środa, 1 lipca 2015

Ja, żywy kamień

"Przystąpcie do niego, do kamienia żywego [Jezusa Chrystusa], przez ludzi wprawdzie odrzuconego, lecz przez Boga wybranego jako kosztowny. I wy sami jako kamienie żywe budujcie się w dom duchowy, w kapłaństwo święte, aby składać duchowe ofiary przyjemne Bogu przez Jezusa Chrystusa" (1. List Piotra 2, 4 - 5) "Tak więc już nie jesteście obcymi i przychodniami, lecz współobywatelami świętych i domownikami Boga, zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, którego kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus, na którym cała budowa mocno spojona rośnie w przybytek święty w Panu, na którym i wy się wespół budujecie na mieszkanie Boże w Duchu" (List do Efezjan 2, 19 - 22)
Temat homoseksualizmu nie zajmuje mnie jakoś szczególnie, lecz ponieważ jest właściwie wciąż obecny w mediach, potrzebny jest też głos chrześcijański. Potrzeba światu wciąż mówić o tym, co jest dobre i święte, a co jest złe i grzeszne; ukazywać ludziom ich fatalny stan duchowy i okropną przyszłość i wskazywać drogę zbawienia. Ludziom zagubieni i omotani przez diabła zwykle nie potrafią w ogóle zrozumieć czym jest chrześcijaństwo, kim jest chrześcijanin, czym jest Kościół i dlaczego prawdziwi (!) chrześcijanie są "nietolerancyjni". Oni by chcieli, byśmy funkcjonowali w świecie według zasad tego świata; byśmy zostawili Boga w domu i kościele, zamknęli naszą Bożą Świętą Księgę i działali tak, jak chce ten świat (a raczej diabeł, który się w tym świecie tak strasznie rozpanoszył). Chcieliby, byśmy przestali przypominać uniwersalne Boże zasady; byśmy zaakceptowali homoseksualizm, transwestytyzm i inne podobne; byśmy pokornie wynajmowali im domy i pokoje i świadczyli usługi "ślubne; a najlepiej, byśmy zaczęli im błogosławić i sprawować dla nich kościelne obrzędy. Ludzie ci nie potrafią zrozumieć, że sprzeciw chrześcijan nie jest spowodowany pogardą czy nietolerancją, lecz zasadami, których nam przekraczać nie wolno; że podlegamy wpierw Prawu Bożemu, a dopiero w dalszej kolejności ludzkiemu (i że Konstytucja RP gwarantuje nam ten przywilej, gwarantując wolność wyznania!).

To, co bardzo lubię w tego rodzaju dyskusjach, to fakt, że mnie samego zmuszają one do myślenia o tym, kim jestem, w co wierzę i dlaczego wierzę. Podczas ostatniej dyskusji w pewnym momencie głowiłem się nad tym, co odpowiedzieć człowiekowi, który domaga się, by chrześcijanie zostawili swego Boga i Biblię w zamknięciu i wobec tego świata działali po światowemu. Cóż mogłem odpowiedzieć? "Sam mówisz, że moja wiara to moja osobista sprawa i że powinienem ją ograniczyć do swego domu i Kościoła. OK! Ale musisz wiedzieć, że Kościół to nie budynek, nie jakaś instytucja. Kościół to ludzie, w tym i ja. I jeśli ktoś przychodzi do mnie w jakiejkolwiek sprawie - choćby nie związanej wcale z wiarą - przychodzi z tym do Kościoła, bo ja jestem jednym z jego kamieni - elementów." I to jest myśl, która mi się bardzo spodobała. Wierzę, że to jest odpowiedź od samego Boga dla tych ludzi, a przy tym także lekcja dla mnie. Oczywiście ta odpowiedź wywołała straszne wzburzenie wśród zwolenników "laickiego państwa i społeczeństwa", bowiem napotkali na poważny problem: tak zdefiniowanego Kościoła nie da się odsunąć na margines społeczeństwa; tak zdefiniowany Kościół jest i musi być elementem życia społecznego i ma pełne prawo w nie ingerować. Musiało im się zadymić pod czachami!

Chrześcijaństwo nie jest jakąś ideologią, którą się przyjmuje, i którą można czasem "zawiesić", odsunąć od siebie, wyjść poza nią. Chrześcijaństwo jest sposobem życia - nową naturą człowieka w Chrystusie; jest "duchem" ludzi wierzących; jest całym naszym człowieczeństwem; jest Bogiem głęboko wrytym w serce człowieka... Przenika człowieka tak bardzo, że, jak pisze apostoł Paweł, "żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie" (List do Galatów 2, 20). Jeśli ktoś mówi mi: "wiara to twoja prywatna sprawa, a teraz jesteś wśród ludzi, którzy jej nie podzielają", to jest tak samo, jakby ktoś powiedział: "zdejmij z siebie skórę i załóż inną, a serce i mózg zostaw w domu wychodząc". Niewykonalne! Jestem chrześcijaninem i jestem Kościołem (choć nie sam w sobie dla siebie) i cokolwiek robię, czynię to jako "żywy kamień" Chrystusowego Kościoła - nawet jeśli jest to wożenie gruzu taczką, wylewanie asfaltu czy własny mniejszy lub większy biznes. Wszystko, co robię, mam czynić tak, by podobać się Bogu - i dlatego pewnych rzeczy czynić nie mogę. Pewna kobieta zarzuciła mi, że nie potrafią oddzielić życia prywatnego od zawodowego i społecznego. Potrafię! Ale życie chrześcijańskie to jest po prostu ŻYCIE i obejmuje obie te strefy!

Ten, kto sercem zawierza Bogu, staje się "żywym kamieniem", który Bóg umieszcza w "duchowej świątyni" - w miejscu, które On sam wyznacza i w którym jesteśmy potrzebni. Nie możemy się już z niego wyrwać. Wyobraźnia podsuwa mi taką dziwną scenę: kamienna ściana kościoła i wyskakujące z niej kamienie... Cóż by się stało z takim kościołem, z którego ścian wypadają kamienie? Cóż by się stało z Kościołem, którego "żywe kamienie" byłyby ruchome i tkwiły w "ścianach" tylko w określonym czasie? RUINA - niewiele warta, chyba tylko jako zabytek! Kamień jest wmurowywany po to, by pozostał na swoim miejscu - by ściany były mocne, by być związanym z innymi kamieniami i z "Kamieniem Węgielnym" - Jezusem Chrystusem - by być dla innych kamieni oparciem. Jasne jest, że nie jesteśmy doskonali - ja sam jestem "kamieniem" mocno "obśrupanym" z każdej strony (bo nagrzeszyłem w swym życiu wiele i, niestety, wciąż grzeszę) i dlatego nie my stanowimy podstawę tej budowli. Ale raz wybrani i wstawieni na swoje miejsce przez Boga, mamy w nim trwać - 24h na dobę, 7 dni w tygodniu, aż do śmierci. Jeśli ktoś chce nas skłonić do tego, byśmy siebie "poluzowali" i swobodnie wysuwali się z naszego miejsca w murze, to znaczy, że szatan próbuje nas podważyć, skruszyć i zniszczyć.

Każdy chrześcijanin jest cząstką Kościoła. Każdy, kto do nas przychodzi, przychodzi do Kościoła (a w każdym razie jego cząstki) - choć może tego wcale nie wiedzieć. My zaś możemy podejmować tylko takie działania, które nie będą wbrew Słowu Bożemu, które nie będą wbrew porządkowi ustalonemu dla Kościoła. I nikt nie ma prawa od nas wymagać, byśmy się wyrzekli tego, w co wierzymy, by dostosować się do jego poglądów; nie ma prawa wymagać od nas, byśmy działali wbrew temu, w co wierzymy i Słowu tego, w Kogo wierzymy. Z drugiej strony zaś bycie Kościołem to także poważne zobowiązanie - by być w tym świecie ambasadorami Królestwa Niebieskiego; by nasza obecność w tym świecie i postawa względem ludzi zawsze podobała się Bogu; by zawsze reprezentować Boga godnie, na odpowiednim poziomie, według Boskich standardów działania. Bycie Kościołem to opieranie całego swego życia na zasadach. Nie tylko twarde przedstawianie zasad innym, lecz przede wszystkim twardość wobec siebie i obciosywanie samego siebie - swego charakteru - tak, by się do tych Bożych zasad samemu twardo w życiu stosować, by coraz lepiej leżeć w całości tej "duchowej budowli", jaką jest Kościół Chrystusowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz