środa, 29 lipca 2015

Zagubione "owce"

A zbliżali się do niego wszyscy celnicy i grzesznicy, aby go słuchać. Faryzeusze zaś i uczeni w Piśmie szemrali i mówili: Ten grzeszników przyjmuje i jada z nimi. Powiedział im więc takie podobieństwo: Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie pozostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustkowiu i nie idzie za zagubioną, aż ją odnajdzie? A odnalazłszy, kładzie ją na ramiona swoje i raduje się. I przyszedłszy do domu, zwołuje przyjaciół i sąsiadów, mówiąc do nich: Weselcie się ze mną, gdyż odnalazłem moją zgubioną owcę! Powiadam wam: Większa będzie radość w niebie z jednego grzesznika, który się upamięta, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują upamiętania." (Ewangelia Łukasza 15, 1 - 8)
W ostatnich tygodniach byłem dość mocno zajętym człowiekiem - a to dlatego, że wraz z przyjaciółmi przygotowaliśmy bardzo wyjątkowe wydarzenia artystyczno - ewangelizacyjne, posługę Davida Pierce'a i jego zespołu No Longer Music. Na spotkania te, zorganizowane w Kole i Gnieźnie, przyszły setki, setki osób - nie zawsze świadomych tego, na co tak właściwie przychodzą. Choć może się to zdawać dziwne, nawet w takim kraju, jak nasz - choć za rok będziemy obchodzić 1050 rocznicę "Chrztu Polski" - nie brakuje ludzi, którzy tak naprawdę nigdy w swym życiu nie słyszeli Ewangelii, i nie są świadomi tego, kim jest Jezus Chrystus, co dla nas, ludzi, On uczynił i kim my możemy być i jak możemy żyć, gdy swe życie zwiążemy z Nim. Dla wielu ludzi koncerty NLM były okazją, by otworzyć oczy i ujrzeć naszą wspólną i swoją indywidualną rzeczywistość w zupełnie nowy sposób. Wiele osób miało możliwość zobaczyć - czasem po raz pierwszy w życiu - zupełnie inny Kościół, niż sobie wyobrażali, jaki Kościół jest. Ku naszej wielkiej radości wiele osób podjęło też decyzję związania swego życia z Jezusem Chrystusem. Wielu też podchodziło, by porozmawiać i prosić o modlitwę.

Gdy kończyło się powoli spotkanie w Kole, podszedł do mnie pewien mężczyzna, bardzo zaniedbany, lekko zalatujący brudem i alkoholem (jednak nie bardzo pijany), w podartym ubraniu... "Ty, a do tej modlitwy to gdzie... do kogo pójść". Wiecie... Nie mogę zapomnieć oczu tego człowieka - lekko zaczerwienionych i pełnych łez, które spływały mu też po twarzy. Zaprowadziłem go do jednego z tych, którzy mogli się o niego pomodlić, nawiązać kontakt i zaopiekować się nim. Interesujące jest, z jak wielką mocą Ewangelia przedarła się do jego serca, poprzez błonę grzechów i nałogów, i jak silne musiało być dotknięcie, skoro mężczyzna ten tak płakał i tak wielką miał determinację, by znaleźć ludzi, którzy się o niego pomodlą! Nie wiem jak się modlił ów brat mój, którego opiece go powierzyłem, lecz ja modliłem się, by Bóg uwolnił go od nałogów, by napełnił go wstrętem do alkoholu i szczerze mówiąc wcale bym nie był zdziwiony, gdyby odtąd nie był on w stanie wziąć kropli alkoholu do ust. Jednak nawet jeśli to nie stanie się od razu, to wiem, że Bóg nie zapomni o tym człowieku i w wybranym przez siebie momencie przypomni mu o Sobie - po czasem rewolucja w ludzkim sercu zaczyna się z pewnym opóźnieniem.

Obawiam się, że gdy mówi się: "Kościół", wiele osób wyobraża sobie schludną kaplicę, rząd ławek, księdza w ornacie lub pastora w garniturze, elegancko ubranych panów i panie, kwiatki, Biblia, palące się świece... A gdyby nagle do tego naszego idealnego Kościoła wszedł ktoś właśnie taki, jak ów mężczyzna i usiadł w ławce obok nas? Wyobrażam sobie pewne poruszenie w Kościele! Wiecie, gdy przed wielu laty wielebny William Booth, późniejszy założyciel Armii Zbawienia pewnej niedzieli do jednego z Kościołów w Nottingham przyprowadził "swoje owieczki" z robotniczej dzielnicy nędzy, ludzie zaczęli się odsuwać i zatykać nosy, a od pastora usłyszał: "Sprowadzanie tych ludzi z marginesu tutaj i sadzanie ich w naszych ławkach nie jest czymś właściwym. Czy mógłbyś nie przyprowadzać ich tu tylu naraz i jeśli przychodzą, wprowadzać ich dyskretnie i sadzać za zasłoną, aby nikogo nie raził ich widok i zapach?" W okolicy, gdzie mieszkam, od pewnego czasu kręci się wielu "meneli" (bardzo nie lubię tego stygmatyzującego określenia, ale pozwalam sobie go czasem używać, gdyż jest dość "obrazowe"). A gdyby któregoś dnia jakiś "nowy William Booth" zdołał zgromadzić ich i poprowadzić do najbliższego Kościoła - takich, jakimi są na ulicy? Obawiam się, że reakcja byłaby pewnie bardzo podobna. A ta owca z opowieści Pana Jezusa też pewnie była, bardzo delikatnie rzecz ujmując, "w nie najlepszym stanie" - podrapana, brudna, z wełną potarganą, z zaplątanymi w niej gałązkami i gródkami błota zlepiającymi kołtuny. Takie osoby, niestety, często są omijane z odrazą i odrzucane, a przecież właśnie takie "zagubione owce" potrzebują najwięcej troski!

Wracam myślą do tych ludzi przesiadujących na ławkach w mojej okolicy - i wielu innych im podobnych w całym moim mieście, i nie tylko w nim. Niestety często widzimy w nich "nasz problem", "problem naszej dzielnicy", "problem naszego miasta". Przeszkadzają nam w naszym życiu, jak... śmieci, które powinny zostać wymiecione, zniknąć z naszej okolicy. Ale nie wolno nam myśleć o nich w takich kategoriach, bo żaden człowiek nie jest śmieciem i nie zasługuje na wymiecenie, na wyrzucenie na śmietnisko, jak najdalej od nas! Jeśli ktoś myśli, że Bóg kocha i ceni tylko tych trzeźwych, domytych, ładnie pachnących, uczesanych i nieźle ubranych i za takich właśnie Jezus umarł i takich chce w swoim Kościele, to powinien się zastanowić, czy ten Jezus, którego czci, jest aby na pewno tym samym, o którym opowiada nam Biblia, a który zadawał się z celnikami, prostytutkami i trędowatymi, ku wielkiemu zgorszeniu porządnych i bogobojnych Żydów... Gdy mamy przed sobą dziwnego "osobnika" - obdartego i cuchnącego, czasem bardzo trudno jest nam dostrzec w nim człowieka, bliźniego, którego mamy kochać i o którego powinniśmy się troszczyć. Ów "menel" jest nie mniej kochanym przez Boga człowiekiem, niż my i inni "porządni". Wiecie, Jezus nie umarł na krzyżu tylko za tych, którzy dbają o higienę i schludny ubiór, i którzy nie tykają używek. Bóg umarł na krzyżu także za tych "meneli" z naszych ulic i dworców. My widzimy w takim "menela", a Bóg człowieka, który potrzebuje miłości.

Tak często mijamy takich ludzi z niesmakiem. Widzimy w nich wielki problem - to są ludzie z wielkimi problemami - ale to przede wszystkim dla nas wielkie zadanie. Czyż Pasterz nasz, Jezus Chrystus nie wysyła nas do świata, byśmy poszukiwali zagubionych "owiec"? Im bardziej są zaplątane i w im gorszym są stanie, tym większej troski wymagają. Czy zabiegamy o nie należycie? Dlaczego więc, gdy je widzimy, wolimy omijać je szerokim łukiem?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz