sobota, 23 maja 2015

Miłość wyraża się w działaniu

"A jak we wszystkim się wyróżniacie, w wierze, w słowie i w poznaniu, i we wszelkiej gorliwości oraz w miłości, którą w was wzbudziliśmy, tak i w tej działalności dobroczynnej się wyróżniacie. Nie mówię tego, jakobym wydawał rozkaz, ale pragnę na tle gorliwości innych wypróbować też szczerość waszej miłości. Albowiem znacie łaskę Pana naszego Jezusa Chrystusa, że będąc bogatym, stał się dla was ubogim, abyście ubóstwem jego ubogaceni zostali" (2. List do Koryntian 8, 7 - 9)
Gary Miller w książce "The other side of wall" bardzo pięknie napisał: "Prawdziwi chrześcijanie będą się dzielić tym, co mają. Właściwie dawanie jest dowodem naśladowania Jezusa. Gdy apostoł Paweł zachęcał bogaty Kościół w Koryncie do dzielenia się dobrami doczesnymi, wskazał na przykład samego Pana Jezusa Chrystusa (...). Zwróćcie uwagę na to, co mówi Paweł. Jezus był niegdyś po 'bogatszej stronie muru', lecz dobrowolnie wyzbył się swoich praw, przeszedł na drugą stronę i pomógł innym. Każda osoba, w której mieszka Chrystus, będzie się dzielić. Jest to oczywisty rezultat faktu zamieszkania Największego Dawcy w sercu człowieka. Jest to również naturalna reakcja w odpowiedzi na otrzymanie czegoś, na co nie zapracowaliśmy i nie zasłużyliśmy. Jeśli odrodzony chrześcijanin nie ma w sercu palącego pragnienia błogosławieństwa dla innych, to stracił wizję tego, co Bóg dla niego uczynił - a może nigdy jej nie miał. Nie każdy chętny dawca jest chrześcijaninem, ale każdy chrześcijanin jest chętnym dawcą" (za: "Ziarno Prawdy", marzec 2015, tłum. Krzysztof Dubis)

Dzielenie się tym, co mamy - pieniędzmi, pożywieniem czy dachem nad głową (tym ostatnim jest gościnność) - jest nieodłącznym elementem tego, co Słowo Boże nazywa miłością bliźniego. Pan Jezus mówi: "Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego" (Ewangelia Mateusza 22, 39). Czymże jest owa miłość bliźniego, do której nawołuje Pan nasz? Czy tylko nie wyrządzaniem mu żadnego zła - nie okradaniem, nie zabijaniem, nie uwodzeniem żony, etc. - jak mamy to w Dekalogu. Ten, kto trzyma się prawa, dobrze czyni, ale to jeszcze nie jest miłość! Nieczynienie zła nie jest jeszcze dobrem. Brak nienawiści w sercu nie jest jeszcze miłością. Jeśli zatrzymamy się na wypełnianiu prawa względem bliźniego, to staniemy co najwyżej w punkcie, który można określić jako "obojętność", podczas gdy Bóg oczekuje od nas nie tylko byśmy nie czynili zła, ale byśmy czynili dobro. Czymże jest miłość, jeśli nie pragnieniem bliskości, dzielenia się, obdarzania drugiego człowieka tym, co mamy? 

Czasem ta nasza "miłość bliźniego" bywa tak przerażająco teoretyczna: kocham cię, ale bądź sobie tam gdzie jesteś; nie masz pieniędzy na chleb, to sobie zarób jakoś; mam willę, ale bez przesady, żebym cię przyjmował pod swój dach... Bardzo przykry przykład takiego postępowania mamy choćby teraz, gdy pilnej pomocy potrzebują wyznawcy Chrystusa żyjący w Syrii: jeśli Polska ich nie przyjmie, oni najprawdopodobniej, niestety, zginą. Potrzeba, byśmy się z nimi podzielili dachem nad głową, chlebem, pieniędzmi i kawałkiem własnej ziemi, by mogli odetchnąć i bezpiecznie żyć. Ale niektórzy się wahają, bo to "obcy"; bo będą korzystać z naszych podatków, które tak wysokie płacimy; bo sami jesteśmy niebogaci... Owszem, są gotowi współczuć im i nawet modlić się za nich co dzień - byle oni pozostali tam, gdzie są, byle można ich było "kochać na odległość". Co im po naszej teoretycznej miłości, jeśli nie będzie miała bardziej praktycznego wymiaru dzielenia się? Oni, jeśli nie dostaną od nas ramienia, by się mogli na nim wesprzeć, kawałka chleba i dachu nad głową... zginą. Co za różnica więc, czy będziemy ich teoretycznie miłowali, czy praktycznie nienawidzili? 

Wszyscy znamy Matkę Teresę z Kakluty. O, już słyszę, jak niektórzy mówią: "Ona była katoliczką! Czciła Maryję! Uprawiała bałwochwalstwo! Kwestia jej wiary też jest problematyczna..." To niewątpliwie prawda, ale dla niej miłość bliźniego miała wymiar niezwykle praktyczny. Wyrzekła się wszystkiego, co mogła dla siebie zdobyć i wszystko - a nawet dużo więcej, niż wszystko, bo przede wszystkim samą siebie - oddała ludziom, którzy żyli w skrajnej nędzy, brudzie, pogardzie. Ona wcale nie musiała jechać do Indii. Mogła zostać w Europie, wyjść za mąż, mieć dom i dzieci, ale wówczas nie stałaby się Matką Teresą. Mogła nie interesować się losem trędowatych i głodnych gdzieś w dalekich Indiach i pewnie nikt by jej niczego nie zarzucał. Albo mogła słać leki i bandaże ze wskazówkami co powinni robić - i by może zostało to przyjęte z uznaniem. Ale ona zrobiła co innego: zamieszkała wśród biedoty, ubrała proste "sari", obmywała ich i opatrywała im rany, wyrzekłszy się własnego dachu nad głową, dała go wielu potrzebującym. Tak, była katoliczką, lecz miłość bliźniego zrealizowała w swoim życiu tak niesamowicie, że z pewnością nie nam osądzać jej wiarę, skoro nie robimy ułamka tego, co uczyniła dla bliźnich ona.

"Wtedy powie król tym po swojej prawicy: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczcie Królestwo, przygotowane dla was od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie, byłem nagi, a przyodzialiście mnie, byłem chory, a odwiedzaliście mnie, byłem w więzieniu, a przychodziliście do mnie. Wtedy odpowiedzą mu sprawiedliwi tymi słowy: Panie! Kiedy widzieliśmy cię łaknącym, a nakarmiliśmy cię, albo pragnącym, a daliśmy ci pić? A kiedy widzieliśmy cię przychodniem i przyjęliśmy cię albo nagim i przyodzialiśmy cię? I kiedy widzieliśmy cię chorym albo w więzieniu, i przychodziliśmy do ciebie? A król, odpowiadając, powie im: Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście. Wtedy powie i tym po lewicy: Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny, zgotowany diabłu i jego aniołom. Albowiem łaknąłem, a nie daliście mi jeść, pragnąłem, a nie daliście mi pić. Byłem przychodniem, a nie przyjęliście mnie, nagim, a nie przyodzialiście mnie, chorym i w więzieniu i nie odwiedziliście mnie. Wtedy i oni mu odpowiedzą, mówiąc: Panie! Kiedy widzieliśmy cię łaknącym albo pragnącym, albo przychodniem, albo nagim, albo chorym, albo w więzieniu i nie usłużyliśmy ci? Wtedy im odpowie tymi słowy: Zaprawdę powiadam wam, czegokolwiek nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, i mnie nie uczyniliście. I odejdą ci na kaźń wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego. " (Ewangelia Mateusza 25, 34 - 46)

Ten fragment Ewangelii pokazuje nam, że gdy Bóg mówi nam "miłuj bliźniego swego", to nie chodzi o jakąś "filozofię miłości", miłość czysto teoretyczną, lecz o miłość bardzo praktyczną, wyrażaną w dzieleniu się tym, co posiadamy i codzienną troską o życie drugiego człowieka. Słowa, czy zwykła myśl: "Kocham cię", są piękne, ale cóż znaczą, jeśli nie idą za nimi czyny? Wiecie, Bóg nie powiedział: "kocham was i żal mi was"... On dla nas uczynił to, że dla nas stał się człowiekiem, "który chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; a okazawszy się z postawy człowiekiem, uniżył samego siebie i był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci krzyżowej" (List do Filipian 2, 6 - 8). Dotykał się chorych, najobrzydliwszych ich ran i jeszcze większych paskudztw, jakimi jest ludzki grzech. Przyszedł, by dawać chleb, zapłacić nasze (duchowe) długi i poprowadzić nas do Domu Ojca, gdzie dla każdego jest miejsce. Niczym sobie na to nie zasłużyliśmy, a to wszystko jest dla nas! Sama wdzięczność za to może być wyrażona najpełniej tylko w miłosierdziu wobec innych ludzi - zwłaszcza podzielających wiarę w Chrystusa - którzy potrzebują naszego dachu i naszego chleba. Nie powinniśmy się ociągać, zastanawiać i kalkulować - bo Chrystus się nie ociągał, nie zastanawiał i nie kalkulował. Widząc naszą nędzę, wyszedł do nas i wyciągnął rękę. Tak więc i my, widząc potrzeby innych, powinniśmy wyjść im naprzeciw i uczynić wszystko, co jest w naszej mocy, by dać im szansę godnego życia.

To, oczywiście oznacza pewne wyrzeczenia i koszty, ale... "Zakopać ziarno w ziemi nie znaczy je stracić, chociaż na chwilę znika nam z oczu. Podobnie ma się rzecz z pieniędzmi oddanymi Panu lub ubogim, ze względu na Niego. Człowiek, który zużywa dla siebie wszystko, co ma przy sobie albo co posiada jego rodzina, wydaje się podobny do kogoś, kto miele, wypieka i zjada całe swoje ziarno. Zyskuje wprawdzie coś na bieżąco, ale na końcu odkryje braki i niedostatek, ponieważ nie siał pod kątem swej przyszłości. Z kolei człowiek, który odkłada i gromadzi to, co powinno być oddane potrzebującym, jest jak ktoś, kto zamyka swoje ziarno w skrzyni, aż ono w końcu pleśnieje i całkiem traci wartość. Ani nie nakarmi jego, ani dla niego nie jest zasiane; nie nadaje się do niczego. Ten, kto daje ubogim, pożycza Panu, a Pan obdaruje go o wiele bardziej, nie dlatego, że zasłużył sobie na to, ale dlatego, iż obfitość naszego Niebiańskiego Ojca oczekuje na tych, którzy chcą czynić to, co Mu się podoba" ("Sheer off", za "Ziarno Prawdy" kwiecień 2015, tłum. Krzysztof Dubis). Ta piękna myśl przypomina mi słowa Chrystusa: "Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie je mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje podkopują i kradną; ale gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie podkopują i nie kradną. Albowiem gdzie jest skarb twój - tam będzie i serce twoje" (Ewangelia Mateusza 6, 19 - 21). Kalkulacje zostawmy poganom, a sami bądźmy nieobliczalni w sianiu na świecie miłości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz