poniedziałek, 2 marca 2015

Kościół - chrześcijanie, czy działacze?

Taka wypowiedź pojawiła się dzisiaj w dyskusji wokół tematu "kontrowersyjnych" bilbordów (a raczej: plakatów na bilbordach), głoszących: "Konkubinat to grzech - nie cudzołóż!". Doprawdy nie wiem, co tak bardzo "kontrowersyjnego" jest w tej PRAWDZIE, że aż "Dziennik Bałtycki" o tym pisze. Łatwiej zrozumieć dlaczego wielu ludzi się oburza, bo... PRAWDA w oczy kole. Ale wracając do wypowiedzi internautki. Z tego rodzaju wypowiedziami spotykam się dosyć często i - choć nie wiem, jak to jest w przypadku tej akurat pani - zauważam, że najwięcej w kwestii finansów Kościoła (katolickiego czy w ogóle) mają do powiedzenia ci, którzy do kościoła nie chodzą i nie dają datków "na tacę" ani też w innej formie. Można więc powiedzieć takim osobom: "To nie wasza sprawa i nie powinno to was nic a nic obchodzić". Rozliczać Kościół ma prawo tylko ten, kto powierza mu swoje pieniądze. Bardzo często widzę też, że ludzie nie rozumieją czym jest Kościół i jakie są jego działania.
"Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata" (Ewangelia Mateusza 28, 19 - 20)
Jezus mówi: "Idźcie i nauczajcie wszystkie narody..." a nie: "Idźcie i zakładajcie szpitale i sierocińce, opiekujcie się chorymi i inwalidami, karmcie ubogich, itd."! Kościół nie jest jakąś fundacją czy inną instytucją charytatywną. Pierwszym i nadrzędnym jego celem - celem każdego chrześcijanina - jest nauczanie: głoszenie Ewangelii, uświadamianie o grzechu i nawoływanie do nawrócenia, wskazywanie problemu i drogi wyjścia, ratunku. Zadaniem Kościoła jest duchowy ratunek, duchowe uzdrawianie. Inne sprawy - choć mamy przykazane, by je realizować - są mniej istotne, są tylko elementem generalnej misji Kościoła.  

Być chrześcijaninem to wcale nie znaczy być działaczem, aktywistą - to znaczy być TAKŻE działaczem, ale przede wszystkim misjonarzem, nauczycielem, drogowskazem dla zagubionych! Chrześcijanin (a chrześcijanie stanowią Kościół) to nie ktoś, kto zakłada szpitale, jadłodajnie dla biedoty i przytułki, ale człowiek, który należy do Chrystusa i głosi Jego nauki, także te "niewygodne" o grzechu i piekle. To człowiek, który ma w gruncie rzeczy zadanie ratownika - biec na pomoc tonącym w grzechach i rzucać im "koło ratunkowe" - Ewangelię i Krzyż Chrystusa Pana! Właśnie w to Kościół ma być zaangażowany przede wszystkim - także finansowo. Angażowanie się w pomoc potrzebującym jest dodatkiem, taką "wisienką na torcie", działaniem które wynika z oddania życia Jezusowi i całościowego przyjęcia Ewangelii i uporządkowania według niej swego życia.

Czasem mogłoby się wydawać, że ogromne zaangażowanie w pomoc innym jest najlepszym, co można zrobić w Kościele. A jednak można by długo mówić o ludziach, którzy dobrze zaczęli - bo w ramach Kościoła zaczęli działać dla dobra innych, ale zaangażowali się w to tak bardzo, że zaniedbali to, co najważniejsze - higienę duchową i ewangelizację. Ich samych i całe społeczności takie postępowanie doprowadziło do poważnego kryzysu, a nawet upadku. To taki paradoks, że diabeł nawet w taki sposób potrafi niszczyć Kościół Chrystusowy, że ciągnie go by stał się głównie ośrodkiem czynienia dobra! mistrzowska perfidia! To diabeł mówi: "Angażujcie się społecznie, bo to jest najważniejsze, to powinno być waszym celem!" Gdybyśmy mieli się tylko lub głównie angażować w dobroczynność, a inne rzeczy zaniedbali, będzie to kryzys ducha w nas i kryzys Kościoła. Jeśli w centrum naszego życia będzie dobroczynność a nie Chrystus i Ewangelia, szybko się wypalimy i... czy znajdziemy w sobie jeszcze entuzjazm do służby ludziom? Siłą Kościoła, siłą każdego chrześcijanina, jest Chrystus i Ewangelia - to jest to, co nas napędza, co daje nam także chęci służenia ludziom też w inny sposób, niż tylko nauczanie. Ale musimy przede wszystkim nauczać, by do wszystkich pozostałych dzieł mieć naprawdę serce i działać z mocą. Im bardziej chrześcijanie są w Chrystusie i Ewangelii, im większą mają gorliwość w wierze i ewangelizacji, tym większe też pragnienie czynienia innego dobra.

4 komentarze:

  1. Wszystko pięknie i ładnie... Tylko czy ktokolwiek nawróci się od tych billboardów? W naszym narodzie mniej jest ewangelicznych chrześcijan niż w Arabii Saudyjskiej, więc może zamiast trwonić czas i energię na krytykowanie grzeszników, lepiej okazać im miłość - na wzór Jezusa - i głosić im zwyczajnie Dobrą Nowinę. Ludzie tak łatwo nie zmieniają swoich poglądów i przyzwyczajeń, życiowych czy religijnych i jedna akcja czy jedna rozmowa bardzo często nie wystarczą. Trzeba wejść z nimi często w relację: z tymi żyjącymi w konkubinacie, z transseksualistami, z prostytutkami, z alkoholikami, z samotnymi matkami, z młodzieżą, która słucha muzyki niekoniecznie pasującej do "świętych wzorców"...
    Miłość, miłość i jeszcze raz miłość - najpierw do Boga, a potem do człowieka: brata, siostry i bliźniego...

    Taki sobie ktoś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja myślę, że trzeba wykorzystywać wszystkie narzędzia, wszystkie metody docierania do ludzi, jakimi dysponujemy. I działać na sposób ewangeliczny - jeśli czytamy Ewangelie, to tam mamy bez przerwy o miłości, ale też mamy wiele bardzo ostrych słów o grzechu - ostre potępienie grzechu z jednoczesną wielką miłością do człowieka. Myślę, że jedno nie może istnieć bez drugiego. Zarówno nieustanne potępianie, mówienie tylko o występkach, jak i samo otaczanie miłością są błędem. A jeszcze co do formy - nigdy nie wiadomo co i na kogo zadziała. Wiesz, w wielu miastach w Polsce działają tzw. Kościoły Uliczne. I niektórych to denerwuje - że jest głośno, że ktoś krzyczy "Hallelujah!", ale są osoby, którym właśnie ta głośność uratowała życie. Znam historię z Warszawy, człowieka, który usłyszał właśnie wrzask "Hallelujah", w chwili, gdy miał odebrać sobie życie, stał już na krawędzi - nie wiem, czy to było okno, czy most - i miał skoczyć, i zszedł, i poszedł, i usłyszał, i uwierzył, i odzyskał radość życia... I nawet jeśli ten wrzask wkurzył tysiąc innych ludzi, było warto i trzeba było tak zrobić. I tak samo jest z tymi plakatami. :)
      Pozdrawiam! :)

      Usuń
  2. Wiesz, mam wrażenie, że my często ewangelizujemy, głosimy Ewangelię nie realnym ludziom, tylko takim, jakimi byśmy chcieli, żeby byli. Czy wszyscy ochoczo słuchają? Nie. Pomijam już to, że przy masowych ewangelizacjach "nawracają się" tłumy, ale potem tylko promile przychodzą do zborów... Ile z tego jest działania na emocjach, tego nikt nie wie.

    Tak samo jak ludzie szli za Jezusem, gdy im dawał jedzenie i uzdrawiał, a potem odwracali się od Niego.

    Tak jak mówię - o grzechu trzeba mówić. Zgoda. Ale najpierw Jezus i miłość do tego człowieka uwikłanego w grzech, nieraz tak uwikłanego, że nie da się z niego wyplątać w jeden dzień. Podobnie jak w latach 60-tych w USA zbory wręcz dzieliły się odnośnie wpuszczania do siebie "dzieci kwiatów".

    Osobiście preferuję rozmowę z daną osobą, szczere zainteresowanie jej problemami - bo wielu tego potrzebuje, chce po prostu być z kimś, porozmawiać - zupełnie jak ta Samarytanka przy studni... Niestety, ale mam wrażenie, że wielu nas, ewangelicznych, zachowuje się trochę jak faryzeusze z czasów Pana Jezusa: mamy klucze do Królestwa Niebios, ale zamykamy je przed wieloma osobami. Oj, pokutować trzeba z pychy - tak sobie myślę i niestety mnie to też dotyczy...

    Taki sobie ktoś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może masz trochę racji, choć zależy to pewnie bardzo od działań po pierwszej ewangelizacji. Ja aktualnie pracuję np. nad organizacją koncertów No Longer Music. To jest nie tylko koncert, ale strategia działań - głoszenie, nawiązanie kontaktu, wprowadzenie do Kościoła, zawiązanie przyjaźni... Bardzo podobnie działa Billy Graham Evangelistic Association. W przypadku Kościoła katolickiego jest pewien problem, bo tam człowiek właściwie jest sam. Oni wypuszczają te plakaty, żeby ludzie przyszli do Kościoła, wypowiadali się i... właściwie zostają sami. I to powinno się zmieniać - to powinna być jedna z bardzo wielu zmian w Kk. Natomiast sam fakt próby dotarcia do ludzi poprzez różnorodne formy medialne, jest jak najbardziej sensowny. :) Nikt nie jest w stanie cały czas być na ulicy i głosić Ewangelię, plakat jest tam cały czas... I to jest pewne, że choć 1000 ludzi przejdzie i nie stanie, nie spojrzy, minie obojętnie, to jednak będą i tacy, którzy zatrzymają się i zastanowią nad swoim życiem. Myślę, że nawet gdyby jedna osoba z milionowego miasta dzięki takiej akcji otrzeźwiała z szaleństwa grzechu, to już jest sens! :) Ważne jest to, żeby potem nie była pozostawiona samej sobie. I tu już jest kwestia co i jak robimy w Kościołach z tymi, którzy przychodzą.
      Pozdrawiam! :)

      Usuń