sobota, 20 czerwca 2015

Bóg, który wzbudza z martwych

"A zaraz potem udał się do miasta, zwanego Nain, i szli z nim uczniowie jego i mnóstwo ludu. A gdy się przybliżał do bramy miasta, oto wynoszono zmarłego, jedynego syna matki, która była wdową, a wiele ludzi z tego miasta było z nią. A gdy ją Pan zobaczył, użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz. I podszedłszy, dotknął się noszy, a ci, którzy je nieśli, stanęli. I rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię: Wstań. I podniósł się zmarły, i zaczął mówić. I oddał go jego matce" (Ewangelia Łukasza 7, 11 - 15)
Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Jeśli na Jego słowo powstało Słońce i Księżyc, i gwiazdy - wobec których nasza jest mikra, i wszystkie prawa fizyki, którymi utrzymywany jest ten świat, każda roślina i każde stworzenie, to wzbudzenie umarłych z martwych nie jest właściwie żadnym wielkim cudem, choć rzecz jasna przekracza on granice naszego pojęcia. Jezus o sobie mówi: "Ja jestem droga i prawda, i żywot" (Ewangelia Jana 14, 6), a apostoł Jan zaświadczył o Jezusie: "W nim było życie..." (Ewangelia Jana 1, 4). To Jezus tchnął w nas życie, więc ma też moc przywracać życie zmarłym, czego szokujące przykłady mamy w Biblii - przynajmniej zmartwychwstania młodzieńca z Nain i Łazarza dokonało się na oczach tłumów. Mogło się to dokonać, bowiem Jezus jest życiem samym w sobie, jest tym, który daje życie, który je podtrzymuje i który je odnawia. Jezus jest życiem, mocą życia - bez żadnych ograniczeń.

"Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie; bo Ja idę do Ojca" (Ewangelia Jana 14, 12). "Tych dwunastu posłał Jezus, rozkazując im i mówiąc: Na drogę pogan nie wkraczajcie i do miasta Samarytan nie wchodźcie. Ale raczej idźcie do owiec, które zginęły z domu Izraela. A idąc, głoście wieść: Przybliżyło się Królestwo Niebios. Chorych uzdrawiajcie, umarłych wskrzeszajcie, trędowatych oczyszczajcie, demony wyganiajcie; darmo wzięliście, darmo dawajcie" (Ewangelia Mateusza 10, 5 - 8) Cuda, o jakich czytamy w Biblii, są wspaniałym darem Boga dla człowieka, a nade wszystko znakiem, że On Jest! Bóg nie oznaczył żadnych granic - ani terytorialnych, ani też czasowych - dla swego działania. Jezus powiedział nam: co ja czynię i wy czynić możecie, a dziać się to może dlatego, że Chrystus jest z nami, wraz z całą swą mocą. Możemy modlić się o ludzi, wkładać ręce, a oni mogą odchodzić uwolnieni i uzdrowieni. To nie nasza moc, bo my jesteśmy tylko narzędziami, a to nie narzędzie wykonuje pracę, tylko ten, w czyim ręku jest owo narzędzie.

Bardzo liczne są świadectwa uzdrowień w Kościele. Mamy wspaniałą medycynę, bardzo rozwinięte technologie, lecz podlegają one ograniczeniom. Każdy z nas zna kogoś, komu lekarze nie są w stanie pomóc. A Bóg może! I znam przypadki, gdy podczas modlitwy w niewyjaśniony sposób znikały narośla, guzy rakowe, a nawet pojawiały się utracone części ciała. Niektórych uzdrowionych w tak cudowny sposób miałem sposobność poznać osobiście. Czy jestem "naiwny" wierząc w cuda? Są - taka prawda - ludzie, którzy oszukują (po co? dla rozgłosu?), albo ulegają jakimś złudzeniom, lub w nadprzyrodzony sposób - pod wpływem emocji - wyjaśniają sobie coś, co dałoby się wyjaśnić "racjonalnie". Ale wiem, że Jezus czynił cuda i obiecał nam, że za naszym wstawiennictwem / pośrednictwem będzie to czynił dalej. Jeśli Słowo Boże mówi o cudach i obiecuje tak niezwykłe zdarzenia za pośrednictwem Kościoła, to znaczy, że tak właśnie jest - albowiem "Słowo Pana trwa na wieki" (1. List Piotra 1, 25).

Uzdrowienia uzdrowieniami. Ale wróćmy do początku. Jezus nie tylko uzdrawiał, ale i wskrzeszał. Czy to również jest możliwe dziś? Jeśli Jezus mówi: "Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie", to by znaczyło, że... jak najbardziej jest to możliwe. Właściwie wskrzeszenie nie wymaga niczego więcej, niż uzdrowienie - i to i to dokonuje się na Boże Słowo, na mocy tego samego impulsu. A jednak nawet tym, którzy wierzą, że Bóg wciąż uzdrawia, jakoś trudno uwierzyć, że Bóg może wskrzeszać dziś tak samo, jak czynił to 2000 lat temu. Być może jest tak dlatego, że... No właśnie! Znam uzdrowionych i ludzi, którzy byli świadkami uzdrowień, ale nie znam nikogo, kto by doznał wskrzeszenia lub był jego świadkiem. Nawet w czasach biblijnych - jak się zdaje - był to rzadko występujący cud; potężny znak, dawany przez Boga raczej okazjonalnie. A może jestem (jesteśmy) trochę jak ów "niewierny Tomasz", któremu Jezus powiedział: "Uwierzyłeś dlatego, że Mnie zobaczyłeś? Szczęśliwi, którzy nie zobaczyli, a jednak uwierzyli" (Ewangelia Jana 20, 29 - tłum. Nowe Przymierze EIB). "Bo zaprawdę, powiadam wam: Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: Przesuń się stąd tam!, a przesunie się. I nic niemożliwego nie będzie dla was" (Ewangelia Mateusza 17, 20) Może to jest właśnie przyczyna, dla której cuda nie są naszą codziennością?

Gdy mowa o wskrzeszeniach dziś, czuję się tak, jakby było we mnie dwóch mnie. Jeden mówi: "Tak wierzę, bo to mamy podane w Biblii" a drugi wybałusza oczy i krzyczy: "Niedowiary!"; serce mówi: "Amen! Alleluja!" a rozum się buntuje. Zderzenie "zdrowego rozsądku" (racjonalizmu) z Bożą rzeczywistością nie z tego świata bywa naprawdę bardzo trudne! 

W ostatnim czasie naprawdę wielkie wrażenie zrobiły na mnie dwa (spośród wielu) świadectwa zmartwychwstania, przytoczone przez zielonoświątkowego pastora amerykańskiego, Ralpha Wilkersona, w jego książce "Beyond and back" (polski przekład: "Trzydzieści minut w niebie", wyd. 1977). 

Pierwsza z tych historii wydarzyła się na niewielkiej wyspie Timor, należącej do Indonezji. Opowiedział ją młody misjonarz, Mel Tari:
"Znajdowaliśmy się w rejonie Amfoang, w wiosce, gdzie zmarł pewien mężczyzna. Był on martwy od dwóch dni. Rodzina zaprosiła nas na pogrzeb. Spodziewano się, że na tę uroczystość przybędzie wiele osób. Oczekiwano, że powiemy parę słów pociechy rodzinie zmarłego.

Gdy przybyliśmy na miejsce, obecnych tam już było ponad tysiąc osób. Zmarły nie żył od dwóch dni i bardzo cuchnął. W naszym tropikalnym kraju ciało zaczyna rozkładać się już po sześciu godzinach. Nie można było podejść do zmarłego na odległość mniejszą, niż 100 stóp. W tropiku w dwa dni po śmierci ludzie wyglądają po prostu okropnie. 
Siedzieliśmy tam wraz z żałobnikami. Nagle Pan powiedział:
- Proszę, stańcie wokół tego zmarłego człowieka. Śpiewajcie pieśni, a ja wskrzeszę go z martwych.
Powiedziałem do Pana:
- Och, Panie! Proszę, daj mi prostotę serca i bądź wśród nas. Poszliśmy i stanęliśmy wokół zmarłego. Zaczęliśmy śpiewać. Ale po pierwszej pieśni nic się nie wydarzyło. Zaczęliśmy prosić:
- Panie, jeśli masz zamiar go wskrzesić, prosimy, uczyń to szybko, bo nie wytrzymujemy stania wokół tego cuchnącego człowieka...
Potem zaśpiewaliśmy drugą pieśń i też nic się nie wydarzyło. Po piątej pieśni nadal nic się nie działo. Ale podczas szóstej  człowiek ten zaczął poruszać palcami stóp. Wystraszeni ludzie zaczęli wpadać w panikę.
Istnieje pewna indonezyjska opowieść, według której zdarza się, że człowiek po śmierci budzi się, bierze w objęcia osobę stojącą obok trumny, ściska ją, po czym ponownie umiera. To właśnie ta legenda była przyczyną takiej reakcji zebranych. Niemniej jednak nadal trwaliśmy przy zmarłym śpiewając. Gdy odśpiewaliśmy siódmą i ósmą pieśń, brat ten przebudził się, rozejrzał się wokół i uśmiechnął się. Nie uścisnął nikogo. Po prostu otworzył usta i powiedział:
- Jezus przywrócił mnie do życia! Bracia i siostry, chcę wam coś powiedzieć. Po pierwsze, życie nigdy nie kończy się po śmierci. Byłem martwy przez dwa dni i przekonałem się o tym. Po drugie: Piekło i Niebo naprawdę istnieją. Doświadczyłem tego. Jeżeli nie odnajdziecie Jezusa w tym życiu, nigdy nie pójdziecie do Nieba. Z całą pewnością skazani będziecie na Piekło!
Gdy skończył mówić, otworzyliśmy swe Biblie i potwierdziliśmy jego świadectwo Słowem Bożym.
W ciągu następnych trzech miesięcy, podczas których nasze drużyny usługiwały na tym obszarze, przybyło ponad 21 tysięcy ludzi, aby przyjąć Jezusa Chrystusa jako swego osobistego Zbawiciela. Stało się to dzięki temu wspaniałemu cudowi wskrzeszenia z martwych." (str. 66 - 67)

Druga historia zdarzyła się w USA w latach 60-tych. "W prywatnym domu opieki Birchwood w Huntington Station w Long Island zmarła pewna kobieta w wieku około 72 lat. Stwierdzono, że ustało oddychanie i czynność serca, ciśnienie krwi było równe zeru, źrenice rozszerzone, a jelita uległy porażeniu. Pielęgniarki  oczyściły zmarłą i łóżko. Zawołano lekarza, żeby stwierdził zgon. Lekarz ten był agnostykiem i wyśmiewał się z Ewangelii. Działo się to w chrześcijańskim domu opieki.
- Dlaczego mi zawracacie głowę? - drwił. - Przecież wasz Bóg jest na tyle wielki, że mógłby sam zająć się zmarłymi.
Obecny tam pastor Carl Steffens poczuł powołanie, żeby modlić się za tę kobietę. W obecności swojej żony i pielęgniarki włożył ręce na zmarłą i prosił Boga, aby ją wskrzesił. Nic się nie wydarzyło. Nakryli ją więc, zgasili światła i opuścili pokój. Cztery i pół godziny później przyjechał syn zmarłej. Wszedł do jej pokoju wraz z pastorem, panią Steffens i pielęgniarką. Odwinął prześcieradło, aby rzucić ostatnie spojrzenie na swoją matkę, zanim zjawi się przedstawiciel zakładu pogrzebowego. Gdy zdjął prześcieradło, jego matka otworzyła oczy i usiadła.
- Albercie... - powiedziała.
Albert zemdlał. Pastor Steffens stracił równowagę i wsparł się o ścianę. Pielęgniarka zaczęła krzyczeć. Żona pastora o mało nie straciła przytomności. Przyszedł ponownie doktor, zbadał kobietę i stwierdził, że powstała z martwych. Mimo to nigdy nie nawrócił się. Żyje on nadal, a obecnie przekroczył siedemdziesiątkę. Potwierdza to werset biblijny, który mówi: 'Niektórzy nie uwierzą, choćby i umarli zostali wskrzeszeni'." (str. 85)  

Mój rozum się buntuje: "A jaką można mieć pewność, że to się zdarzyło naprawdę? Uwierzysz w to, naiwny człowieku?" a duch mój mówi mi: "Spójrz w karty Ewangelii. Jeśli uznasz, że Bóg tego nie robi dziś, to jakże możesz być pewny tego, co czytasz o Jezusie? A co z zapowiedzianym zmartwychwstaniem u kresu czasu? Dlaczego miałoby być bardziej wiarygodne?" Czasem bardzo trudno jest rozstrzygnąć prawdziwość zasłyszanych / czytanych historii, ale jedno wiem na pewno: jeśli Bóg mógł, to i może; Jeśli Bóg to czynił, to i dziś jest gotów czynić. Może to czynić. Jednak nie czyni tego na podstawie naszych oczekiwań czy wręcz żądań, lecz na podstawie własnej woli i w konkretnym celu, dla korzyści Królestwa Bożego, dla wzrostu wiary.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz