wtorek, 26 maja 2015

Ekumenizm - powrót do korzeni

"I już nie jestem na świecie, lecz oni są na świecie, a Ja do ciebie idę. Ojcze święty, zachowaj w imieniu twoim tych, których mi dałeś, aby byli jedno, jak my" (Ewangelia Jana 17, 11)
Ekumenia - to myśl, która wciąż i wciąż do mnie wraca. Czy jest potrzebna i jak ją budować? Pojednanie, budowanie relacji, spotkania - to wszystko stało się bardzo modne w XX wieku, ale często robione jest w sposób zupełnie niewłaściwy: szukajmy tego, co nas łączy - zapomnijmy o tym, co nas dzieli. Ekumenizm przekonstruowano tak, by... dostosować go do katolickich przekonań, by w żadnym razie katolickie przekonania i praktyki nie były w najmniejszym stopniu krytykowane czy podważane. Wystarczy najdrobniejsza krytyka katolicyzmu, by podniosły się głosy: "dlaczego wprowadzacie niezgodę między chrześcijanami?", "wierzymy w jednego Boga, dlaczego próbujecie nas skłócać?", "spory, jakie prowadzicie są zupełnie niechrześcijańskie, nie słuchacie Jezusa, który wzywał do jedności!" Co ciekawe, tak reagują katolicy, na... protestanckich serwisach! To jest tak, jakby protestant na katolickim forum pisał dokładnie tak samo, gdy mowa jest o papieżach, kulcie maryjnym, wizerunkach. Gdy wchodzimy w jakieś środowisko, którego poglądy odbiegają od naszych własnych, musimy się pogodzić z tym, że nie wszystko, co tam znajdziemy, pasuje do naszych przekonań i nie powinniśmy wymagać, by cała reszta tam obecnych dostosowywała się do nas. Ekumenia to dla mnie szansa spotkania, modlitwy, ale także prezentacja przekonań i gotowość dyskusji, nawet burzliwej, przedstawiania argumentów przemawiających za takimi a nie innymi poglądami. Nie chcę nikogo atakować, czy poniżać, ale myślę, że katolicy bardzo nie chcą takiej konfrontacji, bowiem... nie bardzo sobie radzą zazwyczaj z polemiką na gruncie biblijnym. Dużo łatwiej jest próbować rozmywać różnice, maskować poważne problemy, niż uczciwie o tym podyskutować.

Ja zawsze powtarzam, że ekumenizm nie jest dziełem Kościoła katolickiego, ani nawet XX-wieczną modą. Pewien katolik napisał niedawno: "Katolicy są jednością a wśród protestantów nie ma żadnej jedności". Tymczasem baptysta (na przykład) może pójść do zielonoświątkowców i czuć się jako pośród braci i siostrami - i na odwrót. Ekumenizm narodził się nie pół wieku temu, lecz setki lat temu w radykalnych kręgach protestanckich. To, przepraszam, ale dlaczego ma być dostosowywany do wymogów i poglądów katolików? Owszem, dla nikogo drzwi nie są zamknięte, ale wchodzisz i musisz być przygotowany na to, że nie wszystko będzie tak, jakbyś chciał, "aksamitnie gładkie" i "lekkostrawne". Wchodzisz w coś, co jest budowane od dziesięcioleci i wieków, i musisz się dostosować, a nie przebudowywać i urządzać po swojemu. Na zacieraniu prawdy i tożsamości duchowej nie zbuduje się żadnego dobrego dzieła. Ekumenizm musi być silnie zakorzeniony w Biblii. Musi być gotowością mówienia prawdy, jasnego przedstawiania własnych poglądów i odwagi konfrontowania swych przekonań z prawdą Słowa Bożego. Winien być praktykowany z wzajemną miłością i szacunkiem, ale też w sposób radykalny, stanowczy. Nie może być udawaniem, że nie ma żadnych przeszkód - powinien być gotowością do konfrontacji i, jeśli trzeba, także zmiany własnych poglądów.

Ekumenizm to także konieczność zrozumienia, że Jezus Chrystus nie założył żadnego Kościoła instytucjonalnego i żaden nie ma prawa mówić: "Nasz Kościół jest założony przez Chrystusa, a wasz nie". Chrystus założył jeden Kościół - i to nie jest Kościół katolicki, baptystów, adwentystów, luteran, czy zielonoświątkowców, a po prostu Kościół, w którym jest miejsce dla każdego, kto podąża za Chrystusem. Jeśli patrzymy w karty Pisma Świętego, to mamy tam różne wspólnoty rozsiane wszędzie tam, gdzie dotarli apostołowie i misjonarze, luźno ze sobą powiązane, nie mające zupełnie żadnej z cech scentralizowanej instytucji. Jeśli ktoś stawia własną wspólnotę wyznaniową ponad innymi i swój Kościół instytucjonalny traktuje jako Kościół w pełni, a inne jako "partykularne", "wspólnoty chrześcijańskie", to jest to głęboko antyekumeniczne. Ekumenizm winien być obszarem braterskiego spotkania, bez czyjejkowiek dominacji i podporządkowywania jakimkolwiek strukturom. Wszelkie wspólne działania, jeśli mamy je prowadzić, muszą być skupione wokół Chrystusa i Ewangelii, z całkowitym pominięciem jakiejkolwiek formalizacji i budowy struktur. Jeśli będziemy tak postępować, będzie to w moim przekonaniu najbliższe formie Kościoła pierwotnego czasów apostolskich. W gruncie rzeczy temu właśnie ma służyć ekumenizm: odbudowie Kościoła Chrystusowego w formie jak najbliższej jego pierwotnej "konstrukcji" i wzajemnych relacji. Ekumenizm musi bazować na radykalnym zwróceniu się ku Chrystusowi i Jego Ewangelii - musi być wielkim powrotem do korzeni.

poniedziałek, 25 maja 2015

Prawdziwe bogactwo

"Dlatego mówię wam: nie martwcie się o swoje życie, czy będziecie mieli co jeść i pić, ani o ciało, w co się ubrać, bo życie to coś więcej niż jedzenie, a ciało to coś więcej niż ubranie. Przypatrzcie się ptakom - nie sieją, nie zbierają plonów, ani nie gromadzą zapasów, a wasz niebiański Ojciec troszczy się o nie. Czy wy nie jesteście więcej warci niż ptaki?" (Ewangelia Mateusza 6, 25 - 26 - tłum. przekład literacki EIB)
Mamy niezwykle piękny koniec maja - pogodę praktycznie letnią... W taki piękny czas "grzechem jest" pozostawać w czterech ścianach, siedzieć przed komputerem czy TV. Jeśli tylko możemy, warto wyjść na spacer, czy zrobić wyprawę poza miasto. Tak też uczyniłem - wybrałem się daleko "w pola" i - po solidnym wysiłku (jazda rowerem doskonale robi!) - położyłem się w trawie, wystawiając twarz do słońca, patrząc w błękit nieba, przysłuchując się ptakom i... buszującym w trawie o kilka kroków ode mnie malutkim warchlaczkom, ze smakiem pałaszującym trawę i przeróżne "chwasty". I wiecie co? Poczułem się w tym momencie jak... najbogatszy człowiek na świecie! Naprawdę! Przyszli mi na myśl ludzie w "białych kołnierzykach", wspinający się mozolnie po szczeblach "drabiny kariery", walczących o jak najlepszą pozycję i jak najlepsze zarobki. Oczami wyobraźni zobaczyłem ich, zabieganych i siedzących w pracy od rana do wieczora, żeby "coś osiągnąć" i nie czujących słońca i wiatru, bo ściany biur nie dopuszczają tego do człowieka, nie słyszących świergotu ptasiego, brzęczenia owadów i chrumkania i ciamkania świnek (uroczych, aż żal, że ich przeznaczeniem jest talerz - czasem myślę o wegetarianizmie!). Jakże są ubodzy! Mogą mieć wspaniałe samochody i luksusowe mieszkania, ale czy to daje szczęście? Oni mają pieniądze i luksusy, a ja mam... świat! :) Może nie mogę pojechać na Malediwy, czy Bahamy, jak oni, bo mnie na to nie stać - ale wszystko, czego potrzebuję, niesamowite bogactwo jakim Bóg obdarzył człowieka, mam wokół siebie i dlatego czuję się bogaty.

Czytam akurat książkę słynnego norweskiego podróżnika, Thora Heyerdahla, pt. "Fatu Hiva". Kojarzy się on (i zupełnie słusznie!) z ekspedycją "Ra" i wyprawą "Kon-Tiki", którymi próbował dowieść, że starożytni żeglarze potrafili żeglować nie tylko wzdłuż brzegów kontynentalnych, lecz także poprzez oceany. Ale może mało kto wie, ale swoje "awanturnicze życie" rozpoczął on od wielkiej ucieczki, wraz z żoną Liv, od cywilizacji, na dalekie Markizy; najdalej, jak tylko się dało od Europy i Ameryki; w miejsce, dokąd nie latały jeszcze samoloty, ani nawet nie kursowały liniowe statki... O takich miejscach mówi się zwykle: "Tam, gdzie diabeł mówi 'dobranoc'"... Zamieszkali tam z dala od wioski tubylców, w tropikalnym lesie, u źródła rzeki, w chatce z bambusa. Żywili się tym, co znaleźli, lub co upolowali. Z dnia na dzień coraz bardziej "nasiąkali" pięknem tego świata - tak bardzo, że Thor, który nie był człowiekiem wierzącym, zaczął - jak sam wspomina - zastanawiać się nad tym, że może faktycznie istnieć Bóg - Stwórca, który stworzył świat z tak niesamowitym rozmachem. On być może pozostał tym, kim był przed wyjazdem na Markizy - teoretycznie protestantem, a w praktyce agnostykiem / ateistą, wierzącym ślepo w ewolucję (czasem jego ewolucyjne rozmyślania pobudzają mnie do śmiechu) - ale fakt, że nie poszedł w odkrywaniu Boga dalej, nic nie zmienia z faktu, że piękno tego świata, piękno przyrody i majestat potężnych sił, które napędzają wszystko, co istnieje, pobudza nas w sposób naturalny do myślenia o Bogu i uwielbiania Boga.

Wróćmy do omawianych słów Jezusa. Nie myślmy, że zachęca nas on do beztroski i nieróbstwa! Ten świat nie jest rajskim ogrodem, gdzie człowiek mógł żyć właściwie się wcale nie trudząc, gdzie wszystko miał "na wyciągnięcie ręki" - po prostu dane mu przez Boga. "W mozole żywić się będziesz z niej (tj. z plonów ziemi) po wszystkie dni życia swego! Ciernie i osty rodzić ci będzie i żywić się będziesz zielem polnym. W pocie oblicza twego będziesz jadł chleb, aż wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz" (1. Księga Mojżeszowa - tzw. "Rodzaju" - 3, 17 - 19). Innymi słowy: będziesz miał chleb z tego, co ci daję, ale nie bez trudu i nie bez lęku o to, co ci jutro przyniesie; raz obfity plon, a raz głód. "Kto nie chce pracować, niechaj też nie je" (2. List do Tesaloniczan 3, 10). Bóg nam błogosławi i obdarza nas chlebem, ale poprzez nasze własne ręce, naszą własną pracę. Nie chodzi więc o to, byśmy nic nie robili, a tylko ufali Panu i czekali manny z nieba. Bóg nie akceptuje nieróbstwa czy żerowania na innych, w imię "chrześcijańskiego braterstwa". W tych słowach Jezus mówi nam: pamiętajcie, że jest Ojciec, który was kocha i o was się troszczy. Zachęca nas do ufności. Mówi nam, byśmy nie gonili za bogactwem czy choćby dostatkiem, byśmy nie zaniechując spraw doczesnych, bardziej myśleli o Bogu i o tym, co wieczne. Myślę, że mówi nam także, by nie rządziła nami zachłanność - bogactwo, kariera, praca - lecz byśmy potrafili się poczuć Bożym stworzeniem, Bożymi dziećmi, we wspaniałym Bożym świecie, by nasze serce było pełne ufności i radości; byśmy nie zabijali się sami troskami i żądzami. 
Wiecie, ten świat jest zwariowany! Każdego dnia wchodzą nowe technologie... I musisz nadążać, musisz być na bieżąco, bo inaczej coraz bardziej i bardziej przestajesz się liczyć i coraz trudniej ci będzie o pracę. Dziś, jeśli nie masz prawa jazdy i nie umiesz obsługiwać komputera, jesteś "do tyłu" i twoje szanse maleją. Nieraz pracodawcy prędzej cię o to zapytają, niż o inne kwalifikacje czy uzdolnienia! Dziś  musisz legitymować się dyplomami szkół - a najlepiej, jeśli porobiłeś kilka kierunków. I chcą, byś ciągle i ciągle się dokształcał, biegał, zakuwał, robił kolejne dyplomy. I żebyś pracował, pracował, pracował... Ten świat zwariował i pędzi jak oszalały, i porywa ludzi do tego pędu, a kogo nie porywa, to depcze! Otaczają nas wynalazki, które mają nam oszczędzać czas - nazywamy je "dobrodziejstwami cywilizacji" - ale czasu mamy coraz mniej. Żyjemy w ciągłym stresie, popędzani do ślepego pędu w "wyścigu szczurów", mamy coraz mniej czasu dla siebie samych, dla bliskich, dla "złapania oddechu". Mamy przy tym coś jeszcze: coraz częstsze nerwice, depresje, choroby serca, uzależnienia (alkohol, nikotyna, narkotyki - myślę, że to wszystko po części wiąże się z tym zabójczym, nieludzkim tempem życia)... Myślę, że Pan mówi do nas w tych słowach: "Zatrzymaj się! Nie musisz tak pędzić! Zatrzymaj się, złap głęboki oddech, rozejrzyj się dookoła, dostrzeż, że jest Bóg, wierz i uwielbiaj Go, i ufaj..." Bóg chce nas wyrwać z tego kołowrotka, uzdrowić i nauczyć życia według Bożego porządku i Bożego rytmu. Bóg chce nas wyzwolić z niewoli kariery, pieniędzy i postępu. On daje pokój serca! Bóg, Stwórca natury,uczy nas życia w zgodzie z naturą, a tą naturą jest Jego porządek. Powrót do natury, powrót do Boga... Prawdziwe bogactwo to serce wypełnione tym, co otrzymujemy "nie z tego świata"! I do niego nigdy nie dojdzie żaden karierowicz w "białym kołnierzyku", jeśli nie będzie miał odwagi zatrzymać się, wyrwać z tego szaleństwa i pójść za Bogiem!

sobota, 23 maja 2015

Miłość wyraża się w działaniu

"A jak we wszystkim się wyróżniacie, w wierze, w słowie i w poznaniu, i we wszelkiej gorliwości oraz w miłości, którą w was wzbudziliśmy, tak i w tej działalności dobroczynnej się wyróżniacie. Nie mówię tego, jakobym wydawał rozkaz, ale pragnę na tle gorliwości innych wypróbować też szczerość waszej miłości. Albowiem znacie łaskę Pana naszego Jezusa Chrystusa, że będąc bogatym, stał się dla was ubogim, abyście ubóstwem jego ubogaceni zostali" (2. List do Koryntian 8, 7 - 9)
Gary Miller w książce "The other side of wall" bardzo pięknie napisał: "Prawdziwi chrześcijanie będą się dzielić tym, co mają. Właściwie dawanie jest dowodem naśladowania Jezusa. Gdy apostoł Paweł zachęcał bogaty Kościół w Koryncie do dzielenia się dobrami doczesnymi, wskazał na przykład samego Pana Jezusa Chrystusa (...). Zwróćcie uwagę na to, co mówi Paweł. Jezus był niegdyś po 'bogatszej stronie muru', lecz dobrowolnie wyzbył się swoich praw, przeszedł na drugą stronę i pomógł innym. Każda osoba, w której mieszka Chrystus, będzie się dzielić. Jest to oczywisty rezultat faktu zamieszkania Największego Dawcy w sercu człowieka. Jest to również naturalna reakcja w odpowiedzi na otrzymanie czegoś, na co nie zapracowaliśmy i nie zasłużyliśmy. Jeśli odrodzony chrześcijanin nie ma w sercu palącego pragnienia błogosławieństwa dla innych, to stracił wizję tego, co Bóg dla niego uczynił - a może nigdy jej nie miał. Nie każdy chętny dawca jest chrześcijaninem, ale każdy chrześcijanin jest chętnym dawcą" (za: "Ziarno Prawdy", marzec 2015, tłum. Krzysztof Dubis)

Dzielenie się tym, co mamy - pieniędzmi, pożywieniem czy dachem nad głową (tym ostatnim jest gościnność) - jest nieodłącznym elementem tego, co Słowo Boże nazywa miłością bliźniego. Pan Jezus mówi: "Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego" (Ewangelia Mateusza 22, 39). Czymże jest owa miłość bliźniego, do której nawołuje Pan nasz? Czy tylko nie wyrządzaniem mu żadnego zła - nie okradaniem, nie zabijaniem, nie uwodzeniem żony, etc. - jak mamy to w Dekalogu. Ten, kto trzyma się prawa, dobrze czyni, ale to jeszcze nie jest miłość! Nieczynienie zła nie jest jeszcze dobrem. Brak nienawiści w sercu nie jest jeszcze miłością. Jeśli zatrzymamy się na wypełnianiu prawa względem bliźniego, to staniemy co najwyżej w punkcie, który można określić jako "obojętność", podczas gdy Bóg oczekuje od nas nie tylko byśmy nie czynili zła, ale byśmy czynili dobro. Czymże jest miłość, jeśli nie pragnieniem bliskości, dzielenia się, obdarzania drugiego człowieka tym, co mamy? 

Czasem ta nasza "miłość bliźniego" bywa tak przerażająco teoretyczna: kocham cię, ale bądź sobie tam gdzie jesteś; nie masz pieniędzy na chleb, to sobie zarób jakoś; mam willę, ale bez przesady, żebym cię przyjmował pod swój dach... Bardzo przykry przykład takiego postępowania mamy choćby teraz, gdy pilnej pomocy potrzebują wyznawcy Chrystusa żyjący w Syrii: jeśli Polska ich nie przyjmie, oni najprawdopodobniej, niestety, zginą. Potrzeba, byśmy się z nimi podzielili dachem nad głową, chlebem, pieniędzmi i kawałkiem własnej ziemi, by mogli odetchnąć i bezpiecznie żyć. Ale niektórzy się wahają, bo to "obcy"; bo będą korzystać z naszych podatków, które tak wysokie płacimy; bo sami jesteśmy niebogaci... Owszem, są gotowi współczuć im i nawet modlić się za nich co dzień - byle oni pozostali tam, gdzie są, byle można ich było "kochać na odległość". Co im po naszej teoretycznej miłości, jeśli nie będzie miała bardziej praktycznego wymiaru dzielenia się? Oni, jeśli nie dostaną od nas ramienia, by się mogli na nim wesprzeć, kawałka chleba i dachu nad głową... zginą. Co za różnica więc, czy będziemy ich teoretycznie miłowali, czy praktycznie nienawidzili? 

Wszyscy znamy Matkę Teresę z Kakluty. O, już słyszę, jak niektórzy mówią: "Ona była katoliczką! Czciła Maryję! Uprawiała bałwochwalstwo! Kwestia jej wiary też jest problematyczna..." To niewątpliwie prawda, ale dla niej miłość bliźniego miała wymiar niezwykle praktyczny. Wyrzekła się wszystkiego, co mogła dla siebie zdobyć i wszystko - a nawet dużo więcej, niż wszystko, bo przede wszystkim samą siebie - oddała ludziom, którzy żyli w skrajnej nędzy, brudzie, pogardzie. Ona wcale nie musiała jechać do Indii. Mogła zostać w Europie, wyjść za mąż, mieć dom i dzieci, ale wówczas nie stałaby się Matką Teresą. Mogła nie interesować się losem trędowatych i głodnych gdzieś w dalekich Indiach i pewnie nikt by jej niczego nie zarzucał. Albo mogła słać leki i bandaże ze wskazówkami co powinni robić - i by może zostało to przyjęte z uznaniem. Ale ona zrobiła co innego: zamieszkała wśród biedoty, ubrała proste "sari", obmywała ich i opatrywała im rany, wyrzekłszy się własnego dachu nad głową, dała go wielu potrzebującym. Tak, była katoliczką, lecz miłość bliźniego zrealizowała w swoim życiu tak niesamowicie, że z pewnością nie nam osądzać jej wiarę, skoro nie robimy ułamka tego, co uczyniła dla bliźnich ona.

"Wtedy powie król tym po swojej prawicy: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, odziedziczcie Królestwo, przygotowane dla was od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a daliście mi jeść, pragnąłem, a daliście mi pić, byłem przychodniem, a przyjęliście mnie, byłem nagi, a przyodzialiście mnie, byłem chory, a odwiedzaliście mnie, byłem w więzieniu, a przychodziliście do mnie. Wtedy odpowiedzą mu sprawiedliwi tymi słowy: Panie! Kiedy widzieliśmy cię łaknącym, a nakarmiliśmy cię, albo pragnącym, a daliśmy ci pić? A kiedy widzieliśmy cię przychodniem i przyjęliśmy cię albo nagim i przyodzialiśmy cię? I kiedy widzieliśmy cię chorym albo w więzieniu, i przychodziliśmy do ciebie? A król, odpowiadając, powie im: Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście. Wtedy powie i tym po lewicy: Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny, zgotowany diabłu i jego aniołom. Albowiem łaknąłem, a nie daliście mi jeść, pragnąłem, a nie daliście mi pić. Byłem przychodniem, a nie przyjęliście mnie, nagim, a nie przyodzialiście mnie, chorym i w więzieniu i nie odwiedziliście mnie. Wtedy i oni mu odpowiedzą, mówiąc: Panie! Kiedy widzieliśmy cię łaknącym albo pragnącym, albo przychodniem, albo nagim, albo chorym, albo w więzieniu i nie usłużyliśmy ci? Wtedy im odpowie tymi słowy: Zaprawdę powiadam wam, czegokolwiek nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, i mnie nie uczyniliście. I odejdą ci na kaźń wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego. " (Ewangelia Mateusza 25, 34 - 46)

Ten fragment Ewangelii pokazuje nam, że gdy Bóg mówi nam "miłuj bliźniego swego", to nie chodzi o jakąś "filozofię miłości", miłość czysto teoretyczną, lecz o miłość bardzo praktyczną, wyrażaną w dzieleniu się tym, co posiadamy i codzienną troską o życie drugiego człowieka. Słowa, czy zwykła myśl: "Kocham cię", są piękne, ale cóż znaczą, jeśli nie idą za nimi czyny? Wiecie, Bóg nie powiedział: "kocham was i żal mi was"... On dla nas uczynił to, że dla nas stał się człowiekiem, "który chociaż był w postaci Bożej, nie upierał się zachłannie przy tym, aby być równym Bogu, lecz wyparł się samego siebie, przyjął postać sługi i stał się podobny ludziom; a okazawszy się z postawy człowiekiem, uniżył samego siebie i był posłuszny aż do śmierci, i to do śmierci krzyżowej" (List do Filipian 2, 6 - 8). Dotykał się chorych, najobrzydliwszych ich ran i jeszcze większych paskudztw, jakimi jest ludzki grzech. Przyszedł, by dawać chleb, zapłacić nasze (duchowe) długi i poprowadzić nas do Domu Ojca, gdzie dla każdego jest miejsce. Niczym sobie na to nie zasłużyliśmy, a to wszystko jest dla nas! Sama wdzięczność za to może być wyrażona najpełniej tylko w miłosierdziu wobec innych ludzi - zwłaszcza podzielających wiarę w Chrystusa - którzy potrzebują naszego dachu i naszego chleba. Nie powinniśmy się ociągać, zastanawiać i kalkulować - bo Chrystus się nie ociągał, nie zastanawiał i nie kalkulował. Widząc naszą nędzę, wyszedł do nas i wyciągnął rękę. Tak więc i my, widząc potrzeby innych, powinniśmy wyjść im naprzeciw i uczynić wszystko, co jest w naszej mocy, by dać im szansę godnego życia.

To, oczywiście oznacza pewne wyrzeczenia i koszty, ale... "Zakopać ziarno w ziemi nie znaczy je stracić, chociaż na chwilę znika nam z oczu. Podobnie ma się rzecz z pieniędzmi oddanymi Panu lub ubogim, ze względu na Niego. Człowiek, który zużywa dla siebie wszystko, co ma przy sobie albo co posiada jego rodzina, wydaje się podobny do kogoś, kto miele, wypieka i zjada całe swoje ziarno. Zyskuje wprawdzie coś na bieżąco, ale na końcu odkryje braki i niedostatek, ponieważ nie siał pod kątem swej przyszłości. Z kolei człowiek, który odkłada i gromadzi to, co powinno być oddane potrzebującym, jest jak ktoś, kto zamyka swoje ziarno w skrzyni, aż ono w końcu pleśnieje i całkiem traci wartość. Ani nie nakarmi jego, ani dla niego nie jest zasiane; nie nadaje się do niczego. Ten, kto daje ubogim, pożycza Panu, a Pan obdaruje go o wiele bardziej, nie dlatego, że zasłużył sobie na to, ale dlatego, iż obfitość naszego Niebiańskiego Ojca oczekuje na tych, którzy chcą czynić to, co Mu się podoba" ("Sheer off", za "Ziarno Prawdy" kwiecień 2015, tłum. Krzysztof Dubis). Ta piękna myśl przypomina mi słowa Chrystusa: "Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie je mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje podkopują i kradną; ale gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie podkopują i nie kradną. Albowiem gdzie jest skarb twój - tam będzie i serce twoje" (Ewangelia Mateusza 6, 19 - 21). Kalkulacje zostawmy poganom, a sami bądźmy nieobliczalni w sianiu na świecie miłości.

czwartek, 21 maja 2015

Jak drzewo, czy jak "bonsai"?

"Błogosławiony mąż, który polega na Panu, którego ufnością jest Pan! Jest on jak drzewo zasadzone nad wodą, które nad potok zapuszcza swoje korzenie, nie boi się, gdy upał nadchodzi, lecz jego liść pozostaje zielony, i w roku posuchy się nie frasuje, i nie przestaje wydawać owocu" (Księga Jeremiasza 17, 7 - 8)
Ktoś może zastanawiać się, dlaczego fragment Słowa Bożego, w którym czytamy o wspaniałym, dorodnym drzewie, ilustruję takim właśnie zdjęciem. Widzimy na nim miniaturowe drzewko "bonsai" - owoc japońskiej sztuki ogrodniczej. Nim napiszę cokolwiek od siebie, chciałbym sięgnąć do rozważania, które mnie zainspirowało. Znalazłem je w kalendarzu "Dobry Zasiew 2014" pod datą 7 stycznia: 

"W parku Vincennes pod Paryżem odwiedziliśmy wystawę hodowli bonsai, skarłowaconych drzewek w stylu japońskim. O, tam stoi stary buk w miniaturze: Ma 60 lat, ale jest wielkości średniej główki kapusty. jego liście nie są większe jak paznokietki noworodka. Tam już od 80 lat wzrasta iglica, jednakże jej korzenie z łatwością mieszczą się do doniczki. Ten zupełnie sprzeczny z naturą efekt osiąga się poprzez podcinanie korzeni, co powoduje, że roślina balansuje na granicy życia. Japończycy są mistrzami hodowli bonsai. Ale zapytajmy się szczerze - czy my, jako chrześcijanie nie przypominamy aż nazbyt często takich miniaturowych drzewek? Co prawda jest w nas duchowe życie, ale tak słabe, że z ledwością widoczne. Nie kwitnie ono i prawie się nie rozwija. Brakuje w nim radości, siły do składania świadectwa. Bóg stworzył drzewa do lasu, a nie po to, żeby wegetowały na regale z książkami. Tak więc pragnąłby On, aby życie, które nam podarował, rozwijało się na Jego chwałę. Możliwe jest to tylko wtedy, gdy nasze 'korzenie' zapuścimy nad 'wodę'. Duchowy wzrost zaczyna się od czytania Biblii i modlitwy. W codziennej społeczności z Panem Jezusem otrzymujemy siłę, aby w  tym złym świecie być Jego uczniami. Przez łaskę Bożą jesteśmy zdolni, aby również i w trudnościach przynosić dla Niego owoc. Nie wstydźmy się zatem opowiadać otaczającym nas ludziom o Zbawicielu."

Myślę, że każdy z nas powinien się przejrzeć w tych słowach, jakie kieruje do nas Pan za pośrednictwem Proroka Jeremiasza, niczym w "lustrze". Każdy z nas powinien zatrzymać się nad nimi i zastanowić się: a jak jest ze mną? Jaka jest moja wiara i moje życie duchowe? Czy wyrosłem tak, jak tego pragnął Pan, czy też przypominam takie "bonsai" - wprawdzie bardzo efektowne, ale nie wypełniające tej roli, do której zostaliśmy powołani? Czy jestem człowiekiem dorodnym i silnym w Panu, czy też wegetuję gdzieś na samym skraju wiary? Czasem my sami podcinamy własne korzenie - zaniedbując modlitwę, czytanie Słowa Bożego i uczestnictwo w życiu Kościoła. Być może wciąż nazywamy się wówczas "chrześcijanami", ale właściwie jest to już tylko jak jakiś "znaczek przynależności wpięty w klapę", bez prawdziwej głębi, bez większego znaczenia - w gruncie rzeczy już za życia pół-martwi.

Jezus mówi o sobie: "Gdybyś znała dar Boży i tego, który mówi do ciebie: Daj mi pić, wtedy sama prosiłabyś go, i dałby ci wody żywej. (...) Każdy, kto pije tę wodę [ze studni], znowu pragnąć będzie; ale kto napije się wody, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku żywotowi wiecznemu" (Ewangelia Jana 4, 10 i 13 - 14). Mówi o sobie także: "Ja jestem chlebem, który zstąpił z nieba. (...) Na to rzekł im Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, jeśli nie będziecie jedli ciała Syna Człowieczego i pili krwi jego, nie będziecie mieli żywota w sobie. Kto spożywa ciało moje i pije krew moją, ten ma żywot wieczny, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Albowiem ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa ciało moje i pije krew moją, we mnie mieszka, a Ja w nim. Jak mię posłał Ojciec, który żyje, a Ja przez Ojca żyję, tak i ten, kto mnie spożywa, żyć będzie przeze mnie. Taki jest chleb, który z nieba zstąpił, nie taki, jaki jedli ojcowie i poumierali; kto spożywa ten chleb, żyć będzie na wieki. (...) Słowa, które powiedziałem do was, są duchem i żywotem..." (Ewangelia Jana 6, 41 - 63). Jeśli chcemy być, jak wspaniałe, silne drzewo, którego konary "dorastać będą nieba", musimy być zakorzenieni w Chrystusie, bo tylko od Niego możemy otrzymać dający wzrost pokarm. Bóg dał nam Słowo, nauczył się modlić i dał nam Kościół, byśmy karmili się, wzrastali i umacniali się.

Wiecie, w pewnym momencie swego życia  - na skutek serii różnych przykrych zbiegów okoliczności - znalazłem się w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Diabeł przyciął mi korzenie - oderwał od Kościoła, od Biblii i od modlitwy. Dołożył do tego lęk przed ludźmi, kryzys zaufania... W pewnym momencie poczułem się właśnie jak takie "bonsai" i myślę, że ten tekst z "Dobrego Zasiewu" dotknął mnie tak mocno właśnie dlatego, że doświadczyłem duchowego skarlenia, okaleczenia. Moje życie poszło w pewnym momencie w taką rozsypkę, że znalazłem się na granicy śmierci głodowej, że została ze mnie taka "chrześcijańska skorupka" z jakimś wątłym ognikiem w środku zamiast prawdziwego płomienia wiary. Pewnie, że dobre i to - lepsze, niż nic! Moje życie po tej "duchowej zapaści" można scharakteryzować czterema słowami: GŁÓD, BÓL, STRACH i SAMOTNOŚĆ! Przy tym głód potęgował ból, a ból wpędzał w głód! Strach stał się zaś murem wokół mnie, za który nikt już nie miał dostępu. W takiej sytuacji można właściwie zrobić tylko jedną z dwóch rzeczy: położyć się i czekać na śmierć, lub wrócić do źródła życia. Zatęskniłem do Źródła Życia! To rozważanie z "Dobrego Zasiewu" dotknęło mnie, bo Bóg powołał mnie do bycia potężnym drzewem - do życia w pełni, w obfitości. Jezus mówi: "Ja przyszedłem, aby miały życie i to w obfitości" (Ewangelia Jana 10, 10 - tłum. przekład dosłowny EIB). Tymczasem szatan chciał zrobić ze mnie jakieś durne "bonsai"!

środa, 20 maja 2015

Bóg bogaty w miłosierdzie

"Szukajcie Pana, dopóki można Go znaleźć, wzywajcie go, dopóki jest blisko! Niech bezbożny porzuci swoją drogę, a przestępca swoje zamysły i niech się nawróci do Pana, aby się nad nim zlitował, do naszego Boga, gdyż jest hojny w odpuszczaniu!" (Księga Izajasza 55, 6 - 7)
"Szukajcie Pana, dopóki można go znaleźć..." Są dwie granice owego "dopóki". Pierwsza z nich to nasza śmierć. Druga zaś - Jego powrót w dniu "Sądu Ostatecznego". Do którejś z tych granic każdy z nas wcześniej czy później dojdzie. Nim to się stanie, jest dla nas czas na oprzytomnienie, odrzucenie grzechów, powrót do Boga. Poza tymi granicami nie ma już żadnej nadziei. Jeśli do osiągnięcia którejś z tych granic nie zmienimy kierunku swego życia, nie odwrócimy się od zła i diabła ku dobru i Bogu, za tą granicą czeka nas już tylko sąd. On nie będzie polegał na "ważeniu", ile było w naszym życiu dobra, ile zła, lecz raczej przedstawieniu nam całej, wielkiej listy naszych grzechów. Będzie to sąd szczegółowy i bardzo surowy. Na nic się zdadzą wszelkie tłumaczenia. Na nic się wówczas nie zda żal i błaganie o litość. Nie będą też uwzględniane żadne "okoliczności łagodzące". Od wyroków, które zapadną wówczas nie będzie też żadnej możliwości odwołania - możemy być pewni najwyższego wymiaru kary i realizacji jej z pełną surowością. 

To brzmi strasznie, prawda? Ateiści i poganie zarzucają czasem nam, chrześcijanom, że "stosujemy terror" i "strasząc piekłem" próbujemy wpłynąć na ludzi, by przyjmowali naszą wiarę. Kościoły oskarżane są o podporządkowywanie sobie ludzi za pomocą psychomanipulacji i strachu. Mówią, że wierzymy w jakiegoś "okrutnego i bezwzględnego tyrana", który chce, by wszyscy mu służyli a niepokornym grozi zagładą. Lecz to nie jest prawdą! Nasz Bóg nie jest ani okrutny, ani też bezwzględny! On przyjdzie kiedyś jako surowy Sędzia, lecz jest przede wszystkim miłującym Ojcem, który wcale nie ma ochoty słać nas na zagładę. On wychodzi ku człowiekowi z sercem i otwartymi ramionami. On, by być bliżej nas, stał się człowiekiem. Te jego otwarte ramiona zostały niemal 2000 lat temu przybite do krzyża dla naszego zbawienia. Te ramiona są pełne darów dla nas, z których najcenniejszym jest życie wieczne. 

Ten, kto będzie Go szukał, znajdzie Go - bo Bóg się nie ukrywa. Izajasz pisze: "wzywajcie go", ale właściwie, to Bóg nas wzywa: "Kocham cię! Chodź do mnie! Zaufaj!" On jest inicjatorem kontaktu. "Wzywanie Boga" raczej ma służyć - w moim odczuciu - otwieraniu nas samych na Jego głos i Jego obecność. To ludzkie wołanie, to jest ukorzenie serca, które jest początkiem nawrócenia. Bóg odpuszcza każdemu, kto z wiarą przychodzi do Chrystusa, kto z wiarą spogląda na krzyż, kto żałuje za swe występki i pragnie oczyszczenia z jadu grzechu. Póki tego życia, trwa czas wielkiego miłosierdzia dla nas...

Diabelska mowa i brudne serce

"A teraz odrzućcie i wy to wszystko: gniew, zapalczy- wość, złość, bluźnierstwo i nieprzyzwoite słowa z ust waszych" (List do Kolosan 3, 8 - Biblia Tysiąclecia). "A rozpusta i wszelka nieczystość lub chciwość niech nawet nie będą wymieniane wśród was, jak przystoi świętym. Także bezwstyd i błazeńska mowa lub nieprzyzwoite żarty, które nie przystoją, lecz raczej dziękczynienie" (List do Efezjan 5, 3 - 4).
Przyznam, że jestem ogromnie czuły na kwestie kultury osobistej, na słownictwo. Bardzo mi przeszkadza wulgarne słownictwo, które opanowało nasz świat. Klną już nawet dzieci z podstawówki, a niekiedy nawet przedszkolaki "dla zabawy" uczone są przez swych niedojrzałych i nieodpowiedzialnych opiekunów, którzy śmieją się i cieszą, gdy brzdąc mamroce: "k*lwa". Gdy słyszę, jak ktoś mówi stale wulgarne słowa, traktując je jak "przecinek" w zdaniu, odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z człowiekiem - bardzo delikatnie rzecz ujmując - mało inteligentnym. Uważam, że człowiek inteligentny doskonale potrafi sobie radzić z wyrażaniem tego, co myśli, bez wulgaryzmów. To, jakiego słownictwa używamy, także daje świadectwo o tym, kim jesteśmy. Słowa, które wypowiadamy, są uzewnętrznieniem tego, co jest w naszym sercu - jeśli w sercu naszym jest porządek, to i słownictwo będzie porządne, a jeśli słownictwo jest wulgarne, to znaczy, że przez nasze usta wylewa się wielki bałagan, cały brud naszego serca (grzech).

Pamiętam, jak kiedyś w autobusie spotkałem grupkę rozgadanych chłopców. Mieli może 13 - 14 lat. Rozmawiali sobie o swoich codziennych sprawach, o zbliżających się wakacjach, o planach... Niestety, ich słownictwo było bardzo "nieciekawe". Nie podsłuchiwałem, bo nie interesują mnie czyjeś sprawy, ale nie dało się ich nie słyszeć - choć nie krzyczeli. Bardzo się zdziwiłem, gdy w pewnym momencie z ich rozmowy wynikło, że są... ministrantami z lokalnej parafii. W tym momencie miałem ochotę odwrócić się do nich i zapytać, czy gdy idą "służyć do mszy", to też mówią "k****", "ch**" i tym podobnie. Nie zrobiłem jednak tego - i do dziś żałuję.Być może zresztą należało też o tej sytuacji porozmawiać z księdzem, który się wówczas zajmował w tej parafii ministrantami, który przecież jest też wychowawcą takich młodych ludzi. Zwłaszcza, że w tym momencie wydali fatalne świadectwo nie tylko sami sobie, ale także swojej parafii. Pamiętam też pewien festiwal franciszkański i występ popularnego w kręgach katolickich hip-hopowego zespołu ewangelizacyjnego. Na scenie było "pięknie" - dużo mówili o wartościach, o Jezusie i Kościele, a gdy zeszli ze sceny zapalili papierosy, zarzucili kilka "świetnych", pikantnych dowcipów i... zrobiło mi się źle i "łyso"! Skoro tak podoba im się taki styl, to dlaczego nie wniosą go na estradę? Bo co? Bo "nie godzi się mieszać" Jezusa i takich dowcipów, doprawianych tytoniowym dymem? Pewnie, że się nie godzi, ale...

Zastanawia mnie to, że jest wielu ludzi, którzy na co dzień "klną jak szewc", a potrafią przyjść do kościoła i tam mówić przyzwoicie, bo przecież "w kościele nie wypada" używać pewnych słów. Ogromnie mnie razi, gdy ktoś, kogo spotkać można w niedzielę na nabożeństwie, poza kościołem używa języka takiego, że aż "uszy więdną". Jeśli jestem świadkiem, że ktoś, kto np. nosi na szyi krzyżyk używa słownictwa z samego dna rynsztoka, czuję się najgłębiej zażenowany. Tak samo pewne rodzaje dowcipów. Dlaczego uważamy, że poza kościołem (w sensie budynku, gdzie według katolickich przekonań "mieszka Bóg") możemy się zachować swobodniej niż w kościele? Dlaczego w kościele czegoś robić lub mówić nie wypada - i dobrze to wiemy i krępujemy się, a poza kościołem już nie mamy odnośnie tego żadnych skrupułów? Czy ludziom tak czyniącym zdaje się, że Bóg mieszka tylko w kościele i nie opuszcza jego murów? Czy tylko w kościele trzeba dbać o to, by zachowywać się godnie przed Bogiem? Przecież Bóg nie mieszka w kościele! Do sąsiada możemy pójść w odwiedziny i zachowywać się porządnie, a poza jego domem zupełnie inaczej, niż podczas tej wizyty, i on nie będzie o tym wiedział, on będzie zadowolony z naszego zachowania u niego. Ale przed Bogiem stoimy zawsze - On nas zawsze widzi i słyszy.

Gdziekolwiek jesteśmy, cokolwiek robimy, jesteśmy w obecności Boga! Bóg nie siedzi w murach Kościoła, nie siedzi w "tabernakulum". Bóg jest wszędzie, wszystko widzi, wszystko słyszy i zna naszą każdą myśl. Gdy idziemy do kościoła się modlić - Bóg nas widzi i słyszy, ale gdy rozmawiamy z kolegą, Bóg także nas widzi i słyszy. Bóg wcale nie będzie z nas zadowolony, że w kościele się powstrzymujemy od nieprzyzwoitego słownictwa, jeśli poza kościołem używamy go bez skrępowania. Nieprzyzwoite słowa ranią uszy Boga, bo biorą się z grzechu - pochodzą wprost od samego diabła. Dokładnie tak! Gdy ktoś rzuca przekleństwami, używa diabelskiego języka. Nie jest przypadkiem, że gdy są przeprowadzane egzorcyzmy, to często szatan przemawia przez usta opętanego, używając najobrzydliwszych przekleństw we wszystkich językach świata. Bóg nie chce, byśmy przemawiali diabelskim językiem! Bóg pragnie, by nasze serca były czyste i by wypływały z nich strumienie czystej, przyzwoitej, anielskiej mowy!

Chrześcijanin to człowiek, w którego sercu Bóg ma mieszkanie. To nie kościoły z cegieł i kamienia są świątyniami, lecz serce człowieka! Bóg jest "pedantem" - kocha porządek i czystość i zamieszkuje tylko czyste serca. Oczywiście nie ma człowieka, który by nie grzeszył, ale ważne jest to, by regularnie wymiatać grzech ze swojego serca. Gdy słyszę człowieka, który używa niecenzuralnych słów, jest to dla mnie znak, że w jego życiu brak jest ładu, a w sercu ma wiele brudów. "Albowiem z obfitości serca mówią usta. Dobry człowiek wydobywa z dobrego skarbca dobre rzeczy, a zły człowiek wydobywa ze złego skarbca złe rzeczy. A powiadam wam, że z każdego nieużytecznego słowa, które ludzie wyrzekną, zdadzą sprawę w dzień sądu. Albowiem na podstawie słów twoich będziesz usprawiedliwiony i na podstawie słów twoich będziesz potępiony" (Ewangelia Mateusza 12, 34 - 37). Choć mowa tu o bluźnierstwie przeciw Bogu, to te same słowa można moim zdaniem odnieść także do wulgaryzmów. Bóg nie mieszka w sercu, w którym jest tyle brudu, że się wylewa przez usta człowieka - raczej mieszka w nim diabeł. Przekonuje mnie o tym fakt, że nawyk używania wulgarnych słów to często w gruncie rzeczy bardzo silne zniewolenie. Ciekawe jest to, że gdy osoba taka doświadcza nawrócenia, uwalniana bywa nie tylko od alkoholu, narkotyków czy pornografii, ale także od używania wulgarnych słów. Ba! Ludziom nawróconym wulgarne słowa "nie przechodzą przez gardło"!

Wróćmy do zacytowanych na wstępie fragmentów. Apostoł napomina nas, byśmy pielęgnowali czystość i dobro w swoim sercu - by nasze czyny, mowa i relacje z drugim człowiekiem zawsze były dobre, by płynęły z dobroci i czystości serca. Tu nie chodzi o to, by się "ugryźć w język" i czegoś nie powiedzieć. Jeśli na grządce w ogródku wyrósł chwast, to nie starczy go ściąć, lecz trzeba wykopać. Nieprzyzwoite żarty i słowa są jakby tą częścią chwasta, która wystaje ponad glebę, a my mamy to wyplenić z własnego serca. "Czy nie wiecie, że świątynią Bożą jesteście i że Duch Boży mieszka w was?" (1. List do Koryntian 3, 16) Tak więc nie pozwólmy na to, by coś tą świątynię kalało - nie uchodzi, by rozbrzmiewały w niej wulgarne słowa i rechot z nieprzyzwoitych żartów. Właściwie powinniśmy żyć tak, jakbyśmy zamieszkali w świątyni, bo jesteśmy ciągle w obecności Boga. Bóg chce, byśmy zachowywali się tak, by także inni mogli w nas widzieć jego reprezentantów i by nie musiał się nas wstydzić.

wtorek, 19 maja 2015

Sądzić czy nie sądzić?

"Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni" (Ewangelia Mateusza 7, 1). Znów mi się zdarzyło być poczęstowanym tą nauką, gdy... odniosłem się krytycznie do postępowania pewnego człowieka. W ogóle zauważam, że to ulubiony fragment ludzi, którzy nie bardzo lubią napominania i krytyki. To taki fragment, którym - "bach!" - można zdzielić i potępić każdego, kto próbuje powiedzieć coś o grzechu. W podobnym czasie zresztą w prowadzonej równolegle dyskusji powiedziano mi: "Jak możesz mówić, że ktoś pójdzie do piekła. Kim ty jesteś, żeby osądzać ludzi. To Bóg będzie osądzał, nie Ty". I cóż, że Biblia mówi o pewnych ludziach, że "Królestwa Bożego nie odziedziczą" (List do Galatów 5, 19 - 21) i "kto grzeszy, jest dzieckiem diabła" (1. List Jana 3, 8). Ale wróćmy do kwestii sądzenia. W innym miejscu Jezus napomina ludzi: "Nie sądźcie z pozoru, ale sądźcie sprawiedliwie" (Ewangelia Jana 7, 24). Jak więc jest z tym sądzeniem? Można, czy też nie? I dlaczego raz Jezus mówi jedno, raz drugie?

Jezus tak naprawdę mówi zawsze to samo. Przeczytajmy ów wers z Ewangelii Mateusza i kilka kolejnych: "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą. A czemu widzisz źdźbło w oku brata swego, a belki w oku swoim nie dostrzegasz? Albo jak powiesz bratu swemu: Pozwól, że wyjmę źdźbło z oka twego, a oto belka jest w oku twoim? Obłudniku, wyjmij najpierw belkę z oka swego, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć źdźbło z oka brata swego" (Ewangelia Mateusza 7, 1 - 5). W słowach "Albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą" (Ewangelia Mateusza 7, 2) zawiera się także to samo wezwanie, by jeśli sądzić, to sądzić sprawiedliwie. Zawiera się w nich także wezwanie, by okazywać miłosierdzie i odnosić się do drugiego człowieka z miłością - tak, jak Bóg traktuje każdego grzesznika i czego od Niego doświadczamy. Warto przypomnieć sobie przypowieść Jezusa o niemiłosiernym dłużniku: z Ewangelii Mateusza 18, 23 - 35. Lecz osąd czynów jest też wyrazem miłości i troski o drugiego człowieka. Jeśli czyni źle, trzeba powiedzieć, że czyni źle, że w swoich uczynkach jest daleki od Ewangelii i oddala się od Boga - nie można udawać, że nic takiego się nie dzieje. Dalsze wersy mówią: pamiętaj, że sam jesteś grzeszny i dość często zdarza ci się czynić zło. Spojrzenie najpierw we własne życie pomaga nabrać odpowiedniego dystansu i uniknąć zapędów do "okładania" bliźniego za jego grzeszność. Takie spojrzenie pomaga dość skutecznie wyleczyć się z zapalczywości, oczyścić nasz osąd i ukierunkować go przeciwko złym czynom, a nie człowiekowi, na chęć raczej naprawy niż potępienia.

Tak naprawdę nie sposób napominać ludzi grzeszących, nie dokonując równocześnie osądu - czasem bardzo surowego - grzechów. "A jeśliby zgrzeszył brat twój, idź, upomnij go sam na sam; jeśliby cię usłuchał, pozyskałeś brata swego. Jeśliby zaś nie usłuchał, weź z sobą jeszcze jednego lub dwóch, aby na oświadczeniu dwu lub trzech świadków była oparta każda sprawa. A jeśliby ich nie usłuchał, powiedz zborowi; a jeśliby zboru nie usłuchał, niech będzie dla ciebie jak poganin i celnik" (Ewangelia 18, 15 - 17) Czyż to nie jest osądzenie i wyrok? Czyż nie tak też powstępowano w pierwotnym Kościele z grzesznikami? Kościół musiał i wciąż musi się oczyszczać - a jakże ma to robić, nie dokonując osądu ludzkich czynów, grzechów? Niech jednak nasz osąd nigdy nie będzie potępieniem, a tylko wezwaniem do nawrócenia!

sobota, 16 maja 2015

List z więzienia

Przeczytałem właśnie "Bluźnierstwo" Asii Bibi... Cóż właściwie można powiedzieć lub napisać? Chyba po raz pierwszy boję się naprawdę pisać o książce - bo czegoś takiego nie da się ocenić, a jakakolwiek próba powiedzenia czegoś od siebie może się łatwo okazać głupim "mędrkowaniem"...

Gdy piszę te słowa jest piątkowy wieczór. Gdy je przeczytacie, będzie może sobota. A w niedzielę wielu z nas pójdzie do Kościoła. Żyjemy sobie w tak spokojnym rejonie świata. Praktycznie w każdym większym mieście są zbory chrześcijańskie, a parafie katolickie także po wioskach (wiejskie zbory protestanckie to raczej rzadkie zjawisko u nas). Możemy w niedzielę spokojnie iść do kościoła, śpiewać, słuchać Słowa Bożego. Jest to dla nas czymś tak bardzo zwyczajnym, że aż... nie zwracamy na to żadnej uwagi, przestaje to być dla nas czymś ważnym, niedziela przestaje być świętem i czasem chodzimy już głównie z przyzwyczajenia. Nie potrafimy docenić tego, że wolno nam, że nikt nam raczej nie stanie na drodze z karabinem, czy długim nożem, i nie zabroni nam pójścia na modlitwę. Mamy chrześcijańskie księgarnie i całą masę Biblii. Czy potrafimy to docenić? Czy sięgamy po Biblię, którą wolno nam posiadać i czytać? Cieszymy się wolnością słowa. Możemy mówić głośno o tym, co jest najważniejsze: o wierze, o Jezusie - Jego śmierci i zmartwychwstaniu, o grzechu i o zbawieniu, o Ewangelii... Czy korzystamy z przywileju wolności słowa? Albo inne pytanie: czy potrafimy zrobić z tej wolności słowa dobry użytek - tak, by to, co płynie z naszych ust było błogosławieństwem, nigdy zaś przekleństwem? 

Myślę, że często - niestety - nie doceniamy tej wolności, którą się cieszymy. Czasem myślę, że ten komfort wolności, jaki mamy, nie wpływa wcale dobrze na jakość naszej wiary. Mogąc swobodnie praktykować wiarę, nie szanujemy tego i zaniedbujemy swoją wiarę - pozwalamy, by "pole wiary" w nas zarosło chwastami i krzakami. Czasem mówimy: "ja wierzę w Boga", ale kiedy nas kto ostatnio widział na nabożeństwie Kościoła? Może nawet mamy Biblię, ale czy nie kurzy się ona na naszej półce. Czy w ogóle mamy w domu Biblię? Czy potrafimy dobrze wykorzystać fakt, że możemy ją łatwo kupić i bezpiecznie studiować - że może jeden czy drugi "racjonalnie myślący" niewierzący będzie może sobie z nas kpił, ale nikt nam tego nie zabroni? Mamy wspaniałe warunki do tego, by "rozkwitać" a jak często zamiast tego zwyczajnie... "więdniemy" i duchowo obumieramy?

"Bluźnierstwo" to historia z jakby zupełnie innego świata... Czy potrafimy sobie wyobrazić sytuację życia praktycznie w odosobnieniu, wiele kilometrów od najbliższego kościoła, a przy tym ubóstwo nie pozwalające na to, by tam regularnie jeździć? Czy potrafimy sobie wyobrazić życie wśród ludzi, którzy nie tylko nie podzielają naszej wiary, ale pogardzają nią, a nas samych - z powodu tego, w co wierzymy, jak myślimy i co mówimy - traktują jak społecznych wyrzutków? Czy potrafimy sobie wyobrazić sytuację, gdy ktoś porywa nas, szarpie nami i wrzeszczy: "Odrzuć swego Boga i uwierz w mojego boga, a wówczas pozwolimy ci żyć!"? Bardzo trudno sobie to wyobrazić! A przecież tak wielu wyznawców Chrystusa - zarówno protestantów, jak i katolików - tego właśnie doświadcza, zwłaszcza w krajach islamskich.

Asia - a raczej Asiya - nie jest odosobnionym przypadkiem, choć o niej mówi się zdecydowanie najczęściej. Jest jedną z tysięcy, tysięcy osób, które cierpią prześladowanie z powodu Chrystusa. Właściwie nie doświadcza tak wielkich okrucieństw, jakie są udziałem innych - po prostu jest zamknięta w więzieniu, w skrajnie złych warunkach. Czytałem w życiu wiele świadectw prześladowanych chrześcijan i Asia Bibi naprawdę w porównaniu z nimi jest traktowana dość łagodnie. Niektórzy są bici i poddawani niewyobrażalnym katuszom - a jej świat to malutka, śmierdząca cela w więzieniu w Sekhupurze. Oczywiście w najmniejszym stopniu nie umniejszam tego, czego ona doświadcza i o czym opowiada. Współczuję jej ogromnie - jest uwięziona już od 5 lat a ciąży na niej wyrok za rzekome "bluźnierstwo" przeciwko Mahometowi i kara śmierci - a jej głos jest nie tylko jej głosem, lecz przemawia także w imieniu setek i tysięcy innych, cierpiących w więzieniach państw islamskich, którzy nie zawsze mają możliwość mówić światu o tym, jak wygląda życie chrześcijan w krajach muzułmańskich i o cierpieniach, jakich doświadczają. 

czwartek, 7 maja 2015

Radość przebaczania

"Wtedy podszedł Piotr i zapytał: Panie, ile razy mam wybaczać mojemu bratu, jeśli zgrzeszy przeciwko mnie? Czy aż do siedmiu razy? Jezus odpowiedział: Mówię ci, nie aż do siedmiu razy, lecz do siedemdziesięciu razy siedem" (Ewangelia Mateusza 18, 21 - 22 - tłum. "Nowe Przymierze" EIB)
Jezus Chrystus uczy nas bezwarunkowej miłości. "Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Innego przykazania, większego ponad te, nie masz" (Ewangelia Marka 12, 31) "Umiłowani, miłujmy się nawzajem, gdyż miłość jest z Boga, i każdy, kto miłuje, z Boga się narodził i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, gdyż Bóg jest miłością. W tym objawiła się miłość Boga do nas, iż Syna swego jednorodzonego posłał Bóg na świat, abyśmy przezeń żyli. Na tym polega miłość, że nie myśmy umiłowali Boga, lecz że On nas umiłował i posłał Syna swego jako ubłaganie za grzechy nasze. Umiłowani, jeżeli Bóg nas tak umiłował, i myśmy powinni nawzajem się miłować. Boga nikt nigdy nie widział; jeżeli nawzajem się miłujemy, Bóg mieszka w nas i miłość jego doszła w nas do doskonałości. Po tym poznajemy, że w nim mieszkamy, a On w nas, że z Ducha swojego nam udzielił. A my widzieliśmy i świadczymy, iż Ojciec posłał Syna jako Zbawiciela świata. Kto tedy wyzna, iż Jezus jest Synem Bożym, w tym mieszka Bóg, a on w Bogu. A myśmy poznali i uwierzyli w miłość, którą Bóg ma do nas. Bóg jest miłością, a kto mieszka w miłości, mieszka w Bogu, a Bóg w nim. W tym miłość do nas doszła do doskonałości, że możemy mieć niezachwianą ufność w dzień sądu, gdyż jaki On jest, tacy i my jesteśmy na tym świecie. W miłości nie ma bojaźni, wszak doskonała miłość usuwa bojaźń, gdyż bojaźń drży przed karą; kto się więc boi, nie jest doskonały w miłości. Miłujmy więc, gdyż On nas przedtem umiłował. Jeśli kto mówi: Miłuję Boga, a nienawidzi brata swego, kłamcą jest; albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. A to przykazanie mamy od niego, aby ten, kto miłuje Boga, miłował i brata swego" (1. List Jana 4, 9 - 21)

Nie ma prawdziwej miłości bez przebaczenia! "Miłość cierpliwa jest... [Miłość] nie szuka swego, nie unosi się, nie myśli nic złego" (1. Koryntian 13, 4 - 5). Niektórych ludzi naprawdę bardzo trudno jest kochać - bo miewają strasznie trudny charakter: są krnąbrni i złośliwi, mają odrażające nawyki, są egoistyczni i traktują innych arogancko, bo skrzywdzili nas wielokrotnie... Pewnie "najprościej" by było porozliczać ich z tego wszystkiego i wystawić im "rachunek" z dopiskiem: "Tak wiele się nazbierało, że jesteś względem mnie zupełnie niewypłacalny! Niczym mi nie wyrównasz moich krzywd." Czasem nie chcemy już tego człowieka w ogóle oglądać, a czasem wprost przeciwnie - jest w naszym sercu pragnienie, że przyjdzie on i będzie się przed nami kajał; czujemy pragnienie bycia przepraszanymi i błaganymi o przebaczenie. Patrzymy na winowajcę, jak na robaka i chcielibyśmy, by poczuł się jak robak i pełznął przed nami w pokłonach, całować nasze ręce i stopy - chcielibyśmy poczuć własną wyższość moralną i dominację. Przebaczyć? "No, ewentualnie możemy przebaczyć..." Kochać? A za co? Dlaczego mam kochać tego kretyna, który mnie tak podle potraktował?

Tak naprawdę Bóg postawił przed nami bardzo trudne zadanie! Bo żeby zacząć tak miłować drugiego człowieka, jak On tego od nas oczekuje, trzeba złamać samego siebie, złamać własną pychę i urażone "ego", zaprzeć się samego siebie... "Jeśli kto chce pójść za mną, niechaj się zaprze samego siebie i bierze krzyż swój na siebie codziennie, i naśladuje mnie" (Ewangelia Łukasza 9, 23). Właśnie tak! Potrzeba złamać własną dumę - też tą "urażoną dumę" - zaprzeć się samego siebie (te słowa Jezusa mają naprawdę szerokie znaczenie i odnoszą się do wielu aspektów naszego życia) i naśladować Jezusa, który z krzyża przebaczył swym oprawcom: "Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią" (Ewangelia Łukasza 23, 34). To jest wyczyn! Może porównywalny nawet ze zdobyciem Mount Everestu! Doświadczone zło czasem wznosi się nad nami jak jaka góra, a tu Bóg nam mówi, że mamy stanąć ponad tym wszystkim! Czy On oszalał? Tak szczerze mówiąc, po ludzku to może niemożliwe - bo my jesteśmy mali i słabi. Ale Bóg jest też realistą i nie stawiałby przed nami zadań, które by były niemożliwe do realizacji - On stawia zadania i uzdalnia nas do tego, byśmy je zrealizowali. Przebaczenie bliźniemu jest dziełem miłości - tej miłości, która pochodzi od Boga, którą Bóg wlewa w nasze serca.

Czasem bardzo trudno jest mi kochać tych, którzy mnie skrzywdzili, i przebaczyć im - tym, od których doświadczyłem tyle zła i nieprawości. Wówczas jednak patrzę na krzyż i widzę Chrystusa, który mnie tak bardzo kochał, że poszedł za mnie na krzyż i z krzyża mówi: "Ojcze, przebacz mu..." Mnie! Utytłanego w wielu grzechach - bardzo obrzydliwych - człowieka, który w życiu wielokrotnie podeptał Boże prawo, żył według własnych pomysłów na życie (z których każdy okazał się beznadziejny!) i zdradzał i "wypinał się" na Niego po tysiąc razy każdego dnia. Gdy patrzę w twarz Chrystusa na krzyżu, widzę w niej wszystkie te świństwa, które ja sam zrobiłem Bogu i innym ludziom. Widzę w Jego oczach swój trudny charakter, swoje wiarołomstwo, swoje świństewka, swój egoizm, swoją arogancję, swoją pychę, swoją złość... Oj, bardzo długa lista jest tego "swego"! Wiecie, bardzo ciężko czasem jest wejść na ten "Mount Everest przebaczenia" i czasem człowiekowi się zdaje, że już mu to jakoś się udaje, a nagle potyka się i stacza w dół - może nawet nie całkiem, ale trochę, i znów potrzebuje łamać siebie, kruszyć swe serce... Ostatnio znów mi się zdarzyło kawałek się stoczyć - bo "skały czyichś win" takie ostre, a przepaść mojej dumy ma tak strome stoki! Ale gdy patrzę na Krzyż Chrystusa czuję się jakiś taki "mały" - bo w życiu więcej zła uczyniłem, niż mi uczyniono! 

Przebaczenie rodzi się ze skruszonego serca człowieka i jest wspaniałym darem dla tego, kogo nim obejmujemy. Ale nie tylko, bo gdy przebaczamy, Bóg wypełnia także nasze serce słodyczą i błogosławieństwem pokoju, niewysłowioną radością. Przebaczenie to nie akt łaski wobec tego, który nam zawinił, lecz cząstka wdzięczności Bogu za darowanie nam naszych win - wdzięczności za to, co Jezus uczynił dla nas na krzyżu, za anulowanie naszego długu. Zasada jest względnie prosta: przebaczam bliźniemu, bo Bóg przebaczył mi! Bóg przebaczył mi moje winy w pełni i już do nich nie wraca, więc i ja przebaczam drugiemu człowiekowi w pełni, wyciągam rękę na zgodę, nie czekając aż on wyciągnie swoją, i już nie wracamy do tego, co między nami było - to właśnie jest przebaczenie do "siedemdziesięciu razy po siedem", bowiem cyfra siedem symbolizuje w Biblii pełnię. Tak właściwie... Bóg nie zostawia nam wyboru w kwestii wybaczania. Wybaczanie nie jest możliwą "opcją" w chrześcijańskim życiu, lecz koniecznością serca, serdecznym przymusem. Wybaczanie jest "niebiańskim programem" - skutkiem nieba (zbawienia), które jest w nas!

"Rocky nie żyje..."

"Tak więc, jeśli ktoś jest w Chrystusie, nowym jest stworzeniem; stare przeminęło, oto wszystko stało się nowe" (2. List do Koryntian 5, 17)
Człowiek, którego możecie zobaczyć na zdjęciu obok, być może zupełnie nie wygląda na chrześcijanina. Próbuję sobie wyobrazić, jakie wrażenie wywarłoby jego wejście do kościoła - niezależnie od tego, czy byłby to kościół katolicki, protestancki, ewangeliczny. Być może wielu byłoby trudno oswoić się z jego wyglądem i jego obecnością. Niektórzy być może mieliby nawet problem podejść do kogoś takiego. Wielu przerażał on swoim wyglądem. Na zdjęciu tylko uśmiech łagodzi jego oblicze, lecz uśmiech ten nie odzwierciedla stanu zranionego i zbuntowanego serca. Chcę wam dziś opowiedzieć jego historię.

Człowiek ze zdjęcia nazywał się Gerhard Bauer, lecz znany był szerzej jako "Rocky der Irokese" ("Rocky Irokez"). Miał on smutne dzieciństwo. Jego ojciec był skrajnie surowy i niezdolny do miłości, lub okazywania miłości. Był on zdeklarowanym i zawziętym nazistą, człowiekiem wierzącym w idee, ale nie w Boga. Matka chodziła do kościoła raz w roku, z okazji Bożego Narodzenia, "dla zachowania dobrej tradycji". Po dojściu do władzy Hitlera, w jego domu zagościł kult nowego bożka, przed którego portretem Gerhard każdego dnia kładł świeże kwiaty. W jego życiu była nienawiść, która przeradzała się w przemoc. Opuścił dom i wkrótce, mając 17 lat, wstąpił do Wehrmachtu. Po zakończeniu wojny spędził rok w obozie jenieckim, a potem - mieszkając wraz z matką (ojciec zginął w 1945 roku) pomagał uciekinierom ze wschodnich Niemiec przekroczyć granicę stref okupacyjnych. Zadenuncjowany i schwytany przez sowietów, skazany został za tą "zbrodnię" na dożywocie w obozie pracy. W obozie panowały nieludzkie warunki - trudny do wyobrażenia ścisk, głód, monotonia i beznadzieja. Każdego dnia wielu więźniów umierało, a innych wywożono na daleki Sybir. To tam Gerhard zrobił sobie na twarzy pierwszy tatuaż - dwa węże z napisem "gwałt i zemsta". Tam też, jak wielu innych nieszczęśników, uległ zboczeniu, jakim jest homoseksualizm. Wyszedł po "zaledwie" 8 latach na mocy amnestii i próbował odbudować swoje życie - bezskutecznie. Za dnia pracował jako oddany pielęgniarz wśród ludzi poważnie chorych i skazanych na wegetację, a nocami włóczył się po klubach gejowskich.

Przeniósł się do Hamburga. Tam wydał "ciężkie pieniądze" na to, by pokryć tatuażami całe ciało, tak by nie pozostał żaden nie "ozdobiony" kawałek skóry. Zszedł na samo dno, związując się z grupą punków - satanistów. Oddał swe życie szatanowi, czego symbolem stały się wytatuowane na twarzy (i widoczne na powyższym zdjęciu) pięcioramienne gwiazdy. Wraz z "przyjaciółmi" uczestniczył w obrzędach okultystyczno - satanistycznych. Nurzał się we wszeteczeństwie i nałogach. Stał się przestępcą, żyjącym z kradzieży i rozbojów. Przemoc stała się czymś powszednim w jego życiu - członkowie gangu dopuszczali się pobić, nawet ze skutkiem śmiertelnym. Był nie tylko "jednym z tych" - był dla nich przywódcą i podziwianym "wzorem" i "autorytetem", postrachem Hamburga. Później, choć nie był szczególnie utalentowany muzycznie, dość przypadkowo zaczął występować na scenie, nagrywać i stał się gwiazdą rocka, wkrótce uzależniając się od heroiny.

środa, 6 maja 2015

W drodze na szczyt

"Błogosławieni jesteście, gdy wam złorzeczyć i prześladować was będą i kłamliwie mówić na was wszelkie zło ze względu na mnie! Radujcie i weselcie się, albowiem zapłata wasza obfita jest w niebie; tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami" (Ewangelia Mateusza 5, 11 - 12)
Gdy już skończyłem tekst "W trosce o 'korzeń'" - mówiący o Marcie i Marii, i o postawie uczniostwa - przyszła mi do głowy pewna myśl. Czasem słyszę: "Po co wy, chrześcijanie, tracicie czas na czytanie Biblii i modlitwę, na jakieś nabożeństwa - czy nie lepiej zamiast tego zrobić coś pożytecznego dla siebie lub innych?" Otóż to jest właśnie pożyteczne działanie dla siebie - bo rozwija duchowo, wzbogaca serce i umysł - a także dla innych - bo jest to "korzeń", z którego później mają być owoce. "Tak i wiara, jeżeli nie ma uczynków, martwa jest sama w sobie" (List Jakuba 2, 17) "A już i siekiera do korzenia drzew jest przyłożona; wszelkie więc drzewo, które nie wydaje owocu dobrego, zostaje wycięte i w ogień wrzucone" (Ewangelia Matusza 3, 10). Gdy słyszę / czytam: "Tracicie czas, zamiast zrobić coś pożytecznego", to taka przygana jest podobna, jakby ktoś powiedział: "A może byście tak dali ludziom wody? Ale nie traćcie czasu na chodzenie do źródła!" Absurd? Ano pewnie, że ABSURD!

Jak się to ma do zacytowanych na wstępie słów z Ewangelii? Oczywiście trudno taką paplaninę nazwać złorzeczeniem czy prześladowaniem... Pewnie i kłamliwą mową trudno to określić... Ale z pewnością mową niedorzeczną, szyderczą, wymierzoną w istotę chrześcijaństwa. Cóż zrobimy? Nic nie zrobimy! Ludzie, którzy gadają głupoty - nie mając zielonego pojęcia o czym mówią - byli zawsze, są i zawsze będą. Zawsze znajdą się ludzie, dla których będziemy "nawiedzonymi dziwakami", którzy "nie robią nic pożytecznego", albo - skoro jednak coś tam robią - to "mogliby robić więcej, gdyby nie marnowali czasu na niepotrzebne zajęcia, jak modlitwa czy lektura Biblii". Choćbyśmy cały dzień robili coś dobrego dla świata, to i tak zawsze ktoś powie, że "bez sensu tracimy czas", że "moglibyśmy więcej zrobić nie modląc się". A przecież to modlitwa i studiowanie Biblii, życie codzienne z Bogiem, jest dla chrześcijan "motorem" działania. Jeśli chrześcijanie karmią głodnych na ulicy, zajmują się sierotami i starcami, prowadzą szpitale - to wszystko zaczyna się od modlitwy i Słowa Bożego. Zwykle w takiej sytuacji - gdy ktoś zarzuca, że "chrześcijanie za mało dobrego robią" i "marnują czas" - pytam: "Uważasz, że chrześcijanie za mało dobrego robią i za dużo czasu 'tracą'? OK, powiedz mi najpierw co i ile TY robisz dla innych!" W takich momentach zwykle... zapada "kłopotliwe milczenie"!

Te, zapisane pośród innych błogosławieństw, słowa Jezusa są dla mnie osobiście bardzo cenne. Bo uczą z pokojem w sercu i godnością znosić ludzką złość i ludzkie głupie gadanie. Przeklinają nas, opluwają i szydzą? A w czym problem? Mamy się czym przejmować? Idziemy przecież do Domu Ojca - nasze życie jest pielgrzymką do nieba! Żadne złorzeczenie, czy też głupie gadanie, niedorzeczne przytyki - ani też inne przeciwności, którymi w nas ciska sam diabeł, byśmy upadli, by powstrzymać naszą wędrówkę - nie są w stanie nas na tej drodze nas zatrzymać, przeszkodzić nam. Mamy dobrego przewodnika: Jezusa Chrystusa, i solidne oparcie: Słowo Boże! On nie obiecywał, że będzie łatwo. Nie obiecał nam jazdy pierwszą klasą, noszenia w lektykach i pod osłoną. On powiedział: "Na świecie ucisk mieć będziecie, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat" (Ewangelia Jana 16, 33). Nasza droga nie jest łatwa - to szlak dla ambitnych, szlak trudu i wyrzeczeń - ale z takim Przewodnikiem, jak Jezus, wędrówka ta jest radością. A im trudniejsza droga, tym wspanialsze potem zwycięstwo! 

Zdarzało mi się wędrować po górach. Gdy się szło stromą, pokręconą i wyboistą ścieżką (a było też czasem sporo śniegu!), to "się człowiek nasapał". Czasem się zdawało, że już się kroku nie zrobi. A gdy już się weszło, to najwspanialszą nagrodą były piękne widoki i satysfakcja, że człowiek przemógł samego siebie. Tym, co mnie wówczas napędzało była myśl o szczycie. No i sama radość wędrówki także! Dlaczego miałbym się przejmować kimś, kto by stał gdzieś z boku mojego szlaku, rzucał we mnie jakieś kamyczki i kpił? Czym mamy się przejmować - jako chrześcijanie - skoro to przed nami jest perspektywa "szczytu"? Skoro idziemy w swym życiu do Domu Ojca - Ojca, który nas kocha i obiecuje nam wspaniałe rzeczy - to  jest to radość, i dobry powód do tego, by iść tam - pomimo przeciwności - ze śpiewem i uśmiechem na twarzy. Owszem, mamy jeszcze wyciągać ręce do tych, których spotykamy, którzy są gdzieś z boku i wcale nawet nie patrzą na "szczyt" - albo nawet mówią "szczytu nie ma i nie ma nikogo na tym szczycie, to tylko wasza fantazja"; nawet do tych, którzy z nas kpią...

Bóg mówi nam: "Wszystko to, co wam mogą tacy uczynić, to drobiazgi. Próbują wam przeszkadzać i was zniechęcać, lecz wy temu nie ulegajcie. Patrzcie na szczyt i idźcie do przodu! Idźcie spokojnie dalej i radujcie się, bo przed wami wielka nagroda!"

Nie muszę być sam... Nie musisz być sam...

"[Jezus] sam bowiem powiedział: Nie porzucę cię ani cię nie opuszczę. Tak więc z ufnością możemy mówić: Pan jest pomocnikiem moim, nie będę się lękał; Cóż może mi uczynić człowiek?" (List do Hebrajczyków 13, 5 - 6)
Muszę powiedzieć szczerze, że czasem czuję się ogromnie samotny. Miałem w swym życiu sporo ludzi, których miłowałem z całego serca - a właściwie nadal ich miłuję! - i uważałem za przyjaciół. Niestety, zostawili mnie. Niektórzy przestali się do mnie odzywać w najgorszym okresie mojego życia - gdy najbardziej ich potrzebowałem. Spotkałem i księży i pastorów, którzy potrafili mnie wykorzystać, gdy byłem im do czegoś potrzebny, a potem zupełnie na mnie nie zważać i nie zatroszczyć się, gdy ja ich bardzo potrzebowałem. Pewnego brata, którego uważałem za przyjaciela i fajnego "brata w Panu" - poprosiłem kiedyś o modlitwę, bo bardzo podupadłem na zdrowiu. Wiecie, co zrobił? Przeszedł obok i nawet nie zainteresował się, co się ze mną dzieje i co mówią lekarze, tylko oświadczył: "sorry, nie mogę się o twoje zdrowie modlić!" Potem zresztą zerwał bez powodu kontakt. Pewien pastor wbił mi taki sztylet w serce, że do dziś - a minęły już ze 3 lata - w dalszym ciągu jest ból. Uważałem go za swego przyjaciela. Od tego czasu się do mnie nie odezwał ani razu. Jeszcze bardziej jednak bolało, gdy czasem od najbliższych słyszałem słowa, które nigdy nie powinny paść, lub byłem po prostu nierozumiany, gdy czegoś nie potrafili przyjąć i zaakceptować mnie takim, jakim jestem.

Dlaczego o tym piszę? Wiecie, to nie chodzi o to, by obnosić się z jakimiś pretensjami do kogoś - to, co się stało, było (i jest) bolesne, ale wciąż ich bardzo kocham, każdego z tych, którzy mnie poranili w życiu, i jeśli gdzieś zniknęli z mojego życia, to bardzo, bardzo za nimi tęsknię... Nie chodzi mi o jakieś "rozdrapywanie ran", o rachowanie się kto mi co i ile zawinił - "...nie prowadzi rachunku krzywd..." (1. List do Koryntian 13, 5 - tłum. "Nowe Przymierze" Ewangelicznego Instytutu Biblijnego). Chcę jedynie powiedzieć, że moje serce było ranione tak wiele razy, że nie potrafię zliczyć - i jest na nim niejedna "blizna". Nie ma nikogo (!), kto  by tego nie doświadczył w swoim życiu. O wielkim szczęściu może mówić ten, kto ma przy sobie drugiego człowieka, który nie zawiódł go ani razu. Przyjaciele zawodzą i opuszczają nas - czy ten, kto nas zawodzi i opuszcza aby na pewno jest przyjacielem? Rodzina czasem się od nas odwraca, zrywają wszelkie więzi - często bez żadnych powodów. Nauczyciele - także "nauczyciele wiary", duchowi przywódcy z Kościoła - i całe społeczności nas zawodzą. I czasem stajemy bezradni, i widzimy, że nie ma nikogo, do kogo moglibyśmy pójść z naszymi łzami, lub chociaż zadzwonić... Znam ten ból samotności, który rozrywa serce!

"Czy kobieta może zapomnieć o swoim niemowlęciu i nie zlitować się nad dziecięciem swojego łona? A choćby nawet one zapomniały, jednak Ja ciebie nie zapomnę" (Izajasza 49, 15). "Choćby ojciec i matka mnie opuścili, Pan jednak mnie przygarnie" (Psalm 27, 10). Tak naprawdę więc samotny pozostaje w takiej tragicznej sytuacji tylko ten, kto jest z dala od Boga. Ten, kto wierzy i potrafi przyjść do Boga, nigdy w swoim życiu nie będzie tak naprawdę sam. Nawet jeśli wszyscy się od niego odwrócą; jeśli bracia i rodzice wypędzą go z domu a wszyscy "przyjaciele" zatrzasną przed nim drzwi; jeśli będzie musiał szukać jakiegoś przytułku, lub spać "pod mostem", to jednak nie będzie tak naprawdę sam. Nawet wówczas, gdyby znalazł się z jakiegoś powodu na bezludnej wyspie na samym środku oceanu - i tam nie będzie sam. Gdyby trafił do najgłębszego lochu - będzie miał towarzystwo. I nawet gdyby miał polecieć w kosmos bez prawa czy możliwości powrotu - i tam ma Kogoś. W dodatku Przyjaciela absolutnie NIEZAWODNEGO, bo całkowicie pozbawionego ludzkich wad i przywar. Rodzice mogą cię przegnać; brat na ciebie "wypiąć"; "przyjaciele" zlekceważyć; żona (czy mąż) - nawet po uroczystym ślubowaniu "póki śmierć nas nie rozłączy" - zdradzić i opuścić... To wszystko są skutki grzesznej natury człowieka! Bóg jest zaś pod każdym względem doskonały - Jego miłość do nas jest doskonała i Jego wierność także.

"W Biblii jest wiele obietnic dla wierzących, a Bóg ich wszystkich dotrzymuje. "Bóg nie jest człowiekiem, aby nie dotrzymał słowa, ani synem człowieczym, aby żałował. Czy on powiada, a nie czyni, i mówi, a nie spełnia?" (4. Mojż. 23,19). Pan zapewnia każdego z nas: "nie porzucę cię". Jest to obietnica Jego pomocy. On pamięta o nas, pomagając nam w codziennych naszych troskach i problemach; wie, czego nam potrzeba i daje nam tyle siły, odwagi i mądrości, ile w danej chwili potrzebujemy.Pan również obiecuje: "nie opuszczę cię". W tym zawiera się zapewnienie o Jego stałej obecności. Nigdy nie jesteśmy sami, ponieważ nasz Zbawiciel nas nie opuszcza; On jest zawsze przy nas; zarówno wtedy, gdy dobrze nam się powodzi, ale również wtedy, gdy źle. Jeśli zaufasz tym Bożym obietnicom, nigdy się nie zachwiejesz! Jego pomoc i obecność dodadzą ci odwagi w trudnych chwilach; zniknie strach przed nieznaną przyszłością czy też ludzką wrogością, jak również obawa przed sytuacjami i decyzjami, na które nie jesteś jeszcze przygotowany.Razem z Dawidem możemy śmiało zawołać: 'z Bogiem moim przesadzam mur' (Ps. 18,30)!" - jak piszą w rozważaniu na dzień 5 maja autorzy chrześcijańskiego kalendarza "Dobry Zasiew 2015".

Gdy czujemy się samotni, przez wszystkich opuszczeni - Chrystus jest przy nas. Gdy płaczemy, on pochyla się nad naszymi łzami i obejmuje nas. Gdy brak nam sił i wiary w sens życia i działania - On staje przy nas i wspiera nasze ramię. Gdy ludzie stają przeciwko nam, Jezus... nie staje "ramię w ramię z nami", On staje PRZED NAMI, jako nasza tarcza! Gdy jesteśmy wypędzeni, Jego drzwi są przed nami zawsze otwarte! On dlatego umarł za nas na krzyżu, by te drzwi były dla nas otwarte! Jeśli potrzebujemy pogadać i wyżalić się, jest do naszej dyspozycji 24/7 i zawsze możemy z Nim o wszystkim pogadać - nawet jeśli jest 3 nad ranem! Bez żadnych "tabu" i skrępowania - bo On nas nie potępi i nie odrzuci nawet jeśli przyjdziemy utytłani w brudach. Wprost przeciwnie! On chce, byśmy otworzyli swe serce i mówili o wszystkim (tak, to jest spowiedź, lecz niech się nam nie kojarzy z księdzem i konfesjonałem!). On nie ma żadnego interesu w tym, by się z nami przyjaźnić. Nie chce od nas nic, nie oczekuje żadnych korzyści (co często się zdarza ludziom, niestety!). Chce tylko naszego serca - byśmy nasze serca uwiązali do Niego. Chce... nas samych! To dużo? Niektórym się może wydaje, że Bóg jest "chciwy" i "zaborczy", bo chce człowieka na własność. Tak! Chce nas, ale po to, by zdjąć z naszych rąk kajdany i byśmy żyli w doskonałej przyjaźni, w społeczności z naszym Stwórcą. Społeczność znaczy "bycie społem", czyli RAZEM! Nie jesteś sam! I w dodatku, choćby cały świat był przeciwko tobie, to jeśli w twoim życiu jest Bóg, to... razem stanowicie większość, bo Bóg jest większy niż ja, ty, wszyscy ludzie, cały świat! :)

"Chwalcie Pana, wszystkie narody,
wysławiajcie Go, wszystkie ludy,
Albowiem łaska Jego jest można nad nami,
a wierność Jego trwa na wieki! Alleluja"
(Psalm 117)

wtorek, 5 maja 2015

W trosce o "korzeń"

"A gdy szli, wstąpił do pewnej wioski; a pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła go do domu.  Ta miała siostrę, a na imię jej było Maria, która usiadłszy u nóg Pana, słuchała jego słowa. Marta zaś krzątała się koło różnej posługi; a przystąpiwszy, rzekła: Panie, czy nie dbasz o to, że siostra moja pozostawiła mnie samą, abym pełniła posługi? Powiedz jej więc, aby mi pomogła. A odpowiadając rzekł do niej Pan: Marto, Marto, troszczysz się i kłopoczesz o wiele rzeczy;  niewiele zaś potrzeba, bo tylko jednego; Maria bowiem dobrą cząstkę wybrała, która nie będzie jej odjęta" (Ewangelia Łukasza 10, 38 - 42)
Może to się zdawać dziwne, ale są ludzie, którzy przez całe swoje życie starają się służyć Jezusowi, zamiast słuchać Go i iść za Nim. Właściwie nie są nawet wyjątkami - jest ich tak wielu, że spotykamy ich dosłownie wszędzie, na każdym kroku. Ich gorliwość jest wielka, czasem na granicy "szaleństwa" - bo porzucają dosłownie wszystko: rodziny, domy i inne "dobra doczesne" i rzucają się w wir służby dla Chrystusa - żyją tak, jakby cała reszta świata przestała istnieć. Czasem wydaje im się, że w ten sposób prowadzą życie doskonalsze, niż inni, że mogą też odpokutować za swoje grzechy lub złożyć z siebie ofiarę za grzechy innych ludzi. Myślą, że przez swoje uczynki i ofiary będą bliżsi niebu - w średniowieczu nauczano (a były to zupełne bzdury, czysta herezja!), że będą trzy razy szczęśliwsi od innych "obywateli nieba". Tak, mówię na razie o duchownych katolickich - zwłaszcza zakonnikach - ale, żeby być sprawiedliwym także w zborach protestanckich nie brakuje takich, którzy tak rzucają się w wir "służby Bożej" i działania, że... gubią po drodze to, co jest najbardziej istotne. Bardzo się starają i robią wiele rzeczy, aby się Jemu podobać, by zadowolić Jezusa, zamiast - niczym Maria - usiąść u Jego stóp i po prostu słuchać. Czasem kręcą się i gubią tak bardzo, że właściwie sami ze swoją "misją" stają w centrum swych działań, i pewnie mogą się poczuć spełnionymi: "Uff! No zrobiłem, co mogłem!", ale czy Jezus jest z nich zadowolony?

Marta chciała nakarmić Pana, by był syty i zadowolony, Pan zaś chciał "nakarmić" Martę swoim słowem. Marta szykowała chleb doczesny (i może jakąś polewkę do tego), a Chrystus przyniósł "chleb" będący pokarmem na życie wieczne, i pragnął, by Marta również siadła i słuchała jego słowa, nauk. "Ja jestem chlebem żywym, który z nieba zstąpił; jeśli kto spożywać będzie ten chleb, żyć będzie na wieki (...). Słowa, które powiedziałem do was, są duchem i żywotem..." (Ew. Jana 6, 51 i 53). Jezus nie był ślepym niewdzięcznikiem, potrafił docenić starania Marty - mamy to zawarte w słowach: "Marto, Marto, troszczysz się i kłopoczesz o wiele rzeczy..." - ale pragnął uporządkować w jej sercu i umyśle "hierarchię wartości". W tych słowach powiedział do niej jakby: "Widzę, jak się starasz, ale wierz mi, że to jest mało ważne. To jest mało ważne - ty chcesz dać mi ziemski chleb, a ja mam chleb życia dla Ciebie - i to jest bardzo ważne!" Jezus sam o sobie mówi nam: "...Syn Człowieczy nie przyszedł, aby mu służono, lecz aby służyć..." (Ew. Marka 10, 45). I owszem - my jesteśmy powołani do służby Bogu i innym - "...ktokolwiek by chciał być między wami pierwszy, niech będzie sługą wszystkich..." (Ew. Marka 10, 44) - ale wezwani przede wszystkim do tego, by usiąść u stóp Chrystusa i słuchać. Od tego zaczyna się służba Bogu - nie od naszych poświęceń, ofiar z samych siebie, naszej energii i działań. Stokroć ważniejsze nawet od wszelkich praktyk religijnych - wszystkiego tego, co niekiedy jest nazywane "służbą Bożą" - i wszelkich wielkich poświęceń z naszej strony jest skorzystanie ze służby Jezusa.

Nie chcę nikogo osądzać, ale mam głęboką pewność, że jest mnóstwo ludzi, którzy całe życie "służą Bogu", lecz z dala od Chrystusa. Ich poświęcenie jest wielkie i czasem to, co robią jest naprawdę godne uznania, ich wysiłki wzbudzają szacunek a efekty respekt. Ale w środku czasami są... zupełnie puści. Dlaczego? Bo albo nigdy nie zaczęli od usiądnięcia u Bożych stóp - a jest to postawa uczniostwa - albo zerwali się i tak zapamiętali w działaniu, że zostało im na to już bardzo mało czasu, albo nie zostało wcale, i zupełnie to zaniedbali. Myślę, że bardzo wielu z nas, także i mnie, Jezus czasem musi powiedzieć: "Stop! Stop! Stop! Zatrzymaj się i wreszcie posłuchaj, co Ja mam ci do powiedzenia, a potem idź i rób, co trzeba, co do ciebie należy!" Czy owa młoda Maria była tak leniwa - jak ją postrzegała w tym momencie siostra? A może nie obchodziło ją, że Jezus może jest głodny i spragniony? Myślę, że nie - w odpowiednim czasie z pewnością sama by się poderwała i zaczęła służyć z całego serca i robiąc wszystko, co można, ale najpierw potrzebowała sama być nasycona.

Tak i my: siądźmy wpierw u stóp Jezusa i karmmy się Nim, a potem - nasyceni - idźmy działać, służyć. Dopiero wówczas ma to sens, gdy zaczynamy (i kończymy) u stóp Pana, gdy naszym fundamentem i "stacją dokującą" (służącą ładowaniu i działaniu) jest Słowo Boże, Ewangelia Chrystusowa! Bez tego my sami, i wszystkie nasze starania, będzie puste! Droga do nieba jest drogą służby - służby Bogu i drugiemu człowiekowi - ale służba ta ma sens, gdy zaczyna się od uczniostwa i w całości się z nim przeplata. Bez tego nie ma większej wartości, niż pył unoszony wiatrem. Uczniostwo i wiara są korzeniem i pniem, a służba to dopiero owoce! Służba nie może być podstawą naszego życia i funkcjonowania! Gdy widzimy piękną, obsypaną owocami, jabłoń, to ona wyrosła na korzeniu, z którego owoców każdy może korzystać. Gdy siadamy z Biblią w ręku, by chłonąć Słowo Boże, lub gdy klękamy do modlitwy, nie marnotrawimy czasu, my w ten sposób pielęgnujemy nasz korzeń - korzeń, z którego wyrasta nasza służba i nasze owoce.

piątek, 1 maja 2015

Dlaczego Bóg posłał Mędrców do Betlejem?

"Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejemie Judzkim za króla Heroda, oto mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest ten nowo narodzony król żydowski? Widzieliśmy bowiem gwiazdę jego na Wschodzie i przyszliśmy oddać mu pokłon. (...) A oto gwiazda, którą ujrzeli na Wschodzie, wskazywała im drogę, a doszedłszy do miejsca, gdzie było dziecię, zatrzymała się. A ujrzawszy gwiazdę, niezmiernie się uradowali. I wszedłszy do domu, ujrzeli dziecię z Marią, matką jego, i upadłszy, oddali mu pokłon, potem otworzywszy swoje skarby, złożyli mu w darze złoto, kadzidło i mirrę." (Ewangelia Mateusza 2, 1- 2 i 9 - 11)
Ktoś może się dziwić, dlaczego właśnie teraz poruszam ten temat. Zwykle bowiem mówi się o tym i pisze na początku stycznia, gdy Kościół katolicki (6 stycznia) obchodzi święto "Trzech Króli". Przede wszystkim Biblia nie podaje żadnej informacji o tym, kiedy ludzie ci dotarli do Betlejem. Tak samo, jak nie informuje, jak wielu ich było. Mamy tylko zawartą w słowach liczbę mnogą (no i nie byli to wcale królowie!). Po drugie zaś czytam właśnie książkę poświęconą historii... okultyzmu, która rzuciła mi trochę więcej światła na ów biblijny opis.

Bibliści spierają się o to, czy ów biblijny opis mówiący o mędrcach - a właściwie magach - ze wschodu należy przyjmować dosłownie, jako historyczny opis, czy też jako pewną legendę. Zwłaszcza, że wzmiankuje o nich tylko ewangelista Mateusz i brak jest jakichkolwiek innych źródeł - biblijnych czy pozabiblijnych potwierdzających to zdarzenie. Osobiście uważam, że bezpieczniej jest traktować te słowa poważnie. Istnieje bowiem pewne bardzo poważne niebezpieczeństwo związane z potraktowaniem tego fragmentu Biblii jako mitu, opowiastki. Bowiem jeśli zakwestionujemy to zdarzenie jako "niehistoryczne", to czyż nie otworzymy w ten sposób "furtki" do tego, by podobnie potraktować inne fakty związane z poczęciem, narodzeniem i dzieciństwem Jezusa Chrystusa. Podważenie jednego elementu może niebezpiecznie zachwiać całością - włącznie z boskością Jezusa. Tak więc trzeba być nadzwyczaj ostrożnym. Niezależnie jednak od tego, czy wierzymy dosłownie w te słowa Ewangelii, czy też stawiamy przy nich znak zapytania, wymowa tego fragmentu jest naprawdę niezwykła.

Teraz muszę już odwołać się do wspomnianej książki. Jest to książka Francisa Kinga "Szatan i swastyka - okultyzm w partii nazistowskiej". Autor, ceniony badacz okultyzmu, "sedno sprawy" poprzedza obszernym wstępem poświęconym historii okultyzmu, koniecznym dla zrozumienia tematu. Pisze: "Wśród [...] nauk okultystycznych astrologia jest z pewnością najstarsza. Zrodzona w Chaldei, jako wiedza wyłącznie królewska, powiązana z losami królów i królestw - gdyż demony kosmicznych sił, których przejawami były Słońce, Księżyc i planety, nie zajmowały się losami zwykłych śmiertelników..." Jest to więc sytuacja, zawierająca w sobie bardzo głęboką symbolikę. Oto przychodzą Mędrcy - magowie, niewątpliwie astrolodzy, doskonale znający też księgi, proroctwa i przepowiednie... Sprowadza ich do Betlejem Bóg, używając do tego znaków, które nie mogły ujść ich uwadze, które potrafili - dzięki swej wiedzy - odczytać. Przybywają, bo oto narodził się Król królów i Pan panów, i oddają mu pokłon. Padli przed Bogiem w ciele narodzonym na kolana i uderzyli przed nim czołem - tak, jak czyni się to przed Monarchą, uznając jego władzę i majestat.

Ale dostrzegam w tej scenie jeszcze jeden niezwykle istotny symbol. Oto narodzony Syn Boży kładzie kres ludzkiej ciemnocie. Odtąd nie ma dla niej żadnego wytłumaczenia, żadnego usprawiedliwienia. Światłość przyszła na świat i wszelka ciemność musi przed nią ustąpić. Odtąd mądrym jest tylko ten, kto przychodzi do Światłości, a głupim ten, który wiedząc o Światłości (Jezusie), trwa w mrokach i buncie przeciw Bogu. Choć Słowo Boże nie wspomina nam już potem o owych Mędrcach, można się tylko domyślać, że Bóg, który rozpoczął w nich dobre dzieło poznania, doprowadził je w nich także do końca i że odrzucili swą - w dużej części zwodniczą - wiedzę i praktyki magiczne, zabronione przecież przez Boga, sercem przylgnąwszy do Prawdy. trudno bowiem sobie wyobrazić, by Bóg użył ich tylko raz, a potem pozwolił tkwić w błędach na drodze do piekła.