czwartek, 6 sierpnia 2015

Czy mnie miłujesz?

"Gdy więc spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, miłujesz mnie więcej niż ci? Rzekł mu: Tak, Panie! Ty wiesz, że cię miłuję. Rzecze mu: Paś owieczki moje.  Rzecze mu znowu po raz drugi: Szymonie, synu Jana, miłujesz mnie? Rzecze mu: Tak, Panie! Ty wiesz, że cię miłuję. Rzekł mu: Paś owieczki moje. Rzecze mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, miłujesz mnie? Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Miłujesz mnie? I odpowiedział mu: Panie! Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że cię miłuję. Rzecze mu Jezus: Paś owieczki moje." (Ewangelia Jana 21, 15 - 17)
Katolicy w tej biblijnej scenie dopatrują się szczególnego powołania Piotra, na - jak uważają - "pierwszego papieża", "głowę Kościoła". Prawdziwe znaczenie tej sceny jest jednak zupełnie inne. Jezus nie nadaje Piotrowi żadnego zwierzchnictwa, żadnych specjal- nych przywilejów. Natomiast przywraca go - po jego zaparciu się - w tych słowach w pełni do grona Apostołów, ludzi, którym powierzył kładzenie podwalin i budowę Kościoła.

Pewnie warto sobie postawić pytanie: po co w ogóle ta indagacja? Czy Jezus nie mógł po prostu powiedzieć: "Piotrze, już wszystko jest w porządku"? Czyżby nie wiedział tego, że Piotr jest skruszony i prawdziwie Go miłuje? Oczywiście, że wiedział to bardzo dobrze, bo przecież jako Bóg miał i ma pełne wejrzenie w każde ludzkie serce i każdą naszą myśl. Gdy chodził pośród ludzi, rozmawiał z nimi, wielokrotnie dawał dowody tego, jak doskonale zna życie i myśli każdego człowieka, wprawiając tym spotkanych w osłupienie! Jeśli wiedział (dla przykładu) ile grzechu było w życiu obcej Samarytanki, spotkanej ongiś przy studni, to równie dobrze wiedział przecież, że Piotr miłuje Go, ile było w tym momencie w jego sercu miłości i oddania, i bardzo mu wstyd za to, że się od Niego odżegnywał ze strachu o własne życie. Możemy być pewni - choć Słowo Boże tego nie wspomina - że Piotr wcześniej odbył "spowiedź" przed Bogiem, wyznał swe winy Chrystusowi i zyskał przebaczenie grzechów. Jezus wiedział, że Piotr Go miłuje!

Bóg nie potrzebował usłyszeć od Piotra wyznania miłości (choć jestem głęboko przekonany, że raduje się zawsze, gdy człowiek wyznaje Mu swą miłość i powinniśmy to czynić jak najczęściej, każdego dnia). Ta indagacja była raczej potrzebna Piotrowi. Służyła duchowemu oczyszczeniu i uzdrowieniu, duchowej odnowie i umocnieniu. Piotr być może wciąż czuł się winny; czuł się może jak zdrajca, niegodny tego, by siadać z Panem, rozmawiać z nim, być wśród Apostołów. Chrystus upewnia go, że, choć upadł, to się podniósł i jest powołany do tego, by wznosić się coraz wyżej i pociągać innych ku Bogu - że jest znów w pełni apostołem i wodzem w Kościele na równi z innymi. Czasem, gdy Bóg w jakiejś sprawie nas mocniej "naciska", to nie po to, aby nas pognębić, lecz by nam dodać skrzydeł! Myślę, że im bardziej Pan na Piotra naciskał, tym głębiej Piotr zaglądał do własnego serca, wypróbowując to, co w nim było - miłość odnowioną i umocnioną, być może w takim stopniu, że nigdy wcześniej aż tak nie miłował...

Skruszony Piotr nie rozumie jeszcze dlaczego Panu nie starczyło jedno tylko zapewnienie z jego strony o miłości. Fakt, że Jezus pyta go o miłość trzykrotnie nawiązuje do faktu, że Piotr się trzykrotnie go zaparł, trzykrotnie zasmucił Chrystusa. Trzykrotność ma też wymiar symboliczny (a wiemy, że Bóg często posługuje się stworzoną przez ludzi symboliką). Otóż w starożytności liczba trzy symbolizowała harmonię, ład i pełnię. Trzykrotne zapytanie ze strony Chrystusa: "czy mnie miłujesz?" i trzykrotne zapewnienie z ust Piotra o miłości, symbolizuje więc powrót Piotra do pełnej harmonii / społeczności z Chrystusem. Mamy tu też obraz Bożego miłosierdzia - Piotr upadł i odszedł od Boga, lecz gdy wrócił, zyskał przebaczenie i został przywrócony do swej dawnej godności i funkcji w Kościele. Wiemy, że potem też nie zawsze trzymał się 100% nauki Bożej, ciągało go w różne strony i bywał ostro strofowany przez innych uczniów Pana, lecz przecież wytrwał z Chrystusem i życie swe zakończył jako męczennik.

George Basil Hume - wybitny teolog i myśliciel katolicki, benedyktyński opat i późniejszy kardynał - sformułował kiedyś ciekawą myśl: "Gesty szczere i wiele mówiące są miedzy nami konieczne. Są również konieczne w naszych stosunkach z Bogiem. Gest potwierdza Bogu, że Go kocham lub przynajmniej, że tego chcę" ("W poszukiwaniu Boga", Instytut Wydawniczy "Pax", Warszawa 1983, str. 79). Owszem, lecz trzeba pamiętać, że gest ten ma znaczenie tylko wówczas, gdy odpowiada temu, co jest w naszym sercu. Jeśli gest nasz będzie "bez pokrycia", bez depozytu złożonego w sercu, nie będzie on radował Boga. Bóg nim wzgardzi, bo Bóg gardzi kłamstwem i hipokryzją.

"Nie można być przydatnym, dopóki się nie pokocha" - mówi Hume. Ten fragment Ewangelii skłania mnie do zastanowienia: a jaka jest MOJA miłość do Boga i co JA odpowiedziałbym Chrystusowi? Czy miałbym odwagę spojrzeć Mu głęboko w oczy i powiedzieć: "Tak, Panie, Ty wiesz, że Ciebie kocham"? To nie jest tylko bardzo osobista i bez znaczenia dla nas rozmowa pomiędzy Mistrzem a uczniem - to pytanie skierowane przez Chrystusa także do nas: kim Ja jestem dla ciebie i co do Mnie czujesz? To pytanie zmusza nas, byśmy przyjrzeli się sami sobie, byśmy zajrzeli głęboko we własne serce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz