niedziela, 28 czerwca 2015

Gdy trzeba sprzeciwić się prawu

"Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi" (Dzieje Apostolskie 5, 29)
Ilekroć przychodzą takie wiado-mości, w moim sercu pojawia się ogromny smutek. Bo jakże mam nie smucić się, gdy widzę chorobę, rozkład i powolną śmierć? Jakże mam nie smucić się, gdy widzę ludzi, którzy biegną z radością przed siebie, krzycząc: "Nareszcie! Jesteśmy wolni!", skoro mam świadomość, że biegną prosto w... bramy piekła? Jakże nie być napełnionym boleścią, gdy widzi się także niby-chrześcijan gnających z tym tłumem, prosto w szpony Wielkiego Oszusta?  Jeszcze obrzucają oni błotem każdego, kto się tej ideologii, tej drodze, którą biegną, sprzeciwia...

Z drugiej strony zaś może powinniśmy się cieszyć, bo pogłębiający się upadek i rozkład tego świata oznacza także i to, że świat ten dogorywa i że przybliża się zapewne bardzo moment powrotu Chrystusa: koniec tego świata i śmierć wszelkiego zła, a zarazem początek nowego świata i życie wieczne. To nie jest przykra perspektywa! Właściwie dla chrześcijanina jest to nawet ekscytujące. Chrześcijanin jest jak dziecko, które wie, że jutro pojedzie z tatą na wspaniałą wycieczkę, i już jest bardzo podekscytowane tym faktem, i nic innego nie ma już znaczenia. Właściwie to perspektywa, jaka jest przed nami, uczniami Chrystusa, jest jeszcze lepsza, bo... nasza wycieczka nigdy się nie skończy! Ale to "jutro". Na dziś dzień mamy jeszcze wiele, wiele pracy do wykonani. Potrzeba głośno krzyczeć i ratować tak wielu, jak tylko się da, spośród tych, którzy zdążają ku zagładzie w piekielnej otchłani. Przed nami jest cudowne "jutro", ale nie możemy rozłożyć się i śnić o nim - musimy wykonywać swoją pracę w naszym ponurym i smutnym "dziś"! A "dziś" narasta ucisk, który niebawem przerodzi się - jestem o tym przekonany - w prawdziwy terror, spowodowany tym tylko, że jako wyznawcy Chrystusa nie możemy się zgodzić z ideologiami, u podstaw których jest grzech i stanowionymi nowymi prawami.

Pisałem już wielokrotnie o pewnym dziwnym zjawisku: ludzie, którzy mówią wciąż o "tolerancji" i nawołują do niej, gdy ktoś wspomina, że jest chrześcijaninem i że nie może się zgodzić z tym, co lansują, reagują z pogardą i wściekłością. Mówisz / piszesz wobec nich: "Jestem chrześcijaninem i nie zgadzam się!" i by cię zaraz "utopili w łyżce wody"! Szydzą z ludzi i bluźnią przeciwko Bogu. W takich chwilach zza "gładkich słówek" o "tolerancji" i "prawach" wysuwa się prawdziwa morda tego, kto za tym ruchem stoi - szatana. Jeśli ludzie ci reagują pogardą i wściekłością, gdy mówisz o wierze, o zasadach, o Bogu, o Biblii, to nie jest to tak naprawdę ich reakcja, lecz tego, kto zamieszkuje w ich sercach. "...Bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności, ze złymi duchami w okręgach niebieskich. Dlatego weźcie całą zbroję Bożą, abyście mogli stawić opór w dniu złym i, dokonawszy wszystkiego, ostać się" (List do Efezjan 6, 12 - 13). Agresja w tych kręgach nie pojawia się od czasu do czasu, nie jest "marginalnym problemem" - pojawia się ZAWSZE! Jeśli wobec ludzi mówisz jasno: "nie zgadzam się z tym, gdyż Bóg nazywa to grzechem" musisz być gotowy na to, że NATYCHMIAST zostaniesz zaatakowany przez nieprzyjaciół Boga!

Bardzo często słyszę: "Wiara to twoja osobista sprawa i nie masz prawa narzucać jej innym!" OK. Skoro to moja "osobista sprawa", to mam pełne prawo zdecydować o pójściu drogą wiary na 100%. Zresztą nie da się inaczej - albo dajesz 100% Bogu, albo nie dawaj nic. Jeśli wiara to moja "osobista sprawa" to mam prawo być 100% chrześcijaninem 24/7. A więc: w domu, w miejscu zatrudnienia, w biznesie... Tak więc mam prawo odmówić wykonania usług, jeśli nie zgadzają się z tym, co jest podane w Słowie Bożym. Mam prawo - a nawet muszę! - odmówić parze gejowskiej wynajęcia domu / mieszkania / pokoju. Mam prawo - a nawet muszę! - sprzeciwić się ordynacji takich duchownych w moim Kościele i błogosławienia takim parom. Mam prawo - a nawet muszę! - sprzeciwiać się adopcji dzieci przez takie pary. W tym momencie jednak podnosi się głos oburzenia "tęczowych" środowisk: "Ty nie masz prawa tak postępować! To dyskryminacja!" Zaraz, zaraz... Przecież oni sami powiedzieli, że wiara to moja "osobista sprawa"! Więc jakim prawem ingerują w moje życie i w moją "prywatną sprawę" wiary i dyktują mi, co mogę a czego nie mogę? Jeśli wiara to moja "osobista sprawa", to moje postępowanie związane z wiarą tak samo jest moją "osobistą sprawą" i nic im do tego! Nie podoba się? Przecież nikogo nie zmuszam ani aby mnie słuchał, ani też by korzystał z moich usług - jeśli moje warunki mu nie odpowiadają, może iść dalej swoją drogą.

wtorek, 23 czerwca 2015

Stalin i Biblia

"Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat" (Ewangelia Jana 16, 33)
Bardzo lubię świadectwa życia chrześcijańskiego w krajach, gdzie chrześcijaństwo jest nielegalne, lub ledwie tolerowane, kontrolowane, ograni- czane. Fascynuje mnie odwaga bycia chrześcijanami w niesprzyjających bądź ekstremalnie trudnych warunkach. Chiny, Kuba, Korea, Rumunia, ZSRR... Nie wspominając już nawet o krajach islamskich. W Polsce wspólnoty chrześcijańskie praktycznie nie doświadczyły prześladowań, a przynajmniej nijak nie da się tego, czego doświadczano, porównać z terrorem w innych krajach komunistycznych. Księża mogli odprawiać msze, pastorzy nabożeństwa - choć wiadomo było, że bezpieka przygląda się i słucha. Mogła być wydawana i sprzedawana literatura chrześcijańska - choć kontrola była z pewnością ogromna i mnożono trudności, by tylko ukazywało się jej jak najmniej i "odpowiednia". Niedostatki papieru i farby - przydziały były pewnie tylko takie, by zachować pozory wolności - i absurdalne interwencje cenzury. Ale myślę, że naprawdę było stosunkowo dużo swobody. Podoba mi się to, że znosili wszelkie problemy z ogromną pokorą, a przy tym ciętym dowcipem potrafili wygrywać i poszerzać przestrzeń wolności. Bardo lubię czytać / słuchać o pewnych rozgrywkach pomiędzy Kościołem a władzą.

Jedną z moich ulubionych postaci chrześcijaństwa XX wieku jest słynny... przemytnik Biblii, Brat Andrew. Swoje prawdziwe nazwisko, Anne van der Bijl, przez szereg lat był zmuszony ukrywać, ze względu na bezpieczeństwo swoje i swojej rodziny. Gdy Europa Wschodnia była zniewolona przez system komunistyczny, odbywał liczne podróże za "Żelazną Kurtynę", do Polski, Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii a nawet ZSRR. Nie były to zwykłe wyjazdy. Dzięki niemu do krajów tych trafiły tysiące, tysiące egzemplarzy Biblii - księgi, którą komuniści próbowali wymazać ze świadomości ludzi - przemycanych bądź to w przemyślnych skrytkach, bądź to "na bezczelnego", niemal na widoku. Swoją pierwszą podróż odbył w 1955 roku do Warszawy, na... festiwal młodzieży socjalistycznej. Początki jego działalności opisane zostały w znakomitej książce pt. "Boży przemytnik". Właśnie w niej znalazłem bardzo interesujący i zabawny opis, jak sobie chrześcijanie w Polsce radzili w codziennych rozgrywkach z komunistycznymi władzami.

"Byłem w Polsce już prawie od tygodnia! W końcu nadszedł dzień 21 lipca, ten dzień, w którym miało nastąpić otwarcie sklepu z Bibliami. Wyszedłem wcześnie z hotelu i prawie pustymi ulicami dotarłem pod znany adres na ulicy Nowy Świat.
Tuż przed dziewiątą rano zjawił się przed sklepem jakiś człowiek, zatrzymał się i schyliwszy się włożył klucz do zamka.
- Dzień dobry - powiedziałem po polsku.
Mężczyzna wyprostował się i spojrzał na mnie.
- Dzień dobry - odpowiedział trochę chłodno.
- Czy mówi pan po angielsku albo po niemiecku? - spytałem po angielsku.
- Po angielsku - spojrzał na ulicę. - Proszę wejść. 
Włączył światła i zaczął podnosić żaluzje. Kiedy pracował przedstawiłem się. Sprzedawca coś odmruknął. Teraz była jego kolej. Pokazał mi różne wydania Biblii, zarówno tanie, jak i drogie. Przez cały czas próbował wyciągnąć ode mnie jak najwięcej informacji, chcąc ustalić, kim naprawdę jestem.
- Dlaczego przyjechał pan do Polski? - spytał nagle.
 - Gdy cierpi jeden członek, cierpią wszystkie członki - odpowiedziałem cytatem z Pierwszego Listu do Koryntian.
Sprzedawca patrzył na mnie natarczywym wzrokiem.
- Nie rozmawialiśmy o cierpieniu - powiedział. - Przeciwnie, mówiłem panu, jaką mamy wolność wydawania i sprzedaży Biblii... 
I zaczął opowiadać historię, która miała zaświadczyć, w jak dobrych stosunkach z władzami żyją chrześcijanie. Nawet Stalin, przed niedawną śmiercią, uśmiechał się patrząc na pracę sklepu z Bibliami.  
Któregoś dnia do sklepu weszło dwóch urzędników, podając mu pismo. Dla uczczenia urodzin Stalina każdy sklep obowiązany był wywiesić na wystawie jego fotografię w otoczeniu swojego najlepszego towaru.
- Naturalnie - mówił sprzedawca - zgodziłem się chętnie. Tego samego dnia poszedłem do miasta i znalazłem dokładnie to, czego potrzebowałem - bardzo dużą, kolorową fotografię Stalina z założonymi na piersiach rękami spoglądającego w dół z pełnym miłości uśmiechem. Potem wziąłem najdroższą Biblię i rozłożyłem ją, otwartą na słowach Chrystusa, przed uśmiechniętymi z aprobatą oczami Stalina. Wszystkim musiała się podobać moja wystawa, bo zaraz zebrał się przed nią tłum i wszyscy się uśmiechali. Przyszła milicja i kazali mi to zdjąć. "Nie mogę, panie władzo - powiedziałem - bo mam tu oficjalne zarządzenie czarno na białym."

Zabawy z... szatanem

"Gdy tedy wejdziesz do ziemi, którą Pan, Bóg twój, ci daje, nie naucz się czynić obrzydliwości tych ludów; niech nie znajdzie się u ciebie taki, który przeprowadza swego syna czy swoją córkę przez ogień, ani wróżbita, ani wieszczbiarz, ani guślarz, ani czarodziej, ani zaklinacz, ani wywoływacz duchów, ani znachor, ani wzywający zmarłych; gdyż obrzydliwością dla Pana jest każdy, kto to czyni, i z powodu tych obrzydliwości Pan, Bóg twój, wypędza ich przed tobą" (Księga Powtórzonego Prawa 18, 9 - 12)
"Spod jakiego jesteś znaku? Ja jestem Koziorożcem..." - z pewnością każdy z nas nie jeden raz w swym życiu usłyszał to pytanie. Ja w każdym razie słyszałem je w swoim życiu bardzo często. Właściwie było to, niestety, niemal nieodłącznym elementem zapoznawania się - padało ono zwykle już przy pierwszym, lub najdalej drugim, spotkaniu. Zwykle w dzieciństwie lub wieku młodzieńczym ta informacja bywa pożądana - zauważam, że później większość wyrasta z takich bzdur, dojrzewa i przestaje zadawać tego rodzaju absurdalne pytania. Może dlatego, że w szkole dowiadujemy się wiele o sobie, o Ziemi i o kosmosie - między innymi tego, że gwiazdy nie są poukładane w żadne konstelacje, a są one tylko tworem ludzkiej wyobraźni. Jednak, niestety, nie wszyscy - są ludzie, dla których gwiazdy, horoskopy, znaki zodiaku pozostają niezwykle ważne do końca życia.

Przerażające jest to, że najczęściej słyszymy je od ludzi, którzy teoretycznie są chrześcijanami. TEORETYCZNIE, czy może raczej "chrześcijanami z urodzenia", bo urodzili się w katolickich rodzinach i zostali bez własnej woli "ochrzczeni". Osoby, które zajmują się astrologią (czy szerzej ezoteryką) i przywiązują znaczenie do znaków zodiaku nieraz chodzą w niedzielę na mszę i czasem do spowiedzi; jeśli są młodzi, chodzą na katechezy. Równocześnie są jednak jak dzieci błąkające się we mgle. Z doświadczenia wiem, że dość rzadko dla nich Bóg jest kimś naprawdę realnym. Zwykle Bóg jest dla nich pewną ideą, czy też nie dającą się zdefiniować do końca uniwersalną mocą; Biblia jedną z "świętych ksiąg"; zasady biblijne i wiara chrześcijańska zaś tylko jedną z możliwych opcji, spośród innych "równie dobrych"; chętnie posłuchają coś z Biblii, a potem pomedytują by spotkać się z "duchowymi przewodnikami" (czasem w tych medytacjach przychodzi do nich nawet fałszywy Jezus!), poczytają Krishnamurtiego, Megre lub jakiegoś innego okultysty.

Z przykrością stwierdzam, że tacy "chrześcijańscy" ezoterycy zupełnie nie są świadomi tego, co to znaczy wierzyć po chrześcijańsku i co mówi Słowo Boże! Myślę, że jest to skutek tego, że przekazano ludziom wiarę, jako pewien zestaw przekonań i zasad, lecz bez Słowa Bożego.  Tymczasem chodzenie do kościoła przy jednoczesnym przywiązywaniu jakiegokolwiek znaczenia do znaków zodiaku i horoskopów, to tak jakby stawiać "Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek". Mieszanina chrześcijaństwa i pogaństwa, nie jest wcale chrześcijaństwem, nie jest nawet pół-chrześcijaństwem, lecz 100% pogaństwem! Przeraża mnie fakt, że ludzie potrafią pomieszać ze sobą zestawy zupełnie innych przekonań. Rozmawiałem kiedyś z pewnym dziennikarzem lokalnej gazety i on powiedział mi: "Żeby gazeta się dobrze sprzedawała potrzeba dziś sporo ogłoszeń i horoskop, bo ludzie obecnie przede wszystkim tego szukają". A przecież niby żyjemy w społeczeństwie tak bardzo religijnym! Może i religijnym, ale jeśli jest u nas zapotrzebowanie na horoskopy, wróżki, jasnowidzów - i to coraz większe - to znaczy, że żyjemy w kraju, gdzie po 1000 lat teoretycznego chrześcijaństwa pogaństwo wciąż ma się bardzo dobrze i na powrót "pięknie" rozkwita!

Znaki zodiaku i horoskopy to jest okultyzm, to jest pogaństwo w czystej postaci. Podobnie zresztą jak "pierścienie atlantów", wisiorki - talizmany, słoniki z uniesioną trąbą, rybie łuski na szczęście czy malutkie metalowe żabki chowane do portfeli. Nie można być prawdziwie pobożnym chrześcijaninem, a jednocześnie fascynować się astrologią i magią. Jeśli ktoś w niedzielę chodzi do kościoła, a w poniedziałek (dajmy na to) pyta się o znaki zodiaku i czyta horoskopy, to... w zasadzie równie dobrze tą niedzielę może spędzić przed telewizorem, bo to, że w niedzielę pójdzie na mszę (dajmy na to) czy odmówi pacierz naprawdę Boga nie interesuje, jeśli jednocześnie kłania się innym bożkom i słucha szatana i jego instrukcji zawartych m.in. we wróżbach i horoskopach. Czasem słyszę: "Ale ja tak tylko dla rozrywki - wiadomo, że to bzdury!" Uważam, że nie powinniśmy się nawet "bawić" w ten sposób. Niektórzy "bawią" się w wywoływanie duchów lub magię - i skutki są doprawdy opłakane. Jeśli wywoływanie duchów to "tylko zabawa", to dlaczego osoby, które w tym uczestniczą, doznają demonicznych ataków i dlaczego w miejscach takich praktyk dzieją się potem różne straszne rzeczy? Jeśli horoskopy to "tylko zabawa", to jak to się dzieje, że ludzie ulegają tak silnemu zniewoleniu, że czasem nie potrafią zacząć dnia inaczej, jak od zapoznania się z aktualnym horoskopem, a coraz częściej ważne życiowe decyzje najpierw konsultują z wróżką?

My możemy coś traktować lekko, robić coś dla "zabawy", dla "rozrywki", dla "jaj", ale szatan tych praktyk wcale nie traktuje lekko - jest w nich obecny na całkiem poważnie i używa takich "rozrywek", by omotać nasze serce. Bóg - trzeba to jasno powiedzieć - również te sprawy traktuje bardzo poważnie. On chce całego naszego serca. On nie chce odebrać nam radości i rozrywki, ale chce, byśmy także w rozrywce, w zabawie, pozostawali w 100% przy Nim i nie bawili się w nic, co pochodzi od szatana, bądź ma jakiekolwiek z nim powiązania. Jeśli zaoferujemy Bogu 80% swego serca, a 20% na coś, co może mu się nie podobać i powiemy: "Panie! Pozwól nam się bawić. To tylko zabawa, więc nie traktuj tego tak poważnie!" to powiem wprost: Bóg nie chce tych 80% ludzkiego serca, jeśli w pozostałych 20% jest coś na co chcemy, by "przymknął oko". Bóg jest RADYKAŁEM i droga do siebie, którą nam wskazuje również jest RADYKALNA. Bóg chce, byśmy weszli na nią i szli wyżej i wyżej, dalej i dalej - z Biblią w ręku i w modlitwie rozpoznając w swoim życiu wszystko to, co się Bogu i nie podoba i otrząsając swe życie z tego. Słowo Boże i zawarte w nim Boże zasady nie są po to, by nas oskarżać i skazać, lecz by pomóc nam odnowić relację z Bogiem, zyskać ratunek i oczyszczać się. Wiara w horoskopy i praktyki magiczne musi od naszego serca odpaść tak szybko, jak to możliwe - bez tego nie możemy iść tą drogą, którą On nam wskazuje.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Owoce uczynków

"Cóż to pomoże, bracia moi, jeśli ktoś mówi, że ma wiarę, a nie ma uczynków? Czy wiara może go zbawić? Jeśli brat albo siostra nie mają się w co przyodziać i brakuje im powszedniego chleba, a ktoś z was powiedziałby im: Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i nasyćcie, a nie dalibyście im tego, czego ciało potrzebuje, cóż to pomoże? Tak i wiara, jeżeli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie. Lecz powie ktoś: Ty masz wiarę, a ja mam uczynki; pokaż mi wiarę swoją bez uczynków, a ja ci pokażę wiarę z uczynków moich. Ty wierzysz, że Bóg jest jeden? Dobrze czynisz; demony również wierzą i drżą. Chcesz przeto poznać, nędzny człowieku, że wiara bez uczynków jest martwa? Czyż Abraham, praojciec nasz, nie został usprawiedliwiony z uczynków, gdy ofiarował na ołtarzu Izaaka, syna swego? Widzisz, że wiara współdziałała z uczynkami jego i że przez uczynki stała się doskonała. I wypełniło się Pismo, które mówi: I uwierzył Abraham Bogu i poczytane mu to zostało ku usprawiedliwieniu, i nazwany został przyjacielem Boga. Widzicie, że człowiek bywa usprawiedliwiony z uczynków, a nie jedynie z wiary." (List Jakuba 2, 14 - 24)
Ostatnie zdanie tego fragmentu bardzo często pada w trakcie protestancko - katolickich polemik nt. zbawienia. Podczas gdy protestanci przypominają zawsze słowa: "Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was: Boży to dar; nie z uczynków, aby się kto nie chlubił" (List do Efezjan 2, 8 - 9), katolicy mówią, że uczynki są co najmniej równie istotne i często wierzą, że tylko czyniąc odpowiednio dużo dobrego można się dostać do nieba. Nawet przy kanonizacji i beatyfikacji większe znaczenia zdają się mieć uczynki dokonane za życia i - jak uważają katolicy - po śmierci (tzw. "wstawiennictwo" i "cuda"), niż sama wiara. I właśnie wówczas najczęściej pada: "widzicie, że człowiek bywa usprawiedliwiony z uczynków, a nie jedynie z wiary", mające rzekomo dowodzić błędu lub herezji (jak niekiedy zarzucają katolicy) w nauczaniu protestanckim. Oczywiście protestanci w żaden sposób nie negują tego wersetu, ale odczytują go nie jako pojedynczy, lecz jako fragment większej całości. Gdy wyrwiemy go spośród innych go otaczających, stoi on w sprzeczności z tym, co znajdujemy w słowach apostoła Pawła, lub samego Jezusa (myślę tu o słowach z Ew. Jana 3, 16 - 21, gdzie w ogóle nie ma mowy o żadnych uczynkach!). Jedynie wówczas, gdy odczytujemy go w kontekście, widzimy, że wcale nie chodzi o uczynki, ale o prawdziwą wiarę!

Tylko przez wiarę jesteśmy zbawieni, a dobre uczynki są owocem rodzącym się z wiary. Wiara daje nam zbawienie, nie zaś wiara + uczynki! Rzecz w tym, że jest wiara i wiara. Cześć ludzi wprawdzie wierzy w Boga, ale wiarą bardzo teoretyczną - przyjmują Jego istnienie do wiadomości, modlą się regularnie i nawet często chodzą do kościoła, czasem nawet nieźle znają Słowo Boże, ale na tym się właściwie wszystko kończy. Zbyt często wiara jest dla ludzi tylko zestawem przekonań i praktyk. Tymczasem wiara nie ma być w umyśle, nie ma być tylko rozumowym uznaniem istnienia Boga, lecz musi być głęboko zakorzeniona w sercu. Tylko wiara, która jest w sercu, przynosi owoce. "Wydajcie więc owoce godne nawrócenia; i nie próbujcie sobie mówić: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. Pytały go tłumy: Cóż więc mamy czynić? On im odpowiadał: Kto ma dwie suknie, niech [jedną] da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni. Przychodzili też celnicy, by dać się ochrzcić, i mówili do niego: Nauczycielu, co mamy czynić? On zaś rzekł do nich: Nie pobierajcie nic więcej ponad to, co dla was ustalono. Pytali go też żołnierze, mówiąc: A my co mamy czynić? I rzekł im: Na nikim nic nie wymuszajcie ani nie oskarżajcie fałszywie dla zysku, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie." (Łukasza 3, 8 - 11) Jan Chrzciciel mówi to do ludzi, którzy wierzyli w Boga, którzy przyjmowali fakt, że On jest. Wielu z nich było nie tylko gorliwymi żydami chodzącymi do synagog i Świątyni, ale także bardzo dobrze znającymi pisma, które my obecnie znamy jako "Stary Testament". "[...] Szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane" (Ewangelia Mateusza 6, 33). Królestwo Boże to prawdziwa, żarliwa wiara, życie w społeczności z Bogiem; "sprawiedliwość jego" to zaś - jak rozumiem - nic innego, jak wiara owocująca, postawa i czyny z wiary wynikające. Nie ma jednego bez drugiego! Ale wiara jest zawsze na pierwszym miejscu, jest zawsze najważniejsza.
 
Zastanawia mnie jeszcze inny fragment Biblii: "I ja, bracia, nie mogłem mówić do was jako do duchowych, lecz jako do cielesnych, jako do niemowląt w Chrystusie. Poiłem was mlekiem, nie stałym pokarmem, bo jeszcze go przyjąć nie mogliście, a i teraz jeszcze nie możecie, jeszcze bowiem cieleśni jesteście. Bo skoro między wami jest zazdrość i kłótnia, to czyż cieleśni nie jesteście i czy na sposób ludzki nie postępujecie? (...) Albowiem fundamentu innego nikt nie może założyć oprócz tego, który jest założony, a którym jest Jezus Chrystus. A czy ktoś na tym fundamencie wznosi budowę ze złota, srebra, drogich kamieni, z drzewa, siana, słomy, to wyjdzie na jaw w jego dziele; dzień sądny bowiem to pokaże, gdyż w ogniu się objawi, a jakie jest dzieło każdego, wypróbuje ogień. Jeśli czyjeś dzieło, zbudowane na tym fundamencie, się ostoi, ten zapłatę odbierze; jeśli czyjeś dzieło spłonie, ten szkodę poniesie, lecz on sam zbawiony będzie, tak jednak, jak przez ogień." (1. List do Koryntian 3, 1 - 3 i 11 - 15). Katolicy zwykli ten fragment interpretować jako słowa mówiące o "czyśćcu", ale... nie ma czegoś takiego, jak "czyściec" - Słowo Boże mówi o niebie (zbawienie) i piekle (potępienie), nigdzie zaś o miejscu / stanie, gdzie można się "wyszorować" i to poprzez cierpienia. O czym więc mówi apostoł Paweł? Mówi o fundamencie, jakim jest Jezus, o założeniu fundamentów w ludzkich sercach - nauka Ewangelii i o wierze - "wierze" teoretycznej i niedojrzałej, rozumowym przyjmowaniu istnienia Boga i oddawaniu Mu czci i o wierze głębokiej, prawdziwej, owocującej. Ta pierwsza jest porównana do jakiegoś marnego szałasu, zbudowanego z drewna i słomy, druga zaś do wspaniałego pałacu. Wydaje się, że jest tu pewna różnica zdań pomiędzy Pawłem a Jakubem, bo o ile Jakub mówi: wiara + uczynki, to Paweł mówi: wiara, a dopiero później jest ocena jej jakości w oparciu o postępowanie. Zdaje się mówić: drzewa bez owocu też ocaleją. Może się pomylił? Ale z drugiej strony ta różnica zdań może być jednak tylko pozorna - gdybyśmy mogli w pełni skonfrontować Pawła i jego poglądy (rozumienie nauk Chrystusa) z Jakubem i jego poglądami (rozumieniem nauk Chrystusa), okazałoby się pewnie, że w gruncie rzeczy myślą tak samo, ale nie wszystko, co myśleli i nauczali my znamy. A może rację mają ci, którzy tą rozbieżność interpretują w ten sposób, że zbawienie jest takie samo, ale nagrody nie są równorzędne?

Pewnie moglibyśmy się długo kłócić o interpretację tych słów, ale... czy jest sens? Znacznie ważniejsze od rozstrzygania o tym, kto ma rację i czy może mówią o tym samym, lecz tylko inaczej, jest to, by pielęgnować i pogłębiać własną wiarę tak, by rozrastała się i owocowała, by była jak twierdza i wspaniały pałac, a nie lichy szałasik... Potrzeba, by wiara była w naszym sercu, byśmy żyli nią na co dzień tak, by podobać się Bogu. Mamy przyjmować Boga sercem, nie tylko rozumem! I pozwolić, by Ewangelia wypełniała nasze serce i życie, by przepełniała nas i nasze podejście do innych - gdy tak będzie, będą owoce uczynków. Rodzi się we mnie taka myśl: zasiano w nas ziarno wiary, a my jesteśmy powołani do tego, by piąć się wzwyż, ku Bogu - podobnie jak rośliny pną się ku słońcu, które je ogrzewa, z którego czerpią swe siły witalne. Jesteśmy powołani do tego, by wzrastać i doskonalić się - do życia w całej pełni, do życia przepełnionego Bogiem. "Ja przyszedłem po to, aby /owce/ miały życie i miały je w obfitości" (Ewangelia Jana 10, 10 - tłum. "Biblia Tysiąclecia") - mówi Pan. Bóg chce, byśmy wzrastali, rozrastali się i przynosili owoc, a nie wegetowali gdzieś na pograniczu życia i śmierci...

sobota, 20 czerwca 2015

Bóg, który wzbudza z martwych

"A zaraz potem udał się do miasta, zwanego Nain, i szli z nim uczniowie jego i mnóstwo ludu. A gdy się przybliżał do bramy miasta, oto wynoszono zmarłego, jedynego syna matki, która była wdową, a wiele ludzi z tego miasta było z nią. A gdy ją Pan zobaczył, użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz. I podszedłszy, dotknął się noszy, a ci, którzy je nieśli, stanęli. I rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię: Wstań. I podniósł się zmarły, i zaczął mówić. I oddał go jego matce" (Ewangelia Łukasza 7, 11 - 15)
Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Jeśli na Jego słowo powstało Słońce i Księżyc, i gwiazdy - wobec których nasza jest mikra, i wszystkie prawa fizyki, którymi utrzymywany jest ten świat, każda roślina i każde stworzenie, to wzbudzenie umarłych z martwych nie jest właściwie żadnym wielkim cudem, choć rzecz jasna przekracza on granice naszego pojęcia. Jezus o sobie mówi: "Ja jestem droga i prawda, i żywot" (Ewangelia Jana 14, 6), a apostoł Jan zaświadczył o Jezusie: "W nim było życie..." (Ewangelia Jana 1, 4). To Jezus tchnął w nas życie, więc ma też moc przywracać życie zmarłym, czego szokujące przykłady mamy w Biblii - przynajmniej zmartwychwstania młodzieńca z Nain i Łazarza dokonało się na oczach tłumów. Mogło się to dokonać, bowiem Jezus jest życiem samym w sobie, jest tym, który daje życie, który je podtrzymuje i który je odnawia. Jezus jest życiem, mocą życia - bez żadnych ograniczeń.

"Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie; bo Ja idę do Ojca" (Ewangelia Jana 14, 12). "Tych dwunastu posłał Jezus, rozkazując im i mówiąc: Na drogę pogan nie wkraczajcie i do miasta Samarytan nie wchodźcie. Ale raczej idźcie do owiec, które zginęły z domu Izraela. A idąc, głoście wieść: Przybliżyło się Królestwo Niebios. Chorych uzdrawiajcie, umarłych wskrzeszajcie, trędowatych oczyszczajcie, demony wyganiajcie; darmo wzięliście, darmo dawajcie" (Ewangelia Mateusza 10, 5 - 8) Cuda, o jakich czytamy w Biblii, są wspaniałym darem Boga dla człowieka, a nade wszystko znakiem, że On Jest! Bóg nie oznaczył żadnych granic - ani terytorialnych, ani też czasowych - dla swego działania. Jezus powiedział nam: co ja czynię i wy czynić możecie, a dziać się to może dlatego, że Chrystus jest z nami, wraz z całą swą mocą. Możemy modlić się o ludzi, wkładać ręce, a oni mogą odchodzić uwolnieni i uzdrowieni. To nie nasza moc, bo my jesteśmy tylko narzędziami, a to nie narzędzie wykonuje pracę, tylko ten, w czyim ręku jest owo narzędzie.

Bardzo liczne są świadectwa uzdrowień w Kościele. Mamy wspaniałą medycynę, bardzo rozwinięte technologie, lecz podlegają one ograniczeniom. Każdy z nas zna kogoś, komu lekarze nie są w stanie pomóc. A Bóg może! I znam przypadki, gdy podczas modlitwy w niewyjaśniony sposób znikały narośla, guzy rakowe, a nawet pojawiały się utracone części ciała. Niektórych uzdrowionych w tak cudowny sposób miałem sposobność poznać osobiście. Czy jestem "naiwny" wierząc w cuda? Są - taka prawda - ludzie, którzy oszukują (po co? dla rozgłosu?), albo ulegają jakimś złudzeniom, lub w nadprzyrodzony sposób - pod wpływem emocji - wyjaśniają sobie coś, co dałoby się wyjaśnić "racjonalnie". Ale wiem, że Jezus czynił cuda i obiecał nam, że za naszym wstawiennictwem / pośrednictwem będzie to czynił dalej. Jeśli Słowo Boże mówi o cudach i obiecuje tak niezwykłe zdarzenia za pośrednictwem Kościoła, to znaczy, że tak właśnie jest - albowiem "Słowo Pana trwa na wieki" (1. List Piotra 1, 25).

Uzdrowienia uzdrowieniami. Ale wróćmy do początku. Jezus nie tylko uzdrawiał, ale i wskrzeszał. Czy to również jest możliwe dziś? Jeśli Jezus mówi: "Kto wierzy we mnie, ten także dokonywać będzie uczynków, które Ja czynię, i większe nad te czynić będzie", to by znaczyło, że... jak najbardziej jest to możliwe. Właściwie wskrzeszenie nie wymaga niczego więcej, niż uzdrowienie - i to i to dokonuje się na Boże Słowo, na mocy tego samego impulsu. A jednak nawet tym, którzy wierzą, że Bóg wciąż uzdrawia, jakoś trudno uwierzyć, że Bóg może wskrzeszać dziś tak samo, jak czynił to 2000 lat temu. Być może jest tak dlatego, że... No właśnie! Znam uzdrowionych i ludzi, którzy byli świadkami uzdrowień, ale nie znam nikogo, kto by doznał wskrzeszenia lub był jego świadkiem. Nawet w czasach biblijnych - jak się zdaje - był to rzadko występujący cud; potężny znak, dawany przez Boga raczej okazjonalnie. A może jestem (jesteśmy) trochę jak ów "niewierny Tomasz", któremu Jezus powiedział: "Uwierzyłeś dlatego, że Mnie zobaczyłeś? Szczęśliwi, którzy nie zobaczyli, a jednak uwierzyli" (Ewangelia Jana 20, 29 - tłum. Nowe Przymierze EIB). "Bo zaprawdę, powiadam wam: Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: Przesuń się stąd tam!, a przesunie się. I nic niemożliwego nie będzie dla was" (Ewangelia Mateusza 17, 20) Może to jest właśnie przyczyna, dla której cuda nie są naszą codziennością?

Nie trwońmy bogactwa!

"Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście. (...) Zaprawdę powiadam wam, czegokolwiek nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, i mnie nie uczyniliście." (Ewangelia Mateusza 25, 40 i 45)
Przywykliśmy myśleć o grzechach jako o po prostu złych uczynkach. Wiemy, że kradzież jest grzechem, że obżarstwo jest grzechem, że opilstwo (alkoholizm) jest grzechem, że seks pozamałżeński jest grzechem... Słowo Boże zawiera niesamowicie długą listę przeróżnych grzechów - właściwie ona nawet przeraża swą obszernością, póki nie zrozumiemy dokładnie po co nam została ona dana; póki nie zrozumiemy, że nie musimy się trząść nad każdym z nich, a że mają one nam uświadamiać naszą ułomność i służyć poprawie. Oczywiście Boże: "nie rób tego" ma ogromne znaczenie - jeśli je zlekceważymy, stajemy się przestępcami, w których sercach nie ma Ducha Bożego. Ten, kto grzeszy, kto lekceważy i łamie Prawo Boże, jest na prostej drodze do piekła, choćby nawet uważał się za "chrześcijanina" - bo jakże może być zbawiony ten, kto w życiu wydaje owoce niegodziwości? 

Ale grzech popełniamy nie tylko wówczas, gdy czynimy coś złego, gdy łamiemy Boże Prawo. Grzech popełniamy także wówczas, gdy mogąc uczynić coś dobrego, nie zrobimy tego. Ile razy mijamy obojętnie człowieka, który potrzebuje naszej pomocy... A nawet zwierzę, które cierpi! Ile razy możemy zrobić dla kogoś coś dobrego, a nie uczynimy tego, zasmucamy bardzo naszego Pana. Bo gdy omijamy bliźniego, czy jakiekolwiek stworzenie, obojętnie, gdy możemy świadczyć dobro, a nie czynimy tego, to jest to znak kryzysu miłości w naszych sercach. Jesteśmy wszyscy posłani do świata, by nauczać - głosić Ewangelię - ale potrzeba czegoś znacznie więcej: potrzeba byśmy byli znakiem, byśmy nieśli światło i nadzieję. Bóg, który mieszka w naszych sercach potrzebuje naszych ust, by wypowiadały słowa Ewangelii; naszych serc by przez nie, gdy przepełnia je miłość, wylewać miłość na ten świat; naszych rąk, by czynić dobro. 

Jesteśmy powołani do tego, by miłować i nasze oczy powinny być zawsze szeroko otwarte. Potrzeba czujności, byśmy nie stracili żadnej okazji do wyświadczenia dobra innym.  Na świecie jest tak wiele zła, i rozkrzewia się ono tak przerażająco łatwo. A wciąż tak mało dobra. Nie stać więc nas na zaniedbywanie czynienia dobra! Każdy kawałek dobra, które możemy uczynić, ma niezwykłą wartość w tym świecie. "Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie je mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje podkopują i kradną; ale gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie podkopują i nie kradną. Albowiem gdzie jest skarb twój - tam będzie i serce twoje" (Ewangelia Mateusza 6, 19 - 21). Nie dobre uczynki zapewniają nam niebo, ale każdy dobry uczynek to kolejny okruch złota, kolejny klejnot, który odkładamy sobie w "niebieskim skarbcu". Bóg nie będzie nas mniej kochał, jeśli nie uczynimy dobra, ani bardziej, jeśli będziemy czynili wiele - ale wierzę, że ile razy czynimy dobro, tyle razy Bóg się do nas uśmiecha i zsyła na nas błogosławieństwo.

Pomyślmy, o ile piękniejszy mógłby być nasz świat, gdyby każdy z nas postanowił nie tylko powstrzymywać się od tego, co złe, lecz także czynić każdego dnia tyle dobra, ile tylko zdołamy? Tak wiele okazji do tego mamy każdego dnia. Gdybyśmy pod naszymi stopami ujrzeli bryłkę złota, to czyż nie schylilibyśmy się po nią, uszczęśliwieni z korzyści? Każda okazja do czynienia dobra ma większą wartość od bryłki złota! Dlaczegóż więc nie "schylamy się" po nią, nie podnosimy jej? Idziemy jak ślepcy, czy może jak głupcy? Prowadząc przez lata życie grzesznika, doszedłem do bankructwa. Dziś mam postanowienie czynić tyle dobra, ile tylko zdołam - bo nie stać mnie na trwonienie takiego bogactwa!

sobota, 13 czerwca 2015

Źródło prawdziwej radości

"Radujcie się w Panu zawsze; powtarzam, radujcie się" (List do Filipian 4, 4)
Czytam właśnie niezwykle ciekawą książkę pastora Ralpha Wilkersona, pt. "Trzydzieści minut w niebie". Tak pisze on o radości:  
"Radość to charakterystyczna cecha życia w Duchu Świętym. Świat poszukuje prawdziwej radości i szczęścia bardziej, niż jakiejkolwiek innej przyjemności. Wczesny Kościół znany był ze swej radości. Zwiastowanie radości i szczęścia nadal jest naszą największą reklamą przy zdobywaniu świata. Radość ta nie zależy od okoliczności. Paweł i Sylas, przebywając w więzieniu u Filipian, mieli przeciwko sobie wszelkie okoliczności, a mimo to byli pełni radości i o północy śpiewali pieśni pochwalne. Jak mogli oni cieszyć się taką radością? Mogli, ponieważ mieli świadomość swego przeznaczenia i przekonani byli, że Bóg ma wszystko pod swą kontrolą. Szczęście nie jest uzależnione od wydarzeń. (...) Radosny chrześcijanin nie ma mniej problemów, niż nie-chrześcijanin, ale nie pozwala on na to, aby jakiekolwiek okoliczności obrabowały go z radości" (str. 57).

Szatan jest złodziejem i zabójcą - tak mówi o nim Bóg. Przychodzi, by kraść, zabijać i niszczyć. Owe "jakiekolwiek okoliczności", o których pisze pastor Ralph, to nic innego, jak tylko szatańskie pułapki zastawione na nas, by nas obrabować i zniszczyć, pociągnąć na dno piekła, jeśli nie w grzech i niewiarę skutkujące realnym piekłem, to przynajmniej "piekła za życia", życia pełnego łez i bólu, zwątpienia i psychiczno - duchowego mroku. Skoro Bóg jest dobry i jest światłością, to od niego też pochodzi wszystko to, co dobre, w tym także wszelka prawdziwa radość, pokój serca i nadzieja. Jeśli zaś szatan jest zły - a jest zły tak bardzo, że przekracza daleko naszą ludzką skalę pojęcia zła - i jest ciemnością, to od niego pochodzi wszelki smutek, przygniatające nas ciężary, lęki, depresja, poczucie beznadziei. Smutek jest diabelską trucizną, kropla po kropli wsączaną w nasze serca. Smutek zabija powoli

Życie nasze nie jest bezustanną radością. Smutek, który się pojawia w naszym sercu jest naturalny. Myślę jednak, że jest on konsekwencją grzechu - nie naszego osobistego, lecz upadku ludzkości. Smutek nasz jest uzasadniony, gdy cierpimy, gdy boli, gdy ktoś umiera, gdy życie nasze jest niełatwe, gdy kłopoty piętrzą się przed nami, jak jakiś groźny olbrzym... Strach pojawia się, ale nie możemy dopuścić do tego, by rządził on naszym życiem - bo jest on jak chwast w ogrodzie. Bóg zachęca nas do pielęgnowania w sobie mądrej (!) radości, do pogodnej ufności. Jesteśmy stworzeni i powołani do radości. Tak, jak smutek jest konsekwencją grzechu, tak radość bierze się i rozkwita ze zbawienia. "I choćbym szedł po dolinie cieni, nie będę się bał złego, bo Ty zemną; laska Twoja i podpora Twoja, one mnie pocieszą" (Psalm 23, 4 - przekład Izaaka Cylkowa). Pan jest naszą nadzieją i pocieszeniem! ŹRÓDŁEM RADOŚCI jest nasz Pan!

piątek, 12 czerwca 2015

Prawdziwy sakrament

"I wziąwszy kielich, i podziękowawszy, rzekł: Weźcie go i rozdzielcie między sobą; powiadam wam bowiem, iż odtąd nie będę pił z owocu winorośli, aż przyjdzie Królestwo Boże. I wziąwszy chleb, i podziękowawszy, łamał i dawał im, mówiąc: To jest ciało moje, które się za was daje; to czyńcie na pamiątkę moją. Podobnie i kielich, gdy było po wieczerzy, mówiąc: Ten kielich, to nowe przymierze we krwi mojej, która się za was wylewa." (Ewangelia Łukasza 22, 17 - 20) "Ja jestem chlebem żywym, który z nieba zstąpił; jeśli kto spożywać będzie ten chleb, żyć będzie na wieki; a chleb, który Ja dam, to ciało moje, które Ja oddam za żywot świata. Wtedy sprzeczali się Żydzi między sobą, mówiąc: Jakże Ten może dać nam swoje ciało do jedzenia? (...) Duch ożywia. Ciało nic nie pomaga. Słowa, które powiedziałem do was, są duchem i żywotem..." (Ewangelia Jana 6, 51 - 52 i 63)
Jezus nie był schizofrenikiem, który raz mówi jedno, a raz drugie; który nie wie o czym mówi i żyje jakimiś swoimi wizjami. Jeśli raz jeden powiedział, że nie ma na myśli swego rzeczywistego ciała, gdy mówi o spożywaniu Go, to powiedział to raz na zawsze i w kontekście tych Jego słów należy odczytywać także to, co stało się potem w Wieczerniku. W Kościele katolickim często słyszałem wersy 47 - 58 z 6 rozdziału Ewangelii Jana, podczas gdy 63 był zdecydowanie wyciszany, a to przecież on właśnie jest najważniejszy w całej tej przemowie Chrystusa, bo objaśnia znaczenie wcześniejszych słów, które tak zszokowały słuchających! Ów wers 63 sprawia katolikom bardzo duży problem, bo przekreśla on ich interpretację Wieczerzy. By jej bronić "odwracają kota ogonem" i twierdzą, że to właśnie w tym wersie Jezus mówi symbolicznie, choć przecież nic na to nie wskazuje. Jeśli uczniowie czegoś nie pojęli, to czy Jezus brnąłby dalej w filozofowanie? Nie, bo tylko bardziej by wszystko skomplikował, a była potrzeba wyjaśnienia - dlatego właśnie te słowa należy rozumieć dosłownie, bez doszukiwania się w nich jakichś ukrytych znaczeń, skomplikowanej filozoficznej symboliki.

Czasem zastanawiam się nad tym, po co właściwie w Wieczerniku Jezus łamał chleb i puścił w krąg kielich wina. Myślę, że w jednym katolicy mają rację, nazywając to "komunią" - co oznacza jedność, wspólnotę. Choć przecież wędrując razem od wsi do wsi, od miasteczka do miasteczka, całej Palestyny, żyli razem, dzielili się wszystkim i spożywali razem posiłki, Jezus postanowił pozostawić swym uczniom wyjątkowy testament. To, czego dokonał w Wieczerniku przed swą śmiercią, odczytuję jako ostateczne zawiązanie wspólnoty swoich uczniów, zalążek Kościoła. To - w moim przekonaniu - niezwykłe przesłanie: bądźcie jedno ze sobą nawzajem i ze Mną w moim Słowie; trwajcie wiernie w jedności i w naukach, które wam pozostawiam. Jezus powiedział nam: "A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata" (Ewangelia Mateusza 28, 20). Symbole chleba i wina są dla mnie widzialnym obrazem tego, co niewidzialne: realnej, choć duchowej obecności Chrystusa w Kościele; realnej, choć duchowej komunii - wspólnocie - ludzi wierzących z Chrystusem. Ustanowiona przez Chrystusa Pamiątka ma nam przypominać kim jesteśmy i do kogo należymy, kierować nasz duchowy wzrok i myśli do Jezusa i ku Jego słowom, jednoczyć Dzieci Boże, umacniać duchową więź, która spaja Kościół.

William Barcley - znakomity szkocki teolog i biblista, duchowny Kościoła Szkocji, w swoim komentarzu do Ew. Łukasza napisał: "Jezus powiedział: „Czyńcie to na pamiątkę moją”. Jezus wiedział jak łatwo ludzki umysł zapomina. „Czas zaciera wszystko” – powiadali Grecy, jak gdyby umysł ludzki był tablicą, a czas gąbką do jej wycierania. Jezus powiadał: „W krzątaninie codziennych obowiązków zapomnicie o mnie. Człowiek zapomina nie dlatego, że chce zapomnieć, ale dlatego, że musi. Dlatego od czasu do czasu zbierajcie się w ciszy i spokoju i czyńcie to wraz z moim ludem – a wtedy wszystko przypomnicie sobie”." I ta myśl do mnie bardzo mocno przemawia. Symbol służy ożywieniu w nas zapisanych w naszej pamięci danych - Słów Chrystusa. "Sakramentem jest coś powszechnie znanego, co nabiera zupełnie nowego znaczenia dla tych, którzy mają oczy do patrzenia i serce do rozumienia. (...) Chleb, który spożywamy w czasie przyjmowania sakramentu, jest zwykłym chlebem, ale dla tego, kto w swoim sercu czuje i rozumie, jest to ciało Chrystusa" - pisze Barcley. To nie kawałek rzeczywistego ciała, lecz symbol, który ma nas pobudzać do duchowego trwania i umacniania się w Słowie Bożym, w żywym Chrystusie.

Karmienie się chlebem i winem jest dla mnie symbolem tego, co chrześcijanin czyni na co dzień, to jest karmienia się Słowem Bożym. I jest symbolem samego Chrystusa, który nam swe nauki zostawił. Jeśli nie karmimy się na co dzień Ewangelią Chrystusową - tymi Słowami, które Chrystus nazywa "duchem i żywotem", jesteśmy duchowo martwi. Bez realnego życia z Chrystusem, karmienia się Słowem Bożym i modlitwą, życia codziennego na sposób chrześcijański, niedzielna praktyka zjedzenia opłatka / chleba / bułki i wypicia odrobiny wina (czego nie czynią katolicy, ograniczając się do jednego tylko symbolu, chleba - więc tym samym nie wypełniając niestety należycie polecenia Pana!) nie ma żadnego znaczenia. I Bóg nie chce, byśmy żyjąc na co dzień z dala od Niego, jak poganie, raz w tygodniu odstawiali szopkę pobożności. "Przeto, ktokolwiek by jadł chleb i pił z kielicha Pańskiego niegodnie, winien będzie ciała i krwi Pańskiej. Niechże więc człowiek samego siebie doświadcza i tak niech je z chleba tego i z kielicha tego pije. Albowiem kto je i pije niegodnie, nie rozróżniając ciała Pańskiego, sąd własny je i pije" (1. List do Koryntian 11, 27 - 29). Apostoł podkreśla, że Wieczerza jest aktem religijnym, który musi być uszanowany i ma znaczenie tylko, gdy realnie żyjemy z Bogiem i czynimy to z prawdziwej pobożności. Niegodne jej spożywanie nie obciąża nas bardziej, niż inne nasze grzechy - jeśli żyjemy w grzechu, osądzeni zostaniemy jako grzesznicy, i jeśli w grzechach swych pomrzemy, nie będzie nad nami litości, której symbolami są chleb i wino.

Podsumowując. Nie chleb i wino, które mamy spożywać z nakazu Chrystusa, ma być w centrum naszego życia, a Chrystus i Jego Sowo, Ewangelia. Nie chleb, który zjadamy i wino, które wypijamy dają nam życie i moc, lecz Chrystus, jeśli jest w naszym sercu, i wierność Jego Słowu, Ewangelii. Dobrze jest, gdy praktykujemy Wieczerzę - i myślę, że dobrze jest to czynić jak najczęściej - lecz nie jest ona istotą życia chrześcijańskiego, bo tą jest codzienna relacja z Bogiem i praktykowanie Słowa Bożego. PRAKTYKOWANIE Słowa Bożego, czyli kształtowanie własnego codziennego życia - myśli, mowy i uczynków - na wzór tego, czego naucza Pan Bóg! Pamiątka wieczerzy jest jakby ramą dla życia chrześcijańskiego, która nie ma sensu ani wartości, gdy nie obejmuje obrazu - żywej w naszym sercu treści ewangelicznej. Rama może być nawet pięknie rzeźbiona i pomalowana, i cenna, ale jeśli jest tylko ramą, jej istnienie nie ma odrobiny sensu i mamy "przerost formy nad treścią"! Rama powinna zwracać naszą uwagę na obraz, powinna być dla niego dodatkiem i umocnieniem - nie jest i nie może być treścią sama w sobie. Lepszy jest obraz bez ramy, niż rama bez obrazu! Prawdziwy sakrament to dla mnie nie chleb i wino, ale życie "w Chrystusie" - to znaczy w najgłębszej komunii (wspólnocie) z Chrystusem, na sposób Chrystusowy, według Ewangelii.

wtorek, 9 czerwca 2015

Po pierwsze: SŁUŻBA!

"Zmartwienie w sercu człowieka przygnębia go, lecz słowo dobre znowu go rozwesela"  (Księga Przysłów 12, 25)
Bóg nie skazuje nikogo na samotność. Gdy stworzył przed tysiącami lat Adama, stworzył też Ewę. "Niedobrze jest człowiekowi, gdy jest sam. Uczynię mu pomoc odpowiednią dla niego" (1. Księga Mojżeszowa, tzw. "Rodzaju", 2, 18) Później czytamy, że Bóg przyprowadził do Adama różne zwierzęta, żeby je nazwał i "sprawdził, czy będą dla niego właściwe". Bóg wiedział, że nie i miał przecież od razu w planie stworzyć kobietę. Jestem przekonany o tym, że była to dość oryginalna w formie lekcja dla człowieka. Bóg - jak sądzę - chciał nam pokazać, że nie jesteśmy stworzeni sami dla siebie, że jest nam potrzebny drugi człowiek, ktoś kto nam dopomoże i będzie się o nas troszczył i kto nam będzie powierzony, byśmy dopomagali mu i o niego się troszczyli. Oczywiście jest to przede wszystkim ustanowienie pierwszego małżeństwa i Bożego porządku w małżeństwie, ale uważam, że ten fragment może być tak naprawdę bardzo pojemny znaczeniowo i nie sądzę, by powołanie się na niego było przesadą i próbą interpretacji na siłę.

Bóg mógł stworzyć nieskończenie wiele światków, a w każdym z nich zamknąć jakiegoś człowieczka. Ale nie, On stworzył jeden świat i na nim nas wszystkich. Wyposażył każdego z nas w inne talenty, dary. W każdego z nas wbudował też potrzebę, by mieć kogoś obok siebie - kogoś, kogo możemy dotknąć, zobaczyć, usłyszeć, do kogo możemy "gębę otworzyć, poradzić się, z kim możemy mieć jakieś relacje wzajemne. Choć oczywiście zdarzają się tzw. "samotnicy", skrajni introwertycy stroniący od ludzi, to jednak człowiek z natury nie lubi być sam. Jesteśmy tak skonstruowani psychicznie, że potrzebujemy być wśród ludzi, mieć innych obok siebie, by móc normalnie funkcjonować. Owszem, każdy z nas lubi pobyć sam, lecz w pewnym momencie samotność zaczyna nam doskwierać, a potem staje się okrutną torturą. Człowiek jest istotą społeczną i gdy brakuje nam relacji z innymi, nasza psychika przestaje funkcjonować prawidłowo - samotność prowadzi do duchowego i psychicznego załamania, do patologii. Jest jedną z najgorszych rzeczy, jakie się mogą zdarzyć człowiekowi.

Naszym powołaniem nie jest życie dla samych siebie, lecz życie wraz z innymi, i dla innych. Drugi człowiek jest darem dla Ciebie, Ty zaś jesteś darem dla niego. Bóg powołuje ludzi do tego, by nawzajem sobie usługiwali! Mamy naśladować Chrystusa, który "chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi" (List do Filipian 2, 6 - 7). Nie wolno nam koncentrować się na sobie i tym, co jest dla nas dobre i korzystne, co jest w naszym interesie, co zaspokoi nasze pragnienia, lecz na drugim człowieku i tym, czego on potrzebuje. Powinniśmy być bardziej dla innych, niż dla siebie - tak, jak i sługa najpierw wypełnia powinności służby, a dopiero potem myśli o sobie. "Jeśli ktoś chce być pierwszy, niechaj stanie się ze wszystkich ostatnim i sługą wszystkich" (Ewangelia Marka 9, 35). Naszym obowiązkiem jest ciągła obserwacja, badanie naszego otoczenia, is spieszenie tam, gdzie możemy być komuś pomocni. Dokładnie tak, jak sługa jest gotowy iść do zadań na każde skinienie swego pana. Czasem może się zdarzyć naprawdę trudne zadanie, a czasem jakiś zupełny drobiazg, który dla tej drugiej osoby jest jednak naprawdę wielką sprawą.

Każdego dnia mamy tak wiele spraw do załatwienia, tak wiele pracy. Pędzimy z miejsca na miejsce, wciąż spoglądamy na zegarek i myślimy o tym, aby się tylko nie spóźnić... Ten świat wciągnął nas w swoje trybiki i wciąż podkręca nam "obroty". I coraz trudniej nam znaleźć czas dla siebie samych, dla rodziny, dla bliźniego. A naprawdę trzeba umieć się zatrzymać przy drugim człowieku i dojrzeć jego potrzeby i zapełnić sobą jego samotność, dotknąć go, powiedzieć od serca dobre słowo, wysłuchać, otrzeć łzę, mieć dla niego czas... Jeśli nie masz w swym życiu czasu, by pochylić się nad drugim człowiekiem, to znaczy, że szatan okradł cię z tego, co miałeś rozdawać innym! To szatan tak "podkręca" ten świat i tempo naszego życia, byśmy zupełnie się zagubili i by rozleciało się i zmarnowało to, co mamy rozdawać, byśmy byli zbyt zajęci i zabiegani, by zobaczyć drugiego człowieka i jego potrzeby. Potrzeba wielkiej odwagi i zaufania do Boga, by umieć wyskoczyć z tego zwariowanego kołowrotka i poświęcić się temu, do czego zostaliśmy powołani.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Radykalizm a nowonarodzenie - czyli o tym, jak być dobrym wojownikiem


"Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego" (Ewangelia Jana 3, 5)
Odwiedziłem niedawno "w sprawach Królestwa Niebieskiego" pewne miasto w północnej Polsce. Aby siać, siać i siać byłem tam m.in. w miejscowym zborze zielonoświątkowym i rozmawiałem z pastorem o planowanej akcji ewangelizacyjnej, realizowanej wspólnie z katolikami. Rozmawiając, powiedziałem: "Pastor rozumie, jeśli mamy głosić Ewangelię katolikom, to trzeba wyjść do nich, 'wgryźć się' w katolicyzm..." Pastor ostro zaoponował: "Ale my się nie chcemy w nich wgryzać!  Nie działamy przeciwko nim..." Ja też nie! Bo nie chodzi wcale o wgryzanie się, celem wyssania, lecz raczej nasączenia - nie o zasysanie ludzi do innego Kościoła, lecz o dawanie Ewangelii i odsyłanie do Chrystusa. Oczywiście szybko wyjaśniliśmy sobie to drobne nieporozumienie.

Niestety, w wielu protestantach widzę postawę wrogości wobec Kościoła katolickiego i katolików. Są ludzie, którzy potrafią odnosić się z ogromną pogardą do wszystkiego, co ma jakąś styczność z katolicyzmem, lub z niego się wywodzi. Tak, jakby wszystko było złe "aż do szpiku", skoro tylko jest katolickie, lub ma jakieś powiązania i jakby każdy był godzien tylko oplucia, bo jest katolikiem, lub prowadzi jakiś dialog z udziałem katolików. A przecież w katolicyzmie nie ma samych tylko złych rzeczy i samych potępieńców - tak samo, jak w protestantyzmie nie wszystko jest doskonałe i nie wszyscy są święci. W katolicyzmie i katolikach jest też sporo dobra. Choć doktrynom i naukom należy powiedzieć: "Nie! Stop! To niebiblijne!", powinniśmy umieć docenić to, co jest dobre i nawet sobie... przyswajać / zostawiać. "Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie!" (1. List do Tesaloniczan 5, 21). Powinniśmy mieć zawsze Biblię w ręce, lecz nie po to, by nią okładać "nieprawowiernych" po ich "tępych" (żart) głowach, lecz by ją z miłością wykładać ludziom i zachęcać do poznawania Słowa Bożego, do szukania prawdy z otwartym umysłem.

Wiecie, znam katolików, którzy są bardzo bogobojnymi ludźmi i sądzę, że naprawdę narodzonymi na nowo, a poznałem także wielu protestantów, którzy wprawdzie uważają się za nowonarodzonych, lecz w ich życiu nie ma żadnych dobrych owoców, które by to potwierdzały. Tymczasem przecież "nie może dobre drzewo rodzić złych owoców, ani złe drzewo rodzić dobrych owoców" (Ewangelia Mateusza 7, 18), jak mówi Pan. Widzę w nich raczej bunt i powiązaną z nim agresję, niż nowonarodzenie - i odnoszę wrażenie, że nie zrozumieli oni Jezusa i Ewangelii. "Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość. Przeciwko takim nie ma zakonu. A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z namiętnościami i żądzami. Jeśli według Ducha żyjemy, według Ducha też postępujmy" (List do Galatów 5, 22 - 25). Cóż więc, jeśli owoce są zgoła odmienne? Moim zdaniem jest to wówczas świadectwo, że człowieka tak postępującego zamiast Ducha Bożego wypełniają po brzegi jego własne namiętności. I nie piszę tego przeciw komukolwiek, bo sam to przeżyłem. Myślałem, że  "wszystkie rozumy pozjadałem" bo poznałem TROCHĘ Ewangelii, i byłem gotów szarpać i rozszarpać każdego, kto miał inne zdanie, niż ja. I dziś jest mi bardzo z tego powodu wstyd, bo wiem, że nie byłem dobrym świadectwem dla ludzi i nie podobałem się Bogu  - choć, jak każdy fanatyk, myślałem, że realizuję Bożą wizję i jestem Jego mieczem na niewiernych - bo nie tylko grzeszyłem pychą i pogardą, ale także na wiele innych sposobów, oszukując całe swoje otoczenie i siebie samego!

Patrząc na to, co się dzieje na "protestanckim podwórku", myślę, że wielu ludzi popełnia ogromny błąd. Żyją antykatolickim buntem i radykalizują się na jego gruncie, a swoją radykalność, tudzież zapał i energię w zwalczaniu fałszywych doktryn biorą za "nowonarodzenie". Pół biedy, jeśli jest to tylko jakiś okres, krótki etap na starcie do duchowego rozwoju. Myślę, że każdy z nas w swoim życiu miał taki okres, gdy wrzeszczał w piaskownicy, walił inne dzieci łopatką i rozwalał im babki albo zamki z piasku... Oczywiście zawsze są jakieś szkody, ale myślę, że na dalszym etapie - gdy dorastamy i rozumiemy, że coś nie było mądre i tak nie należy robić - możemy wszystko wyrównać i przykryć czymś dużo lepszym, działając już mądrze i z pożytkiem dla innych. Sam byłem "młody gniewny", więc potrafię zrozumieć "młodych gniewnych". Ktoś kiedyś powiedział: TROCHĘ wiedzy oddala od Boga, a DUŻO wiedzy przybliża do Niego z powrotem. Podobnie jest w życiu duchowym: TROCHĘ Ewangelii potrafi w nas rozpalić namiętności radykalizmu, a DUŻO Ewangelii - lub choćby trochę więcej wygasić ogień namiętności radykalizmu, a rozpalić ogień radykalnej miłości. Osobiście przeraża mnie, gdy widzę czyjąś siwą głowę i słyszę, jak to "ileś lat chodzi z Panem", a widzę, że wciąż wali innych łopatką w łeb i z satysfakcją rozwala ich babki. Gdy ktoś zatrzymuje się na takim poziomie rozwoju - czy to intelektualnego, czy duchowego - to jest to naprawdę tragedia i patologia! Gdy dorosły człowiek wchodzi do piaskownicy i zachowuje się jak dziecko - potrzeba interwencji biegłego psychiatry; gdy chrześcijanin od lat będący w Kościele i czytający Biblię zachowuje się tak infantylnie - potrzeba modlić się za niego i prosić pomocy od Pana Jezusa Chrystusa, który jako jedyny może uleczyć i sprawić, by taka osoba wreszcie poszła dalej na drodze duchowego rozwoju.

Nowonarodzenie jest bez wątpienia radykalizacją życia, ale ona wcale nie przejawia się rozpierniczaniem wszystkiego wokół i szarpaniem ludzi z powodu ich praktyk i poglądów. Jeszcze raz: "Owocem zaś Ducha są: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, wstrzemięźliwość..." (List do Galatów 5, 22 - 23). Duch Boży napełnia człowieka nowonarodzonego - więc takie cechy / owoce są świadectwem duchowego odrodzenia się i kroczenia drogą duchowego dojrzewania! Wszystko inne powinno z nas stopniowo opadać - i to najlepiej jak najszybciej! "Biorąc pod uwagę czas, powinniście być nauczycielami, tymczasem znowu potrzebujecie kogoś, kto by was nauczał pierwszych zasad nauki Bożej; staliście się takimi, iż wam potrzeba mleka, a nie pokarmu stałego" (List do Hebrajczyków 5, 12). Oczywiście Biblia mówi jasno o pewnych sprawach, ale nawet jeśli coś dobrze rozumiemy, to jeszcze nie znaczy, że stoimy o cały poziom wyżej od tych, którzy nie rozumieją i czynią na odwrót i że jesteśmy zdolni i upoważnieni do tego, by ich strofować i nawracać - prawie, że "ogniem i mieczem". 

Wiecie, przez cały okres swego dziecinnego radykalizmu nie przekonałem NIKOGO, że tkwi w błędach i że Słowo Boże potępia to, co robi - tylko dlatego, że brakło mi pokory i miłości. Dziecko może co najwyżej walnąć kogoś łopatką i mieć z tego satysfakcję. Ale jaki pożytek z tego ma Bóg i Kościół Chrystusowy? Żadnego! Dopiero gdy człowiek dorasta do tego, by zobaczyć, jak bardzo jest potrzebna pokora i miłość, może się stać prawdziwym Bożym wojownikiem, z którego Bóg i Kościół będą mieli pożytek. Radykalizm oparty na własnych uprzedzeniach i emocjach zmieszanych z ODROBINĄ Biblii  może uczynić z nas wojownika, ale takiego, który może zrobić wielkie spustoszenie, spowoduje więcej szkody, niż pożytku. W gruncie rzeczy myślę, że jest to wielkie zwiedzenie - szatan, który jest mistrzem podróbek, podrabia doskonale także chrześcijaństwo i jest zdolny oszukać człowieka tak, by myślał, że narodził się na nowo, zgodnie ze słowami Chrystusa, a jest on tylko oślepiony i radykalny, lecz w zupełnie niewłaściwy, zgoła diabelski sposób! Nowonarodzenie i radykalizm oparty na Ewangelii i miłości, może uczynić z nas wojownika, który będzie wymiatał zło z tego świata i zdobędzie wiele serc dla Boga. 

Bóg nie potrzebuje byle jakich wojowników, lecz dobrych wojowników tego drugiego rodzaju! Każdy powinien się przyjrzeć samemu sobie, nim pójdzie w bój, i przemyśleć, jakim wojownikiem jest, a jakim chce być. I czy naprawdę jest gotowy na to, by reprezentować Boga - czy jest radykalny we właściwy, Boży sposób, czy też na sposób diabelski. Myślę, że warto sobie postawić pytanie: co czuję do innych ludzi - do tych, do których chcę przemówić? Jeśli czuję się lepszy od nich, jeśli czuję się mądrzejszy, jeśli czuję się o stopień wyżej od nich w doskonałości, jeśli czuję odrazę do nich z powodu ich stanu - to lepiej, abym milczał i zajął się sobą, bo to znaczy, że nie mam jeszcze kwalifikacji na Bożego wojownika, choć mam trochę poznania prawdy. "A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz? Albo jak powiesz bratu swemu: Pozwól, że wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twoim? Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego" (Ewangelia Mateusza 7, 4 - 5). Dobry wojownik najważniejszą walkę toczy w swoim sercu, z sobą samym i swoimi grzechami, okładając siebie samego Ewangelią, a potem, patrząc na innych, i do nich wyciąga rękę: "Upadasz, ja też upadam. Chodź, pójdźmy razem. Lekko nie będzie, ale jeśli ja i ty będziemy szli za Chrystusem, to nas nic nie zmiecie!"

niedziela, 7 czerwca 2015

Eden ukryty w sercu człowieka

"Najmilsi! Nie mścijcie się sami, ale pozostawcie to gniewowi Bożemu, albowiem napisano: Pomsta do mnie należy, Ja odpłacę, mówi Pan. Jeśli tedy łaknie nieprzyjaciel twój, nakarm go; jeśli pragnie, napój go; bo czyniąc to, węgle rozżarzone zgarniesz na jego głowę. Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj" (List do Rzymian 12, 19 - 21)
Nasze oczy od wielu tygodni i miesięcy zwrócone są na Bliski Wschód. Ludzie - o których nie waham się powiedzieć, że wyznają religię diabelską, są w strasznej niewoli diabła (co jednak piszę bez pogardy, bo szczerze mi ich żal) - czynią tam okropne rzeczy, wielką niegodziwość, wszelkie najobrzy- dliwsze zbrodnie przeciwko Bogu i ludziom. Pamiętamy ten nadzwyczaj bolesny obraz dwudziestu niewinnych wyznaw- ców Chrystusa - głównie koptów - którzy zostali dosłownie zarżnięci na pewnej nadmorskiej plaży przed zaledwie kilkoma miesiącami. Morze i piasek zaczerwieniły się od ich krwi, a ich oprawcy wierzą, że zrobili coś, co się spodobało ich bogu. Owszem, rzeź chrześcijan (myślę, że w takiej sytuacji nikt nie myśli o różnicach, nawet istotnych, w wierze) cieszy... diabła. Ten horror, który nam pokazano jako groźbę, to jedynie "wierzchołek góry lodowej", wobec tego, co na co dzień cierpią chrześcijanie na Bliskim Wschodzie, a zwłaszcza tam, gdzie wdzierają się krwawi i oszalali, zwiedzeni przez diabła, i nawet nie mający odwagi odsłonić twarzy fanatycy "Państwa Islamskiego". Od pewnego czasu coraz głośniej mówi się w naszym kraju o cierpieniu chrześcijan w Syrii - tam każdego dnia dzieci diabła czynią zło dzieciom Boga. Jest plan - i wierzę, że on będzie realizowany - sprowadzenia 1500 (a może potem i jeszcze więcej) spośród nich do Polski. I to jest - tak uważam - słuszne, by podzielić się z nimi bezpiecznym niebem, pod którym żyjemy, dachem nad głową i chlebem. Jeszcze bezpiecznym! Bo kto zagwarantuje, że i tu nie powstanie lub przyjdzie diabelska armia i że razem będziemy musieli stanąć jej naprzeciw?

Ostatnio gdzieś przeczytałem o chrześcijaninie, któremu pewnie "puściły nerwy" i zaczął się mścić na islamistach za przelewaną krew, za porwania i wszelkie prześladowania. Potrafię go zrozumieć, bo rozpacz, ból i strach czasem odbierają nam zmysły i rodzi się w nas pragnienie zemsty: oko za oko, ząb za ząb, krew za krew, śmierć za śmierć. Gdy zaś naszą zemstę uda się wykonać, to za winowajcą jeszcze idzie nasza nienawiść - nawet jeśli on już nie żyje, to idzie ona poza jego grób. Gdy doświadczamy zła, w naszym sercu pojawia się zranienie - coś jakby dziura w murze. Strzeżmy go i łatajmy od razu ubytek miłością i przebaczeniem, bo inaczej wchodzi przez to zranienie szatan i czyni większe jeszcze w nas spustoszenie. Chęć dokonania zemsty nie jest niczym innym, jak tylko pragnieniem wyrządzenia krzywdy za doznaną krzywdę. Jest to pragnienie, które zdaje się być naturalną reakcją człowieka, a jednak przecież pochodzi od szatana. Diabeł perfekcyjnie potrafi wykorzystać naszą krzywdę, nasze zranienia, by oderwać nas od Boga i pchnąć dokładnie w tym samym kierunku, z którego dosięgła nas krzywda. Mszcząc się, stajemy się tak samo źli i zdeprawowani, jak ci, którzy nas skrzywdzili, i zmierzamy wraz z nimi w jednym kierunku - chcielibyśmy w nienawiści posłać ich do piekła ("Idź do diabła!"), a sami wraz z nimi tam podążamy, jeśli w naszym sercu jest nienawiść, pogarda i chęć zemsty, której niczym nie nasycimy...

Cofam się myślami do chwili, gdy Bóg stworzył człowieka. Adam i Ewa zostali osiedleni w pięknym ogrodzie Eden - pełnym zieleni, kwiatów, gładkich toni jezior i szemrzących potoków. Było to z pewnością piękne i spokojne miejsce - i człowiek dostał szansę na to, by mógł tam żyć. Bóg stworzył człowieka z pięknym i pełnym pokoju sercem - Eden był nie tylko wokół człowieka, ale także w nim samym, i ten Eden wewnętrzny był ważniejszy, niż ten zewnętrzny. Gdy ten wewnętrzny Eden został skażony i zniszczony, człowiek musiał opuścić ten, w którym mieszkał. Gdy po wielu wiekach na ziemię przyszedł Jezus Chrystus, On przyszedł po to, by przywrócić nam prawo do raju. Tak, jak kiedyś prawo to utraciliśmy, bo nasz wewnętrzny Eden - nasze serce - uległ skażeniu i zachwaszczeniu przez grzech, w tym nienawiść i różne złe emocje, tak i przywrócenie nam prawa do raju zaczyna się od odbudowy Edenu w naszych sercach. Ten proces zaczyna się w chwili naszego nawrócenia i nie dokonuje się w pełni za naszego życia, bo nie jesteśmy bezgrzeszni nawet po prawdziwym, głębokim nawróceniu - on będzie zakończony, gdy grzech zostanie ostatecznie przez Boga zniszczony, gdy szatan zostanie pozbawiony wszelkich mocy i możliwości, a my dostaniemy nowe ciała, by żyć wiecznie z Bogiem na nowej Ziemi. Ale Bóg odnawia w naszych sercach ten wewnętrzny Eden i uczy nas, jak mamy go pielęgnować i oczyszczać. Chwasty będą się w nim ciągle pojawiać, póki żyjemy - my zaś potrzebujemy je widzieć (temu służy Słowo Boże, nakazy i zakazy, w tym Dekalog) i usuwać. Krzywda, jakiej doznajemy, jeśli nie przebaczamy od razu, bywa znakomitym podłożem dla wielkiego chwasta pogardy i nienawiści. Pragnienie zemsty jest  "kwiatem", a dokonanie jej, jego "owocem" - zawsze brudnym i śmierdzącym, nawet jeśli była to odpłata za rzeczywiście doznane krzywdy.

Czasem spotykam ludzi, którzy swoją pogardę, nienawiść i chęć zemsty podpierają... Biblią. Powołują się na starotestamentowe zasady: "życie za życie, oko za oko, ząb za ząb, rękę za rękę, nogę za nogę, oparzelinę za oparzelinę, ranę za ranę, siniec za siniec" (2. Księga Mojżeszowa, tzw. "Wyjścia", 21, 23 - 25), "Jeżeli kto okaleczy swego bliźniego, uczyni mu się tak, jak sam uczynił. Złamanie za złamanie, oko za oko, ząb za ząb. Jak okaleczył człowieka, tak mu będzie oddane" (3. Księga Mojżeszowa, tzw. "Kapłańska", 24, 19 - 20), "Jeżeli wystąpi przeciwko komuś krzywdzący świadek, oskarżając go o przestępstwo, to staną obaj ci mężowie, którzy mają spór, przed Panem, przed kapłanami i sędziami, którzy będą w tym czasie. Sędziowie zbadają sprawę dokładnie i jeżeli okaże się, że ten świadek jest świadkiem fałszywym, że fałszywie świadczył przeciwko swemu bratu, to uczynicie mu tak, jak on zamierzał uczynić swemu bratu; i wytępisz zło spośród siebie, a pozostali niech to usłyszą i niech się lękają, aby nie uczynili już tak złej rzeczy wśród ciebie. Oko twoje nie ulituje się: życie za życie, oko za oko, ząb za ząb, ręka za rękę, noga za nogę" (5. Księga Mojżeszowa, tzw. "Powtórzonego Prawa", 19, 16 - 21). To właściwie nie było nic nowego, jest to tzw. "prawo talionu" dobrze już znane w tamtym czasie. Ludzkie serca były tak zachwaszczone przez zło, że Bóg uznał za stosowne, by najpierw narzucić ograniczenia, pomniejszyć ilość wyrządzanego zła - i włożył to nawet w serca pogan nawet wcześniej, niż posłał Mojżesza. Właściwie ta zasada to tylko przypomnienie dawno ustanowionego prawa i nadanie mu większego znaczenia, niż miało kiedykolwiek wcześniej, bo podpisane: TAK MÓWI PAN!