czwartek, 9 lipca 2015

Nie z ludźmi toczymy bój nasz!

"A dlaczego widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku własnym nie dostrzegasz? Albo jak powiesz bratu swemu: Pozwól, że wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twoim? Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego." (Ewangelia Łukasza 6, 41 - 42)
Są w Kościele tacy ludzie, którzy myślą, że "ewangeliczny radykalizm", to bezkompromisowe i nieustanne krytykowanie wszystkiego i wszystkich, co nie zgadza się (rzeczywiście lub tylko ich zdaniem) z Ewangelią Chrystusową. Tacy ludzie często generują spory, gotowi są nie tylko obrzucić najgorszymi obelgami drugiego człowieka, ale prowadzą regularne wojny religijne - choć mogą walczyć tylko na słowa, na szczęście nie na czyny krwawe, jak niegdyś bywało. Tymczasem Bóg przemawia do nas: "A głupich i niedorzecznych rozmów unikaj, wiedząc, że wywołują spory. A sługa Pański nie powinien wdawać się w spory, lecz powinien być uprzejmy dla wszystkich, zdolny do nauczania, cierpliwie znoszący przeciwności, napominający z łagodnością krnąbrnych, w nadziei, że Bóg przywiedzie ich kiedyś do upamiętania i do poznania prawdy i że wyzwolą się z sideł diabła, który ich zmusza do pełnienia swojej woli" (2. List do Tymoteusza 2, 23 - 26. Prawdziwy ewangeliczny radykalizm to umiejętność krytycznego spojrzenia przede wszystkim na własne życie. Kiedyś jako "młody gniewny" postawiłem popularnemu chrześcijańskiemu muzykowi, Mate.O - który mówił o potrzebie otwartości na ludzi i ich wiarę, ich przekonania - pytanie: "Czy nie przeszkadza Ci bałwochwalstwo w Kościele katolickim?" a on odpowiedział: "Tak, bardzo mi przeszkadza bałwochwalstwo... w moim sercu". I to jest właśnie to, od czego powinniśmy zaczynać - od dostrzeżenia i sprzątania brudów we własnym życiu.

Wielką tragedią Kościoła jest fakt, że nie brakuje ludzi, którzy co prawda są w nim od lat i doskonale znają Biblię, mogą cytować nawet z pamięci, ale wiedzy, którą posiedli, bardzo źle używają. Nasuwa mi się pewne skojarzenie z nożem - możesz noża użyć do ukrojenia chleba dla bliźniego, a możesz go także wbić w serce. Prawda Ewangeliczna jest jak taki nóż - możesz nią ubogacić drugiego człowieka, lub... okrutnie zranić. Tak, to możliwe! Ale czy po to ona nam została dana? Ja odpowiadam: NIE! "Wszelkie Pismo od Boga natchnione /jest/ i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości - aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu. " (2. List do Tymoteusza 3, 16 - 17 - tłum. "Biblia Tysiąclecia"). Apostoł Paweł zachęca nas do duchowej szermierki, lecz... z samym sobą. Zachęca nas do uderzania Słowem Bożym, lecz... w samych siebie. Zachęca nas do brutalnej konfrontacji własnego życia z Biblią. Słowo Boże na to zostało nam dane, byśmy nim obciosywali własne serce, a dopiero w dalszej kolejności - z ogromną pokorą i empatią - możemy wychodzić do innych - nie po to, by toczyć religijne spory, lecz aby świadczyć o Bogu i o tym, co On ma do powiedzenia nam, ludziom.

Gdy patrzymy na siebie samych przez pryzmat Ewangelii, naprawdę tracimy ochotę do krytykowania i podkopywania innych; do wywyższania się; do podkreślania swojej doskonałej wiary i równoczesnego potępiania wszystkiego, co wiąże się z wiarą innych; do "prężenia duchowych muskułów" i pokazywania innym, jak bardzo plugawe jest całe ich życie i wszystko, w co wierzą. Im bardziej stajemy się radykalni na Boży sposób, tym bardziej wzrasta w nas pokora i świadomość własnej ułomności, a maleje ochota do stawania do boju w "religijnej wojnie". Zauważam, że im bardziej stajemy się radykalni na Boży sposób, tym bardziej potrafimy dostrzec to, co w ludziach jest piękne, i docenić to, co w nich jest dobrego i wartościowego. Oczywiście nie możemy przemilczać kwestii grzechu, nie możemy nie mówić o tym, co się Bogu nie podoba. Powinniśmy jednak czynić to rozważnie i z miłością - pamiętając o tym, że nie jesteśmy wcale bardziej doskonali niż ci, z którymi rozmawiamy. Jeśli w naszym sercu nie ma pokory, gdy stajemy ponad innymi jako "wzór cnót", to wówczas dopuszczamy się... bałwochwalstwa, bo czcimy już nie Boga, ale własne "ego", własną "doskonałą wiarę". Jakże często ludzie zamiast patrzeć na własne życie przez pryzmat Ewangelii, zapędzają się tak, że patrzą na Ewangelię przez pryzmat własnego życia i wynajdują w niej potwierdzenia własnego doskonalenia!

Jeśli będziemy ludzi bez przerwy krytykować, lub co gorsza poniżać, jeśli będziemy wciąż mówić tylko o tym, że coś robią złe i z tego powodu traktować ich tak, jakby nic dobrego w nich nie było, to nigdy w ten sposób nie pomożemy im choćby o centymetr przybliżyć się do Prawdy! Czy zastanawialiście się kiedyś, co dzieje się z dzieckiem, które wciąż słyszy: jesteś nic nie wart, wszystko robisz źle, i jeszcze jest do tego bite? PATOLOGIA! W ten sposób albo pobudza się ludzi do agresji, albo wpędza w depresję - i czasem słyszymy nawet o samobójstwach. Bezustanna krytyka, mówienie że nawet to, co w człowieku jest dobre nie ma żadnej wartości z powodu tego, co w człowieku jest złe, nieustanne deprecjonowanie człowieka nie są ewangelizacją, lecz formą brutalnej tortury! Nie milcząc o tym, co się Bogu nie podoba, więcej uwagi powinniśmy przykładać do tego, co w ludziach jest dobre, co podoba się Bogu. Nie uciekając od krytyki, powinniśmy raczej być zawsze gotowi do pomocy w rozwijaniu się, rozkrzewianiu tego, co w człowieku jest dobre i cenne. "Paweł, stanąwszy pośrodku Areopagu, rzekł: Mężowie ateńscy! Widzę, że pod każdym względem jesteście ludźmi nadzwyczaj pobożnymi. Przechodząc bowiem i oglądając wasze świętości, znalazłem też ołtarz, na którym napisano: Nieznanemu Bogu. Otóż to, co czcicie, nie znając, ja wam zwiastuję" (Dzieje Apostolskie 17, 22 - 23). Ogrodnik, gdy ma się zająć zachwaszczonym ogrodem, nie wykasza na oślep wszystkiego, na co się natyka - chwasty usuwa, kwiaty zostawia, nawozi, podlewa...

Pokora i miłość do drugiego człowieka są cechą prawdziwego i głębokiego chrześcijańskiego uduchowienia  Jeśli natomiast w człowieku jest pycha i pogarda dla innych, to znaczy, że jest ono fałszywe, diabelskie, sprzeczne ze Słowem Bożym. Jest to diabelska podróbka duchowości i wiary! "Takiego bądźcie względem siebie usposobienia, jakie było w Chrystusie Jezusie..." (List do Filipian 2, 5), "Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych" (Ewangelia Mateusza 11, 29). Jesteśmy posłani, by toczyć duchową walkę, lecz nie przeciwko ludziom. "Przywdziejcie całą zbroję Bożą, abyście mogli ostać się przed zasadzkami diabelskimi. Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich" (List do Efezjan 6, 11 - 12). Gdy próbujemy tą walkę toczyć w sercach innych, jesteśmy skazani na porażkę, bowiem w tym samym momencie przegrywamy ją we własnym. Jeśli widzimy w drugim człowieku przeciwnika, którego musimy koniecznie zmiażdżyć - choćby tylko w dyskusji - to znaczy, że diabeł "zaszedł nas od flanki", przedarł się i właśnie pustoszy nasze serce. A jeśli nasze serce jest spustoszone, to jakże możemy być dobrymi żołnierzami Chrystusa w walce o serca innych? Nie jesteśmy posłani, by stawać przeciwko ludziom, lecz by ich ratować - stawać po ich stronie, osłaniać i pomagać się podnieść, skoro leżą poszarpani przez wroga, którym jest diabeł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz