wtorek, 28 lipca 2015

Wdzięczny sługa

"Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście" (Ewangelia Mateusza 25, 40) "Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszonym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg" (2. List do Koryntian 9, 7 - tłum. "Biblia Tysiąclecia")
Przeczytałem właśnie pewną książkę o dalekim wschodzie, "Z Bombaju do Pattarkalu". Są to wspomnienia z Indii francuskiego architekta, Pierra Rambacha, który prowadził tam badania nad ewolucją formy świątyń hinduistycznych. Pewien swami (mnich / guru), aby mu to umożliwić, przyjął go czasowo do swego zakonu. Rambach pisze: "Gdy przechodzę przez plac targowy, niejednokrotnie otrzymuję jałmużnę w postaci ryżu, jarzyn, owoców, a czasem kilku an [w dawnym systemie monetarnym Indii 1/16 rupii]. Nie wolno mi ani odmówić, ani podziękować. To ofiarodawca powinien mi dziękować, dostarczyłem mu bowiem okazji do spełnienia dobrego uczynku. Gdyby nie było ubogich, nie istniałaby cnota miłosierdzia; niechże więc będzie błogosławiony mnich, dzięki któremu można dokonać szlachetnego czynu" (str. 184). Indie - jakby inny świat i inna filozofia życia, z którą niekoniecznie się zgadzam, lecz myślę, że z tych słów - jeśli trochę je oczyścić z pokręconej ideologii i psychomanipulacji - można wysnuć także całkiem chrześcijańskie wnioski. Potrzeba tylko odwrócić - podejść do tego z pozycji tego, który ma dawać (dzielić się), a nie otrzymywać, oczyścić tą myśl z postawy roszczeniowej "uduchowionych mędrców dalekiego wschodu".

Oczywiście dobre uczynki same w sobie nie mają żadnego znaczenia (inaczej, niż wierzą wyznawcy religii wschodu) i nie przybliżają nam w najmniejszym stopniu nieba. Nie ma też żadnego "prawa karmy" - choć czyniąc dobro, możemy doświadczyć też dobra, bo wraca ono do naszego serca pod postacią radości i błogosławieństwa od Boga. Natomiast cenne są te uczynki, gdy związane są z wiarą, gdy wyrastają na podłożu wiary. Miłość do bliźniego wyrasta w sposób zupełnie naturalny na gruncie miłości do Boga. "To ofiarodawca powinien mi dziękować, dostarczyłem mu bowiem okazji do spełnienia dobrego uczynku." Gdy dzielimy się z bliźnim tym, co mamy, nie oczekujmy wdzięczności, lecz radujmy się z tego, że mamy możliwość obdarowywania, że możemy się dzielić tym, co mamy od Boga. Niezależnie od tego, ile dajemy drugiemu człowiekowi z tego, co nam dał Bóg, sami otrzymujemy dużo więcej - nie wolno nam jednak dawać z wyrachowania, zresztą wówczas nie otrzymamy nic. Nie powinniśmy oczekiwać od nikogo wdzięczności za to, co od nas otrzymał. Zresztą przecież tak naprawdę otrzymuje to nie od nas, a od Boga; wszystko, co posiadamy, od Niego bowiem jest i jest całkowicie w Jego władaniu, w Jego dyspozycji i przede wszystkim Jego własnością, a my tak naprawdę jesteśmy tylko tymi, którym to powierzył i dał do dyspozycji - więc nie jest to tak naprawdę żadna nasza zasługa, a zwykła powinność. 

Powinniśmy radować się tym, że możemy się dzielić z innymi. Myślę, że bycie wdzięcznym temu, którego możemy obdarzyć, wcale nie jest "od rzeczy" - bowiem z jednej strony jest to błogosławieństwo, którym "w bonusie" obdarzamy jeszcze tego człowieka, a z drugiej strony jest to także wdzięczność za to błogosławieństwo, które na nas spływa od Boga, gdy nasza wiara owocuje miłością do bliźnich! Gdy dzielimy się z bliźnimi, przyjmujemy postawę Sługi Bożego, Bożego posłańca, który idzie do drugiego człowieka, jako sługa, by jemu zanieść to, co posyła mu Bóg. To samo w sobie jest wielką łaską dla nas, która pobudza do wdzięczności. Czy potrafimy być Bogu wdzięczni za to, co posiadamy i że posiadamy na tyle dostatecznie, że jeszcze możemy się dzielić? Czy potrafimy być wdzięczni za to, że możemy służyć? Czy widzimy w tym tylko jakąś naszą powinność, czy też potrafimy dostrzec w tym nadzwyczajny przywilej? Czy potrafimy mieć serce wdzięcznego sługi?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz