poniedziałek, 8 czerwca 2015

Radykalizm a nowonarodzenie - czyli o tym, jak być dobrym wojownikiem


"Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego" (Ewangelia Jana 3, 5)
Odwiedziłem niedawno "w sprawach Królestwa Niebieskiego" pewne miasto w północnej Polsce. Aby siać, siać i siać byłem tam m.in. w miejscowym zborze zielonoświątkowym i rozmawiałem z pastorem o planowanej akcji ewangelizacyjnej, realizowanej wspólnie z katolikami. Rozmawiając, powiedziałem: "Pastor rozumie, jeśli mamy głosić Ewangelię katolikom, to trzeba wyjść do nich, 'wgryźć się' w katolicyzm..." Pastor ostro zaoponował: "Ale my się nie chcemy w nich wgryzać!  Nie działamy przeciwko nim..." Ja też nie! Bo nie chodzi wcale o wgryzanie się, celem wyssania, lecz raczej nasączenia - nie o zasysanie ludzi do innego Kościoła, lecz o dawanie Ewangelii i odsyłanie do Chrystusa. Oczywiście szybko wyjaśniliśmy sobie to drobne nieporozumienie.

Niestety, w wielu protestantach widzę postawę wrogości wobec Kościoła katolickiego i katolików. Są ludzie, którzy potrafią odnosić się z ogromną pogardą do wszystkiego, co ma jakąś styczność z katolicyzmem, lub z niego się wywodzi. Tak, jakby wszystko było złe "aż do szpiku", skoro tylko jest katolickie, lub ma jakieś powiązania i jakby każdy był godzien tylko oplucia, bo jest katolikiem, lub prowadzi jakiś dialog z udziałem katolików. A przecież w katolicyzmie nie ma samych tylko złych rzeczy i samych potępieńców - tak samo, jak w protestantyzmie nie wszystko jest doskonałe i nie wszyscy są święci. W katolicyzmie i katolikach jest też sporo dobra. Choć doktrynom i naukom należy powiedzieć: "Nie! Stop! To niebiblijne!", powinniśmy umieć docenić to, co jest dobre i nawet sobie... przyswajać / zostawiać. "Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie!" (1. List do Tesaloniczan 5, 21). Powinniśmy mieć zawsze Biblię w ręce, lecz nie po to, by nią okładać "nieprawowiernych" po ich "tępych" (żart) głowach, lecz by ją z miłością wykładać ludziom i zachęcać do poznawania Słowa Bożego, do szukania prawdy z otwartym umysłem.

Wiecie, znam katolików, którzy są bardzo bogobojnymi ludźmi i sądzę, że naprawdę narodzonymi na nowo, a poznałem także wielu protestantów, którzy wprawdzie uważają się za nowonarodzonych, lecz w ich życiu nie ma żadnych dobrych owoców, które by to potwierdzały. Tymczasem przecież "nie może dobre drzewo rodzić złych owoców, ani złe drzewo rodzić dobrych owoców" (Ewangelia Mateusza 7, 18), jak mówi Pan. Widzę w nich raczej bunt i powiązaną z nim agresję, niż nowonarodzenie - i odnoszę wrażenie, że nie zrozumieli oni Jezusa i Ewangelii. "Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość. Przeciwko takim nie ma zakonu. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z namiętnościami i żądzami. Jeśli według Ducha żyjemy, według Ducha też postępujmy" (List do Galatów 5, 22 - 25). Cóż więc, jeśli owoce są zgoła odmienne? Moim zdaniem jest to wówczas świadectwo, że człowieka tak postępującego zamiast Ducha Bożego wypełniają po brzegi jego własne namiętności. I nie piszę tego przeciw komukolwiek, bo sam to przeżyłem. Myślałem, że  "wszystkie rozumy pozjadałem" bo poznałem TROCHĘ Ewangelii, i byłem gotów szarpać i rozszarpać każdego, kto miał inne zdanie, niż ja. I dziś jest mi bardzo z tego powodu wstyd, bo wiem, że nie byłem dobrym świadectwem dla ludzi i nie podobałem się Bogu  - choć, jak każdy fanatyk, myślałem, że realizuję Bożą wizję i jestem Jego mieczem na niewiernych - bo nie tylko grzeszyłem pychą i pogardą, ale także na wiele innych sposobów, oszukując całe swoje otoczenie i siebie samego!

Patrząc na to, co się dzieje na "protestanckim podwórku", myślę, że wielu ludzi popełnia ogromny błąd. Żyją antykatolickim buntem i radykalizują się na jego gruncie, a swoją radykalność, tudzież zapał i energię w zwalczaniu fałszywych doktryn biorą za "nowonarodzenie". Pół biedy, jeśli jest to tylko jakiś okres, krótki etap na starcie do duchowego rozwoju. Myślę, że każdy z nas w swoim życiu miał taki okres, gdy wrzeszczał w piaskownicy, walił inne dzieci łopatką i rozwalał im babki albo zamki z piasku... Oczywiście zawsze są jakieś szkody, ale myślę, że na dalszym etapie - gdy dorastamy i rozumiemy, że coś nie było mądre i tak nie należy robić - możemy wszystko wyrównać i przykryć czymś dużo lepszym, działając już mądrze i z pożytkiem dla innych. Sam byłem "młody gniewny", więc potrafię zrozumieć "młodych gniewnych". Ktoś kiedyś powiedział: TROCHĘ wiedzy oddala od Boga, a DUŻO wiedzy przybliża do Niego z powrotem. Podobnie jest w życiu duchowym: TROCHĘ Ewangelii potrafi w nas rozpalić namiętności radykalizmu, a DUŻO Ewangelii - lub choćby trochę więcej wygasić ogień namiętności radykalizmu, a rozpalić ogień radykalnej miłości. Osobiście przeraża mnie, gdy widzę czyjąś siwą głowę i słyszę, jak to "ileś lat chodzi z Panem", a widzę, że wciąż wali innych łopatką w łeb i z satysfakcją rozwala ich babki. Gdy ktoś zatrzymuje się na takim poziomie rozwoju - czy to intelektualnego, czy duchowego - to jest to naprawdę tragedia i patologia! Gdy dorosły człowiek wchodzi do piaskownicy i zachowuje się jak dziecko - potrzeba interwencji biegłego psychiatry; gdy chrześcijanin od lat będący w Kościele i czytający Biblię zachowuje się tak infantylnie - potrzeba modlić się za niego i prosić pomocy od Pana Jezusa Chrystusa, który jako jedyny może uleczyć i sprawić, by taka osoba wreszcie poszła dalej na drodze duchowego rozwoju.

Nowonarodzenie jest bez wątpienia radykalizacją życia, ale ona wcale nie przejawia się rozpierniczaniem wszystkiego wokół i szarpaniem ludzi z powodu ich praktyk i poglądów. Jeszcze raz: "Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość..." (List do Galatów 5, 22 - 23). Duch Boży napełnia człowieka nowonarodzonego - więc takie cechy / owoce są świadectwem duchowego odrodzenia się i kroczenia drogą duchowego dojrzewania! Wszystko inne powinno z nas stopniowo opadać - i to najlepiej jak najszybciej! "Biorąc pod uwagę czas, powinniście być nauczycielami, tymczasem znowu potrzebujecie kogoś, kto by was nauczał pierwszych zasad nauki Bożej; staliście się takimi, iż wam potrzeba mleka, a nie pokarmu stałego" (List do Hebrajczyków 5, 12). Oczywiście Biblia mówi jasno o pewnych sprawach, ale nawet jeśli coś dobrze rozumiemy, to jeszcze nie znaczy, że stoimy o cały poziom wyżej od tych, którzy nie rozumieją i czynią na odwrót i że jesteśmy zdolni i upoważnieni do tego, by ich strofować i nawracać - prawie, że "ogniem i mieczem". 

Wiecie, przez cały okres swego dziecinnego radykalizmu nie przekonałem NIKOGO, że tkwi w błędach i że Słowo Boże potępia to, co robi - tylko dlatego, że brakło mi pokory i miłości. Dziecko może co najwyżej walnąć kogoś łopatką i mieć z tego satysfakcję. Ale jaki pożytek z tego ma Bóg i Kościół Chrystusowy? Żadnego! Dopiero gdy człowiek dorasta do tego, by zobaczyć, jak bardzo jest potrzebna pokora i miłość, może się stać prawdziwym Bożym wojownikiem, z którego Bóg i Kościół będą mieli pożytek. Radykalizm oparty na własnych uprzedzeniach i emocjach zmieszanych z ODROBINĄ Biblii  może uczynić z nas wojownika, ale takiego, który może zrobić wielkie spustoszenie, spowoduje więcej szkody, niż pożytku. W gruncie rzeczy myślę, że jest to wielkie zwiedzenie - szatan, który jest mistrzem podróbek, podrabia doskonale także chrześcijaństwo i jest zdolny oszukać człowieka tak, by myślał, że narodził się na nowo, zgodnie ze słowami Chrystusa, a jest on tylko oślepiony i radykalny, lecz w zupełnie niewłaściwy, zgoła diabelski sposób! Nowonarodzenie i radykalizm oparty na Ewangelii i miłości, może uczynić z nas wojownika, który będzie wymiatał zło z tego świata i zdobędzie wiele serc dla Boga. 

Bóg nie potrzebuje byle jakich wojowników, lecz dobrych wojowników tego drugiego rodzaju! Każdy powinien się przyjrzeć samemu sobie, nim pójdzie w bój, i przemyśleć, jakim wojownikiem jest, a jakim chce być. I czy naprawdę jest gotowy na to, by reprezentować Boga - czy jest radykalny we właściwy, Boży sposób, czy też na sposób diabelski. Myślę, że warto sobie postawić pytanie: co czuję do innych ludzi - do tych, do których chcę przemówić? Jeśli czuję się lepszy od nich, jeśli czuję się mądrzejszy, jeśli czuję się o stopień wyżej od nich w doskonałości, jeśli czuję odrazę do nich z powodu ich stanu - to lepiej, abym milczał i zajął się sobą, bo to znaczy, że nie mam jeszcze kwalifikacji na Bożego wojownika, choć mam trochę poznania prawdy. "A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz? Albo jak powiesz bratu swemu: Pozwól, że wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twoim? Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego" (Ewangelia Mateusza 7, 4 - 5). Dobry wojownik najważniejszą walkę toczy w swoim sercu, z sobą samym i swoimi grzechami, okładając siebie samego Ewangelią, a potem, patrząc na innych, i do nich wyciąga rękę: "Upadasz, ja też upadam. Chodź, pójdźmy razem. Lekko nie będzie, ale jeśli ja i ty będziemy szli za Chrystusem, to nas nic nie zmiecie!"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz