piątek, 14 sierpnia 2015

Jedność Dzieci Bożych

"Nowe przykazanie daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem; abyście się i wy wzajemnie miłowali. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli miłość wzajemną mieć będziecie" (Ewangelia Jana 13, 34 - 35)
Jedność... To słowo robi obecnie oszałamiającą karierę. Modny jest "ekumenizm", bratanie się, rozmowy, poklepywanie się po ramionach... Miałem okazję wczorajszego wieczoru słyszeć katolickiego księdza, który do zgromadzonych ludzi, katolików i protestantów mówił o ekumenizmie i zachęcał do modlitwy o jedność - jedność polegającą na... wejściu wszystkich chrześcijan do Kościoła katolickiego, i zachęcał do modlitwy o taką właśnie jedność i poprowadził w takiej modlitwie, jak mówił: "w modlitwie wraz z Maryją i tymi, którzy już zmarli, a którzy wciąż są Kościołem". Wiecie, w moim sercu wezbrał sprzeciw i miałem ochotę wykrzyczeć go na cały głos, że tak nie jest i tak być nie może, że to wcale nie jest ekumenizm, a prozelityzm, że tak to nie może funkcjonować.

Jedność... Mówi się, że musimy ją budować i pielęgnować. Jest to możliwe tyko na gruncie modlitwy i  Ewangelii - gdy stajemy z pokornym sercem przed Bogiem i gdy z otwartym umysłem wczytujemy się w Boże Słowo. Właściwie wcale nie musimy o jedność zabiegać - tam, gdzie jest pokora w sercach i umysłach ludzi, gdzie jest autentyczna miłość do Boga, gdzie jest szczera modlitwa i wchłanianie Ewangelii, tam jedność rodzi się sama z siebie. Szczere przylgnięcie do Boga nie jest możliwe, bez miłości do drugiego człowieka, bez widzenia w nim brata / siostry, bez szacunku i otwartości. W ten sposób możemy osiągnąć daleko idące porozumienie i współpracę. Nie wolno nam jednak odstępować w tej współpracy i braterstwie Ewangelii - nie wolno nam czynić nic, co byłoby przekroczeniem ewangelicznych granic, nic, co nie mieści się w Ewangelii. Jedność jest możliwa, gdy odrzucimy pychę - poczucie własnej wyższości z powodów takiego a nie innego wyznania (która często, niestety, przydarza się tak katolikom, jak i protestantom) - pozostawimy z boku praktyki i przekonania, które nie mieszczą się na biblijnym gruncie (co nie oznacza wyparcia się, czy nie wyrażania własnych przekonań!) i po prostu, tak oczyszczeni, stajemy razem.

Jedność... Nie musimy o nią zabiegać. Jedność nie tylko tworzy się automatycznie tam, gdzie jest prawdziwy Chrystus, prawdziwa Ewangelia, prawdziwa miłość chrześcijańska. Możemy być też pewni, że jedność jest naszym przeznaczeniem, naszą przyszłością. Gdy ten świat przeminie, a Bóg uczyni wszystko nowym, wokół Bożego tronu będzie zgromadzonych bardzo wielu ludzi. Czy myślicie, że będą tam baptyści? Może adwentyści? A katolicy? O! Może będzie tam wielu zielonoświątkowców? Nie! Zaręczam wam, że nie będzie tam ani jednego baptysty, adwentysty, katolika czy zielonoświątkowca! Ani też nikogo z tych, którzy używają jakichkolwiek innych nazw na samookreślenie się. Kto więc tam będzie? Dzieci Boże! Dlatego nie usiłujmy budować jedności - zwłaszcza polegającej na przeciąganiu ludzi ze wspólnoty do wspólnoty. Do budowania i umacniania (pielęgnacji) jedności największy wkład mamy wówczas, gdy pozwalamy Bogu działać w naszym sercu i przemieniać nas samych na Dziecko Boże.

piątek, 7 sierpnia 2015

Bez granic

"Błogosław, duszo moja, Panu I nie zapominaj wszystkich dobrodziejstw jego! On odpuszcza wszystkie winy twoje, Leczy wszystkie choroby twoje. (...) Miłosierny i łaskawy jest Pan, Cierpliwy i pełen dobroci. Nie prawuje się ustawicznie, Nie gniewa się na wieki. Nie postępuje z nami według grzechów naszych Ani nie odpłaca nam według win naszych. Lecz jak wysoko jest niebo nad ziemią, Tak wielka jest dobroć jego dla tych, którzy się go boją. Jak daleko jest wschód od zachodu, Tak oddalił od nas występki nasze" (Psalm 103, 2 - 3 i 8 - 12)
Bóg jest niesamowity w swej miłości do człowieka i w swym miłosierdziu! My, ludzie, przez całe życie uczymy się przebaczać winy innym, lecz myślę, że niezwykle trudno, lub wręcz niemożliwe jest przebaczenie całkowite - bo zostaje w nas pamięć o tym, co się zdarzyło. A Bóg przebacza tak doskonale, że odsuwa od siebie wszelkie wspomnienie o tym, co złego uczynili ci, którzy potem przychodzą do Niego ze skruszonym sercem. Każdy, kto się nawraca i wierzy, zyskuje przebaczenie win, gdyż sam Bóg umarł za niego na krzyżu, zapłacił śmiertelny rachunek i gdy obmywa nas z grzechu swą krwią, już nigdy nie wraca do tego, co było w naszym życiu złe i diabelskie. I nie będzie już żadnego sądu nad tymi, którzy uwierzyli, bo śmierć Chrystusa ma moc usprawiedliwienia - On poniósł śmierć, na którą my zasłużyliśmy. "Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, lecz darem łaski Bożej jest żywot wieczny w Chrystusie Jezusie, Panu naszym" (List do Rzymian 6, 23). To, o czym śpiewał Dawid urzeczywistniło się w pełni dzięki krzyżowi Chrystusa.

"Jak daleko jest wschód od zachodu, Tak oddalił od nas występki nasze" (Psalm 103, 12). Cóż to znaczy? Dlaczego właściwie wschód od zachodu, a nie np. południe od północy? Jeśli pójdziemy na północ, to dojdziemy do bieguna północnego, a jeśli idziemy dalej, zaczynamy iść na południe. Jeśli pójdziemy na południe, dotrzemy w końcu do bieguna południowego i idąc dalej zaczniemy iść na północ. Natomiast jeśli skierujemy się na wschód lub zachód, możemy tak iść bez końca i nigdy nie dojdziemy do punktu, który moglibyśmy określić jako skrajny dla tych kierunków. NIESKOŃCZONOŚĆ. Cóż więc znaczą słowa "jak daleko jest wschód od zachodu"? To oznacza, że dając nam zbawienie, Bóg odsuwa od nas nasze grzechy - to nie znaczy, że stajemy się całkowicie wolni i nie grzeszymy już, ale że nasze grzechy giną za horyzontem i Bóg już na nie nie spogląda. Nie zwalnia nas to rzecz jasna z wyznawania przed Bogiem grzechów bieżących, byśmy byli czysty i by nasze serce mogło być stale reperowane.

"Lecz jak wysoko jest niebo nad ziemią, Tak wielka jest dobroć jego dla tych, którzy się go boją" (Psalm 103, 11). Któż może oszacować jak wysoko jest niebo nad ziemią? Wiemy dziś dobrze, że to, co zwykliśmy nazywać "sklepieniem niebieskim" nie jest żadną otoczką ziemi, nie jest żadną granicą. Gdy spojrzymy w niebo, mamy przed sobą przestrzeń, której nie da się zmierzyć i określić w liczbach - choć naukowcy próbują oszacować rozmiary wszechświata. NIESKOŃCZONOŚĆ. Boża miłość i dobroć dla tych, którzy są zbawieni i żyją na Boży sposób, nie mają żadnej granicy. Bóg jest miłosierny dla tych, którzy są bogobojni i do Niego się uciekają w swym życiu. Lecz przyjdzie kiedyś także jako równie sprawiedliwy i surowy sędzia - jego sprawiedliwość i surowość też nie mają granic - lecz możemy ich uniknąć, gdyż trwa czas, gdy Bóg chętnie okazuje łaskę i przebacza.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Czy mnie miłujesz?

"Gdy więc spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, miłujesz mnie więcej niż ci? Rzekł mu: Tak, Panie! Ty wiesz, że cię miłuję. Rzecze mu: Paś owieczki moje.  Rzecze mu znowu po raz drugi: Szymonie, synu Jana, miłujesz mnie? Rzecze mu: Tak, Panie! Ty wiesz, że cię miłuję. Rzekł mu: Paś owieczki moje. Rzecze mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, miłujesz mnie? Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Miłujesz mnie? I odpowiedział mu: Panie! Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że cię miłuję. Rzecze mu Jezus: Paś owieczki moje." (Ewangelia Jana 21, 15 - 17)
Katolicy w tej biblijnej scenie dopatrują się szczególnego powołania Piotra, na - jak uważają - "pierwszego papieża", "głowę Kościoła". Prawdziwe znaczenie tej sceny jest jednak zupełnie inne. Jezus nie nadaje Piotrowi żadnego zwierzchnictwa, żadnych specjal- nych przywilejów. Natomiast przywraca go - po jego zaparciu się - w tych słowach w pełni do grona Apostołów, ludzi, którym powierzył kładzenie podwalin i budowę Kościoła.

Pewnie warto sobie postawić pytanie: po co w ogóle ta indagacja? Czy Jezus nie mógł po prostu powiedzieć: "Piotrze, już wszystko jest w porządku"? Czyżby nie wiedział tego, że Piotr jest skruszony i prawdziwie Go miłuje? Oczywiście, że wiedział to bardzo dobrze, bo przecież jako Bóg miał i ma pełne wejrzenie w każde ludzkie serce i każdą naszą myśl. Gdy chodził pośród ludzi, rozmawiał z nimi, wielokrotnie dawał dowody tego, jak doskonale zna życie i myśli każdego człowieka, wprawiając tym spotkanych w osłupienie! Jeśli wiedział (dla przykładu) ile grzechu było w życiu obcej Samarytanki, spotkanej ongiś przy studni, to równie dobrze wiedział przecież, że Piotr miłuje Go, ile było w tym momencie w jego sercu miłości i oddania, i bardzo mu wstyd za to, że się od Niego odżegnywał ze strachu o własne życie. Możemy być pewni - choć Słowo Boże tego nie wspomina - że Piotr wcześniej odbył "spowiedź" przed Bogiem, wyznał swe winy Chrystusowi i zyskał przebaczenie grzechów. Jezus wiedział, że Piotr Go miłuje!

Bóg nie potrzebował usłyszeć od Piotra wyznania miłości (choć jestem głęboko przekonany, że raduje się zawsze, gdy człowiek wyznaje Mu swą miłość i powinniśmy to czynić jak najczęściej, każdego dnia). Ta indagacja była raczej potrzebna Piotrowi. Służyła duchowemu oczyszczeniu i uzdrowieniu, duchowej odnowie i umocnieniu. Piotr być może wciąż czuł się winny; czuł się może jak zdrajca, niegodny tego, by siadać z Panem, rozmawiać z nim, być wśród Apostołów. Chrystus upewnia go, że, choć upadł, to się podniósł i jest powołany do tego, by wznosić się coraz wyżej i pociągać innych ku Bogu - że jest znów w pełni apostołem i wodzem w Kościele na równi z innymi. Czasem, gdy Bóg w jakiejś sprawie nas mocniej "naciska", to nie po to, aby nas pognębić, lecz by nam dodać skrzydeł! Myślę, że im bardziej Pan na Piotra naciskał, tym głębiej Piotr zaglądał do własnego serca, wypróbowując to, co w nim było - miłość odnowioną i umocnioną, być może w takim stopniu, że nigdy wcześniej aż tak nie miłował...

Skruszony Piotr nie rozumie jeszcze dlaczego Panu nie starczyło jedno tylko zapewnienie z jego strony o miłości. Fakt, że Jezus pyta go o miłość trzykrotnie nawiązuje do faktu, że Piotr się trzykrotnie go zaparł, trzykrotnie zasmucił Chrystusa. Trzykrotność ma też wymiar symboliczny (a wiemy, że Bóg często posługuje się stworzoną przez ludzi symboliką). Otóż w starożytności liczba trzy symbolizowała harmonię, ład i pełnię. Trzykrotne zapytanie ze strony Chrystusa: "czy mnie miłujesz?" i trzykrotne zapewnienie z ust Piotra o miłości, symbolizuje więc powrót Piotra do pełnej harmonii / społeczności z Chrystusem. Mamy tu też obraz Bożego miłosierdzia - Piotr upadł i odszedł od Boga, lecz gdy wrócił, zyskał przebaczenie i został przywrócony do swej dawnej godności i funkcji w Kościele. Wiemy, że potem też nie zawsze trzymał się 100% nauki Bożej, ciągało go w różne strony i bywał ostro strofowany przez innych uczniów Pana, lecz przecież wytrwał z Chrystusem i życie swe zakończył jako męczennik.

George Basil Hume - wybitny teolog i myśliciel katolicki, benedyktyński opat i późniejszy kardynał - sformułował kiedyś ciekawą myśl: "Gesty szczere i wiele mówiące są miedzy nami konieczne. Są również konieczne w naszych stosunkach z Bogiem. Gest potwierdza Bogu, że Go kocham lub przynajmniej, że tego chcę" ("W poszukiwaniu Boga", Instytut Wydawniczy "Pax", Warszawa 1983, str. 79). Owszem, lecz trzeba pamiętać, że gest ten ma znaczenie tylko wówczas, gdy odpowiada temu, co jest w naszym sercu. Jeśli gest nasz będzie "bez pokrycia", bez depozytu złożonego w sercu, nie będzie on radował Boga. Bóg nim wzgardzi, bo Bóg gardzi kłamstwem i hipokryzją.

"Nie można być przydatnym, dopóki się nie pokocha" - mówi Hume. Ten fragment Ewangelii skłania mnie do zastanowienia: a jaka jest MOJA miłość do Boga i co JA odpowiedziałbym Chrystusowi? Czy miałbym odwagę spojrzeć Mu głęboko w oczy i powiedzieć: "Tak, Panie, Ty wiesz, że Ciebie kocham"? To nie jest tylko bardzo osobista i bez znaczenia dla nas rozmowa pomiędzy Mistrzem a uczniem - to pytanie skierowane przez Chrystusa także do nas: kim Ja jestem dla ciebie i co do Mnie czujesz? To pytanie zmusza nas, byśmy przyjrzeli się sami sobie, byśmy zajrzeli głęboko we własne serce.