowe do poziomu naszej percepcji, naszych możliwości postrzegania i pojmowania, lecz mamy się wzbijać ponad to, co materialne i dające się "ogarnąć" zmysłami i rozumem, w "świat ducha". Nie mamy materializować naszych wierzeń, lecz pozwalać Bogu, by przemieniał nas, byśmy nie byli tylko człowiekiem cielesnym, lecz stawali się człowiekiem duchowym. 

Jezus powiedział kiedyś pewnej kobiecie: "Niewiasto, wierz mi, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie oddawali czci Ojcu. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, bo zbawienie pochodzi od Żydów. Lecz nadchodzi godzina i teraz jest, kiedy prawdziwi czciciele będą oddawali Ojcu cześć w duchu i w prawdzie; bo i Ojciec takich szuka, którzy by mu tak cześć oddawali. Bóg jest duchem, a ci, którzy mu cześć oddają, winni mu ją oddawać w duchu i w prawdzie" (Ewangelia Jana 4, 21 - 24) Bóg nie oczekuje od człowieka rzeczy niemożliwych i gdybyśmy rzeczywiście nie byli zdolni wznieść się myślami poza to, co można zobaczyć czy dotknąć, nigdy by takich wymagań nie stawiał! Jeśli tak powiedział, to znaczy, że nie potrzebujemy żadnych specjalnych miejsc - żadnych "świątyń" czy "sanktuariów", w których i tak On nie mieszka (por. Dzieje Apostolskie 17, 24) - ani tym bardziej żadnych wyobrażeń stworzonych ręką człowieka. Wytwarzać je zaczęli ludzie, którzy z pogaństwa wynieśli pewne przyzwyczajenia, wyobrażenia i ograniczenia, skażając tym chrześcijaństwo. Potem zaś wmówiono ludziom, że tak właśnie powinno być i "zakuto ludzi" w kajdany wizerunków, by nie wzbijali się w "świat ducha" i by można było nimi łatwo kierować. Figury i obrazy nie są "mostami" do "świata ducha", lecz murami, które nas od niego odgradzają.

Jesteśmy powołani do tego, by stawać się "człowiekiem duchowym", by wykraczać poza ramy cielesne, materialne - i to powinniśmy czynić, idąc za głosem Chrystusa. Na pierwotnej wierze Kościoła osiadła gruba warstwa obcych naleciałości i choć mogą być one bardzo atrakcyjne kulturowo i być nazywane "tradycją" i "dziedzictwem przodków", powinniśmy mieć odwagę otrząsnąć się z tego, zrzucić je z siebie - niechże staną się tym, czym jedynie być mogą: historią i zabytkami! A my powinniśmy wolni, niczym nieskrępowani i nieograniczani wzlatywać w "duchowy świat". Był taki moment w moim życiu, gdy musiałem odrzucić wizerunki stworzone przez człowieka, by być wolnym w "świecie ducha". Nie pogardzam jednak tymi, którzy żyją pod ograniczeniami, z zamkniętymi oczami - pragnę i dla nich wolności i łaski wzniesienia się ponad materię, do "świata ducha" i latania w nim na szeroko rozpiętych skrzydłach wiary! Modlę się o to, by ten wzlot był dla nich możliwy, ale... każdy z nas ma wolną wolę i sam musi podjąć życiowe decyzje - i nie do nas należy osąd innych, lecz do Boga.

piątek, 13 listopada 2015

"Niepasujący" puzzel

"A gdyśmy szli na modlitwę, zdarzyło się, że spotkała nas pewna dziewczyna, która miała ducha wieszczego, a która przez swoje wróżby przynosiła wielki zysk panom swoim. Ta, idąc za Pawłem i za nami, wołała mówiąc: Ci ludzie są sługami Boga Najwyższego i zwiastują wam drogę zbawienia. A to czyniła przez wiele dni. Wreszcie Paweł znękany, zwrócił się do ducha i rzekł: Rozkazuję ci w imieniu Jezusa Chrystusa, żebyś z niej wyszedł. I w tej chwili wyszedł." (Dzieje Apostolskie 16, 16 - 18)
Niekiedy słyszę, że "chrześcijaństwo powinno być bardziej otwarte", że "chrześcijanie powinni być ludźmi dialogu", że "chrześcijanie muszą wreszcie zrozumieć, że jest wiele dróg, które prowadzą do tego samego celu", że "powinna być chęć jedności i współdziałania w dobrym", że "trzeba być po prostu dobrym człowiekiem, a idzie się dobrą drogą", etc. Bardzo wielu religijnych ludzi, którzy uważają się za "chrześcijan", wpadło w tą pułapkę i możemy ich ujrzeć, jak uprawiają jogę, jak wróżą, jak uprawiają medytację buddyjską, praktykujących reiki i przeróżne szamańskie metody... Słyszałem o pewnym klasztorze, gdzie mnisi benedyktyńscy spotykają się z mnichami buddyjskimi, a nawet wspólnie piszą książki o duchowości! Nawet w Polsce mamy parafie, które w podobnym duchu zapraszają buddystów, by przybliżać ludziom ich wiarę. Nawet Jan Paweł II "dialogował" z pogaństwem na potęgę - czego przykładem jest całowanie Koranu oraz spotkania w Asyżu - a na pogrzebie "świętej" Matki Teresy z Kalkuty poganie modlili się do swoich bożków za zgodą hierarchów katolickich!

Gdybyśmy mieli praktykować "dialogowanie" i współpracę z pogaństwem, to przecież opisana wyżej sytuacja była wyśmienitą okazją do "dialogowania" i "współdziałania"! Bo czyż nie były prawdą słowa, które poprzez jej usta wypowiadał demon? Mogło się zdawać, że wszelkie jej wierzenia i praktyki to tylko "alternatywna droga" ku temu samemu celowi! Zastanawiam się nad tym, jaki cel mógł mieć diabeł w mówieniu w tym przypadku prawdy, ba - w wykrzykiwaniu jej wobec wielu ludzi? Nie znajduję innego uzasadnienia, jak skłonienie apostołów, by ufnie nawiązali "dialog" i "współpracę". Szatan liczył zapewne, że dostrzegą "wspaniałe możliwości", jakie dawało im towarzystwo tej kobiety i że podejmą współdziałanie i że dostrzegą "wielość bożych dróg", że "rozmiękczą" Ewangelię... Diabeł się przeliczył! I został przepędzony. Dziś przychodzi i do nas - pod postacią uśmiechniętych mnichów, "nauczycieli", "mistyków" - i zachęca nas uprzejmymi gestami, byśmy spróbowali czerpać z "różnych źródeł" i szli razem, i przekonuje nas, że "przecież wcale nie musimy odrzucać Jezusa", że "Ewangelie nie dają pełnego obrazu Jezusa", a nawet, że "Ewangelie sfałszowano, a teraz oni chcą nam pomóc poznać prawdziwego Jezusa" i że "przez wieki Jezus nie był przez chrześcijan dobrze rozumiany"...

Jesteśmy kuszeni "głębszym uduchowieniem", większymi możliwościami "poznania prawdy", ukojeniem serca, poszukiwaniem harmonii ze światem, dążeniem do pokoju i jedności - zaprzestania wojen i braterstwa. To wydaje się być "spaniałą ofertą", bo wydaje się być odpowiedzią na wielkie pragnienie serca każdego wrażliwego człowieka. Popularne fast-foody reklamują się często zdjęciami wielkich, rumianych buł z kawałem porządnego mięsa w środku, a co otrzymujemy? Gumiaste bułeczki z mielonką napchaną nie wiadomo czym. A ludzie się tym zajadają, bo komuś udało się im wmówić, że jest to dobre i wartościowe! W podobny sposób promowana jest "uniwersalna duchowość", ponadreligijne "poszukiwanie prawdy i braterstwa". A otrzymujemy... tak samo "wartościowy" pokarm duchowy, jak buły z fast-foodu - o tyle gorszy, że fast-food truje nasze ciało, a "uniwersalna duchowość" i "ponadreligijny dialog" nasze dusze. 

Gdy więc spotykamy się z propozycjami, byśmy zainteresowali się buddyzmem lub jogą, trzeba powiedzieć: "apage, satanas!" Bo nie ma innego Boga, niż ten, który o sobie powiedział "Jahweh"; innej drogi, niż ta, którą jest Chrystus; nie ma innej prawdy, niż Słowom Boga; nie ma innego oświecenia, niż to, którego źródłem jest Duch Święty! Dialog z tymi, którzy nie idą tą samą drogą jest oczywiście możliwy i nawet potrzebny - by poznać ludzi, zrozumieć ich światopogląd, znaleźć "punkty zaczepienia" i głosić Ewangelię! Próby wpasowania się w "religijno-światopoglądową mozaikę" są diabelskim zwiedzeniem i nie mają sensu, bowiem nie ma nic, co by mogło być punktami stycznymi wiary chrześcijańskiej z religiami niechrześcijańskimi, choć pewne elementy mogą wyglądać podobnie. Mając styczność z ludźmi, którzy próbują układać takie "duchowe puzzle" i wzywają chrześcijan do "wpasowania się", ja mówię: my do tej układanki nie pasujemy! Oczywiście mógłbym "dialogować" i "medytować", mógłbym ćwiczyć jogińskie asany i studiować nauki Buddy i inne "święte księgi", ale nie mam ochoty być elementem diabelskiej układanki, nawet jeśli pozornie (!) inne jej elementy zdają się pasować do Jezusa Chrystusa i Jego Ewangelii.

"
Nie chodźcie w obcym jarzmie z niewiernymi; bo co ma wspólnego sprawiedliwość z nieprawością albo jakaż społeczność między światłością a ciemnością? Albo jaka zgoda między Chrystusem a Belialem, albo co za dział ma wierzący z niewierzącym? Jakiż układ między świątynią Bożą a bałwanami? Myśmy bowiem świątynią Boga żywego, jak powiedział Bóg: Zamieszkam w nich i będę się przechadzał pośród nich, I będę Bogiem ich, a oni będą ludem moim. Dlatego wyjdźcie spośród nich i odłączcie się, mówi Pan,I nieczystego się nie dotykajcie; A ja przyjmę was I będę wam Ojcem, a wy będziecie mi synami i córkami, mówi Pan Wszechmogący." (2. List do Koryntian 6, 14 - 18)

czwartek, 12 listopada 2015

O "znaku krzyża" myśli kilka

Jestem niekiedy pytany o różnice pomiędzy protestantami a katolikami. Niektóre różnice są rzecz jasna oczywiste: odrzucenie papiestwa, odrzucenie podziału na kler i laikat, odrzucenie tzw. "świętej tradycji", odrzucenie kultu Maryi i świętych, odrzucenie niekanonicznych ("wtórnokanonicznych") ksiąg biblijnych, odrzucenie kultu wizerunków, itp. Pozostaje wiara w tego samego Boga, księgi Starego Testamentu według kanonu hebrajskiego (który uznawał sam Chrystus) i modlitwa do tego samego Boga. Modlitwa jednak ma inną formę. Wśród protestantów nie ma określonych "formułek modlitewnych" - poza jedną, "Ojcze nasz" - modlitwa jest bardzo osobistą rozmową z Bogiem. Inną widoczną od razu różnicą jest fakt, że w Kościołach ewangelicznych nie czyni się znaku krzyża - nie czynią go ani pastorzy, przekazując błogosławieństwo, ani też wierni modląc się.

Jest tak nie dlatego, że nie docenia się znaku krzyża, lecz dlatego, że nigdzie w Biblii nie ma ani słowa przykładu lub zachęty do tego, aby go stosować. Choć księża próbują na siłę - podobnie jak odnośnie innych nauk i praktyk katolickich - naciągnąć ten zwyczaj jako sięgający czasów apostolskich, to jednak jest to bardzo nieskuteczne "zaklinanie rzeczywistości", mogące zaradzić braku biblijnego świadectwa jedynie w środowisku, gdzie ludzie nie znają Biblii (a więc jest to bazowanie na ludzkiej ignorancji). Dobrym przykładem takiego właśnie działania są słowa ks. Kazimierza Naskręckiego: "Zwyczaj znaczenia się Krzyżem świętym jest bardzo dawny, sięga bowiem czasów apostolskich; a niektórzy utrzymują, że sam Chrystus użył tego znaku, gdy, przed Wniebowstąpieniem, 'podniósłszy ręce Swe, błogosławił' (Łk. 24, 50) wszystkim uczniom, na górze Oliwnej zgromadzonym" ("Dekalog. Krótkie nauki o przykazaniach", Warszawa 1937) Lecz przecież właśnie ten fragment Ewangelii mówi nam, że Jezus nie błogosławił swych uczniów znakiem krzyża, do którego nie potrzeba unoszenia obu rąk, lecz błogosławieństwem aaronowym - którego dokonuje się właśnie z uniesionymi w górę rękoma - gestem doskonale uczniom znanym i czytelnym. Znamienny jest przeskok, jakiego dokonuje ks. Naskręcki: "W pierwszych wiekach chrześcijanie robili mały znak Krzyża, kreśląc go wielkim palcem na czole tylko; (S. Jan Złot. Hom. 12 in I Cor.; S. Cyryl Jeroz. Catech. 13; Ter-tul. De corona milit. c. 3), od wieku zaś 8-go weszło w zwyczaj żegnanie się Krzyżem wielkim." Ważna uwaga: zarówno Jan Chryzostom, jak i Cyryl Jerozolimski żyli w IV wieku, a więc "przepaść czasowa" jest już bardzo znaczna. Jedynie Tertulian stanowi jakiś niewielki "punkt zahaczenia" - o ile tylko jego słowa nie zostały tak naciągnięte i przeinaczone, jak zapis ewangeliczny. A jeśli "krzyż wielki" - czyli taki, jakim żegnają się po dziś dzień katolicy - pojawia się dopiero w wieku VIII, to nasuwa się pytanie dlaczego chrześcijanie nie czynili go przez osiem wieków, skoro rzekomo (!) tak błogosławił swych uczniów sam Chrystus?

W moim odczuciu pojawienie się tej nowej formy błogosławieństwa, wiąże się ściśle z narastającym konfliktem pomiędzy chrześcijaństwem rzymskim a żydami i nasilającym się antysemityzmem w Kościele katolickim. Chodziło zapewne o zerwanie wszelkich powiązań chrześcijaństwa z religią żydowską, co wymagało także zmiany formy błogosławieństwa, odejścia od żydowskiego przecie "błogosławieństwa aaronowego". Praktykę tą szybko przekształcono w rytuał, który rzekomo (!) im częściej jest powtarzany, tym jest skuteczniejszy (co także w żaden sposób nie wynika z Biblii). Rzekomo (!) "demony drżą przed znakiem krzyża" - czy to w formie materialnego symbolu, czy to w formie błogosławieństwa kapłańskiego, czy też wreszcie w formie żegnania się. Mówią o tym np. egzorcyści, na podstawie tego, co mówi... szatan podczas egzorcyzmów (a od kiedy to szatan, którego Bóg nazywa kłamcą i "ojcem kłamstwa", mówi prawdę i można mu wierzyć?). Na jednym z katolickich forów tradycjonalistycznych przeczytałem zarzut, że podczas "modernistycznej mszy" zbyt rzadko czynione jest błogosławieństwo i znak krzyża, co rzekomo obniża moc takiego nabożeństwa. Wygląda więc na to, że zarówno błogosławieństwo, jak i praktyka czynienia na sobie samym znaku krzyża czy to podczas modlitwy, czy podczas otrzymywania błogosławieństwa, stały się ceremoniałami kojarzącymi się bardzo z... magią.

Jest jakieś dziwne przekonanie, że gesty czynione przez ludzi, skłaniają  Boga do działania - czy to błogosławienia (ludzi i przedmiotów), czy też chronienia przed złem, przed wpływami szatana. Jeśliby sam znak krzyża miał rzeczywiście tak ogromną moc, to rodzi się pytanie: dlaczego ci, którzy tak często ten znak czynili - nad sobą lub innymi - lub przyjmowali od innych, lub pod nim występowali, czynili tak wiele zła na świecie? Problem w tym, że znak krzyża na przestrzeni wieków stał się pustym znakiem, ceremoniałem bez znaczenia - bo ludzie odeszli od Ewangelii Chrystusowej; bo zamiast poznawać Chrystusa i przyjmować Ewangelię, dostawali zestaw obowiązkowych wierzeń i rytuałów! Zarówno błogosławieństwo znakiem krzyża, jak i żegnanie się znakiem krzyża nie mają żadnego znaczenia duchowego - są średniowiecznym rytuałem religijnym. Warto zwrócić też uwagę na to, w jaki sposób katolik czyni na sobie krzyż:

Czy jest to krzyż Chrystusa? W żadnym razie! Jest to odwrócony krzyż - taki, na jakim wedle katolickiej tradycji umarł apostoł Piotr. Jest to więc krzyż człowieka, którego Kościół katolicki błędnie (!) określa jako pierwszego biskupa Rzymu i "papieża". O ile więc katolicki kapłan rzeczywiście, błogosławiąc wiernych, czyni nad nimi znak krzyża chrystusowego, to wierni czynią na sobie znak krzyża piotrowego! Pytanie: czy to tylko przypadek i złe wyliczenie znaku, czy też może jest to po prostu znak poddaństwa wobec Kościoła katolickiego i "papieża" - "Piotra"?

Jest to jednak kwestia o znikomej wadze. Wracając do tematu zasadniczego. Katolicka forma błogosławieństwa i czynienia na sobie znaku krzyża, zniknęła wśród protestantów, z powodu powrotu do form biblijnych i usuwania niepotrzebnych rytuałów. Błogosławieństwo Boga spływa na człowieka nie wówczas (i pod warunkiem), że ktoś nad nim czyni znak krzyża, lecz wówczas, gdy człowiek pojedna się z Bogiem i staje się swemu Panu posłuszny. To samo poddanie i posłuszeństwo, a nie żadne rytuały czy gesty, chroni nas przed dostępem diabła. Fakt, że nie jest czyniony znak krzyża nie oznacza, że nie ma prawdziwej i pełnej modlitwy. Modlitwa zresztą powinna przenikać całkowicie życie człowieka, bez wyznaczania gestami "granic" jakiegoś modlitewnego czasu. Także i błogosławieństwo jest udzielane na sposób biblijny - wzniesionymi w górę dłońmi i słowami z Pisma Świętego. A krzyż? Jedyny, jaki nam jest potrzebny, to ten, który stanął niemal 2000 lat temu na Golgocie - narzędzie naszego zbawienia, a nie znak do czynienia.

sobota, 7 listopada 2015

Regeneracja serca

"A gdy stoicie i zanosicie modlitwy, odpuszczajcie, jeśli macie coś przeciwko komu, aby i Ojciec wasz, który jest w niebie, odpuścił wam wasze przewinienia" (Ew. Marka 11, 25)
Temat przebaczenia i jego znaczenia w naszym życiu powraca w moim życiu bardzo często (przypadek? nie sądzę). I wrócił znów. Wczorajszego wieczoru rozmawialiśmy i modliliśmy się z jednym z braci o pewne życiowe problemy. W pewnym momencie Brat ów zapytał: "Czy przebaczyłeś tym, którzy wobec ciebie zawinili?" Przebaczyłem i bardzo ich kocham. Przebaczenie w sercu to jedno, ale może pełne oczyszczenie serca dokonuje się dopiero wówczas, gdy szczerze powiemy o naszych zranieniach i o miłości w sercu - tak zwyczajnie: "Bracie (siostro), sprawiłeś (-aś) mi ból w moim sercu, ale co było, to było. Bardzo cię kocham!"

Przebaczając, zdejmujemy wielki ciężar i ze swego serca i z naszego brata, ale prawdziwe uzdrowienie dokonuje się chyba wówczas, gdy zaczynamy ze sobą rozmawiać w duchu przebaczenia i pojednania. Dlaczego? Bo wówczas uświadamiamy swemu bratu, co uczynił źle i pomagamy mu doskonalić się w miłości, bo widzi, nad czym musi popracować duchowo - w modlitwie, rozważaniu, w lekturze Słowa Bożego. Czasem działa to też zresztą na odwrót - daje nam to szansę usłyszenia i wejrzenia we własne serce, przekonania się, czy może i my nie zrobiliśmy czegoś nie tak. Czasem ten krok miłości jest trudniejszy, niż krok przebaczenia. Bo dużo łatwiej - jak sądzę - jest przestać rozpamiętywać krzywdy, przestać żyć tymi doznanymi krzywdami i pielęgnować urazy, niż na nowo nawiązać zerwane więzy braterskiej nie tylko miłości, ale i ufności. Mam takie (może dziwne) skojarzenie z usterką w samochodzie: samo przebaczenie, bez pójścia do brata, jest jak stwierdzenie, że zaistniała usterka i postanowienie, że... nie będzie się już o niej myślało. A przecież nie starczy mieć świadomość, że coś uległo awarii - potrzeba ją jeszcze naprawić!

Boże wezwanie do przebaczania nie jest niczym innym, jak kolejnym wezwaniem do miłości. Przebaczanie jest nierozerwalnie powiązane z miłością. Nie ma miłości bez przebaczenia i nie ma też przebaczenia bez miłości. Jedno bez drugiego nijak nie może funkcjonować! Kocham, więc przebaczam, a gdy przebaczam, jeszcze bardziej kocham. Jeśli mamy problem z przebaczaniem, to znaczy, że ból i zgorzknienie zadusiły w nas miłość. Jeśli w nas nie rozkwitła miłość, nie jesteśmy tak naprawdę zdolni do prawdziwego przebaczenia. Poranione ludzkie serce potrzebuje regeneracji, a ten, które je stworzył i wszczepił nam, może je też odnowić. Pełna odnowa dokonuje się w chwili pojednania.

środa, 4 listopada 2015

Kościół niezłomny

Jakiś czas temu przeczytałem bardzo wyjątkową książkę, "Krawiec, kaznodzieja, przemytnik" Andrzeja Mytycha. Jest to historia życia Polaka, Cezarego Kiewry, który został zesłany na Sybir, do Republiki Komi. Brat Cezary żył we wsi Wikiszniany na Grodzieńszczyźnie, która po zakończeniu II wojny światowej znalazła się w granicach ZSRR. Na Syberię zesłany został w 1950 r. za przekazanie polskim partyzantom ukrytej przez siebie poniemieckiej broni. Tam poznał brata Aurela Sarafinczana, Rumuna z Ukrainy, aresztowanego i zesłanego na Syberię z powodu wiary chrześcijańskiej. Aurelowi Bóg pewnego dnia powiedział: "Przygotuj się, bo wywiozą ciebie w inne miejsce. Tam, gdzie cię wyślą, mam ludzi." Był rok 1948. To właśnie brata Aurela, który miał dar prorokowania i zwiastowania Ewangelii, użył Bóg, by skruszyć serce młodego Polaka, który z czasem - już po powrocie do Polski - został mężnym przywódcą Kościoła, pastorem zielonoświątkowym i... przemytnikiem Biblii.

Książka wciągnęła mnie niezwykle, gdyż historia fascynuje mnie niemal na równi ze sprawami duchowymi - a opisane przez brata Andrzeja osoby i zdarzenia, to opowieść bogata tak pod względem historycznym (wszak jest to wycinek naszych narodowych dziejów, losy człowieka wplecione w losy nas wszystkich jako narodu), jak i duchowym. Wielokrotnie moje serce - Polaka i chrześcijanina - było bardzo poruszone, ale jeden opis dotknął mnie w sposób szczególny - tak, iż wracałem do niego wielokrotnie, i czytałem niemal ze łzami.  To opis Kościoła - niewielkiej wspólnoty wiernych - który Bóg powołał do istnienia w tym mroźnym, syberyjskim "piekle na ziemi".

"W wyniku gorliwej modlitwy i pracy misyjnej Aurela, w tym łagrze nawróciło się łącznie 14 mężczyzn, dołączył też do nich wcześniej nawrócony baptysta. W 1953 roku uformowali nielegalną wspólnotę, która działała w podziemiu. Aby ich nie wykryto, spotykali się z różną częstotliwością, o różnych porach dnia i w różnych miejscach. Zwykle były to baraki, które w danym momencie stały puste. Aurel nazywał wierzących swoimi 'snopami'; mówił, że byli żniwem, które podarował mu Bóg. (...)
Wierzącym w jakiś sposób udało się zdobyć całe Pismo Święte i przemycić do łagru. Rozcięto je na trzy części, a każdą z nich pięknie oprawiono. Stary Testament podzielili na dwie, a trzecią część stanowił Nowy Testament. Mężczyźni w tajemnicy przekazywali sobie poszczególne części Pisma Świętego, które było najcenniejszą rzeczą w jałowym obozowym życiu. Fragmenty krążyły od jednych do drugich, były nieustannie czytane przez spragnionych Boga więźniów.
W czasie wspólnych, sekretnych spotkań bracia omawiali różne fragmenty Pisma Świętego. Rozważali, jak powinni się zachowywać jako ludzie wierzący, trwali również we wspólnych modlitwach. Prócz tego Aurel, który był bardzo wrażliwy na działanie Ducha Świętego i przez Niego obdarowany, prorokował. Każde wypowiedziane przez niego słowo było przez nich dogłębnie analizowane. 
W tym małym podziemnym kościele Duch Święty, Jego prowadzenie i słowo prorocze były bardzo ważne. Aurel często 'mówił na językach', a potem tłumaczył to, co Bóg chciał powiedzieć tej małej społeczności. Nikt z nich nie znał teorii, nie wiedział, co to jest glosolalia, a więc przemawianie lub modlitwa z inspiracji Ducha Świętego. Świadomi byli jednak, w wyniku swojej osobistej lektury Słowa, że są to dary Pocieszyciela. Przyjmowali je z całą należną powagą.
Pewnego dnia Duch Święty powiedział do nich:
- Lew ryczący krąży wokół was i tylko patrzy, aby was pożreć. Nie martwcie się, Ja was oszczędzę i wam go objawię.
Okazało się, że w tym czasie polował na nich jeden ze strażników i kilkakrotnie otoczył barak, w którym się zgromadzali. Pewnego dnia wszedł do środka w trakcie modlitwy i przyłapał ich na gorącym uczynku. Zaskoczeni mężczyźni przerwali modlitwę, a on nakazał im surowo, aby szli w kierunku siedziby władz obozu. Ruszyli pokornie za nim, nie wiedząc, do czego może doprowadzić ta nieoczekiwana sytuacja. Wartownik planował wydać ich w ręce władz łagru. Pomni jednak na prorocze słowo Pana, jeden po drugim odłączali się od grupy i ukrywali w swoich barakach. W końcu strażnik odwrócił się i ze zdumieniem zobaczył, że nikt za nim nie podąża. Z jakiegoś powodu zaniechał poszukiwania.

Bez wyboru

"Od wszelkiego rodzaju zła z dala się trzymajcie." (1 List do Tesaloniczan 5, 22)
Wybory za nami. Emocje już trochę opadły... choć nie sądzę, by miało to być długie uspokojenie. Chciałbym napisać: "obawiam się", ale chyba raczej muszę napisać: "jestem świadomy". Czego jestem świadomy? Tego, że już niebawem znów będziemy słyszeć od jednych, jacy to źli i głupi są ci drudzy i jak bardzo szkodzą (i na odwrót). 

Jest taki stary dowcip:
- Co to jest "cisza wyborcza"?
- To czas, gdy politycy nie mogą kłamać.
Ja bym powiedział jeszcze: "To taki błogosławiony czas, gdy nie mogą się ze sobą kłócić i się nawzajem opluwać"!

Praktycznie przed każdymi wyborami słyszę pytanie: "A ty na kogo będziesz głosował?", albo jestem przekonywany, że: 1) pójście do wyborów, to mój patriotyczny obowiązek; 2) powinienem koniecznie poprzeć tych a tych ludzi, to a to ugrupowanie... Niektórzy zresztą próbują wplatać w to "elementy bogoojczyźniane", próbując wmówić, że skoro Bóg powierzył nam kraj, to nie pójście do wyborów jest "grzechem", bo nie idąc do urn "nie troszczymy się o kraj dany nam przez Boga". Słowo Boże mówi nam o wielu ważnych sprawach ale na pewno nie o tym, że mamy chodzić głosować i popierać jednych przeciwko drugim ludzi, którzy się ciągle kłócą! Jeśli ile razy przed wyborami słuchałem PO, były ataki na PiS, a ile razy słuchałem PiS, były ataki na PO i jeśli pomniejsze partie i ich przedstawiciele również w podobny sposób się na siebie rzucały, a także na PO i PiS, to jakiż jest wybór? Wspierać jednych krzykaczy przeciw drugim krzykaczom? Dać mój głos na jedno zło, przeciwko drugiemu złu? Dlatego w dzień wyborów pozostałem w domu. To nie brak troski o kraj, lecz brak zgody na to, co się w kraju dzieje i jak postępują ludzie, którzy chcą tym krajem rządzić.

Cóż jest największym problemem naszego kraju? Ktoś powie: zadłużenie. OK, to jest duży problem. Ktoś inny: bezrobocie. OK, to też jest duży problem (którego sam boleśnie doświadczam). Ktoś dorzuci: bieda, niskie zarobki, wysokie podatki. OK, i z tym się zgadzam. Ktoś powie: problemy gospodarki. OK, to prawda. Ale największym problemem naszego kraju jest, że serca milionów ludzi, którzy tu żyją, są zepsute przez grzech! I serca naszych polityków są zepsute przez grzech! Przerażające jest to, że nawet ludzie, którzy mówią o sobie: "wierzący", a nawet: "wierzący - praktykujący" i dość często odnoszą się do Boga i Biblii, lub nauk swego Kościoła, mają usta, z których wylewa się grzech: pogarda, nienawiść, pycha. To jest nieszczęście naszego kraju! Nie głosowałem, bowiem nie chcę uczestniczyć w ich brudnych grach i w tym, jak traktują innych ludzi, swoich rodaków i bliźnich. Gdy będę widział ich dalsze kłótnie i to, jak niszczą Polskę i skłócają naród, będę miał przynajmniej ten spokój własnego sumienia, że nie dostali oni mojego poparcia.

Losy kraju nie są mi obojętne, bowiem Słowo Boże nakazuje nam troskę o kraj, gdzie żyjemy. Demokracja nie jest "bożym systemem" (nawet królestwo nim nie jest!) ale Bóg pozwala na ten system - podobnie, jak wieki, wieki temu się zgodził na to, by Izrael miał króla - i ma w nim swoich ludzi, może w nim działać. I chętnie pójdę do urny, gdy będę mógł zagłosować zgodnie z moimi przekonaniami i moim sumieniem - na ludzi o czystych sercach, rękach i ustach. Pragnąłbym głosować na ludzi, którzy będą realizowali politykę po "linii chrześcijańskiej", ale ta "linia chrześcijańska" to musi być coś więcej (dużo więcej!) niż tylko deklaracje wiary i przywiązania do nauk i wartości głoszonych w Kościele, niż tylko sprzeciw wobec złą aborcji czy homoseksualizmu. To musi być realnie budowane na chrześcijańskich, biblijnych wartościach - w tym także pokorze i miłości bliźniego.

Naród zdecydował, że całkowitą władzę przejmują ludzie z jednej partii i ja przyjmuję to z pokorą - a czy rządy ich będą błogosławieństwem, czy też przekleństwem, to pokaże czas. Obowiązkiem chrześcijanina jest modlić się w intencji kraju i ludzi sprawujących w nim rządy. I to wsparcie nowe władze od chrześcijan muszą otrzymać. Modlę się jednak o to, byśmy w przyszłości mieli lepszą możliwość wyboru, byśmy mogli wybierać to, co dobre, by jeśli już żyjemy w ułomnej (!) demokracji, pojawili się ludzie, którzy zdołają wnieść nową, prawdziwie chrześcijańską, JAKOŚĆ do naszego życia politycznego. Pragnę w naszych elitach politycznych ludzi, którzy będą się troszczyć o kraj i naród, którzy nie będą się kłócić i opluwać innych, którzy wspólne dobro będą przedkładali nad własny interes, a działalność polityczna będzie dla nich naprawdę misją. Pragnę móc wspierać DOBRE w polityce, a nie wciąż rozważać co jest mniejszym złem - bo zło jest zawsze złem. Modlę się o to, bym kiedyś wreszcie mógł zagłosować z czystym sumieniem!

wtorek, 3 listopada 2015

Schowaj swój miecz do pochwy

"I oto jeden z tych, którzy byli z Jezusem, wyciągnął rękę, dobył miecza swego, uderzył sługę arcykapłana i uciął mu ucho. Wtedy rzecze mu Jezus: Włóż miecz swój do pochwy; wszyscy bowiem, którzy miecza dobywają, od miecza giną" (Ew. Mateusza 26, 51 - 52)
Czy jest jakieś usprawiedliwienie dla stosowania przemocy? Wydawać by się mogło, że w takiej sytuacji, do jakiej doszło - gdy przyszli żołnierze, aby pojmać Jezusa i poprowadzić go do więzienia, a potem na krzyż - obrona wszelkimi sposobami była jak najbardziej uzasadniona. Jezus powinien być wdzięczny swemu przyjacielowi, który stanął w jego obronie. Jest jednak inaczej - napomina go, a potem dokonuje niezwykłego cudu i przyłącza ponownie ucho do głowy zranionego. Co więcej - czyni to pomimo, że ten właśnie przyczynia się do jego męki, bierze udział w preludium do niej. W tej zaskakującej sytuacji objawia się miłość i litość Boga względem człowieka - nawet grzesznego, który zwraca się przeciwko Niemu. Kiedyś Jezus powiedział do uczniów: "Miłujcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście byli synami Ojca waszego, który jest w niebie..." (Ewangelia Mateusza 5, 44 - 45), a w Ogrójcu udzielił tej samej lekcji, lecz w połączeniu z praktyką.

Można by pomyśleć, że chodziło tylko o to, że Jezus musi wykonać swą misję do końca, że musi przejść przez mękę i trafić na krzyż i że chodziło tylko o to, by - skoro nadszedł już właściwy moment - pogodzić się z tym, niczego nie opóźniać i nie komplikować. Lecz wówczas nie powiedziałby drugiego z zacytowanych wyżej zdań, a raczej powiedziałby, że to się musi dziać i dokonać - tymczasem mówi bardzo wyraźnie, by nie walczyć z ludźmi, nie używać broni, nie wyrządzać żadnej krzywdy, nawet w sytuacji, gdy zdaje się to nie tylko uzasadnione, ale nawet konieczne. Bóg mówi nam zresztą to samo wielokrotnie. "Nikomu złem za złe nie odpłacajcie. Starajcie się dobrze czynić wobec wszystkich ludzi" (List do Rzymian 12, 17 - tłum. "Biblia Tysiąclecia"), "Baczcie, ażeby nikt nikomu złem za złe nie oddawał, ale starajcie się czynić dobrze sobie nawzajem i wszystkim" (1. List do Tesaloniczan 5, 15)... To znaczy, że nawet na przemoc nie mamy odpowiadać przemocą; że skrzywdzenie drugiego człowieka - nawet w obronie własnej - nie jest dobre, choć ów człowiek nastaje na nasze mienie, zdrowie i życie. 

Chociaż obrona - nawet zabicie w obronie koniecznej - nie jest grzechem, to jednak lepiej się od tego powstrzymać, nie pomnażać zła i przemocy. Wracając do opisanej na wstępie sytuacji: zauważmy, że Jezus nie potępia czynu Piotra (jego tożsamość zdradza nam apostoł Jan, pisząc: "Wówczas Szymon Piotr, mając miecz, dobył go i uderzył sługę arcykapłana, i odciął mu prawe ucho. A słudze temu było na imię Malchus" - Ewangelia Jana 18, 10), lecz mówi, że z przemocy nigdy nie ma niczego dobrego; że przemoc tylko pomnaża przemoc i jeśli będziemy tak postępować, będzie to miało konsekwencje także dla nas. To nie znaczy, że powstrzymując się od przemocy, sami jej nie doświadczymy - bo Jezus zapowiedział, że doświadczymy! - ale jeśli zaniechamy przemocy, w naszym sercu będzie więcej pokoju i lepsze warunki dla wzrostu miłości i wszelkiego dobra. Jeśli będziemy się potrafili powstrzymać, być może przyda nam to cierpienia, ale będziemy mnożyć dobro: miłość i błogosławieństwo, których na tym świecie nigdy nie jest zbyt wiele!

Czasem zastanawiam się nad tym, jak ja sam bym postąpił w sytuacji zagrożenia życia mojego, moich bliskich i przyjaciół. To się z pewnością bardzo łatwo pisze: "powstrzymać się od przemocy", ale co jeśli, ktoś mnie zapyta; "Jak postąpisz?" Czy naprawdę będę umiał postąpić według tego, w co wierzę i czym się dzielę? Nie wiem - i chyba nikt nie wie tak do końca, jak się zachowa w skrajnej sytuacji - lecz mam nadzieję, że jeśli przyjdzie na mnie czas próby i źle mi będzie szło podczas tego trudnego egzaminu (a wiem, że wiele pomniejszych "oblewam"!), Bóg powstrzyma moją rękę. Chciałbym być jak...

niedziela, 1 listopada 2015

Powołani do świętości

Gdybyśmy dziś poszli na ulice i na cmentarze, gdzie dziś pełno ludzi, i postawili im dwa pytania: "Kto jest świętym?" i "Co można zrobić, aby zostać świętym?" Otrzymalibyśmy pewnie odpowiedzi: "Aby zostać świętym trzeba prowadzić dobre życie, czynić wiele dobrego a jak najmniej złego, być jak najdoskonalszym, a potem - po śmierci - można zostać uznanym przez Kościół za świętego". Wielu zapewne powiedziałoby: "księża, biskupi, kardynałowie i papież przyglądają się czyjemuś życiu, badają cuda, jakie się dokonały, i na tej podstawie mogą orzec o czyjejś świętości i go kanonizować". A ja wam powiem, że w całym Słowie Bożym nie ma przykładu takiego orzecznictwa i żaden człowiek swego bliźniego nie może ani uczynić, ani ogłosić "świętym"! Nie ma też żadnej hierarchii wśród zmarłych - ten to zwykły zmarły, ten inny to już ciut lepiej, bo błogosławiony, a tamten znów to już w ogóle święty!" Niestety, termin "święty" dopięto do pewnej formy "awansu" w Kościele katolickim - i nawet przez wiele wieków dostęp do tej godności mieli raczej ci, którzy za życia byli członkami zakonów, lub wysoko się wspięli po szczeblach kościelnej hierarchii. To nam całkowicie zaburzyło rozumienie idei świętości - i dopiero w XX wieku nawet Kościół katolicki zmienił coś ze swych dawnych praktyk i "święci" to już niekoniecznie duchowni. To już dobrze, choć - niestety - aby zostać uznanym za "świętego" w Kościele katolickim, wciąż trzeba być najpierw zmarłym, a Bóg używa tego tytułu względem żywych.

Święty to ktoś, kto podąża bożą drogą. W czasach starotestamentalnych było to przestrzeganie Bożego prawa i wypełnianie określonych rytuałów, co jednak nigdy nie mogło doprowadzić człowieka do prawdziwej świętości. Dziś święty to człowiek, który idzie drogą Pana, który kroczy do nieba krok w krok za Chrystusem. Być świętym to znaczy być człowiekiem przymierza - człowiekiem, który zawarł ugodę z Panem i jej się chce trzymać. Święty, to człowiek, który umieścił Boga i Słowo Boże w samym centrum swojego życia - nie chodzi do kościoła w niedzielę, ale całe swoje życie podporządkowuje Bogu i Słowu Bożemu. Święty to człowiek, który kocha Boga i ufa swemu Panu, który dobrowolnie się poddaje i pozwala, by Bóg przejął pełną kontrolę nad jego życiem. Świętość to stan doskonałości, do którego nie możemy dojść sami, dlatego Chrystus doszedł do tego za nas, a my potrzebujemy się tylko uczepić Jego ręki i dać się prowadzić! Święty to człowiek, który ufa Panu i jest Mu posłuszny - tak, jak owca względem pasterza. Święty to nie ten, kto jest doskonały w swoim życiu - bo nikt by nie mógł być tak nazwany! Święty to ten, który podporządkowuje się doskonałemu Bogu. Świętość to nie śluby zakonne, wypełnianie religijnych obowiązków, ślepe podporządkowanie się (posłuszeństwo) hierarchii i naukom hierarchów, przywódców religijnych - świętość to życiowa postawa człowieka wobec samego tylko Boga.

Gdy w Kościele katolickim mówi się o "świętych", często mówi się także, że powinniśmy ich naśladować. Owszem, powinniśmy - we wszystkim, co czynili dobrze według Słowa Bożego, ale nie zawsze czynili dobrze i jeśli przyjrzymy się wielu z nich, dalecy byli od świętości. Bóg mówi poprzez apostoła Pawła: "Pamiętajcie na wodzów waszych, którzy wam głosili Słowo Boże, a rozpatrując koniec ich życia, naśladujcie wiarę ich" (List do Hebrajczyków 13, 7). Naszą podstawą zawsze musi być Słowo Boże. Mamy podążać za tymi, którzy głoszą Słowo Boże i sami są mu wierni aż do końca - ci mogą być dla nas wzorem. Droga do świętości to droga za Chrystusem, lecz mamy na niej też Braci i Siostry, którzy ruszyli wcześniej, którzy nas pociągnęli. Nasuwa mi się porównanie z pielgrzymką. Nie zawsze mamy przed sobą przewodnika, najczęściej mamy przed sobą plecy innego pielgrzyma. Podążajmy za nim, jeśli wiemy, że dobrze idzie / szedł, ale nie wolno nam iść za nim ślepo, bo nie on ma nas prowadzić - on sam musi iść za Chrystusem i my przede wszystkim musimy iść za Chrystusem.

Świętość... Ludzie czasem myślą, że to coś dla "wybrańców", "ulubieńców" Boga. Nie! Bóg powołuje do świętości każdego człowieka! Każdemu i każdej z nas Bóg mówi: "odwróć się od tego, co złe, wyjdź z brudów tego świata, zostaw wszystko i chodź za mną!" Słowo "święty" jest synonimem słowa "chrześcijanin" - "święty chrześcijanin" (czasem, choć dość rzadko, spotykam się z takimi określeniami) to w zasadzie pleonazm (coś jak "masło maślane")! Gdy Słowo Boże mówi o świętych - mamy to w pismach uczniów Chrystusa, jest to mowa o chrześcijanach, więc gdy mówimy o chrześcijanach, jest to mowa o ludziach świętych, bowiem tak oddanych Chrystusowi, że już w samym ich określeniu jest "należący do Chrystusa". Inna sprawa, że nie każdy, kto siebie określa tym mianem, jest chrześcijaninem w rzeczywistości... Oczywiście "świętość" jest to droga "ulubieńców" Boga, lecz rzecz w tym, że Bóg kocha w równym stopniu każdego człowieka i każdego wzywa tak samo. Jedni idą za tym głosem - i zaczynają żyć tak, że ich życie podoba się Bogu - inni zaś nie. W tym kończącym się dniu życzę i sobie i Wam, byśmy byli w tej pierwszej grupie!