czwartek, 30 lipca 2015

Jesteś KIMŚ!

"Potem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas i niech panuje nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad bydłem, i nad całą ziemią, i nad wszelkim płazem pełzającym po ziemi. I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich" (1. Księga Mojżeszowa - tzw. "Rodzaju" - 1, 26 - 27)
Będąc kilka dni temu - pomimo niezbyt sprzyjającej, wietrznej pogody - na plaży, zwróciłem uwagę na pewną nastolatkę, która bawiła się w gronie kolegów i koleżanek. Była to dość ładna dziewczyna o sympatycznym wyglądzie i przyjemnym dla ucha głosie. Ubrana była w jakieś spodnie i granatową koszulkę typu t-shirt z nadrukiem oznajmiającym: "Najlepszy towar w mieście". Miałem ochotę podejść do niej i zapytać ją, dlaczego... uważa się za przedmiot i na ile się wycenia, za ile można ją kupić. A właściwie, czy "towar" trzeba o cokolwiek pytać? Przecież  "towar" po prostu się bierze / kupuje, używa się go według własnych potrzeb i zachcianek, a potem odstawia się, a z czasem wyrzuca (jeśli się popsuje), lub oddaje komu innemu do używania. Czasem zresztą "towar" to... "jednorazówka", która od razu po użyciu idzie do śmieci. Miałem ochotę spytać tą młodą dziewczynę: "Dlaczego sama do siebie masz tak mało szacunku? Dlaczego tak depczesz swoją własną godność? Kim właściwie sama dla siebie jesteś?" Nawet jeśli taka koszulka jest żartem - do którego "należy podejść z dystansem" (jak niektórzy uważają) - to i tak jest to samoponiżanie się, sprowadzanie się do roli przedmiotu, który "powinien budzić pożądanie", do roli... seksualnej zabawki.

Być może nikt nigdy jej nie powiedział, jak bardzo jest ważna; że nie jest CZYMŚ, co można wykorzystać i potem podeptać, ale KIMŚ, kto jest godzien szacunku, troski i miłości; że została stworzona "na obraz i podobieństwo" Boga i że nosi w sobie życie, które jest Jego tchnieniem. Sam fakt, że jesteśmy stworzeni na "boży obraz i podobieństwo" nadaje nam niesamowitą godność - bez względu na płeć czy kolor skóry. Żadne inne stworzenie, choć żywe, nie ma tego samego tchnienia życia, które jest w człowieku i żadne nie zostało w ten sposób przez samego Boga określone: "podobny do nas", "na nasz obraz i podobieństwo"! Człowiek został wdeptany w błoto przez diabła, a Bóg przyszedł przed dwoma tysiącami lat, by nas z tego błota podnieść, i umarł za nas na krzyżu, tam na Golgocie. Bo jesteśmy KIMŚ, nie zaś CZYMŚ! I jest bardzo źle, jeśli o tym zapominamy. Wiecie, to diabeł nas poniża, daje nam myślenie, że nic nie jesteśmy warci, że nasze życie nie jest nic warte, że jesteśmy jak przedmioty, albo zwierzęta, że niewiele różnimy się od zwierząt... To diabeł chce, byśmy przestali szanować innych i samych siebie, byśmy deptali po innych i sami byli deptani. To diabeł tak próbuje urządzać ten świat, by człowiek był pozbawiony swej godności i żył w upodleniu i bagnie. 

Tak wiele osób w tym świecie potrzebuje usłyszeć: "Nie jesteś NIKIM - jesteś KIMŚ! Nie jesteś przedmiotem, 'towarem', przypadkowym zlepkiem komórek - jesteś KIMŚ! Nie jesteś czymś, co można użyć; cieszyć się, póki jest atrakcyjne i nie znudzi się, a potem wyrzucić - jesteś KIMŚ!" Każdy z nas powinien umieć szanować innych, którzy wokół nas żyją, ale powinniśmy także szanować siebie. Jest to wcale nie mniej ważne, niż szacunek do innych, bo przecież nawet sam Pan Jezus powiedział: "Będziesz miłował bliźniego swego JAK SIEBIE SAMEGO" (Ewangelia Mateusza 22, 39). Nigdy, nawet w żartach, nie powinniśmy ani siebie samych, ani tym bardziej innych sprowadzać do poziomu poniżej naszej ludzkiej godności.

Czyż Bóg nie jest dobry?

„Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim.” (1 Jana 4,16) "Miłosierny jest Pan i łaskawy, nieskory do gniewu i bardzo łagodny. Nie wiedzie sporu do końca i nie płonie gniewem na wieki. Nie postępuje z nami według naszych grzechów ani według win naszych nam nie odpłaca. Bo jak wysoko niebo wznosi się nad ziemią, tak można jest Jego łaskawość dla tych, co się Go boją." (Psalm 103, 8 - 11 - "Biblia Tysiąclecia")
Wielu ludzi wciąż mnie pyta: ale dlaczego nie zostałeś w Kościele katolickim? Odpowiedź jest dość prosta: bo nie mogłem! Jednym z kluczowych problemów był kult maryjny - opisałem to dawno temu w tekście pt. "Nie znalazłem tam Boga". Tego, co czytałem w Słowie Bożym nie dało się pogodzić w żaden sposób z tym, co głosił Kościół katolicki, z treścią "objawień maryjnych", z publikacjami nt. "Matki Bożej". Słowo Boże mówiło mi o Dobrym Bogu, do którego możemy przyjść z każdą sprawą i być wysłuchanymi, który przyszedł z nieba na ziemię, by ludziom powiedzieć o tym, jak bardzo nas kocha i dać największy dowód swej miłości - wziąć na siebie ciężar naszych win i karę za nasze grzechy i umarł za nas na krzyżu. Kościół katolicki zaś mówił mi, że "potrzebuję" matki Pana Jezusa, by za mnie zanosiła błagania - jakby mój głos do Jego tronu nie dolatywał - i całej gromady świętych orędowników. Jeśli Bóg przyszedł na ziemię, chodził pośród ludzi, rozmawiał i dał największy możliwy dowód miłości - o czym czytałem w Biblii, to moje zaufanie do nauk katolickich, że potrzebuję pośredników i orędowników, i nade wszystko "dobrej Matki", która może mnie uchronić przed gniewem Boga i zatraceniem, zostało zachwiane i w końcu musiało upaść. Musiałem sobie postawić pytanie, czy wierzę Dobremu Bogu, czy też komuś, kto sam siebie próbuje pokazać jako naszego "dobrego obrońcę" przed gniewnym i szalonym Panem?


Musiałem w sposób jednoznaczny i zdecydowany opowiedzieć się za Dobrym Bogiem i Słowem Bożym, co poskutkowało zerwaniem łączności z Rzymem i jego naukami oraz kultami. Stopniowo zacząłem zauważać bądź odkrywać coraz bardziej szokujące i przerażające fakty związane z kultem maryjnym - m.in. to, że służy on... podważeniu i obaleniu zaufania człowieka do Dobrego Boga. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu spośród tych, którzy tu zajrzą, stwierdzenie to może być bardzo rażące, jednak, nim się na mnie obrazicie, lub uznacie mnie za "bluźniercę", pozwólcie, byśmy się wspólnie przyjrzeli temu, co zawierają w sobie "orędzia maryjne" i "maryjne pieśni".

Słowo Boże poucza nas wielokrotnie o dobroci i miłosierności Boga. Tymczasem gdy byłem jeszcze dzieckiem, a potem młodzieńcem, w Kościele katolickim nauczono mnie śpiewać pewną pieśń - modlitwę, której słowa mówią coś wprost przeciwnego:

"Serdeczna Matko, Opiekunko ludzi,
Niech Cię płacz sierot do litości wzbudzi! (...)
Zasłużyliśmy, to prawda przez złości,
By nas Bóg karał rózgą surowości:
Lecz kiedy Ojciec rozgniewany siecze,
Szczęśliwy, kto się do Matki uciecze
..."

Próbowano mnie kiedyś przekonać, że ten fragment popularnej katolickiej pieśni to tylko "drobna wpadka" jej autora i że Kościół katolicki wcale nie naucza, że Bóg jest srogi, a tylko Matka łagodna i przychylna ludziom. Gdybyż to jednak była prawda! Świadectw o tym, że Kościół katolicki przez wieki lansował "Matkę Bożą" jako tą, u której możemy szukać ochrony przed "rozgniewanym Bogiem" jest jednak więcej! Bardzo podobne słowa są w pieśni "Salve Regina":

"Racz na nas wejrzeć Matko miłosierna,
Rozbrój gniew Syna, Opiekunko wierna;
Niech nam to sprawi Twoja przyczyna,
Gdy Ci śpiewamy: Salve Regina!"

Są też - choć dziś praktycznie zapomniane - tzw. "psalmy maryjne" które są przykładem odwrócenia się od Boga, a zwrócenia do "matki bożej". W jednym z nich czytam:

"Matko moja i Pani wszelkiej łaskawości,
Od Boskiej wszystkich broń zapalczywości,
Albowiem strach przenika wszystkie kości moje
I dla barzo strwożonej dusze ledwie stoję
Rachunek gdy wspominam, który czynić będę,
Kiedy zmysłów i zdrowia wszystkiego pozbędę.
Jednakże twa przyczyna, że modlitwy moje
Pan przyjmie, ufam, Panno, w miłe uszy swoje.
A stąd wstydać się będą źli nieprzyjaciele,
 Bo ich rąk srogich uszło z twej obrony wiele."
(Jakub Gawath - "Psalm 6" z "Usługa codzienna Naświętszej Bogarodzice Pannie Maryjej dla Bractwa Nasłodszego Imienia onej...", Lwów 1647)

"Ma Panno, z głębokościm serca wołał mego
K tobie, byś nakłoniła ucha łaskawego,
Ach, bo mię strach zdejmuje, jesli sprawiedliwy
Pan stawić się za złości nasze zechce mściwy.
Rzekłem jednak sam w sobie: pod twe ochronienie
Skryję się nim przeminie Pańskie zapłonienie.
I tak wszystka ma dusza na to się udała,
Żeby w twym miłosierdziu obfitym ufała.
A tak okup mię, Panno, przez twoje zasługi,
 By zniesione grzechowe ze mnie były długi."
(j.w. - "Psalm 129")

O tym rozsierdzeniu Jezusa i "dobrotliwej matce", która "chroni nas przed jego gniewem" czytamy też w zapisie "objawienia maryjnego" w La Salette (1846 rok): Jeśli mój lud nie zechce się poddać, będę zmuszona puścić ramię Mojego Syna. Jest ono tak mocne i tak ciężkie, że nie zdołam go dłużej powstrzymywać. Od jak dawna cierpię już za was. Chcąc, by Mój Syn was nie opuścił, jestem zmuszona ustawicznie Go o to prosić, a wy sobie nic z tego nie robicie. Choćbyście nie wiem jak się modlili i nie wiem co czynili, nigdy nie zdołacie wynagrodzić trudu, którego się dla was podjęłam. Dałam wam sześć dni do pracy, a siódmy zastrzegłam sobie, a ludzie nie chcą mi go przyznać. Z tej właśnie przyczyny ramię mego Syna staje się tak ciężkie.” Fragment ten pochodzi z oficjalnej publikacji wydanej przez Misjonarzy Saletynów i posiadającej kościelne "nihil obstat" ("nic nie stoi na przeszkodzie") i "imprimatur" ("niech będzie odbite") - co oznacza, że treści w niej zawarte nie są sprzeczne z doktryną Kościoła katolickiego w kwestiach wiary i moralności. Katolik, którego kiedyś o to zapytałem, nie potrafił uporać się z tym problemem, więc odpowiedział: "Może dzieci coś nie tak zrozumiały, albo ten, kto spisywał orędzie popełnił błąd?" Ale władze kościelne "nie zauważyły błędu"? Nie wierzę! Natomiast rozumiem, że mowa o błędzie jest w gruncie rzeczy rozpaczliwą samoobroną, gdy brakuje innych argumentów, a broni się kultu maryjnego jako istotnego elementu tożsamości katolickiej!

środa, 29 lipca 2015

Zagubione "owce"

A zbliżali się do niego wszyscy celnicy i grzesznicy, aby go słuchać. Faryzeusze zaś i uczeni w Piśmie szemrali i mówili: Ten grzeszników przyjmuje i jada z nimi. Powiedział im więc takie podobieństwo: Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie pozostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustkowiu i nie idzie za zagubioną, aż ją odnajdzie? A odnalazłszy, kładzie ją na ramiona swoje i raduje się. I przyszedłszy do domu, zwołuje przyjaciół i sąsiadów, mówiąc do nich: Weselcie się ze mną, gdyż odnalazłem moją zgubioną owcę! Powiadam wam: Większa będzie radość w niebie z jednego grzesznika, który się upamięta, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują upamiętania." (Ewangelia Łukasza 15, 1 - 8)
W ostatnich tygodniach byłem dość mocno zajętym człowiekiem - a to dlatego, że wraz z przyjaciółmi przygotowaliśmy bardzo wyjątkowe wydarzenia artystyczno - ewangelizacyjne, posługę Davida Pierce'a i jego zespołu No Longer Music. Na spotkania te, zorganizowane w Kole i Gnieźnie, przyszły setki, setki osób - nie zawsze świadomych tego, na co tak właściwie przychodzą. Choć może się to zdawać dziwne, nawet w takim kraju, jak nasz - choć za rok będziemy obchodzić 1050 rocznicę "Chrztu Polski" - nie brakuje ludzi, którzy tak naprawdę nigdy w swym życiu nie słyszeli Ewangelii, i nie są świadomi tego, kim jest Jezus Chrystus, co dla nas, ludzi, On uczynił i kim my możemy być i jak możemy żyć, gdy swe życie zwiążemy z Nim. Dla wielu ludzi koncerty NLM były okazją, by otworzyć oczy i ujrzeć naszą wspólną i swoją indywidualną rzeczywistość w zupełnie nowy sposób. Wiele osób miało możliwość zobaczyć - czasem po raz pierwszy w życiu - zupełnie inny Kościół, niż sobie wyobrażali, jaki Kościół jest. Ku naszej wielkiej radości wiele osób podjęło też decyzję związania swego życia z Jezusem Chrystusem. Wielu też podchodziło, by porozmawiać i prosić o modlitwę.

Gdy kończyło się powoli spotkanie w Kole, podszedł do mnie pewien mężczyzna, bardzo zaniedbany, lekko zalatujący brudem i alkoholem (jednak nie bardzo pijany), w podartym ubraniu... "Ty, a do tej modlitwy to gdzie... do kogo pójść". Wiecie... Nie mogę zapomnieć oczu tego człowieka - lekko zaczerwienionych i pełnych łez, które spływały mu też po twarzy. Zaprowadziłem go do jednego z tych, którzy mogli się o niego pomodlić, nawiązać kontakt i zaopiekować się nim. Interesujące jest, z jak wielką mocą Ewangelia przedarła się do jego serca, poprzez błonę grzechów i nałogów, i jak silne musiało być dotknięcie, skoro mężczyzna ten tak płakał i tak wielką miał determinację, by znaleźć ludzi, którzy się o niego pomodlą! Nie wiem jak się modlił ów brat mój, którego opiece go powierzyłem, lecz ja modliłem się, by Bóg uwolnił go od nałogów, by napełnił go wstrętem do alkoholu i szczerze mówiąc wcale bym nie był zdziwiony, gdyby odtąd nie był on w stanie wziąć kropli alkoholu do ust. Jednak nawet jeśli to nie stanie się od razu, to wiem, że Bóg nie zapomni o tym człowieku i w wybranym przez siebie momencie przypomni mu o Sobie - po czasem rewolucja w ludzkim sercu zaczyna się z pewnym opóźnieniem.

Obawiam się, że gdy mówi się: "Kościół", wiele osób wyobraża sobie schludną kaplicę, rząd ławek, księdza w ornacie lub pastora w garniturze, elegancko ubranych panów i panie, kwiatki, Biblia, palące się świece... A gdyby nagle do tego naszego idealnego Kościoła wszedł ktoś właśnie taki, jak ów mężczyzna i usiadł w ławce obok nas? Wyobrażam sobie pewne poruszenie w Kościele! Wiecie, gdy przed wielu laty wielebny William Booth, późniejszy założyciel Armii Zbawienia pewnej niedzieli do jednego z Kościołów w Nottingham przyprowadził "swoje owieczki" z robotniczej dzielnicy nędzy, ludzie zaczęli się odsuwać i zatykać nosy, a od pastora usłyszał: "Sprowadzanie tych ludzi z marginesu tutaj i sadzanie ich w naszych ławkach nie jest czymś właściwym. Czy mógłbyś nie przyprowadzać ich tu tylu naraz i jeśli przychodzą, wprowadzać ich dyskretnie i sadzać za zasłoną, aby nikogo nie raził ich widok i zapach?" W okolicy, gdzie mieszkam, od pewnego czasu kręci się wielu "meneli" (bardzo nie lubię tego stygmatyzującego określenia, ale pozwalam sobie go czasem używać, gdyż jest dość "obrazowe"). A gdyby któregoś dnia jakiś "nowy William Booth" zdołał zgromadzić ich i poprowadzić do najbliższego Kościoła - takich, jakimi są na ulicy? Obawiam się, że reakcja byłaby pewnie bardzo podobna. A ta owca z opowieści Pana Jezusa też pewnie była, bardzo delikatnie rzecz ujmując, "w nie najlepszym stanie" - podrapana, brudna, z wełną potarganą, z zaplątanymi w niej gałązkami i gródkami błota zlepiającymi kołtuny. Takie osoby, niestety, często są omijane z odrazą i odrzucane, a przecież właśnie takie "zagubione owce" potrzebują najwięcej troski!

Wracam myślą do tych ludzi przesiadujących na ławkach w mojej okolicy - i wielu innych im podobnych w całym moim mieście, i nie tylko w nim. Niestety często widzimy w nich "nasz problem", "problem naszej dzielnicy", "problem naszego miasta". Przeszkadzają nam w naszym życiu, jak... śmieci, które powinny zostać wymiecione, zniknąć z naszej okolicy. Ale nie wolno nam myśleć o nich w takich kategoriach, bo żaden człowiek nie jest śmieciem i nie zasługuje na wymiecenie, na wyrzucenie na śmietnisko, jak najdalej od nas! Jeśli ktoś myśli, że Bóg kocha i ceni tylko tych trzeźwych, domytych, ładnie pachnących, uczesanych i nieźle ubranych i za takich właśnie Jezus umarł i takich chce w swoim Kościele, to powinien się zastanowić, czy ten Jezus, którego czci, jest aby na pewno tym samym, o którym opowiada nam Biblia, a który zadawał się z celnikami, prostytutkami i trędowatymi, ku wielkiemu zgorszeniu porządnych i bogobojnych Żydów... Gdy mamy przed sobą dziwnego "osobnika" - obdartego i cuchnącego, czasem bardzo trudno jest nam dostrzec w nim człowieka, bliźniego, którego mamy kochać i o którego powinniśmy się troszczyć. Ów "menel" jest nie mniej kochanym przez Boga człowiekiem, niż my i inni "porządni". Wiecie, Jezus nie umarł na krzyżu tylko za tych, którzy dbają o higienę i schludny ubiór, i którzy nie tykają używek. Bóg umarł na krzyżu także za tych "meneli" z naszych ulic i dworców. My widzimy w takim "menela", a Bóg człowieka, który potrzebuje miłości.

Tak często mijamy takich ludzi z niesmakiem. Widzimy w nich wielki problem - to są ludzie z wielkimi problemami - ale to przede wszystkim dla nas wielkie zadanie. Czyż Pasterz nasz, Jezus Chrystus nie wysyła nas do świata, byśmy poszukiwali zagubionych "owiec"? Im bardziej są zaplątane i w im gorszym są stanie, tym większej troski wymagają. Czy zabiegamy o nie należycie? Dlaczego więc, gdy je widzimy, wolimy omijać je szerokim łukiem?

wtorek, 28 lipca 2015

Wdzięczny sługa

"Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście" (Ewangelia Mateusza 25, 40) "Każdy niech przeto postąpi tak, jak mu nakazuje jego własne serce, nie żałując i nie czując się przymuszonym, albowiem radosnego dawcę miłuje Bóg" (2. List do Koryntian 9, 7 - tłum. "Biblia Tysiąclecia")
Przeczytałem właśnie pewną książkę o dalekim wschodzie, "Z Bombaju do Pattarkalu". Są to wspomnienia z Indii francuskiego architekta, Pierra Rambacha, który prowadził tam badania nad ewolucją formy świątyń hinduistycznych. Pewien swami (mnich / guru), aby mu to umożliwić, przyjął go czasowo do swego zakonu. Rambach pisze: "Gdy przechodzę przez plac targowy, niejednokrotnie otrzymuję jałmużnę w postaci ryżu, jarzyn, owoców, a czasem kilku an [w dawnym systemie monetarnym Indii 1/16 rupii]. Nie wolno mi ani odmówić, ani podziękować. To ofiarodawca powinien mi dziękować, dostarczyłem mu bowiem okazji do spełnienia dobrego uczynku. Gdyby nie było ubogich, nie istniałaby cnota miłosierdzia; niechże więc będzie błogosławiony mnich, dzięki któremu można dokonać szlachetnego czynu" (str. 184). Indie - jakby inny świat i inna filozofia życia, z którą niekoniecznie się zgadzam, lecz myślę, że z tych słów - jeśli trochę je oczyścić z pokręconej ideologii i psychomanipulacji - można wysnuć także całkiem chrześcijańskie wnioski. Potrzeba tylko odwrócić - podejść do tego z pozycji tego, który ma dawać (dzielić się), a nie otrzymywać, oczyścić tą myśl z postawy roszczeniowej "uduchowionych mędrców dalekiego wschodu".

Oczywiście dobre uczynki same w sobie nie mają żadnego znaczenia (inaczej, niż wierzą wyznawcy religii wschodu) i nie przybliżają nam w najmniejszym stopniu nieba. Nie ma też żadnego "prawa karmy" - choć czyniąc dobro, możemy doświadczyć też dobra, bo wraca ono do naszego serca pod postacią radości i błogosławieństwa od Boga. Natomiast cenne są te uczynki, gdy związane są z wiarą, gdy wyrastają na podłożu wiary. Miłość do bliźniego wyrasta w sposób zupełnie naturalny na gruncie miłości do Boga. "To ofiarodawca powinien mi dziękować, dostarczyłem mu bowiem okazji do spełnienia dobrego uczynku." Gdy dzielimy się z bliźnim tym, co mamy, nie oczekujmy wdzięczności, lecz radujmy się z tego, że mamy możliwość obdarowywania, że możemy się dzielić tym, co mamy od Boga. Niezależnie od tego, ile dajemy drugiemu człowiekowi z tego, co nam dał Bóg, sami otrzymujemy dużo więcej - nie wolno nam jednak dawać z wyrachowania, zresztą wówczas nie otrzymamy nic. Nie powinniśmy oczekiwać od nikogo wdzięczności za to, co od nas otrzymał. Zresztą przecież tak naprawdę otrzymuje to nie od nas, a od Boga; wszystko, co posiadamy, od Niego bowiem jest i jest całkowicie w Jego władaniu, w Jego dyspozycji i przede wszystkim Jego własnością, a my tak naprawdę jesteśmy tylko tymi, którym to powierzył i dał do dyspozycji - więc nie jest to tak naprawdę żadna nasza zasługa, a zwykła powinność. 

Powinniśmy radować się tym, że możemy się dzielić z innymi. Myślę, że bycie wdzięcznym temu, którego możemy obdarzyć, wcale nie jest "od rzeczy" - bowiem z jednej strony jest to błogosławieństwo, którym "w bonusie" obdarzamy jeszcze tego człowieka, a z drugiej strony jest to także wdzięczność za to błogosławieństwo, które na nas spływa od Boga, gdy nasza wiara owocuje miłością do bliźnich! Gdy dzielimy się z bliźnimi, przyjmujemy postawę Sługi Bożego, Bożego posłańca, który idzie do drugiego człowieka, jako sługa, by jemu zanieść to, co posyła mu Bóg. To samo w sobie jest wielką łaską dla nas, która pobudza do wdzięczności. Czy potrafimy być Bogu wdzięczni za to, co posiadamy i że posiadamy na tyle dostatecznie, że jeszcze możemy się dzielić? Czy potrafimy być wdzięczni za to, że możemy służyć? Czy widzimy w tym tylko jakąś naszą powinność, czy też potrafimy dostrzec w tym nadzwyczajny przywilej? Czy potrafimy mieć serce wdzięcznego sługi?

piątek, 24 lipca 2015

Poza zakręt!

"Powierz Panu drogę swoją, Zaufaj mu, a On wszystko dobrze uczyni" (Psalm 37, 5)

My, ludzie, mamy w gruncie rzeczy bardzo ograniczony zasięg widzenia w naszym życiu. Próbujemy wprawdzie planować, myśleć o jutrze, kształtować swoje życie, być nawet dalekowzroczni. To naprawdę bardzo dobrze! To przecież Bóg wyposażył nas w tę zdolność, uzdolnił do pracy, do twórczego wysiłku, do tworzenia strategii dla własnego życia. Jednak niezależnie od tego, jak bardzo się będziemy starać, nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkiego. Nie możemy być 100% pewni powodzenia - nawet jeśli plan wydaje się być doskonały. Musimy być przygotowani na to, że wszystkie nasze plany i marzenia obrócą się w nicość.

Życie ludzkie często jest porównywane do drogi. Mówimy nieraz: "droga życia". Gdy idziemy drogą, często nie widzimy dalej, jak tylko do najbliższego zakrętu. I tak samo jest na tej "drodze", którą jest nasze życie. Czasem mamy przed sobą mniejsze lub większe zakręty, poza które nie sięga nasz wzrok. I wówczas w naszym sercu może pojawić się niepewność, uczucie zagubienia i zmartwienie. Bóg jednak jest ponad całą naszą drogą. Zna ją doskonale - każdy jej odcinek! Bo przecież to On nas stworzył i nam drogę życia przygotował. On zna nasze serca i wie, że czasem odczuwamy zwątpienie, strach, rozczarowanie i zagubienie; że czasem martwimy się o naszą przyszłość, o dalszą drogę, o to, co z nami będzie. My widzimy zawsze tylko pewien wycinek swej drogi, a Bóg widzi jej całość. On zna każdy zakręt i każdą nierówność na naszej drodze. I On pragnie być naszym Przewodnikiem na tym niełatwym i niezupełnie dla nas widocznym szlaku! Wszystko, co my musimy uczynić, to tylko przestać się Bogu wymykać, próbując "żyć po swojemu" i "być wolnymi", zaufać Mu i pozwolić Panu, by On sam ujął mocno naszą dłoń i nas poprowadził. Z Nim możemy iść śmiało do przodu naszą "drogą życia", poza każdy zakręt!

*****

To słowo przyszło do mnie wczoraj, w bardzo specyficznych okolicznościach. Otóż... zgubiłem 20 zł, będąc 100 km od domu. Tylko 20 zł, czy aż 20 zł - to zależy od aktualnego stanu posiadania, ilości owych złotych w kieszeni. Była to niemal cała posiadana przeze mnie gotówka, więc... Mam jednak nadzieję, że ta moja zguba jest jakąś częścią Bożego planu dla mnie i może dla kogoś jeszcze. Myślę sobie, że te 20 zł nie było mi pewnie potrzebne, że można sobie bez nich poradzić - ot, nie mogłem sobie pozwolić na kilka drobnych przyjemności. 89 groszy które mi zostały w kieszeni starczyły akurat na to, co było naprawdę niezbędne. Myślę sobie, że być może Bóg potrzebował tych pieniędzy, by, przeze mnie zgubione, zostały znalezione przez kogoś, kto akurat bardzo ich potrzebuje? Bardzo się martwiłem tym zgubieniem, lecz gdy wyobraziłem sobie uśmiech na twarzy i w oczach kogoś kto znalazł je - a być może to był obraz dany mi przez Boga - poczułem ulgę, a nawet radość z tego, że je zgubiłem. Może trafiły w ręce staruszki, której brakuje na leki, lub w ręce głodnego człowieka, który mógł pójść i kupić za to chleb? Byłem bardzo smutny i wkurzony - był to pewien zakręt, poza który nie miałem wejrzenia - ale głęboko wierzę w to, że ta strata obróciła się w coś dobrego, i to daje niesamowity pokój do mego serca.

niedziela, 12 lipca 2015

Przebaczajmy, by serca nasze były czyste!

"Wtedy przystąpił Piotr do niego i rzekł mu: Panie, ile razy mam odpuścić bratu memu, jeżeli przeciwko mnie zgrzeszy? Czy aż do siedmiu razy? Mówi mu Jezus: Nie powiadam ci: do siedmiu razy, lecz do siedemdziesięciu siedmiu razy" (Ewangelia Mateusza 18, 21 - 22) "Miłość (...) nie prowadzi rachunku krzywd..." (1. List do Koryntian 13, 5)
Właśnie te słowa dane nam od Boga przypomniał mi Duch Boży, gdy natknąłem się na relację z marszu upamiętniającego mord wołyński. Oczywiście to był czyn straszny i nie wolno nam o tym zapominać, ale powinniśmy się nad tym razem pochylić i dbać o to, by to się już nie powtórzyło. Wina była po obu stronach - bo Ukraińcy dokonali strasznego mordu, ale do niego by nigdy nie doszło, gdyby Polacy nie obsiedli ukraińskiej ziemi i nie traktowali jej jako swojej. Zresztą dlaczego, rozpamiętując wciąż mord wołyński, "zapomina" się o tym, że także Polacy niejednokrotnie mordowali Bogu ducha winnych Ukraińców?  Wciąż udajemy, że my tylko "święci", że my nikomu nigdy nic, a zawsze przez wszystkich tylko krzywdzeni. Nie odpowiada mi patriotyzm "martyrologiczny" - zwłaszcza, gdy brak jest równocześnie odwagi do tego, by uderzyć się w piersi i ze łzami w oczach uznać i wyznać własne narodowe grzechy. Tak naprawdę mod tego właśnie powinniśmy zacząć - od własnej spowiedzi, nie od przypominania i wypominania grzechów innych przeciwko nam. Bardzo bym pragnął, by moi Rodacy poszli wreszcie pod innym transparentem: "Wołyń PRZEBACZAMY".

Uważam, że takie nieustanne rozpamiętywanie krzywd, rozdrapywanie starych ran, niczemu dobremu nie służy. "Dążcie do pokoju ze wszystkimi i do uświęcenia, bez którego nikt nie ujrzy Pana, bacząc, żeby nikt nie pozostał z dala od łaski Bożej, żeby jakiś gorzki korzeń rosnący w górę, nie wyrządził szkody i żeby przezeń nie pokalało się wielu..." (List do Hebrajczyków 12, 14 - 15). Obserwuję, że wyrasta z tego "owoc" pogardy i nienawiści, i pragnienia zemsty. Widać też wyraźnie, jak podnosi się poziom agresji wśród ludzi, którzy karmią się dawnymi krzywdami naszego narodu. Ów biblijny "korzeń goryczy" do tego stopnia zatruwa serca, że z wrogością zwracają się do każdego, kto mówi, że nasi przodkowie nie byli wcale "niewiniątkami", że winy są po obu stronach, i wzywa do przebaczenia i pojednania. To coś zupełnie przeciwnego pragnieniu Boga, naukom Jezusa, Ewangelii Chrystusowej. To nie jest chrześcijańska droga! Brak przebaczenia i celebrowanie krzywd nie są drogą do pojednania, nie są Boża drogą. Jeśli w sercu ludzkim nie ma miłości i przebaczenia, to znaczy, że jego życie nie toczy się po Jezusowej drodze. I jest pilna potrzeba, by z tej drogi zawrócić - bo jest to droga diabelska, droga do piekła. I nie pomoże nam etykietka "wierzący chrześcijanin", jeśli za tą etykietką nie kryje się chrześcijańska zawartość" i w praktyce będziemy właśnie tą drogą podążać.

Ludzie niemal 2000 lat temu przybili Chrystusa do krzyża. I była to zbrodnia niesłychana - jakiej świat nie widział nigdy wcześniej ani później - i trudna do pojęcia: ludzie zamordowali swego Boga! A On z krzyża modlił się: "Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią" (Ewangelia Łukasza 23, 34) i po zmartwychwstaniu nie wraca już do tej sprawy, nie skarży się na swe krzywdy, nie wypomina, co uczyniono mu na krzyżu i wcześniej podczas "procesu", nie domaga się niczego od swych katów, nie domaga się kary dla nich... Owszem, pragnie, by i oni przyszli do Niego, by móc doznać jego doskonałego przebaczenia i łaski zbawienia. Nie potrzebują oni uczynić nic więcej względem Niego, jak każdy inny grzesznik! Kto z nich się nie nawrócił, nie otrzyma sroższej kary w dniu sądu; a ten, kto się nawrócił (jeśli był ktoś taki), nie otrzyma mniejszej nagrody niż inni z tego powodu, że brał udział w torturach i ukrzyżowaniu Pana. Oczywiście Jezus jest Bogiem i jest doskonały pod każdym względem, ale do przebaczenia nie potrzeba wcale nadzwyczajnych, boskich mocy!

Bóg oczekuje od nas, byśmy miłość i przebaczenie uczynili programem dla naszego życia, dla naszego codziennego funkcjonowania. Bóg jest źródłem miłości i przebaczenia i uzdalnia nasze serca do miłości i przebaczenia. Gdy nasze serce oddajemy Bogu, stając się chrześcijanami, miłość i przebaczenie stają się potrzebą serca naszego - Bóg uzdrawia nasze krzywdy, zranienia, pamięć o narodowych krzywdach. Nie ma takiego zła, które człowiek o "chrześcijańskiej zawartości serca" nie potrafiłby wybaczyć - i nie jest ważne, czy ktoś nam powiedział przykre słowo, czy wymordował setki tysięcy ludzi. Bóg nawołuje nas do przebaczania całkowitego i doskonałego - bez oglądania się na to, czy winni się ukorzyli przed nami i prosili o wybaczenie - aby nasze serca zachować w czystości. Brak przebaczenia kala nasze serce tak samo jak grzech. Brak przebaczenia otwiera nasze serca na grzech. Przebaczanie jest elementem chrześcijańskiej higieny życia.

O tym, co złego się zdarzyło nie powinniśmy zapominać, lecz nasza miłość powinna być zawsze ponad to. Powinniśmy umieć się nad tym pochylić, lecz z przebaczeniem w sercu. Doznane krzywdy powinny być dla nas impulsem do tego, byśmy my sami nie chcieli już nikogo nigdy krzywdzić, a krzywdy wcześniej wyrządzone potrafili dojrzeć i paść na kolana - przed Bogiem i przed ludźmi - z prośbą o wybaczenie. Przebaczenie i żal za własne winy są drogą do pojednania i pokoju serca. A od pokoju w naszym sercu zależy tak bardzo, bardzo wiele. Pokój w naszym sercu nie zmieni całego świata, ale zmieni nas i świat wokół nas, bp zmieni to, jakimi my jesteśmy w tym świecie, jakimi jesteśmy względem innych ludzi.

piątek, 10 lipca 2015

Prawda w miłości

"Odrzucając zatem fałsz, niech każdy mówi prawdę swemu bliźniemu, bo jesteśmy ze sobą w bliskiej więzi jako członki jednego ciała" (List do Efezjan 4, 25 - tłum. Komentarz Żydowski do Nowego Testamentu)
Mówić sobie nawzajem prawdę...  Bóg bardzo wysoko umieszcza nam "poprzeczkę"! Mówić prawdę  wcale nie jest łatwo. "Mów prawdę", oznacza "nie kłam" - i to jest najbardziej oczywisty przekaz zawarty w tym zdaniu. Miałem ochotę napisać: "Każde kłamstwo jest grzechem", lecz przecież czasem kłamstwa trzeba użyć dla uratowania kogoś przed tragedią. Lepiej więc napisać: "Kłamstwo przeważnie jest grzechem", bo najczęściej ludzkie intencje są - niestety - złe. Ludzie kłamią ze strachu przed konsekwencjami swych uczynków, dla własnej korzyści, czy też dla prymitywnej satysfakcji okłamania kogoś - i to pochodzi od szatana.  To apel: "wystrzegajcie się zła!" Jest to tym ważniejsze, że jesteśmy powołani, jako chrześcijanie, do jedności, a grzech tą jedność rozbija. Szatan wchodzi pomiędzy brata i brata i zasiewa ziarno grzechu. Gdy pojawia się kłamstwo i gniew - o którym czytamy w kolejnym wersie - czy też inne grzechy, pojawia się "pęknięcie", które łatwo przeradza się w przepaść, oddzielającą brata od brata. Jest to apel do pielęgnowania miłości i jedności braterskiej - to jest jasne.

Jednak "mówienie prawdy bliźniemu", to nie tylko nie okłamywanie drugiego człowieka. Ten, kto nie mówi prawdy, nie koniecznie tym samym kłamie. Czasem nie mówimy prawdy, gdyż boimy się, jak zostanie ona przyjęta. Czasem - niestety - jest tak, że nawet ludzie z Kościoła nie chcą słyszeć prawdy; nie chcą, byś mówił, co myślisz, a gdy mówisz, stajesz się ich celem, byś zamilkł. Czasem nie mówimy prawdy, by... kogoś nie zranić. Przeważnie jednak koniec końców nie wychodzi z tego nic dobrego. Myślę, że bardzo istotne jest to, byśmy potrafili nie tylko zawsze mówić prawdę, ale też przyjmować prawdę, gdy słyszymy ją od innych. Znajduję w tych słowach także: "Nie skrywajcie prawdy! Bądźcie względem siebie szczerzy! Otwierajcie się na siebie, budujcie wzajemne relacje i zaufanie." Tam, gdzie nie ma szczerości, gdzie jeden nie może otworzyć serca przed drugim, tam też nie ma prawdziwych relacji między ludźmi, prawdziwego braterstwa.

Jesteśmy powołani do jedności i jej nieustannego pielęgnowania. Wiadome jest, że rysy i większe rozpęknięcia się pojawiają, lecz my mamy się troszczyć o jak najlepsze wzajemne relacje. Jako "żywe kamienie" w Chrystusowym Kościele mamy się troszczyć o dobry stan spoiny pomiędzy nami i naprawiać każdy, choćby najmniejszy, ubytek, jaki się w niej pojawia. Być "jednym ciałem", to oznacza najściślejsze przyleganie do siebie, współdziałanie i niewyobrażalną "intymność" wzajemnych relacji. Ideałem Kościoła według Bożego zamysłu jest obcowanie ze sobą bliższe, niż możliwe zbliżenie fizyczne - to wzajemne obcowanie ze sobą serc i dusz. Bez szczerości nie jest to możliwe! Mówienie sobie nawzajem prawdy - a także zdolność przyjmowania jej, nawet jeśli to jest dla nas trudne - jest niezwykle ważnym elementem praktykowanej na co dzień miłości. Prawda też zawsze winna być mówiona w duchu miłości.

czwartek, 9 lipca 2015

Nie z ludźmi toczymy bój nasz!

"A dlaczego widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku własnym nie dostrzegasz? Albo jak powiesz bratu swemu: Pozwól, że wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twoim? Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego." (Ewangelia Łukasza 6, 41 - 42)
Są w Kościele tacy ludzie, którzy myślą, że "ewangeliczny radykalizm", to bezkompromisowe i nieustanne krytykowanie wszystkiego i wszystkich, co nie zgadza się (rzeczywiście lub tylko ich zdaniem) z Ewangelią Chrystusową. Tacy ludzie często generują spory, gotowi są nie tylko obrzucić najgorszymi obelgami drugiego człowieka, ale prowadzą regularne wojny religijne - choć mogą walczyć tylko na słowa, na szczęście nie na czyny krwawe, jak niegdyś bywało. Tymczasem Bóg przemawia do nas: "A głupich i niedorzecznych rozmów unikaj, wiedząc, że wywołują spory. A sługa Pański nie powinien wdawać się w spory, lecz powinien być uprzejmy dla wszystkich, zdolny do nauczania, cierpliwie znoszący przeciwności, napominający z łagodnością krnąbrnych, w nadziei, że Bóg przywiedzie ich kiedyś do upamiętania i do poznania prawdy i że wyzwolą się z sideł diabła, który ich zmusza do pełnienia swojej woli" (2. List do Tymoteusza 2, 23 - 26. Prawdziwy ewangeliczny radykalizm to umiejętność krytycznego spojrzenia przede wszystkim na własne życie. Kiedyś jako "młody gniewny" postawiłem popularnemu chrześcijańskiemu muzykowi, Mate.O - który mówił o potrzebie otwartości na ludzi i ich wiarę, ich przekonania - pytanie: "Czy nie przeszkadza Ci bałwochwalstwo w Kościele katolickim?" a on odpowiedział: "Tak, bardzo mi przeszkadza bałwochwalstwo... w moim sercu". I to jest właśnie to, od czego powinniśmy zaczynać - od dostrzeżenia i sprzątania brudów we własnym życiu.

Wielką tragedią Kościoła jest fakt, że nie brakuje ludzi, którzy co prawda są w nim od lat i doskonale znają Biblię, mogą cytować nawet z pamięci, ale wiedzy, którą posiedli, bardzo źle używają. Nasuwa mi się pewne skojarzenie z nożem - możesz noża użyć do ukrojenia chleba dla bliźniego, a możesz go także wbić w serce. Prawda Ewangeliczna jest jak taki nóż - możesz nią ubogacić drugiego człowieka, lub... okrutnie zranić. Tak, to możliwe! Ale czy po to ona nam została dana? Ja odpowiadam: NIE! "Wszelkie Pismo od Boga natchnione /jest/ i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości - aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu. " (2. List do Tymoteusza 3, 16 - 17 - tłum. "Biblia Tysiąclecia"). Apostoł Paweł zachęca nas do duchowej szermierki, lecz... z samym sobą. Zachęca nas do uderzania Słowem Bożym, lecz... w samych siebie. Zachęca nas do brutalnej konfrontacji własnego życia z Biblią. Słowo Boże na to zostało nam dane, byśmy nim obciosywali własne serce, a dopiero w dalszej kolejności - z ogromną pokorą i empatią - możemy wychodzić do innych - nie po to, by toczyć religijne spory, lecz aby świadczyć o Bogu i o tym, co On ma do powiedzenia nam, ludziom.

Gdy patrzymy na siebie samych przez pryzmat Ewangelii, naprawdę tracimy ochotę do krytykowania i podkopywania innych; do wywyższania się; do podkreślania swojej doskonałej wiary i równoczesnego potępiania wszystkiego, co wiąże się z wiarą innych; do "prężenia duchowych muskułów" i pokazywania innym, jak bardzo plugawe jest całe ich życie i wszystko, w co wierzą. Im bardziej stajemy się radykalni na Boży sposób, tym bardziej wzrasta w nas pokora i świadomość własnej ułomności, a maleje ochota do stawania do boju w "religijnej wojnie". Zauważam, że im bardziej stajemy się radykalni na Boży sposób, tym bardziej potrafimy dostrzec to, co w ludziach jest piękne, i docenić to, co w nich jest dobrego i wartościowego. Oczywiście nie możemy przemilczać kwestii grzechu, nie możemy nie mówić o tym, co się Bogu nie podoba. Powinniśmy jednak czynić to rozważnie i z miłością - pamiętając o tym, że nie jesteśmy wcale bardziej doskonali niż ci, z którymi rozmawiamy. Jeśli w naszym sercu nie ma pokory, gdy stajemy ponad innymi jako "wzór cnót", to wówczas dopuszczamy się... bałwochwalstwa, bo czcimy już nie Boga, ale własne "ego", własną "doskonałą wiarę". Jakże często ludzie zamiast patrzeć na własne życie przez pryzmat Ewangelii, zapędzają się tak, że patrzą na Ewangelię przez pryzmat własnego życia i wynajdują w niej potwierdzenia własnego doskonalenia!

Jeśli będziemy ludzi bez przerwy krytykować, lub co gorsza poniżać, jeśli będziemy wciąż mówić tylko o tym, że coś robią złe i z tego powodu traktować ich tak, jakby nic dobrego w nich nie było, to nigdy w ten sposób nie pomożemy im choćby o centymetr przybliżyć się do Prawdy! Czy zastanawialiście się kiedyś, co dzieje się z dzieckiem, które wciąż słyszy: jesteś nic nie wart, wszystko robisz źle, i jeszcze jest do tego bite? PATOLOGIA! W ten sposób albo pobudza się ludzi do agresji, albo wpędza w depresję - i czasem słyszymy nawet o samobójstwach. Bezustanna krytyka, mówienie że nawet to, co w człowieku jest dobre nie ma żadnej wartości z powodu tego, co w człowieku jest złe, nieustanne deprecjonowanie człowieka nie są ewangelizacją, lecz formą brutalnej tortury! Nie milcząc o tym, co się Bogu nie podoba, więcej uwagi powinniśmy przykładać do tego, co w ludziach jest dobre, co podoba się Bogu. Nie uciekając od krytyki, powinniśmy raczej być zawsze gotowi do pomocy w rozwijaniu się, rozkrzewianiu tego, co w człowieku jest dobre i cenne. "Paweł, stanąwszy pośrodku Areopagu, rzekł: Mężowie ateńscy! Widzę, że pod każdym względem jesteście ludźmi nadzwyczaj pobożnymi. Przechodząc bowiem i oglądając wasze świętości, znalazłem też ołtarz, na którym napisano: Nieznanemu Bogu. Otóż to, co czcicie, nie znając, ja wam zwiastuję" (Dzieje Apostolskie 17, 22 - 23). Ogrodnik, gdy ma się zająć zachwaszczonym ogrodem, nie wykasza na oślep wszystkiego, na co się natyka - chwasty usuwa, kwiaty zostawia, nawozi, podlewa...

Pokora i miłość do drugiego człowieka są cechą prawdziwego i głębokiego chrześcijańskiego uduchowienia  Jeśli natomiast w człowieku jest pycha i pogarda dla innych, to znaczy, że jest ono fałszywe, diabelskie, sprzeczne ze Słowem Bożym. Jest to diabelska podróbka duchowości i wiary! "Takiego bądźcie względem siebie usposobienia, jakie było w Chrystusie Jezusie..." (List do Filipian 2, 5), "Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, że jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych" (Ewangelia Mateusza 11, 29). Jesteśmy posłani, by toczyć duchową walkę, lecz nie przeciwko ludziom. "Przywdziejcie całą zbroję Bożą, abyście mogli ostać się przed zasadzkami diabelskimi. Gdyż bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich" (List do Efezjan 6, 11 - 12). Gdy próbujemy tą walkę toczyć w sercach innych, jesteśmy skazani na porażkę, bowiem w tym samym momencie przegrywamy ją we własnym. Jeśli widzimy w drugim człowieku przeciwnika, którego musimy koniecznie zmiażdżyć - choćby tylko w dyskusji - to znaczy, że diabeł "zaszedł nas od flanki", przedarł się i właśnie pustoszy nasze serce. A jeśli nasze serce jest spustoszone, to jakże możemy być dobrymi żołnierzami Chrystusa w walce o serca innych? Nie jesteśmy posłani, by stawać przeciwko ludziom, lecz by ich ratować - stawać po ich stronie, osłaniać i pomagać się podnieść, skoro leżą poszarpani przez wroga, którym jest diabeł.

środa, 1 lipca 2015

Ja, żywy kamień

"Przystąpcie do niego, do kamienia żywego [Jezusa Chrystusa], przez ludzi wprawdzie odrzuconego, lecz przez Boga wybranego jako kosztowny. I wy sami jako kamienie żywe budujcie się w dom duchowy, w kapłaństwo święte, aby składać duchowe ofiary przyjemne Bogu przez Jezusa Chrystusa" (1. List Piotra 2, 4 - 5) "Tak więc już nie jesteście obcymi i przychodniami, lecz współobywatelami świętych i domownikami Boga, zbudowani na fundamencie apostołów i proroków, którego kamieniem węgielnym jest sam Chrystus Jezus, na którym cała budowa mocno spojona rośnie w przybytek święty w Panu, na którym i wy się wespół budujecie na mieszkanie Boże w Duchu" (List do Efezjan 2, 19 - 22)
Temat homoseksualizmu nie zajmuje mnie jakoś szczególnie, lecz ponieważ jest właściwie wciąż obecny w mediach, potrzebny jest też głos chrześcijański. Potrzeba światu wciąż mówić o tym, co jest dobre i święte, a co jest złe i grzeszne; ukazywać ludziom ich fatalny stan duchowy i okropną przyszłość i wskazywać drogę zbawienia. Ludziom zagubieni i omotani przez diabła zwykle nie potrafią w ogóle zrozumieć czym jest chrześcijaństwo, kim jest chrześcijanin, czym jest Kościół i dlaczego prawdziwi (!) chrześcijanie są "nietolerancyjni". Oni by chcieli, byśmy funkcjonowali w świecie według zasad tego świata; byśmy zostawili Boga w domu i kościele, zamknęli naszą Bożą Świętą Księgę i działali tak, jak chce ten świat (a raczej diabeł, który się w tym świecie tak strasznie rozpanoszył). Chcieliby, byśmy przestali przypominać uniwersalne Boże zasady; byśmy zaakceptowali homoseksualizm, transwestytyzm i inne podobne; byśmy pokornie wynajmowali im domy i pokoje i świadczyli usługi "ślubne; a najlepiej, byśmy zaczęli im błogosławić i sprawować dla nich kościelne obrzędy. Ludzie ci nie potrafią zrozumieć, że sprzeciw chrześcijan nie jest spowodowany pogardą czy nietolerancją, lecz zasadami, których nam przekraczać nie wolno; że podlegamy wpierw Prawu Bożemu, a dopiero w dalszej kolejności ludzkiemu (i że Konstytucja RP gwarantuje nam ten przywilej, gwarantując wolność wyznania!).

To, co bardzo lubię w tego rodzaju dyskusjach, to fakt, że mnie samego zmuszają one do myślenia o tym, kim jestem, w co wierzę i dlaczego wierzę. Podczas ostatniej dyskusji w pewnym momencie głowiłem się nad tym, co odpowiedzieć człowiekowi, który domaga się, by chrześcijanie zostawili swego Boga i Biblię w zamknięciu i wobec tego świata działali po światowemu. Cóż mogłem odpowiedzieć? "Sam mówisz, że moja wiara to moja osobista sprawa i że powinienem ją ograniczyć do swego domu i Kościoła. OK! Ale musisz wiedzieć, że Kościół to nie budynek, nie jakaś instytucja. Kościół to ludzie, w tym i ja. I jeśli ktoś przychodzi do mnie w jakiejkolwiek sprawie - choćby nie związanej wcale z wiarą - przychodzi z tym do Kościoła, bo ja jestem jednym z jego kamieni - elementów." I to jest myśl, która mi się bardzo spodobała. Wierzę, że to jest odpowiedź od samego Boga dla tych ludzi, a przy tym także lekcja dla mnie. Oczywiście ta odpowiedź wywołała straszne wzburzenie wśród zwolenników "laickiego państwa i społeczeństwa", bowiem napotkali na poważny problem: tak zdefiniowanego Kościoła nie da się odsunąć na margines społeczeństwa; tak zdefiniowany Kościół jest i musi być elementem życia społecznego i ma pełne prawo w nie ingerować. Musiało im się zadymić pod czachami!

Chrześcijaństwo nie jest jakąś ideologią, którą się przyjmuje, i którą można czasem "zawiesić", odsunąć od siebie, wyjść poza nią. Chrześcijaństwo jest sposobem życia - nową naturą człowieka w Chrystusie; jest "duchem" ludzi wierzących; jest całym naszym człowieczeństwem; jest Bogiem głęboko wrytym w serce człowieka... Przenika człowieka tak bardzo, że, jak pisze apostoł Paweł, "żyję więc już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus; a obecne życie moje w ciele jest życiem w wierze w Syna Bożego, który mnie umiłował i wydał samego siebie za mnie" (List do Galatów 2, 20). Jeśli ktoś mówi mi: "wiara to twoja prywatna sprawa, a teraz jesteś wśród ludzi, którzy jej nie podzielają", to jest tak samo, jakby ktoś powiedział: "zdejmij z siebie skórę i załóż inną, a serce i mózg zostaw w domu wychodząc". Niewykonalne! Jestem chrześcijaninem i jestem Kościołem (choć nie sam w sobie dla siebie) i cokolwiek robię, czynię to jako "żywy kamień" Chrystusowego Kościoła - nawet jeśli jest to wożenie gruzu taczką, wylewanie asfaltu czy własny mniejszy lub większy biznes. Wszystko, co robię, mam czynić tak, by podobać się Bogu - i dlatego pewnych rzeczy czynić nie mogę. Pewna kobieta zarzuciła mi, że nie potrafią oddzielić życia prywatnego od zawodowego i społecznego. Potrafię! Ale życie chrześcijańskie to jest po prostu ŻYCIE i obejmuje obie te strefy!

Ten, kto sercem zawierza Bogu, staje się "żywym kamieniem", który Bóg umieszcza w "duchowej świątyni" - w miejscu, które On sam wyznacza i w którym jesteśmy potrzebni. Nie możemy się już z niego wyrwać. Wyobraźnia podsuwa mi taką dziwną scenę: kamienna ściana kościoła i wyskakujące z niej kamienie... Cóż by się stało z takim kościołem, z którego ścian wypadają kamienie? Cóż by się stało z Kościołem, którego "żywe kamienie" byłyby ruchome i tkwiły w "ścianach" tylko w określonym czasie? RUINA - niewiele warta, chyba tylko jako zabytek! Kamień jest wmurowywany po to, by pozostał na swoim miejscu - by ściany były mocne, by być związanym z innymi kamieniami i z "Kamieniem Węgielnym" - Jezusem Chrystusem - by być dla innych kamieni oparciem. Jasne jest, że nie jesteśmy doskonali - ja sam jestem "kamieniem" mocno "obśrupanym" z każdej strony (bo nagrzeszyłem w swym życiu wiele i, niestety, wciąż grzeszę) i dlatego nie my stanowimy podstawę tej budowli. Ale raz wybrani i wstawieni na swoje miejsce przez Boga, mamy w nim trwać - 24h na dobę, 7 dni w tygodniu, aż do śmierci. Jeśli ktoś chce nas skłonić do tego, byśmy siebie "poluzowali" i swobodnie wysuwali się z naszego miejsca w murze, to znaczy, że szatan próbuje nas podważyć, skruszyć i zniszczyć.

Każdy chrześcijanin jest cząstką Kościoła. Każdy, kto do nas przychodzi, przychodzi do Kościoła (a w każdym razie jego cząstki) - choć może tego wcale nie wiedzieć. My zaś możemy podejmować tylko takie działania, które nie będą wbrew Słowu Bożemu, które nie będą wbrew porządkowi ustalonemu dla Kościoła. I nikt nie ma prawa od nas wymagać, byśmy się wyrzekli tego, w co wierzymy, by dostosować się do jego poglądów; nie ma prawa wymagać od nas, byśmy działali wbrew temu, w co wierzymy i Słowu tego, w Kogo wierzymy. Z drugiej strony zaś bycie Kościołem to także poważne zobowiązanie - by być w tym świecie ambasadorami Królestwa Niebieskiego; by nasza obecność w tym świecie i postawa względem ludzi zawsze podobała się Bogu; by zawsze reprezentować Boga godnie, na odpowiednim poziomie, według Boskich standardów działania. Bycie Kościołem to opieranie całego swego życia na zasadach. Nie tylko twarde przedstawianie zasad innym, lecz przede wszystkim twardość wobec siebie i obciosywanie samego siebie - swego charakteru - tak, by się do tych Bożych zasad samemu twardo w życiu stosować, by coraz lepiej leżeć w całości tej "duchowej budowli", jaką jest Kościół Chrystusowy.