czwartek, 7 maja 2015

"Rocky nie żyje..."

"Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe" (2. List do Koryntian 5, 17)
Człowiek, którego możecie zobaczyć na zdjęciu obok, być może zupełnie nie wygląda na chrześcijanina. Próbuję sobie wyobrazić, jakie wrażenie wywarłoby jego wejście do kościoła - niezależnie od tego, czy byłby to kościół katolicki, protestancki, ewangeliczny. Być może wielu byłoby trudno oswoić się z jego wyglądem i jego obecnością. Niektórzy być może mieliby nawet problem podejść do kogoś takiego. Wielu przerażał on swoim wyglądem. Na zdjęciu tylko uśmiech łagodzi jego oblicze, lecz uśmiech ten nie odzwierciedla stanu zranionego i zbuntowanego serca. Chcę wam dziś opowiedzieć jego historię.

Człowiek ze zdjęcia nazywał się Gerhard Bauer, lecz znany był szerzej jako "Rocky der Irokese" ("Rocky Irokez"). Miał on smutne dzieciństwo. Jego ojciec był skrajnie surowy i niezdolny do miłości, lub okazywania miłości. Był on zdeklarowanym i zawziętym nazistą, człowiekiem wierzącym w idee, ale nie w Boga. Matka chodziła do kościoła raz w roku, z okazji Bożego Narodzenia, "dla zachowania dobrej tradycji". Po dojściu do władzy Hitlera, w jego domu zagościł kult nowego bożka, przed którego portretem Gerhard każdego dnia kładł świeże kwiaty. W jego życiu była nienawiść, która przeradzała się w przemoc. Opuścił dom i wkrótce, mając 17 lat, wstąpił do Wehrmachtu. Po zakończeniu wojny spędził rok w obozie jenieckim, a potem - mieszkając wraz z matką (ojciec zginął w 1945 roku) pomagał uciekinierom ze wschodnich Niemiec przekroczyć granicę stref okupacyjnych. Zadenuncjowany i schwytany przez sowietów, skazany został za tą "zbrodnię" na dożywocie w obozie pracy. W obozie panowały nieludzkie warunki - trudny do wyobrażenia ścisk, głód, monotonia i beznadzieja. Każdego dnia wielu więźniów umierało, a innych wywożono na daleki Sybir. To tam Gerhard zrobił sobie na twarzy pierwszy tatuaż - dwa węże z napisem "gwałt i zemsta". Tam też, jak wielu innych nieszczęśników, uległ zboczeniu, jakim jest homoseksualizm. Wyszedł po "zaledwie" 8 latach na mocy amnestii i próbował odbudować swoje życie - bezskutecznie. Za dnia pracował jako oddany pielęgniarz wśród ludzi poważnie chorych i skazanych na wegetację, a nocami włóczył się po klubach gejowskich.

Przeniósł się do Hamburga. Tam wydał "ciężkie pieniądze" na to, by pokryć tatuażami całe ciało, tak by nie pozostał żaden nie "ozdobiony" kawałek skóry. Zszedł na samo dno, związując się z grupą punków - satanistów. Oddał swe życie szatanowi, czego symbolem stały się wytatuowane na twarzy (i widoczne na powyższym zdjęciu) pięcioramienne gwiazdy. Wraz z "przyjaciółmi" uczestniczył w obrzędach okultystyczno - satanistycznych. Nurzał się we wszeteczeństwie i nałogach. Stał się przestępcą, żyjącym z kradzieży i rozbojów. Przemoc stała się czymś powszednim w jego życiu - członkowie gangu dopuszczali się pobić, nawet ze skutkiem śmiertelnym. Był nie tylko "jednym z tych" - był dla nich przywódcą i podziwianym "wzorem" i "autorytetem", postrachem Hamburga. Później, choć nie był szczególnie utalentowany muzycznie, dość przypadkowo zaczął występować na scenie, nagrywać i stał się gwiazdą rocka, wkrótce uzależniając się od heroiny.

Tym, co przez całe życie doskwierało Gerhardowi, była samotność i brak miłości, bolesna, wewnętrzna pustka, której nie był w stanie niczym ani w żaden sposób zapełnić... Nie znał Jezusa. Nie miał pojęcia o tym, że jest ktoś, kto go bardzo kocha i chce być jego przyjacielem. Pewnie nie potrafiłby sobie nawet wyobrazić wówczas kogoś, kto osłoniłby go własną piersią przed zabójczym ciosem, kto zdecydowałbym się umrzeć, aby on mógł żyć. Nie znał Jezusa, natomiast znał "chrześcijan". Gdy pracował jako pielęgniarz, pomagając chorym, było to w ośrodku prowadzonym przez jeden z Kościołów. Jego zaangażowanie nie było doceniane - powiedziano mu, że nie powinien się tak troszczyć, bo ci ludzie są tu tylko po to, aby umierać. W końcu go zwolniono. Potem poznał ewangelicznych chrześcijan, lecz człowiek, który zaprowadził go do Kościoła, wkrótce od niego odszedł, popadając w grzech cudzołóstwa, związując się z zamężną kobietą. Wielu "chrześcijan" spotykał także w klubach gejowskich - był świadomy prowadzonego przez nich podwójnego życia. Inni "nie zdali egzaminu", jako ewangelizatorzy. Jednak Bóg o nim nie zapominał, i bardzo chciał wejść do jego serca, w tę jego samotność, zapełnić pustkę...

Bóg nawrócił go do siebie w 1985 roku - tak długo trzymały okowy, w których tkwił Gerhard. Bóg posłużył się ludźmi, którzy nie siedzieli w czterech ścianach własnej kaplicy, lecz wyszli poza nią, na ulice. Spotkał ich na jednym z hamburskich dworców. Mieli oni też w sobie tyle odwagi, że jeden z nich podszedł do niego i powiedział: "W jak wielkiej wewnętrznej rozterce jesteś, że tak biegasz w kółko? Jak bardzo zranione musi być twoje serce?" Ten młody człowiek miał na imię Hans. Cztery dni później, po długiej walce w modlitwie, prowadzonej przez Hansa, Gerhard uklęknął obok niego i oddał życie Chrystusowi, mówiąc: "Panie, jeśli możesz jeszcze coś zrobić z moim zrujnowanym życiem, to przyjmij je!" Krótko później trafił do lokalnego zboru baptystów, gdzie został serdecznie przyjęty - pod jego dziwacznym wyglądem widziano w nim po prostu człowieka - i tam też po niedługim czasie przyjął chrzest. Pozbył się swojej biżuterii, a skórzaną kurtkę - charakterystyczny element swego stroju - ofiarował Hansowi. Hans, ubrany w nią, udał się na zakupy do dzielnicy St Paula, gdzie Rocky był doskonale znany. Ktoś go zaczepił, rozpoznawszy kurtkę, i spytał co się stało z Rockym. "Rocky nie żyje!" - odpowiedział Hans, a gdy zrobił się szum, dodał: "Ale Gerhard żyje, on zmartwychwstał!" Gerhard Bauer zmarł dwa lata później.

"Rocky nie żyje!" są dla mnie kluczowymi słowami całej tej historii. Gdy się nawracamy, umiera w nas stary człowiek, zostawiamy za sobą nasze dawne życie. Bóg w tym momencie anuluje cały zapis naszych grzechów i nigdy do tego nie wraca. I nie jest prawdą, że kiedyś będziemy rozliczani z naszych grzechów przed Sądem Bożym! NIE! Jeśli rodzimy się na nowo, stajemy się nowym człowiekiem, zaczynamy życie od nowa "z czystą kartą". Symbolicznie dokonuje się to poprzez chrzest, ale chrzest jest tak naprawdę tylko przypieczętowaniem tego, co dokonuje się w sercu człowieka. Jest pieczęcią i podpisem. Bóg przebaczył wszystkie grzechy Gerhardowi! Bóg jest gotów przebaczyć każdemu człowiekowi, który z pokorą i wiarą przyjdzie "pod krzyż" Chrystusa. Czasem ludzie próbują "napominać Boga", że pewnych grzechów "nie powinien wybaczać" - że "nie może" wybaczać pedofilom, mordercom... A Bóg może i - co niektórych bardzo oburza - wybacza! Bramy nieba przed nikim nie są zamknięte. Zatrzaskują się dopiero, jeśli umieramy w grzechach, pogaństwie, buncie przeciwko Bogu - wówczas już nic nie pomoże! Lecz póki żyjemy, Bóg czeka z otwartymi ramionami. I nie jest ważne, jak wiele i jak straszne grzechy człowiek popełnił... Bóg, w swym nieskończonym miłosierdziu, każdemu daje szansę i na każdego człowieka patrzy z nadzieją i miłością! "Bo żyje się tylko... dwa razy!" - jak mawia pewien pastor.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz