środa, 6 maja 2015

W drodze na szczyt

"Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! Radujcie i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami" (Ewangelia Mateusza 5, 11 - 12)
Gdy już skończyłem tekst "W trosce o 'korzeń'" - mówiący o Marcie i Marii, i o postawie uczniostwa - przyszła mi do głowy pewna myśl. Czasem słyszę: "Po co wy, chrześcijanie, tracicie czas na czytanie Biblii i modlitwę, na jakieś nabożeństwa - czy nie lepiej zamiast tego zrobić coś pożytecznego dla siebie lub innych?" Otóż to jest właśnie pożyteczne działanie dla siebie - bo rozwija duchowo, wzbogaca serce i umysł - a także dla innych - bo jest to "korzeń", z którego później mają być owoce. "Tak i wiara, jeżeli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie" (List Jakuba 2, 17) "A już i siekiera do korzenia drzew jest przyłożona; wszelkie więc drzewo, które nie wydaje owocu dobrego, zostaje wycięte i w ogień wrzucone" (Ewangelia Matusza 3, 10). Gdy słyszę / czytam: "Tracicie czas, zamiast zrobić coś pożytecznego", to taka przygana jest podobna, jakby ktoś powiedział: "A może byście tak dali ludziom wody? Ale nie traćcie czasu na chodzenie do źródła!" Absurd? Ano pewnie, że ABSURD!

Jak się to ma do zacytowanych na wstępie słów z Ewangelii? Oczywiście trudno taką paplaninę nazwać złorzeczeniem czy prześladowaniem... Pewnie i kłamliwą mową trudno to określić... Ale z pewnością mową niedorzeczną, szyderczą, wymierzoną w istotę chrześcijaństwa. Cóż zrobimy? Nic nie zrobimy! Ludzie, którzy gadają głupoty - nie mając zielonego pojęcia o czym mówią - byli zawsze, są i zawsze będą. Zawsze znajdą się ludzie, dla których będziemy "nawiedzonymi dziwakami", którzy "nie robią nic pożytecznego", albo - skoro jednak coś tam robią - to "mogliby robić więcej, gdyby nie marnowali czasu na niepotrzebne zajęcia, jak modlitwa czy lektura Biblii". Choćbyśmy cały dzień robili coś dobrego dla świata, to i tak zawsze ktoś powie, że "bez sensu tracimy czas", że "moglibyśmy więcej zrobić nie modląc się". A przecież to modlitwa i studiowanie Biblii, życie codzienne z Bogiem, jest dla chrześcijan "motorem" działania. Jeśli chrześcijanie karmią głodnych na ulicy, zajmują się sierotami i starcami, prowadzą szpitale - to wszystko zaczyna się od modlitwy i Słowa Bożego. Zwykle w takiej sytuacji - gdy ktoś zarzuca, że "chrześcijanie za mało dobrego robią" i "marnują czas" - pytam: "Uważasz, że chrześcijanie za mało dobrego robią i za dużo czasu 'tracą'? OK, powiedz mi najpierw co i ile TY robisz dla innych!" W takich momentach zwykle... zapada "kłopotliwe milczenie"!

Te, zapisane pośród innych błogosławieństw, słowa Jezusa są dla mnie osobiście bardzo cenne. Bo uczą z pokojem w sercu i godnością znosić ludzką złość i ludzkie głupie gadanie. Przeklinają nas, opluwają i szydzą? A w czym problem? Mamy się czym przejmować? Idziemy przecież do Domu Ojca - nasze życie jest pielgrzymką do nieba! Żadne złorzeczenie, czy też głupie gadanie, niedorzeczne przytyki - ani też inne przeciwności, którymi w nas ciska sam diabeł, byśmy upadli, by powstrzymać naszą wędrówkę - nie są w stanie nas na tej drodze nas zatrzymać, przeszkodzić nam. Mamy dobrego przewodnika: Jezusa Chrystusa, i solidne oparcie: Słowo Boże! On nie obiecywał, że będzie łatwo. Nie obiecał nam jazdy pierwszą klasą, noszenia w lektykach i pod osłoną. On powiedział: "Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat" (Ewangelia Jana 16, 33). Nasza droga nie jest łatwa - to szlak dla ambitnych, szlak trudu i wyrzeczeń - ale z takim Przewodnikiem, jak Jezus, wędrówka ta jest radością. A im trudniejsza droga, tym wspanialsze potem zwycięstwo! 

Zdarzało mi się wędrować po górach. Gdy się szło stromą, pokręconą i wyboistą ścieżką (a było też czasem sporo śniegu!), to "się człowiek nasapał". Czasem się zdawało, że już się kroku nie zrobi. A gdy już się weszło, to najwspanialszą nagrodą były piękne widoki i satysfakcja, że człowiek przemógł samego siebie. Tym, co mnie wówczas napędzało była myśl o szczycie. No i sama radość wędrówki także! Dlaczego miałbym się przejmować kimś, kto by stał gdzieś z boku mojego szlaku, rzucał we mnie jakieś kamyczki i kpił? Czym mamy się przejmować - jako chrześcijanie - skoro to przed nami jest perspektywa "szczytu"? Skoro idziemy w swym życiu do Domu Ojca - Ojca, który nas kocha i obiecuje nam wspaniałe rzeczy - to  jest to radość, i dobry powód do tego, by iść tam - pomimo przeciwności - ze śpiewem i uśmiechem na twarzy. Owszem, mamy jeszcze wyciągać ręce do tych, których spotykamy, którzy są gdzieś z boku i wcale nawet nie patrzą na "szczyt" - albo nawet mówią "szczytu nie ma i nie ma nikogo na tym szczycie, to tylko wasza fantazja"; nawet do tych, którzy z nas kpią...

Bóg mówi nam: "Wszystko to, co wam mogą tacy uczynić, to drobiazgi. Próbują wam przeszkadzać i was zniechęcać, lecz wy temu nie ulegajcie. Patrzcie na szczyt i idźcie do przodu! Idźcie spokojnie dalej i radujcie się, bo przed wami wielka nagroda!"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz