środa, 20 maja 2015

Diabelska mowa i brudne serce

"A teraz odrzućcie i wy to wszystko: gniew, zapalczy- wość, złość, bluźnierstwo i nieprzyzwoite słowa z ust waszych" (List do Kolosan 3, 8 - Biblia Tysiąclecia). "A rozpusta i wszelka nieczystość lub chciwość niech nawet nie będą wymieniane wśród was, jak przystoi świętym. Także bezwstyd i błazeńska mowa lub nieprzyzwoite żarty, które nie przystoją, lecz raczej dziękczynienie" (List do Efezjan 5, 3 - 4).
Przyznam, że jestem ogromnie czuły na kwestie kultury osobistej, na słownictwo. Bardzo mi przeszkadza wulgarne słownictwo, które opanowało nasz świat. Klną już nawet dzieci z podstawówki, a niekiedy nawet przedszkolaki "dla zabawy" uczone są przez swych niedojrzałych i nieodpowiedzialnych opiekunów, którzy śmieją się i cieszą, gdy brzdąc mamroce: "k*lwa". Gdy słyszę, jak ktoś mówi stale wulgarne słowa, traktując je jak "przecinek" w zdaniu, odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z człowiekiem - bardzo delikatnie rzecz ujmując - mało inteligentnym. Uważam, że człowiek inteligentny doskonale potrafi sobie radzić z wyrażaniem tego, co myśli, bez wulgaryzmów. To, jakiego słownictwa używamy, także daje świadectwo o tym, kim jesteśmy. Słowa, które wypowiadamy, są uzewnętrznieniem tego, co jest w naszym sercu - jeśli w sercu naszym jest porządek, to i słownictwo będzie porządne, a jeśli słownictwo jest wulgarne, to znaczy, że przez nasze usta wylewa się wielki bałagan, cały brud naszego serca (grzech).

Pamiętam, jak kiedyś w autobusie spotkałem grupkę rozgadanych chłopców. Mieli może 13 - 14 lat. Rozmawiali sobie o swoich codziennych sprawach, o zbliżających się wakacjach, o planach... Niestety, ich słownictwo było bardzo "nieciekawe". Nie podsłuchiwałem, bo nie interesują mnie czyjeś sprawy, ale nie dało się ich nie słyszeć - choć nie krzyczeli. Bardzo się zdziwiłem, gdy w pewnym momencie z ich rozmowy wynikło, że są... ministrantami z lokalnej parafii. W tym momencie miałem ochotę odwrócić się do nich i zapytać, czy gdy idą "służyć do mszy", to też mówią "k****", "ch**" i tym podobnie. Nie zrobiłem jednak tego - i do dziś żałuję.Być może zresztą należało też o tej sytuacji porozmawiać z księdzem, który się wówczas zajmował w tej parafii ministrantami, który przecież jest też wychowawcą takich młodych ludzi. Zwłaszcza, że w tym momencie wydali fatalne świadectwo nie tylko sami sobie, ale także swojej parafii. Pamiętam też pewien festiwal franciszkański i występ popularnego w kręgach katolickich hip-hopowego zespołu ewangelizacyjnego. Na scenie było "pięknie" - dużo mówili o wartościach, o Jezusie i Kościele, a gdy zeszli ze sceny zapalili papierosy, zarzucili kilka "świetnych", pikantnych dowcipów i... zrobiło mi się źle i "łyso"! Skoro tak podoba im się taki styl, to dlaczego nie wniosą go na estradę? Bo co? Bo "nie godzi się mieszać" Jezusa i takich dowcipów, doprawianych tytoniowym dymem? Pewnie, że się nie godzi, ale...

Zastanawia mnie to, że jest wielu ludzi, którzy na co dzień "klną jak szewc", a potrafią przyjść do kościoła i tam mówić przyzwoicie, bo przecież "w kościele nie wypada" używać pewnych słów. Ogromnie mnie razi, gdy ktoś, kogo spotkać można w niedzielę na nabożeństwie, poza kościołem używa języka takiego, że aż "uszy więdną". Jeśli jestem świadkiem, że ktoś, kto np. nosi na szyi krzyżyk używa słownictwa z samego dna rynsztoka, czuję się najgłębiej zażenowany. Tak samo pewne rodzaje dowcipów. Dlaczego uważamy, że poza kościołem (w sensie budynku, gdzie według katolickich przekonań "mieszka Bóg") możemy się zachować swobodniej niż w kościele? Dlaczego w kościele czegoś robić lub mówić nie wypada - i dobrze to wiemy i krępujemy się, a poza kościołem już nie mamy odnośnie tego żadnych skrupułów? Czy ludziom tak czyniącym zdaje się, że Bóg mieszka tylko w kościele i nie opuszcza jego murów? Czy tylko w kościele trzeba dbać o to, by zachowywać się godnie przed Bogiem? Przecież Bóg nie mieszka w kościele! Do sąsiada możemy pójść w odwiedziny i zachowywać się porządnie, a poza jego domem zupełnie inaczej, niż podczas tej wizyty, i on nie będzie o tym wiedział, on będzie zadowolony z naszego zachowania u niego. Ale przed Bogiem stoimy zawsze - On nas zawsze widzi i słyszy.

Gdziekolwiek jesteśmy, cokolwiek robimy, jesteśmy w obecności Boga! Bóg nie siedzi w murach Kościoła, nie siedzi w "tabernakulum". Bóg jest wszędzie, wszystko widzi, wszystko słyszy i zna naszą każdą myśl. Gdy idziemy do kościoła się modlić - Bóg nas widzi i słyszy, ale gdy rozmawiamy z kolegą, Bóg także nas widzi i słyszy. Bóg wcale nie będzie z nas zadowolony, że w kościele się powstrzymujemy od nieprzyzwoitego słownictwa, jeśli poza kościołem używamy go bez skrępowania. Nieprzyzwoite słowa ranią uszy Boga, bo biorą się z grzechu - pochodzą wprost od samego diabła. Dokładnie tak! Gdy ktoś rzuca przekleństwami, używa diabelskiego języka. Nie jest przypadkiem, że gdy są przeprowadzane egzorcyzmy, to często szatan przemawia przez usta opętanego, używając najobrzydliwszych przekleństw we wszystkich językach świata. Bóg nie chce, byśmy przemawiali diabelskim językiem! Bóg pragnie, by nasze serca były czyste i by wypływały z nich strumienie czystej, przyzwoitej, anielskiej mowy!

Chrześcijanin to człowiek, w którego sercu Bóg ma mieszkanie. To nie kościoły z cegieł i kamienia są świątyniami, lecz serce człowieka! Bóg jest "pedantem" - kocha porządek i czystość i zamieszkuje tylko czyste serca. Oczywiście nie ma człowieka, który by nie grzeszył, ale ważne jest to, by regularnie wymiatać grzech ze swojego serca. Gdy słyszę człowieka, który używa niecenzuralnych słów, jest to dla mnie znak, że w jego życiu brak jest ładu, a w sercu ma wiele brudów. "Albowiem z obfitości serca mówią usta. Dobry człowiek wydobywa z dobrego skarbca dobre rzeczy, a zły człowiek wydobywa ze złego skarbca złe rzeczy. A powiadam wam, że z każdego nieużytecznego słowa, które ludzie wyrzekną, zdadzą sprawę w dzień sądu. Albowiem na podstawie słów twoich będziesz usprawiedliwiony i na podstawie słów twoich będziesz potępiony" (Ewangelia Mateusza 12, 34 - 37). Choć mowa tu o bluźnierstwie przeciw Bogu, to te same słowa można moim zdaniem odnieść także do wulgaryzmów. Bóg nie mieszka w sercu, w którym jest tyle brudu, że się wylewa przez usta człowieka - raczej mieszka w nim diabeł. Przekonuje mnie o tym fakt, że nawyk używania wulgarnych słów to często w gruncie rzeczy bardzo silne zniewolenie. Ciekawe jest to, że gdy osoba taka doświadcza nawrócenia, uwalniana bywa nie tylko od alkoholu, narkotyków czy pornografii, ale także od używania wulgarnych słów. Ba! Ludziom nawróconym wulgarne słowa "nie przechodzą przez gardło"!

Wróćmy do zacytowanych na wstępie fragmentów. Apostoł napomina nas, byśmy pielęgnowali czystość i dobro w swoim sercu - by nasze czyny, mowa i relacje z drugim człowiekiem zawsze były dobre, by płynęły z dobroci i czystości serca. Tu nie chodzi o to, by się "ugryźć w język" i czegoś nie powiedzieć. Jeśli na grządce w ogródku wyrósł chwast, to nie starczy go ściąć, lecz trzeba wykopać. Nieprzyzwoite żarty i słowa są jakby tą częścią chwasta, która wystaje ponad glebę, a my mamy to wyplenić z własnego serca. "Czy nie wiecie, że świątynią Bożą jesteście i że Duch Boży mieszka w was?" (1. List do Koryntian 3, 16) Tak więc nie pozwólmy na to, by coś tą świątynię kalało - nie uchodzi, by rozbrzmiewały w niej wulgarne słowa i rechot z nieprzyzwoitych żartów. Właściwie powinniśmy żyć tak, jakbyśmy zamieszkali w świątyni, bo jesteśmy ciągle w obecności Boga. Bóg chce, byśmy zachowywali się tak, by także inni mogli w nas widzieć jego reprezentantów i by nie musiał się nas wstydzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz