wtorek, 5 maja 2015

W trosce o "korzeń"

"A gdy szli, wstąpił do pewnej wioski; a pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła go do domu.  Ta miała siostrę, a na imię jej było Maria, która usiadłszy u nóg Pana, słuchała jego słowa. Marta zaś krzątała się koło różnej posługi; a przystąpiwszy, rzekła: Panie, czy nie dbasz o to, że siostra moja pozostawiła mnie samą, abym pełniła posługi? Powiedz jej więc, aby mi pomogła. A odpowiadając rzekł do niej Pan: Marto, Marto, troszczysz się i kłopoczesz o wiele rzeczy;  niewiele zaś potrzeba, bo tylko jednego; Maria bowiem dobrą cząstkę wybrała, która nie będzie jej odjęta" (Ewangelia Łukasza 10, 38 - 42)
Może to się zdawać dziwne, ale są ludzie, którzy przez całe swoje życie starają się służyć Jezusowi, zamiast słuchać Go i iść za Nim. Właściwie nie są nawet wyjątkami - jest ich tak wielu, że spotykamy ich dosłownie wszędzie, na każdym kroku. Ich gorliwość jest wielka, czasem na granicy "szaleństwa" - bo porzucają dosłownie wszystko: rodziny, domy i inne "dobra doczesne" i rzucają się w wir służby dla Chrystusa - żyją tak, jakby cała reszta świata przestała istnieć. Czasem wydaje im się, że w ten sposób prowadzą życie doskonalsze, niż inni, że mogą też odpokutować za swoje grzechy lub złożyć z siebie ofiarę za grzechy innych ludzi. Myślą, że przez swoje uczynki i ofiary będą bliżsi niebu - w średniowieczu nauczano (a były to zupełne bzdury, czysta herezja!), że będą trzy razy szczęśliwsi od innych "obywateli nieba". Tak, mówię na razie o duchownych katolickich - zwłaszcza zakonnikach - ale, żeby być sprawiedliwym także w zborach protestanckich nie brakuje takich, którzy tak rzucają się w wir "służby Bożej" i działania, że... gubią po drodze to, co jest najbardziej istotne. Bardzo się starają i robią wiele rzeczy, aby się Jemu podobać, by zadowolić Jezusa, zamiast - niczym Maria - usiąść u Jego stóp i po prostu słuchać. Czasem kręcą się i gubią tak bardzo, że właściwie sami ze swoją "misją" stają w centrum swych działań, i pewnie mogą się poczuć spełnionymi: "Uff! No zrobiłem, co mogłem!", ale czy Jezus jest z nich zadowolony?

Marta chciała nakarmić Pana, by był syty i zadowolony, Pan zaś chciał "nakarmić" Martę swoim słowem. Marta szykowała chleb doczesny (i może jakąś polewkę do tego), a Chrystus przyniósł "chleb" będący pokarmem na życie wieczne, i pragnął, by Marta również siadła i słuchała jego słowa, nauk. "Ja jestem chlebem żywym, który z nieba zstąpił; jeśli kto spożywać będzie ten chleb, żyć będzie na wieki (...). Słowa, które powiedziałem do was, są duchem i żywotem..." (Ew. Jana 6, 51 i 53). Jezus nie był ślepym niewdzięcznikiem, potrafił docenić starania Marty - mamy to zawarte w słowach: "Marto, Marto, troszczysz się i kłopoczesz o wiele rzeczy..." - ale pragnął uporządkować w jej sercu i umyśle "hierarchię wartości". W tych słowach powiedział do niej jakby: "Widzę, jak się starasz, ale wierz mi, że to jest mało ważne. To jest mało ważne - ty chcesz dać mi ziemski chleb, a ja mam chleb życia dla Ciebie - i to jest bardzo ważne!" Jezus sam o sobie mówi nam: "...Syn Człowieczy nie przyszedł, aby mu służono, lecz aby służyć..." (Ew. Marka 10, 45). I owszem - my jesteśmy powołani do służby Bogu i innym - "...ktokolwiek by chciał być między wami pierwszy, niech będzie sługą wszystkich..." (Ew. Marka 10, 44) - ale wezwani przede wszystkim do tego, by usiąść u stóp Chrystusa i słuchać. Od tego zaczyna się służba Bogu - nie od naszych poświęceń, ofiar z samych siebie, naszej energii i działań. Stokroć ważniejsze nawet od wszelkich praktyk religijnych - wszystkiego tego, co niekiedy jest nazywane "służbą Bożą" - i wszelkich wielkich poświęceń z naszej strony jest skorzystanie ze służby Jezusa.

Nie chcę nikogo osądzać, ale mam głęboką pewność, że jest mnóstwo ludzi, którzy całe życie "służą Bogu", lecz z dala od Chrystusa. Ich poświęcenie jest wielkie i czasem to, co robią jest naprawdę godne uznania, ich wysiłki wzbudzają szacunek a efekty respekt. Ale w środku czasami są... zupełnie puści. Dlaczego? Bo albo nigdy nie zaczęli od usiądnięcia u Bożych stóp - a jest to postawa uczniostwa - albo zerwali się i tak zapamiętali w działaniu, że zostało im na to już bardzo mało czasu, albo nie zostało wcale, i zupełnie to zaniedbali. Myślę, że bardzo wielu z nas, także i mnie, Jezus czasem musi powiedzieć: "Stop! Stop! Stop! Zatrzymaj się i wreszcie posłuchaj, co Ja mam ci do powiedzenia, a potem idź i rób, co trzeba, co do ciebie należy!" Czy owa młoda Maria była tak leniwa - jak ją postrzegała w tym momencie siostra? A może nie obchodziło ją, że Jezus może jest głodny i spragniony? Myślę, że nie - w odpowiednim czasie z pewnością sama by się poderwała i zaczęła służyć z całego serca i robiąc wszystko, co można, ale najpierw potrzebowała sama być nasycona.

Tak i my: siądźmy wpierw u stóp Jezusa i karmmy się Nim, a potem - nasyceni - idźmy działać, służyć. Dopiero wówczas ma to sens, gdy zaczynamy (i kończymy) u stóp Pana, gdy naszym fundamentem i "stacją dokującą" (służącą ładowaniu i działaniu) jest Słowo Boże, Ewangelia Chrystusowa! Bez tego my sami, i wszystkie nasze starania, będzie puste! Droga do nieba jest drogą służby - służby Bogu i drugiemu człowiekowi - ale służba ta ma sens, gdy zaczyna się od uczniostwa i w całości się z nim przeplata. Bez tego nie ma większej wartości, niż pył unoszony wiatrem. Uczniostwo i wiara są korzeniem i pniem, a służba to dopiero owoce! Służba nie może być podstawą naszego życia i funkcjonowania! Gdy widzimy piękną, obsypaną owocami, jabłoń, to ona wyrosła na korzeniu, z którego owoców każdy może korzystać. Gdy siadamy z Biblią w ręku, by chłonąć Słowo Boże, lub gdy klękamy do modlitwy, nie marnotrawimy czasu, my w ten sposób pielęgnujemy nasz korzeń - korzeń, z którego wyrasta nasza służba i nasze owoce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz