niedziela, 18 października 2015

Bóg przemawia

"Powierz Panu drogę swoją, Zaufaj mu, a On wszystko dobrze uczyni." (Psalm 37, 5)
Gdy mówimy ludziom, że się wierzymy w Boga, chodzimy na nabożeństwa i modlimy się, większość przyjmuje to normalnie. Nawet jeśli nie podzielają tej wiary, potrafią uszanować czyjeś przekonania. Inni mówią: "Nie bądź naiwny!" ale też - nawet jeśli kpią z wiary w brutalny sposób - traktują na ogół raczej jak nieszkodliwego, ciut "upośledzonego" człowieka. Gorzej bywa, gdy przyznajemy się, że nie tylko mówimy do Boga w modlitwie i wierzymy, że On nas wysłuchuje, ale też słyszymy Jego głos, jak do nas przemawia. Thomasz Szasz kpił kiedyś: "Kiedy mówisz do Boga – modlisz się; Kiedy Bóg mówi do ciebie – masz schizofrenię." Czasem odnoszę wrażenie, że także część wierzących podziela to zdanie - i nawet gdy praktykują mówienie do Boga (modlitwa), nie bardzo wierzą w to, że Bóg może przemawiać do człowieka. No, ewentualnie może wybiera sobie tylko jakichś "wielkich mistyków". Ludzie często myślą chyba, że zwykły człowiek nie jest godny tego, by Bóg do niego przemawiał, a gdy od kogoś dowiadują się, że jednak właśnie to czyni, gotowi są tego, kto tak twierdzi, nawet posądzić o pychę. A jednak Bóg przemawia do człowieka. Czasem Jego głos rozbrzmiewa w przestrzeni, lecz częściej w sercu - lecz tak samo wyraźnie. Czasem nie jest to też wcale nawet "wewnętrzny głos", bo Bóg potrafi przemawiać na wiele różnych sposobów...

Być może będzie to ryzykowne stwierdzenie, ale... czasem zdarza mi się słyszeć głos Boga - i jako głos, czasem tak bardzo wyraźny, że aż niepojęte, że nie przechodzi przez moje uszy, i jako "głos - niegłos". Przesłaniem od Boga może być właściwie wszystko: obraz, dźwięk, zapach, etc.! Dziś na przykład Bóg posłużył się... piosenką!

Postanowiłem wybrać się do Poznania, do przyjaciół z "The Way Church" - międzynarodowej społeczności, której przewodzi pastor Afrykańczyk i duża część Braci i Sióstr także jest z różnych afrykańskich krajów. Jednym z powodów wyprawy na ich nabożeństwo był niedawny ślub jednej z Sióstr i jej niedługi wyjazd z Polski. Pomimo, że pogoda była nie najlepsza - dość ciepło, ale zdecydowanie "mokro", od samego rana nieprzyjemna mżawka - postanowiłem jechać autostopem. Z jednej strony pieniędzy mam niezbyt wiele, a z drugiej... bardzo to lubię. Powiedzmy szczerze: niedzielny świt nie jest dobrym czasem na autostop! I mówiono mi: "Zobacz! Prawie nie ma ruchu! Idź na pociąg, jeśli chcesz dojechać do Poznania!" Przyznam, że miałem chwilę wahania, ale... jednak stanąłem przy zatoczce autobusowej, z kartką "Poznań" w ręku i uśmiechałem się do przejeżdżających z rzadka kierowców. Wkrótce jednak zaczęły wzbierać we mnie wątpliwości. Podszedłem do słupa z rozkładem jazdy autobusów międzymiastowych - jeden o 8.05, kolejny o 8.20. "Asekuracja" była... Ale w moim sercu rozbrzmiała nagle pieśń: "Zaufaj Panu już dziś..."



Boży głos: "Odwagi! Zaufaj mi!" Potem jeszcze chyba ze dwa razy podchodziłem do słupa z pewnym delikatnym drżeniem w sercu: "A te autobusy 'jakby co', to czy aby na pewno jeżdżą w niedzielę?" Wówczas to "Zaufaj Panu już dziś..." niesamowicie wzbierało, tak że właściwie cały czas w moim sercu śpiewałem ten refren. Gdy nadjechał autobus 8.05, pozwoliłem mu spokojnie jechać dalej. Wiedziałem, że będzie kolejny, ale też owo "Zaufaj Panu już dziś..." w moim sercu brzmiało z tak wielką siłą, że czułem - a było to na granicy z pełnym przekonaniem - że ja tym autobusem nie pojadę. I może 2 - 3 minuty po tym, jak minął mnie autobus 8.05, ja... byłem już w drodze do Poznania! Zabrała mnie przemiła młoda kobieta i wraz z nią dojechałem bardzo blisko miejsca, gdzie Kościół "The Way" gromadzi się na nabożeństwa i z takim zapasem czasu, że zdążyłęm jeszcze zjeść porządne śniadanie! Jakże więc nie wierzyć w to, że ta piosenka była na ten niedzielny poranek głosem Boga, Bożym przesłaniem dla mego serca?

To, co każdy człowiek powinien dostrzec i zrozumieć, to fakt, że Bóg jest! Wiara to nie jest filozoficzny system oparty na starych pismach zwanych "Biblią", lecz więzią pomiędzy człowiekiem a Bogiem. Bóg żyje! Bo Bóg sam w sobie jest życiem. I ani nie jest w żaden sposób upośledzony, że może tylko słuchać, ale mówić nie może, ani też nie traktuje ludzi wybiórczo: "o, tego uczynię mistykiem i będę do niego mówił a reszta niech odmawia swoje do mnie pacierze". Wiecie, w naszych czasach wiele się mówi o potrzebie dialogu - żeby na świecie żyło się lepiej, żeby ludzie się do siebie zbliżali, itp. I wiecie co? My mamy Boga, który idealnie w ten sposób myślenia się wpasowuje! Nasz Bóg jest Bogiem dialogu! Jest Bogiem, który słucha i naprawdę chętnie mówi - bowiem dialog zbliża do siebie nie tylko ludzi, ale także człowieka do Boga. Problem w tym, że człowiek często pozostaje głuchy na Jego głos, lub nie potrafi go rozpoznać, a czasem z uporem go tłumi i jeszcze śmieje się z tych, którzy głos Boga słyszą i rozpoznają. Bóg przemawia do nas, ludzi bezustannie, tylko my mamy często problemy z odbiorem, bo nasze serca stwardniały, bo ludzie swoje oczy i uszy odwrócili od Boga - to niby jaki mamy mieć odbiór?

Słyszeć głos Boga to naprawdę nie jest jakiś wielki mistycyzm - to powinna być chrześcijańska norma, bo nie jesteśmy stworzeni tylko do tego, by odmawiać pacierze i ślepo się podporządkowywać, lecz jesteśmy stworzeni i powołani do tego, by każdego dnia naszego życia mieć społeczność z Bogiem. Jesteśmy powołani do tego, by być w ciągłej z Nim relacji, w ciągłym i - co ważne - funkcjonującym w obie strony kontakcie. Jeśli ktoś z uporem chce widzieć w tym mistycyzm, to w porządku, można powiedzieć tak: jesteśmy powołani do tego, by być mistykami przez całe swoje życie! Myślę, że to się zaczyna, gdy... zaufamy Panu!

Rewolucja zaczyna się od... miłości

"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego." (Ewangelia Marka 12, 31) "Jeślibyście miłowali tylko tych, którzy was miłują, jakąż macie zapłatę? Czyż i celnicy tego nie czynią? A jeślibyście pozdrawiali tylko braci waszych, cóż osobliwego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie wy tedy doskonali, jak Ojciec wasz niebieski doskonały jest." (Ewangelia Mateusza 5, 46 - 48)
W ostatnim czasie przetacza się przez Polskę fala protestów antyimigranckich. Napływ nielegalnych imigrantów i fatalna polityka europejska względem tej kwestii, są w ostatnim czasie niezwykle palącym problemem. Nie dziwię się wcale temu, że Polacy protestują, bowiem nasi sąsiedzi i Unia Europejska arogancko próbują nam narzucać swoje postanowienia i swoją fatalną politykę. Stracono już całkowicie kontrolę nad tym, kto przybywa, dlaczego opuścił swój kraj i czego oczekuje od nas. Ci, którzy uciekają przed wojną i terrorem, to już tylko niewielka część tych, którzy się przedostali do Europy - w tym tłumie przyszło wielu, którzy chcą po prostu pieniędzy i łatwego życia, a także wielu takich, którzy niosą wojnę i terror do Europy. Głośna była sprawa imigrantów - muzułmanów, którzy na Morzu Śródziemnym potopili płynących z nimi uchodźców chrześcijańskich. Wiemy o przemocy wobec chrześcijan ze strony muzułmanów w ośrodkach imigracyjnych. Dość głośno zrobiło się też w ostatnim czasie o atakach na chrześcijan pochodzących z krajów islamskich w Skandynawii. Czyż jest dziwne, że nie chcemy islamu w Europie? Jednak nie o tym chcę mówić - do tego tematu powrócę wkrótce...

W jednaj z relacji z antyimigranckich protestów zobaczyłem takie oto zdjęcie:

Wywołało ono u mnie ogromny niesmak i przerażenie. Przeraża mnie postępująca wulgaryzacja i brutalizacja życia społeczno - politycznego. Przeraża mnie też fakt, że w to wszystko wkomponowany zostaje krzyż Chrystusa - że ci ludzie występują pod znakiem krzyża Pana i może wydaje im się, że reprezentują "chrześcijańskie wartości". GWARANTUJĘ, że Jezus nie poszedłby w marszu pod takim hasłem. Używanie krzyża do walki z innymi ludźmi i do "autoryzowania" nim takich poglądów i działań, jest BEZCZESZCZENIEM krzyża i imienia Chrystusa Pana! Nasuwają mi się słowa Chrystusa: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią!"

*****

Gdy zwracamy się z pogardą i nienawiścią przeciwko drugiemu człowiekowi, gdy złorzeczymy mu, przeklinamy go i obrzucamy go obelgami, nie występujemy tylko przeciwko niemu, lecz także przeciwko Bogu, który go stworzył i który go kocha. Bóg kocha każdego człowieka - dobrego i złego, mądrego i głupiego - i każdy, kto występuje przeciwko swemu bliźniemu, sprawia Bogu ogromny ból. Pomimo, że "ofiara krzyża" dokonała się w ściśle określonych ramach czasowych i zakończyła się definitywnie - nie trwa wiecznie, to jednak ból Boga rozciąga się ponad wiekami i każdy, kto grzeszy - także ten, kto żyje nienawiścią i pogardą dla innych - bierze udział w ofierze, która dokonała się na Golgocie, jako kat przybijający Chrystusa do krzyża! Ten, kto żyje nienawiścią i pogardą - a także ten, kto żyje chciwością, rozpustą, pychą, itp. - żyje z "rękoma", na których jest krew Chrystusa Pana! Nawet jeśli zdaje mu się, że "broni słusznej sprawy" i jako "dobry chrześcijanin" występuje "pod sztandarem Chrystusa"! Ten, kto czyni zło pod znakiem krzyża i z imieniem Boga na ustach, służy w rzeczywistości diabłu, a to, co czyni, dla Boga jest obrzydliwością! Cóż powiedzą ci, którzy tak czynią, gdy kiedyś staną przed Chrystusowym Sądem i co powie Chrystus? "W owym dniu wielu mi powie: Panie, Panie, czyż nie prorokowaliśmy w imieniu twoim i w imieniu twoim nie wypędzaliśmy demonów, i w imieniu twoim nie czyniliśmy wielu cudów? A wtedy im powiem: Nigdy was nie znałem. Idźcie precz ode mnie wy, którzy czynicie bezprawie" (Ewangelia Mateusza 7, 22 - 23)

Pięknie by było, gdyby ten świat był idealny, a każdy człowiek postępowałby dobrze i mądrze. Jest jednak inaczej. Ludzie bywają głupi i źli. Niestety, tacy ludzie dostają się także do polityki i to na najwyższe urzędy. Zdarzają się i ludzie zwyczajnie podli i okrutni, którzy z przerażającą bezwzględnością realizują przeróżne swoje cele. Nie czuję się powołany do tego, by napisać coś o naszych przywódcach, czym się kierują prowadząc taką a nie inną (uważam, że skrajnie błędną) politykę - od osądu ludzkich serc jest Bóg. Ale fakt, że ktoś czyni źle i głupio, czy nawet postępuje w sposób okrutny i bezwzględny, nie zwalnia nas z posłuszeństwa Słowu Boga, który mówi nam tylekroć, że mamy miłować ludzi! Przeciwnie - im więcej w nich zła i głupoty, tym bardziej potrzeba ich kochać i się za nich modlić! Jeśli są źli, módlmy się, by ich serce uległo przemianie i by przestali czynić zło. Jeśli są głupi, módlmy się, by otrzymali dar poznania, co robią źle i dar mądrości. Jeśli ludzie będący u szczytu władzy źle czynią, od tego mamy zbliżające się wybory - módlmy się o mądrość dla nas, byśmy wybrali lepszych i o tych, którzy będą wybrani! Jeśli z pogardą i złością odnosimy się do złych i głupich, sami jesteśmy źli i głupi! Nie ma dobroci i mądrości tam, gdzie brakuje miłości i pokoju w serc.

piątek, 16 października 2015

Rozpoznać to, co szlachetne

1 List do Tesaloniczan 5, 21: "Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie!" ("Biblia Tysiąclecia"); "Wszystkiego doświadczajcie, co dobre, tego się trzymajcie" ("Biblia Warszawska").
Słowa te przypomniał mi nie tak dawno temu pewien zagorzały katolik, gdy próbowałem podjąć dyskusję dot. tzw. "Koronki do Miłosierdzia Bożego". Sprawa dotyczyła poważnych błędów teologicznych zawartych w tej katolickiej modlitwie. Problem dotyczy słów: "Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa-Chrystusa na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata." Słowo Boże uczy nas, że to Jezus sam się za nas ofiarował i złożył ofiarę. Człowiek nie może w ofierze składać Boga, bowiem Bóg nie jest w jego mocy. Bóg się oddał w ręce człowieka jeden jedyny raz, gdy sam, dla naszego zbawienia, stał się człowiekiem i umarł za nas na krzyżu. Człowiek nie ma absolutnie żadnego udziału w tym dziele zbawienia, które dokonało się raz na zawsze i zakończyło się wraz z ostatnim tchnieniem Chrystusa na krzyżu! Jakże możemy coś ofiarować Bogu, jeśli nasze grzechy uczyniły nas martwymi? Cóż może zrobić trup dla poprawy własnej kondycji? Wówczas dowiedziałem się, że nie powinienem o tej modlitwie się wypowiadać, skoro jej nie praktykuję i przez to "nie rozumiem jej głębi". Padły też słowa zachęty, by się tak modlić i modlić aż do skutku, aż pojmę wszystko. W dodatku założenie jest takie: jeślibym wciąż i wciąż widział sprzeczność, to znaczy, że powinienem dalej się modlić i szukać prawdy - do czasu, aż przekonanie o sprzeczności z Biblią zaniknie! No i wspomniane słowa z Listu do Tesaloniczan. Jedna sprawa: ja tą modlitwę dobrze znam i odmawiałem ją z wiarą wielokrotnie - przestałem po dokładniejszym zbadaniu, po poznaniu Słowa Bożego i odkryciu, że ta wiara, jaka wiąże się ze słowami podanymi przez siostrę Faustynę, nie jest w ogóle kompatybilna z tym, co głosi na ten temat Słowo Boże! Jednak nie o tym chcę dzisiaj pisać.

Wróćmy do słów: "Wszystko badajcie / wszystkiego doświadczajcie". Czy aby na pewno powinniśmy badać i poznawać empirycznie absolutnie wszystko, nim orzekniemy, czy jest to dobre i prawdziwe, czy też złe i błędne? Kiedyś w pewnym katolickim (!) opracowaniu dot. problemu sekt przeczytałem, że... przekonanie o tym, że pełne zrozumienie "prawd" adept zyska dopiero po przyłączeniu się do sekty i przyswojeniu sobie jej nauk i praktyk. I w tym wypadku można by użyć w sposób manipulatorski słów apostoła Pawła: "Wszystko badajcie / wszystkiego doświadczajcie"! Czy powinniśmy np. zacząć praktykować pogaństwo i okultyzm, zanim orzekniemy, że jest to złe? Czy naprawdę powinniśmy najpierw zaangażować się w praktykowanie np. reiki, jogi czy medytacji transcendentalnej, nim orzekniemy, że jest to zło, szatańskie zwiedzenie, fałszywa "duchowość"? Oczywiście warto przyglądać się i poznawać inne religie, lecz nie empirycznie - by wiedzę móc potem wykorzystać dla szerzenia Królestwa Niebieskiego i ochrony przed złem. A może powinniśmy popróbować seksu pozamałżeńskiego, homoseksualizmu i przeróżnych innych praktyk seksualnych, nim nazwiemy je złem i grzechem? Czy powinniśmy najpierw sięgnąć sami po pornografię, nim zaczniemy mówić o jej zgubnym wpływie? A może powinniśmy popróbować narkotyków i wlewać w siebie hektolitry alkoholu, nim orzekniemy, że jest to złe i zgubne? Nie! Apostołowi w żadnym razie nie o to chodziło, byśmy sprawdzali wszystko na sobie...

Abyśmy mogli cokolwiek badać i oceniać, abyśmy mogli trafnie rozpoznać, co jest dobre a co złe, potrzebujemy być do tego bardzo dobrze przygotowani. Tak, jak bardzo niebezpiecznie jest zapuszczać się w dziką dżunglę, bez treningu / doświadczenia, bez przewodnika i bez stosownego wyposażenia, tak też równie niebezpiecznie jest zabrać się do badania praktyk duchowych i religijnych, a także innych "niepewnych obszarów" naszego świata (przeróżnych praktyk i przekonań, jakie funkcjonują wśród ludzi) bez solidnej podstawy, która może nam dać rozeznanie. Tą solidną podstawą jest Słowo Boże. Jest ono też swoistym "sitem", przez które najpierw możemy (i powinniśmy!) "przesiać" to, co jest obiektem naszych dociekań, o czym mamy rozsądzić czy jest to dobre czy też złe w oczach Boga. Jeśli to, co jest obiektem naszych badań nie przechodzi przez owo "sito", jeśli jest niezgodne ze Słowem Bożym, jeśli jest w kolizji z biblijnymi przykazaniami lub pouczeniami, wówczas fakt ten w zupełności wystarcza do tego, by te praktyki i przekonania odrzucić, jako błędne i diabelskie. Jeśli coś nie wytrzymuje "biblijnej próby", nie musimy tego badać dalej. Oczywiście niekiedy dalsze badanie może być pożyteczne - bo im lepiej znamy czyjeś wierzenia i praktyki, tym lepszym jesteśmy  "kołem ratunkowym" rzuconym zagubionym ludziom przez Boga. Czasem przy głębszym poznaniu możemy znaleźć w ludzkich wierzeniach i przekonaniach jakiś "punkt zaczepienia", który pozwala nawiązać dialog i poprowadzić ku prawdzie. Jednak by się tym zajmować, musimy być najpierw dobrze wyszkolonymi i zakorzenionymi głęboko w Bogu i Słowie Bożym "komandosami", byśmy sami nie zostali zwiedzeni i zatopieni.

"Wszystko badajcie / wszystkiego doświadczajcie" nie oznacza wcale wezwania do empirycznego poznania, lecz do przyglądania się sprawom w świetle nauki płynącej od Samego Boga. To Słowo Boże mamy znać przede wszystkim i poprzez nie spoglądać na świat i ono ma być naszą "lupą" w badaniu tego wszystkiego, co nas otacza, co do nas dociera, co jest nam głoszone i do czego jesteśmy czasem przekonywani i zachęcani. Tak, jak dla wielu naukowców podstawowym instrumentem zdobywania wiedzy i ukazywania prawdy o świecie są mikroskopy i teleskopy, tak dla nas musi to być Słowo Boże - Biblia.

czwartek, 15 października 2015

Program na życie

"Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego." (Ewangelia Marka 12, 29 - 31)
Od długiego czasu poszukuję pracy - na dziesiątki i setki wysłanych mejli, otrzymałem może ze trzy odpowiedzi. Byłem umówiony z pewnym człowiekiem - jechałem specjalnie 200 km, żeby się z nim spotkać a gdy zadzwoniłem kiedy i gdzie konkretnie mam się stawić, usłyszałem: "przepraszam, nie zdążę dojechać, umówimy się na inny termin, proszę przysłać CV"... Posłałem - nie było żadnej odpowiedzi a przez kolejne tygodnie nie mogłem się dodzwonić, bo ów człowiek nie odbierał telefonów. Zdarzało mi się pisać do pewnych firm w ważnych dla mnie sprawach, które te firmy powinny załatwić lub choćby dać jakąś odpowiedź - bez odzewu! Zdarzyło mi się pisać do urzędów, w tak poważnych sprawach jak skandaliczne potraktowanie przez urzędnika lub zakłócanie spokoju w mieście - bez odpowiedzi! Zdarzało mi się prosić ludzi o pomoc w trudnej dla mnie sytuacji - i zostać ominiętym. Zdarzało się, że stawiano mi wymogi jak dla robota: masz pracować tyle a tyle, od tej do tej, i nie możesz się psuć (nie ma czasu na lekarza, nie zgadzamy się na drobiazg, który może pozwolić ci pracować pomimo pewnych problemów, jakie masz, etc.). Zdarzało się... Mógłbym ciągnąć tą litanię i z pewnością każdy z was, którzy to czytacie, mógłby dodać do niej wiele i od siebie. Nie o to chodzi! Każdy z nas był z pewnością często traktowany w podobny sposób - jak roboty, jak powietrze, jak szmata... Słyszę często od znajomych: "Takie mamy czasy! Pogódź się z tym!" A ja się z tym pogodzić nie potrafię!

"Będziesz miłował bliźniego swego, jak siebie samego..." Całe nasze życie powinno być nacechowane najgłębszym szacunkiem i miłością do innych. Nic na tym świecie nie może być dla nas ważniejsze, niż drugi człowiek, bo nic nie ma aż takiej wartości! Możemy mieć przed sobą biedaka śpiącego na ulicy w jakichś kartonach i stos banknotów i złota. Czy większą wartość ma coś, czy ktoś? Wyobraźmy sobie płonący budynek. W środku jest worek pieniędzy i człowiek (może nawet nam wrogi, lub ktoś, kto nas skrzywdził). Czy powinniśmy ratować coś, czy kogoś? Człowiek może zarabiać i generować zyski, ale za żadne pieniądze nie da się stworzyć człowieka, nie da się tchnąć życia w martwą materię! Możesz mieć miliony a nawet miliardy na swoim koncie, rolls royce'a i luksusową willę z ogromnym basenem, lecz gdy nie szanujesz ludzi, jesteś w skrajnej nędzy! Jeśli nasze życie nie jest nacechowane najgłębszym szacunkiem do drugiego człowieka, jest ono tak naprawdę beznadziejne. Jeśli drugi człowiek nie jest dla nas ważniejszy, niż cokolwiek innego, to oznacza, że nasze życie wymaga całkowitego zreformowania! Jeśli drugi człowiek nie jest dla nas ważniejszy niż np. własne interesy, to znaczy, że coś w nas jest okropnie popsute, że w nas jest coś do kitu i źle funkcjonujemy! Jeśli mijamy drugiego człowieka obojętnie, to znaczy, że mamy poważny problem w sobie!

Powtarzam raz jeszcze: całe nasze życie powinno być nacechowane najgłębszym szacunkiem i miłością do innych! Nie okazjonalnie i w żadnym razie na pokaz - to powinien być program na każdy nasz dzień i na całe nasze życie! Tak powinno być w naszych domach, wśród ludzi, którzy nas otaczają, w miejscach pracy. Tak musi wyglądać nasz dom, nasza praca, nasz biznes! Powinniśmy postępować z ludźmi zawsze tak, jakbyśmy chcieli, by postępowano z nami! Popularne powiedzonko: "Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe" może nie jest zakorzenione w Biblii, ale doskonale do zacytowanych na wstępie słów pasuje. Skoro nie lubisz być ignorowany, to pamiętaj, by nie ignorować innych. Jeśli uważasz, że twoje potrzeby powinny być zaspokojone i dążysz do tego - dostrzegaj też potrzeby innych. Jeśli zwracasz się do kogoś i oczekujesz odpowiedzi - pamiętaj, że inni przychodzą do ciebie. Jeśli uważasz, że zasługujesz na to, by twoje starania i praca były odpowiednio docenione - doceń starania i pracę innych. Jeśli ważne są dla ciebie sprawy, z którymi ty do kogoś idziesz - pamiętaj, że do Ciebie przychodzą ludzie ze sprawami, które są dla nich ważne. Jeśli nie lubisz być omijany - nie omijaj innych.

Szacunek dla drugiego człowieka musi być jedną z fundamentalnych zasad w naszym życiu - prywatnym, zawodowym, społecznym... Właściwa postawa względem innych jest świadectwem o nas samych, o władzy (którą niektórzy z nas stanowią i reprezentują), o firmie... Jak świadczy o firmie lekceważenie klienta lub człowieka, który przychodzi w sprawie pracy? Jak świadczy o urzędzie lekceważenie obywatela, który przychodzi z jakąś ważną dla niego sprawą? Jak świadczy o człowieku lekceważenie drugiego człowieka? Gdy ktoś kogoś lekceważy, traci na tym jego wizerunek (człowieka), jego autorytet (władzy), jego marka (firma)! Gdy zaś działa przeciwnie - nawet jeśli odmownie - buduje swój dobry wizerunek. Starając się o pracę, dostaję mejle, które oznaczają: nie - jednak wzbudza mój szacunek sama odpowiedź. Gdy przychodzę do kogoś z jakąś sprawą, ona nie zawsze jest załatwiona tak, jakbym chciał, ale jeśli widzę, że się nią zajęto, czuję się zauważony. Jeśli mówię do kogoś i widzę, że mnie słucha, chociaż się nie zgadza - doceniam to... To, jacy jesteśmy dla innych, wydaje świadectwo o nas samych. Tak więc po stokroć warto pielęgnować w sobie miłość i szacunek do ludzi, którzy nas otaczają. Poprzez miłość, cierpliwość, szacunek i dobroć nie tylko wpływamy na życie innych, lecz także na siebie samych.

Bóg umiłował ludzi - każdego człowieka, jaki kiedykolwiek żył, żyje obecnie i kiedykolwiek będzie żył na tym świecie. Jeśli Bóg jest dla mnie Kimś, jeśli jest ważny w moim życiu - to automatycznie w moim życiu na bardzo wysokiej pozycji jest także człowiek. Takie są reguły Boga. To, jacy jesteśmy dla innych ludzi jest odzwierciedleniem tego, co jest w naszym sercu. Jeśli w moim sercu jest prawdziwa więź z Panem, to owocem tego będzie wyciągnięcie ręki ku innym ludziom. Jeśli Bóg wlewa miłość w serce człowieka, to w takiej ilości, że wylewa się ona z niego na innych! Jeśli Bóg jest dobry, to jakże może mówić innym o dobroci Boga ktoś, kto sam nie jest dobry dla innych? Miłość i traktowanie innych z szacunkiem i troską nie mogą być jakąś "opcją" w naszym życiu lecz programem działania. Jeśli w czyimś życiu tego brakuje, to znaczy, że ma zły "software" - kiepsko działający i zawirusowany - i musi się koniecznie połączyć z "Wydawcą" odpowiedniego "oprogramowania"! ;)
 
Ten świat jest zwichrzonym światem o zniszczonych fundamentach. Gdy słyszę: "takie jest życie i takie są reguły gry", ja mówię: NIE! Gdy słyszę: "najważniejsza jest korzyść, i ludzie mają ci przynosić korzyść", ja mówię: NIE! Gdy słyszę: "nie ma żadnych zasad, bierz dla siebie ile zdołasz, drap, nie oglądaj się na innych", ja mówię: NIE! Gdy słyszę: "takie jest życie i nic nie poradzisz - zdepcz innych, żeby nie być zdeptanym", ja mówię: NIE! TO NIE MOJA GRA! Zło zadomowiło się na tym świecie od samego początku z winy człowieka, ale jeśli ten świat jest przeżarty przez zło, to ja nie chcę być zły, bym zwyciężał w tym świecie, grając według złych, podłych reguł. NIE WARTO! W ten sposób można "wygrać" tylko na chwilę, a przegrać w ostateczności wszystko i siebie samych. Ten, kto wygrywa, grając według reguł ustanowionych przez Zło, jest jak gracz, któremu "idzie karta", lecz ostatecznie traci wszystkie bogactwa - a nawet więcej, bo gra się toczy o życie! Nie grając według reguł tego świata możemy bezustannie tracić jakieś kawałeczki dóbr doczesnych, ale na koniec "rozbijamy bank", bowiem jest powiedziane: "...ufajcie, Ja zwyciężyłem świat" (Ewangelia Jana 16, 33). Jeśli chodzi o mnie, to wolę się trzymać zasad Wygrywającego - także gdy mówi, jak mam traktować ludzi. Nie warto wygrywać tylko przez chwilę - warto "dobrze obstawić" w "finalnej rozgrywce"! Moje uczynki - w tym także to, jak traktuję innych ludzi - nie dają mi w tej grze wygranej, ale są jak żetony położone na wygrywającym polu, polu oznaczonym Krzyżem Chrystusa.